Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
Artykuły filtrowane wg daty: wrzesień 2016

niedzielna-hoiliaPewna stara bajka opowiada o królu, który jako zapłatę za swój dobry uczynek zażyczył sobie bez namysłu, aby bogowie sprawili, żeby wszystko, czego się dotknie, stało się złotem. Początkowa radość z szybko rosnących gór szlachetnego kruszcu przemieniła się niebawem w ogromny strach i cierpienie. Zapytamy, czy z obawy przed złodziejem? Nie. Wcale nie. Okazało się, że również nawet najmniejszy kęs, jaki król chciał włożyć do ust, przemieniał się w błyszczącą bryłę złota. Tak to zaspokojony głód bogactwa sprowadził na króla okrutną śmierć głodową.

Jest w ludzkim sercu pragnienie posiadania bogactwa. Jest to marzenie o byciu bogatym. Wydaje się bowiem, że wtedy człowiek będzie panem samego siebie, będzie wolny. Gdzieś tam w naszym myśleniu jest ukryta złudna prawda, jakoby człowiekiem wolnym mógł być tylko ten, kto ma dużo. Bo biedak zawsze będzie niewolnikiem bogatego – coś tak jakby nam dopowiadało.

Jezus zna ludzkie serce i wie, że takie pragnienie może się w nim rodzić. Zachęca, aby starać się kierować je ku wartościom niewidzialnym. Taki kierunek uchroni serce przed zejściem na błędną drogę, albo też ułatwi nabycie umiejętności dzielenia się z innymi tym, co mam. Właśnie przez ostatnie dwie niedziele chciał nas do tego jakoś mocniej przekonać. Najpierw przypominał, że nie możemy służyć Bogu i mamonie a tydzień temu zachęcał nas – poprzez przypowieść o bogaczu i Łazarzu, żebyśmy postarali się uważniej czytać Mojżesza i Proroków, a więc czytali Boże słowo. To czytanie i rozważanie prowadzi do nawrócenia – czyli do zwrócenia swego sercu ku Bogu, ku wartościom niewidzialnym, duchowym.

I dzisiaj Jezus ponownie kieruje naszą uwagę ku temu, co niewidzialne, w stronę wiary. Ewangelista Łukasz zapisał, że Apostołowie prosili Pana: „Przymnóż nam wiary”. Widocznie dzięki tym słowom, które mówił do nich, a które były przestrogą przed zatopieniem serca w tym, co widzialne, co materialne – dostrzegli, że mają zbyt mało wiary, że są za słabi. A może też potrzebują jej umocnienia, aby mogli przebaczać swoim winowajcom. Bo zanim poprosili Jezusa o mocniejszą wiarę, Łukasz notuje, że usłyszeli słowa o obowiązku przebaczania.

Ojciec Christian, zakonnik z Algierii, został zamordowany wraz z sześcioma współbraćmi w 1995 r. przez terrorystów. Odcięte głowy zakonników znaleziono zawieszone w worku na drzewie. Ojciec Christian przeczuwał, że do tego dojdzie. Terroryści odwiedzali go już wcześniej i grozili. Mimo to zapisał w swoim testamencie takie słowa: „Gdybym pewnego dnia stał się ofiarą terroryzmu, chciałbym, aby moja wspólnota, mój Kościół, moja rodzina pamiętali, że moje życie było dane Bogu i temu krajowi. Chciałbym, aby zrozumieli, że jedyny władca wszelkiego życia miał udział w tym odejściu, nawet brutalnym (...) Oczywiście po mojej śmierci zatriumfują ci, którzy mnie uważali za naiwnego idealistę. Teraz niech powie, kto miał rację. (...) Dziękuję Bogu, (za moje) życie... w tym dziękuję zamykam i ciebie także, przyjacielu z ostatniej minuty, który nie będziesz wiedział, co czynisz... dziękuję i do zobaczenia...”. Ów zakonnik modli się, aby zobaczył swego mordercę oczyma Boga (por. J. Grzegorczyk, Dziurawy kajak i Boże miłosierdzie).

I jeszcze drugi obraz. Dwóch braci pokłóciło się ze sobą, gdy jeden z nich dowiedział się, że jego brat w czasie PRL-u doniósł na niego odpowiednim służbom, przez co nie dostał on paszportu. Sprawa była bardzo stara, ale tak wielka złość, że bracia zerwali ze sobą wszelki kontakt. Mało tego, pokrzywdzony brat poszedł do notariusza i na piśmie zagwarantował sobie, że nigdy nie zostanie pochowany razem z bratem w rodzinnym grobowcu. (por. J. Grzegorczyk, Dziurawy kajak i Boże miłosierdzie).

Dwa pisma: testament ojca Christiana i zapis notarialny pokrzywdzonego brata – można powiedzieć: dwa jakże różne bilety na tamten świat. A można też powiedzieć: dwa różne obrazy wiary. W przypadku ojca Chrystiana jest to wiara żywa, mocna, wypowiadająca się w przebaczeniu przyjacielowi z ostatniej minuty. W przypadku drugim widzimy zupełny jej brak...

Prośba Apostołów rodzi pytanie o naszą wiarę: Jaka ona jest? Czy jest jak ziarnko gorczycy czy też jest to jeszcze etap wołania o jej przymnożenie?

Ewangelia podpowiada nam, że obok umiejętności przebaczania naszym winowajcom, dobrym sprawdzianem wiary jest spojrzenie na moją relację z drugim człowiekiem: czy widać tam ducha służby, pokornej służby? Czy to, czego dotykają moje ręce, zamienia się w złoto władzy, panowania, pogardy czy w złoto miłości bliźniego, miłości wzajemnej. Prawdziwym królem – według nauki Bożej – nie jest ten, kto ma władzę, ale ten, kto służy; kto potrafi dać swemu bliźniemu nie to, co mu zbywa, ale to, co naprawdę należy do niego, czyli serce, miłość, uśmiech, czas. Taki człowiek nie czeka na wdzięczność, ale mówi sam przed sobą: zrobiłem to, co miałem zrobić, i tyle. Taka właśnie postawa sprawia, że w niebieskim skarbcu odkłada się na naszym koncie złoto szczęścia wiecznego.

Póki co rozpoczął się październik, miesiąc różańcowy, a więc doskonała okazja, aby podjąć ufną modlitwę o przymnożenie wiary. Jeśli ufnie będziemy wołać, to nawet bez okularów zauważymy wiarę w naszej wzajemnej służbie, bowiem bez wiary nie może być cnoty, ale i bez cnoty nasza wiara jest martwa. Dlatego dziś modlimy się słowami poety:

"Wierzymy w Boga jednego na wieki,

co karze zbrodnie, a cnoty nagradza
świat cały z Jego istnieje opieki,
W miłości Jego - i mądrość i władza" (K. Brodziński)
 
"O, Boże, ja w Ciebie wierzę,
ja Ciebie kocham, o Boże,
ja bym tak chiał kochać Ciebie,
Kochać i wierzyć tak szczerze" (S. Goszczyński)
 
AMEN.
 
 
 
 
 
Dział: OKRES ZWYKŁY
kazanie-na-niedzieleW swojej Ewangelii św. Łukasz umieszcza przypowieść o bogaczu i żebraku Łazarzu wśród przypowieści mówiących o niebezpieczeństwie płynącym z posiadania bogactw tego świata. Bogacz, używający wszystkich rozkoszy życia, przypomina ludzi beztroskich i krzykliwych pijaków z Księgi Amosa, do których prorok adresuje swoje „biada”. Biedak żyje w skrajnej nędzy i cierpieniu. Bogacz zamknięty w swoim świecie komfortu, nie dostrzega Łazarza. To są dwa odrębne światy, które na co dzień nie stykają się ze sobą. Imię biedaka jest znamienne – Łazarz po hebrajsku znaczy „Bóg wspomaga”. Po śmierci cieszy się on szczęściem, a bogacz cierpi w Otchłani. Chrystus przestrzega swoich słuchaczy, by przez nieumiarkowane korzys­tanie z dóbr materialnych nie stali się niewolnikami posiadanych bogactw. Tę myśl pięknie rozwinął św. Grzegorz Wielki. W jednej ze swych homilii powiedział: „Jeżeli nie możecie opuścić wszystkich spraw tego świata, zatrzymajcie je tak, aby one was na świecie nie zatrzymywały, abyście dobra ziemskie posiadali, a nie byli przez nie posiadani”.
W tej przypowieści Panu Jezusowi bardzo zależy na człowieku, który stał się niewolnikiem bogactwa. Zamknięty w swoim świecie dobrobytu nie widzi Boga, nie widzi bliźniego i nie jest w stanie przekroczyć tego bardzo zmaterializowanego wymiaru swojego życia. „Biedny bogacz” – na nic mu się zda poszukiwanie cudowności, religijnych sensacji, nadzwyczajnych objawień. „Mają Mojżesza i Proroków, niechże ich słuchają”. Odmowa, której udziela w imieniu Boga Abraham, jest jednak potężnym orędziem nadziei. My mamy nie tylko Mojżesza, Proroków, ale Jezusa Chrystusa przychodzącego do nas z Ewangelią. Skoro otrzymaliśmy Słowo Boże, które jest mocą Bożą prowadzącą nas przez życie do zbawienia, nie jesteśmy zdani na własne, ograniczone ludzkie siły.
Rozpoczynamy październik, miesiąc szczególnie związany z nabożeńst­wem różańcowym. Zakon dominikanów czci dzisiaj Matkę Bożą Królową Różańca Świętego. To nabożeństwo posiada ścisły związek z Pismem Świętym, z niego wyrasta. Nie na darmo nazywano Różaniec „Psałterzem Maryi”. O. Joachim Badeni, zaczął kiedyś kazanie różań­cowe od pytania: „Dlaczego Ojciec Święty stale daje ludziom na pamiątkę różaniec?” „Dlatego, że jest to przemodlona Ewangelia”. Ta nieustanna troska Chrystusa o człowieka, to wielkie orędzie nadziei, o którym przed chwilą mówiłem, jest obecne w przeżywanych i przemodlonych tajemnicach różańcowych.
Jest to modlitwa autentycznie biblijna, zakorzeniona w Słowie Bożym. Wchodzimy tu w szkołę pokornej i prostej modlitwy, jaką Jezus otwiera nam przez swą Matkę. Ta „modlitwa Maryjna” nie tyle jest słowem, które kierujemy do Maryi, co modlitwą z Matką Jezusa, w samym sercu Kościoła. To Słowo Boże skierowane jest do człowieka i przychodzi w milczeniu. Wskutek powtarzania, że modlitwa jest naszą rozmową z Bogiem, zapomi­namy często o tym, że wszelka inicjatywa należy do Niego, że to On pierwszy wychodzi na spotkanie z człowiekiem. Modlić się, to przede wszystkim słuchać Boga, który wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał do ludzi, a teraz przemówił do nas przez Syna (por. Hbr 1,1). Słowo Boże jest darem. Przypominamy sobie, gdy w gorący dzień Jezus zmęczony usiadł przy studni Jakuba i poprosił Samarytankę o wodę. Powiedział: „O, gdybyś znała dar Boży i wiedziała, kim jest Ten, kto ci mówi: «daj mi się napić» – prosiłabyś Go wówczas, a dałby ci wody żywej?” (J 4,10). Jeśli pragniemy tego Daru, to za pośrednictwem Słowa Bożego zostajemy pochwyceni przez Ducha Świętego i wprowadzeni w modlitwę, którą On sam nieustannie wzbudza w naszym sercu.
To Duch Święty pozwala nam wówczas pojąć, że Bóg nie jest tylko Stwórcą, Panem Zastępów mieszkającym w niedostępnej światłości, lecz po prostu Ojcem, którego zdumiewająca bliskość została nam ofiarowana w Jezusie. A Jezus Chrystus modlił się jak nikt na świecie, wyrażając niewysłowione doświadczenie bliskości z Ojcem, doświadczenie najgłębszej ufności i całkowitego oddania. Modlitwa ta była wyrazem istoty Tego, który nieustannie jest zwrócony ku Ojcu.
Św. Łukasz łączy modlitwę Jezusa z najważniejszymi wydarzeniami Jego życia: chrzest w Jordanie, wybór Dwunastu, Kazanie na Górze, ustanowienie prymatu Piotra, Przemienienie, agonia na Górze Oliwnej, wreszcie modlitwa a krzyżu. Modlitwa Jezusa jest ściśle zespolona z dziełem zbawienia, z Jego godziną, dla której przyszedł na świat, aby wszystkich przyciągnąć do siebie.
Św. Augustyn mówi: „Słyszysz, jak Nauczyciel się modli? – Ucz się modlitwy; po to bowiem się modlić, abyś ty się nauczył modlić”. Nasza modlitwa, a zwłaszcza rozważanie tajemnic Różańca, powinna iść śladem Jezusowej modlitwy. Medytacja ta ma nam przybliżyć Chrystusa w Jego tajemnicy paschalnej, w Jego przejściu przez cierpienie i krzyż do chwały zmartwychwstania. Zmartwychwstały Pan, który żył życiem ziemskim podobnym do innych ludzi, jest Przedwiecznym Synem Boga. Pana Wszech­świata. Jego prawdziwa osobowość była już obecna i doskonała, gdy szedł drogami Judei i Galilei, gdy oświecał swych słuchaczy, gdy pochylał się nad ludzkim cierpieniem, gdy sam cierpiał i umierał. Tajemnica paschalna zachęca do ponownego odczytania wszystkich wydarzeń z ziemskiego życia Jezusa, tak jak czynili to uczniowie po Zmartwychwstaniu. Wielka moc i pewność przebija z ich świadectwa o Słowie życia. Św. Piotr, Pierwszy z Apostołów, nawróconym z pogaństwa zwiastuje zbawczą obecność Zmartwychwstałego Pana. Słowa te docierają również do nas, są światłem w cierpieniu człowieka, w naszych trudnych doświadczeniach i lękach: „Jego to miłujecie, chociaż nie widzieliście Go, a i teraz nie widząc – wierzycie w Niego, a wierząc – cieszyć się będziecie radością niewymowną i pełną chwały, gdy osiągniecie cel waszej wiary – zbawienie dusz!” (1 P 1,8-9).
Tertulian nazwał Różaniec „streszczeniem całej Ewangelii”. W niej odnajdujemy Matkę Chrystusa, pokorną Służebnicę Pańską, która swoje życie przeżywała w Jego obecności i była pierwszą słuchaczką Dobrej Nowiny. „Jej życie jest życiem w milczącej adoracji Słowa Przedwiecznego” (kard. de Berulle). Modlitwa Maryjna jest tajemnicą Jej komunii z Synem. Kontemplacja tajemnic w Różańcu jest po prostu spoglądaniem na Chrys­tusa w komunii z Maryją. Różaniec, w swej zewnętrznej formie polegający na powtarzaniu tych samych słów, może stać się modlitwą mechaniczną, rutynową, przypominającą czczą gadaninę. Milczenie Maryi, Jej ukrycie w tajemnicy Jezusa jest wyrazem Jej ewangelicznego ubóstwa. Za każdym razem, gdy stajemy przed Bogiem w oczekiwaniu Jego Daru, jesteśmy wszystkiego pozbawieni, ogołoceni jak najubożsi. Stajemy się wówczas gotowi na przyjęcie niedościgłych Bożych bogactw.
Różaniec jest modlitwą apostolską. Tak go rozumieli i rozpowszechniali synowie św. Dominika, który według świadectw pierwszych biografów wołał: „Panie, co się stanie z grzesznikami”. Ta troska o zbawienie ludzi towarzyszy nam dzisiaj. Modlitwa apostolska jest modlitwą samego Jezusa w chwili Męki. My wszyscy stajemy się jej uczestnikami. Rozumiał to dobrze pastor ewangelicki, Dietrich Bonhoeffer, zamordowany przez hitlerowców, który pisał:
„Człowiek powołany jest do cierpienia wraz z Bogiem. Tym cierpieniem, jakie świat bez Boga zadaje Bogu… Oto metanoia: nie myśleć przede wszystkim o swych własnych nieszczęściach i lękach, lecz dać się porwać w drogę Jezusa Chrystusa, w wydarzenie mesjańskie”.
Są to słowa nadziei i umocnienia dla wszystkich, którzy niosą krzyż cierpienia z Chrystusem. Wtedy wiemy, co to znaczy, że nas „Bóg wspo­maga”.
 
 
Dział: OKRES ZWYKŁY

kazanie-na-niedzieleDziś przyszliśmy do naszej świątyni, aby nauczyć się Jezusowej mądrości, zapisanej w tekście Pisma Świętego oraz spojrzeć na to, jak On realizował tę nieskończoną doskonałość w swoim życiu.

Ewangelia opowiada o bogaczu i Łazarzu. To obraz jasności i mroku, dobra i zła, które są bardzo blisko siebie i „stykają się” ze sobą. Nawet nie wyobrażamy sobie jak blisko siebie, na areale ziemskim naszego człowieczeństwa, rosną pszenica i chwast! Nasze serce posiada te dwa rodzaje zasiewu: Boży i diabelski. Jesteśmy z jednej strony bogaczami, którzy pragną się bawić, ucztować, dogadzać zmysłom i własnej pysze, a z drugiej Łazarzami, którzy ciągle muszą wyciągać rękę po jałmużnę ze strony bliźnich! Bogacza, jak to wiemy z Ewangelii, w konsekwencji popełnionych uczynków spotkało cierpienie i beznadziejność. Łazarz natomiast zdobył ukojenie i trwałe dobra. Łazarz był żebrakiem, który dodatkowo dźwigał cierpienie i odrzucenie społeczne z powodu bolących wrzodów. Choroba i nędza, nagrodzone uzdrowieniem i bogactwem ducha. Natomiast bogacz to człowiek zapatrzony w samego siebie, ubierający się w najdroższe i najmodniejsze stroje, trwoniący czas na imprezowaniu. Beztroska bogatego, który nie dostrzega potrzeb bliźnich, stanowi podstawowy zarzut skierowany przeciw niemu. Jest jeszcze jeden element ważny w tej Ewangelii, którym jest „nieprzebyta przepaść” pomiędzy szczęśliwymi i potępionymi po śmierci. Oddzielenie to rozpoczyna się jednak już tutaj, gdy my sami budujemy mur, oddzielający nas od drugiego człowieka. Odrzucenie biednych i słabych, nade wszystko odrzucenie grzeszników, którzy żebrzą o nasze przebaczenie, zawsze zaowocuje tragedią! Jezus zniszczył w sobie samym wszystkie mury i podziały (por. Ef 2, 16)! Nie pozwala nikomu ze swych uczniów odgradzać się od bliźniego, który jest daleko od bogactwa wiary! My musimy otworzyć podwoje naszych domów i serc na dawanie, i to hojne dawanie świadectwa wiary w Zmartwychwstałego wobec każdego nędzarza – żebraka wiary!

W podobnym duchu możemy odczytać słowa proroka Amosa, który mówi w pierwszym czytaniu o beztrosce bogatych mieszkańców Jerozolimy i Samarii. Dla nich ważniejsze było jedzenie i picie oraz inne wygody od ratowania „upadającego domu Józefa”! Z pewnością te słowa nas poruszyły, gdyż i my często nie bierzemy sobie do serca faktu, że Europa wyludnia się jeśli chodzi o chrześcijan. Rośnie natomiast liczba budowanych meczetów i wyznawców Mahometa. Ale to nas samych mało obchodzi, my mamy „ważniejsze sprawy” na głowie: budowa luksusowego domu „wyłożonego kością słoniową” – najdroższymi gresami, „leżenie na dywanach” – fotelach z masażem, domowym basenem czy sauną, „jedzenie jagniąt i cieląt” – wytwornych potraw i najdroższych napojów. A fakt, że za pięćdziesiąt czy sto lat wasi wnukowie będą prześladowani jako wyznawcy Jezusa mało kogokolwiek interesuje. To przecież sprawa papieża, biskupów... nie moja, ja mam inne – moje prywatne cele, nie uwzględniające w żaden sposób miejsca Jezusa w Europie!

Święty Paweł mówi o tym zagadnieniu w taki sposób: „Ty, o człowiecze Boży, podążaj za sprawiedliwością, pobożnością, wiarą, miłością, wytrwałością, łagodnością”. W żadnej religii nie ma takiej łagodności wobec grzesznika jak w naszej! Jeśli nie chrześcijaństwo będzie w Europie dominujące, stracimy wolność i demokrację na rzecz fundamentalizmu i zasady „świętej wojny”. Jeśli nie Jezus i Jego Dobra Nowina będą naszym modelem życia, „dobiją” nas w podeszłym wieku ci, którzy nie respektują przykazania: „nie zabijaj”. Trzeba słuchać słów Pawła i zachowywać „przykazanie nieskalane i bez zarzutu”. W horyzoncie naszych dążeń zechciejmy także uwzględnić Ewangelię i przekazać ją jako jeden z bezcennych skarbów następnym pokoleniom, aby i one przechowały go i przekazały ów dar wiary w Jezusa Chrystusa w „sztafecie pokoleń” ludzi Kościoła.

Od obrazu bogacza i Łazarza doszliśmy do odpowiedzialności wobec naszej przyszłości. Zechciejmy naprawdę słuchać – przyjmować do serca i umysłu – wskazania Bożej mądrości. Zechciejmy popatrzeć poza granice naszej działki i domu. Zechciejmy analizować dziejące się wokół wydarzenia i wpłynąć na bieg historii, aby za kilkadziesiąt czy więcej lat nasi następcy powiedzieli, że pierwszy raz chrześcijaństwo w Europie uratował Sobieski, a drugim razem pokolenie Polaków początku XXI wieku. Niech Jezus, który przychodzi do nas w Eucharystii, da nam moc do wypełnienia tego naszego zadania. AMEN.

 

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
środa, 21 wrzesień 2016 05:00

Rozważania codzienne - Powołanie Mateusza

sw-mateusz-apostolSłowa Ewangelii według św. Mateusza. Gdy Jezus wychodził z Kafarnaum, ujrzał człowieka siedzącego w komorze celnej, imieniem Mateusz, i rzekł do niego: "Pójdź za Mną". On wstał i poszedł za Nim. Gdy Jezus siedział w domu za stołem, przyszło wielu celników i grzeszników i siedzieli wraz z Jezusem i Jego uczniami. Widząc to, faryzeusze mówili do Jego uczniów: "Dlaczego wasz Nauczyciel jada wspólnie z celnikami i grzesznikami?" On, usłyszawszy to, rzekł: "Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają. Idźcie i starajcie się zrozumieć, co znaczy: «Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary». Bo nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników". Oto słowo Pańskie.
 
 
REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM
 

„Jeden jest Bóg i Ojciec wszystkich, który jest i działa ponad wszystkim, przez wszystkich, i we wszystkich”.

Temu, Wszechmocnemu Bogu, spodobało się wybrać na swojego ucznia człowieka pogardzanego przez wszystkich. Bo być celnikiem w Izraelu, to być odsuniętym od swojego Narodu, to zaprzedać się na usługi rzymianom, to być pogardzanym, to stać w świątyni jerozolimskiej z samego tyłu – dziś powiedzielibyśmy – pod chórem. Stać i czekać na zmiłowanie Boże. Być celnikiem, to nie usłyszeć od swoich ziomków żadnego dobrego słowa, nie poczuć żadnego gestu miłości. W pewnym momencie nawet wielkie pieniądze, które celnik posiadał, nie mogły przesłonić rozgoryczenia, żalu. Wykonywał swoją pracę. Ktoś musiał ją robić. A może Mateusz był bardziej litościwym dla innych, niż każdy inny celnik? A może w jego sercu zadrgała jakaś nuta żalu, kiedy przychodziła uboga kobieta, składając pieniądze na podatek, i mówiła: nie mam więcej, nie potrafię więcej dać? Co czuł, siedząc na komorze celnej? Na pewno czuł nienawiść, która emanowała w jego kierunku od jego rodaków przychodzących. Słyszał złośliwe szepty i uwagi. Ale może było też miejsce w jego życiu, był taki czas, kiedy cichutko, kiedy najmniej było ludzi, szedł do świątyni, stawał tak, by nikt go nie zobaczył, by nikt z niego się nie śmiał, i rozmawiał ze swoim Bogiem, i prosił Go o łaskę.

I w tym wszystkim nie mógł nawet przewidzieć, nawet wyobrazić sobie, że pewnego dnia Bóg stanie przed nim, i powie mu: “Pójdź za Mną”, że Ten Bóg, którego wszyscy czczą, który jest Stwórcą nieba i ziemi, przyjdzie i powie: naśladuj Mnie, zostaw to wszystko, co budzi w tobie niepokój, co jest przyczyną twego gniewu, twej zgryzoty, twego żali, i pójdź za Mną, a ja wskaże ci drogę doskonalszą, drogę, z której nie będziesz już chciał zawrócić. Ty, poniżany przez wszystkich, staniesz się Moim świadkiem.

Co musieli czuć prawowierni Żydzi, gdy dowiedzieli się, że jednym z uczniów Jezusa Chrystusa stał się celnik, grzesznik przez nich potępiany i wyśmiewany? Pewnie zawód, rozgoryczenie, a później złość i nienawiść, już nie tylko do Mateusza, ale również do Jezusa. Tylu sprawiedliwych chodziło, a On powołał grzesznika. Tylu modlących się w świątyni, a On przyszedł do tego i powołał tego, który do tej świątyni może ukradkiem wchodził, i wybrał go do wielkiego dzieła. Wielu chciało, by Mistrz z Nazaretu stanął przed nimi i powiedział: “Pójdź za Mną”, tak bardzo fizycznie, bardzo cieleśnie chodź za Mną, patrz na Moje cuda, słuchaj Mojej nauki. Wielu sprawiedliwych nie usłyszało tego, ale ten, w którego sercu było miejsca na Boga, który – mimo wszystko – nie stracił człowieczeństwa, nie sprzedał go za pieniądze rzymian.

Mateusz przez chwilę pewnie się zawahał. Dwie wizje świata: bogactwo, dobra pozycja, a z drugiej strony niepewność, ubóstwo Jezusa, o którym słyszał, brak stałego miejsca zamieszkania, niepewność jutra. Co wybrać? Za czym się opowiedzieć? Ale kiedy spojrzał w oczy Mistrza, zrozumiał, że jeżeli nie pójdzie za Nim, popełni największy błąd w swoim życiu; jeżeli nie zawierzy Mu zupełnie, to nigdy sobie tego nie daruje, że żadne pieniądze świata nie są godne ani zdolne zastąpić tego spojrzenia, tej dobroci, która emanowała od tego Człowieka. Słyszał o Nim wiele. Teraz On pochyla się nad nim i mówi: “Pójdź za Mną”; mówi bez wyrzutów, z łagodnością. A stojący dokoła dyszą nienawiścią, bo wybrał celnika. Jak mogłeś tak uczynić? Dlaczego tak otaczasz się celnikami i grzesznikami? Ja do nich przyszedłem, dla nich. Wy, sprawiedliwi, zawsze jesteście przy Mnie. Czyż nie przypomina nam to przypowieści o synu marnotrawnym i wyrzutów sprawiedliwego syna: Ojcze, całe życie ci służę, nigdy nic mi nie dałeś, żebym urządził sobie chociaż ucztę z moimi przyjaciółmi, a kiedy przyszedł ten grzesznik, to przyjąłeś go. Ten twój syn, to już nie jest mój brat. Twój syn przyszedł, a ty go przyjąłeś, chociaż on wszystko stracił.

Miłość Boga jest niezmierzona. I w tej miłości przychodzi do najuboższych, do nas, których serca są niejednokrotnie zranione, poszarpane, i mówi: “Pójdź za Mną”, a Jego miłość zaczyna leczyć nasze wnętrze. Nie dziwmy się temu, że ktoś po wielu latach nawraca się, że wraca do Boga, nawet jeżeli wiódł życia godne potępienia. Dziwić się należy, jeżeli chrześcijanin nie chce i nie umie zrozumieć, jak wielką miłością Bóg obdarzył grzeszników, że dla grzeszników przyszedł. Sprawiedliwi nie potrzebowali Go aż tak bardzo, ale ci odsunięci na margines.

Bóg, z leczącą miłością, staje dzisiaj przede mną i mówi: “Pójdź za Mną”, już nie tak fizycznie, ale naśladuj Mnie: nie pokładaj całej nadziei w bogactwie, w dorobku swego życia, bo i tak na drugą stronę życia niczego, oprócz miłości, ze sobą nie zabierzesz. Jaką odpowiedź dam Bogu, gdy dzisiaj pochyli się nade mną i wypowie swoje pełne łagodności i miłości “Pójdź za Mną”? Czy zawaham się?

“Jeden jest Bóg i Ojciec, który jest i działa ponad wszystkimi, przez wszystkich i we wszystkich”. Ojcze, zadziałaj dzisiaj w moim sercu! AMEN.

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Dział: OKRES ZWYKŁY

niedzielna-homiliaNapięcie, jakie istnieje pomiędzy bogactwem i ubóstwem, stawia wobec każdego z nas bardzo zasadnicze pytania. Kiedy dzisiejsza ewangelia porusza ten problem w radykalnym „albo – albo": „Nie możecie dwom panom służyć, nie możecie Bogu służyć i mamonie" (Łk 16, 13) – na pewno nie wydaje się nam, że jest on nieaktualny, że Pan Jezus zajmu­je tutaj stanowisko tylko wobec sobie współczesnych. Wszyscy wiemy dobrze, jak głęboko w naszym kraju jest zakorzeniona chęć posiadania.

Moi Drodzy! Dzisiaj coraz rzadziej mówi się o bogactwie i ubóstwie. Ale czy nie chodzi o to samo, chociaż nazwy są inne? Wiemy dobrze, co oznaczają takie terminy jak kapitalizm, ma­terializm, stopa życiowa. Wiemy, jak wielka jest żądza posiadania nie tylko rzeczy niezbędnie koniecznych do życia, ale też ułatwiających życie. A potem majątku, który sam w sobie dobry może stać się czasem tragedią człowieka. Jak często patrzymy z przerażeniem na ludzi ogar­niętych tą żądzą. Podobni są oni do ślepych, którzy w złotym cielcu widzą swojego boga.

Problem, który chcemy rozważyć dzisiaj, należy do problemów tru­dnych, ale Pan Jezus podjął go i dał nam wystarczającą ilość światła, by móc sobie wyrobić o nim prawdziwe zdanie. Zacznijmy więc naj­pierw od wyjaśnienia usłyszanej dzisiaj ewangelii.

Przypowieść o roztropnym rządcy zapisana przez św. Łukasza prze­kazuje nam wypowiedź Pana Jezusa z okresu, kiedy zaczął On już co­raz bardziej kształtować postawę swoich uczniów, ukazując im głębie „nowego stylu życia”, owego stylu obyczajów królestwa. I jak widzie­liśmy już nie raz, Chrystus roztaczając przed nimi wizję przyszłości, w której mieli zaświadczyć o swojej wierności wobec Niego aż do koń­ca, coraz bardziej wskazywał na rzeczy zasadnicze, istotne. A może, ściślej mówiąc, na rzecz zasadniczą, istotną, jedyną: na to, że to właś­nie ON SAM jest ową bezcenną perłą, skarbem – Wszystkim.

Tylko ten, kto posiadł ten skarb, może zagłębiać się we wszystkie płaszczyzny ziemskich wymiarów i dopuszczać, by one przenikały jego życie. Co to znaczy? Tłumaczył to swoim uczniom, posługując się róż­nymi przypowieściami. W dzisiejszej mówi, że wyrzeczenie się bogactw dowodzi roztropności tych, którzy chcą iść za Nim.

Sprytna kradzież przewrotnego włodarza zwraca w pierwszym rzę­dzie uwagę słuchaczy na ową swoistą roztropność i zapobiegliwość. Przypowieść kończy się uwagą, że synowie tego świata roztropniejsi są wśród podobnych sobie niż synowie światłości. Zdobywanie królestwa nie jest rzeczą łatwą – gwałtownicy je zdobywają, to znaczy ci, którzy szukają go całym sercem.

By jeszcze lepiej wyjaśnić tę „roztropność”, Jezus dodał: „Ja także wam powiadam: zyskujcie sobie przyjaciół niegodziwą mamoną, aby gdy wszystko się skończy, przyjęto was do wiecznych przybytków” (Łk 16, 9). W sformułowaniu tym chodzi po prostu o jałmużnę. Udzielając „ma­mony” biednym, zdobywamy sobie miejsce w niebie. Można by wyraże­nie „mamona niegodziwa” wyjaśnić w znaczeniu przenośnym dostrzegając w tym zaleceniu Pana jeszcze coś głębszego. Mianowicie wskazówkę za­lecającą dobrowolne przyjmowanie niezasłużonych i wręcz niesprawie­dliwych cierpień. Rozdać swój majątek ze względu na królestwo a na­wet podjąć dobrowolnie cierpienia, jak Paweł, który „uzupełniał to, czego nie dostawało męce Chrystusa” (por. Kol 1, 24) –oto mądrze pojęte ubóstwo.

Wreszcie kontrastowe zakończenie „albo – albo” domaga się od uczniów konkretnej i egzystencjalnej decyzji. Nie można dwom panom słu­żyć – nie można służyć Bogu i mamonie. Nie ma w tych słowach po­tępienia bogactwa, ale wyraźne ostrzeżenie, że bogactwo, podobnie jak władza i wiele innych wartości, ma w sobie pokusę, wobec której sam człowiek jest często bezsilny i której łatwo ulega.

Ponadto Chrystus przypomina, że posiadanie dóbr samo w sobie nie jest złe, ale największą troską powinno się otoczyć zdobywanie królest­wa, które ma się stać jedynym bogactwem. Jednak to eschatologiczne sformułowanie nie deprecjonuje ani samego posiadania, ani podjęcia pracy, ani odpowiedzialności zawodowej.

Zakotwiczając uczniów w jedynej i najwyższej wartości, ucząc ich uważać za bogactwo tylko to, co ma wartość u Boga, ucząc prawdziwie wartościować rzeczywistości ziemskie, Jezus wskazuje na wartości nie­zniszczalne. W tym kontekście wartość tego, co zniszczalne, staje się bardziej wyrazista i łatwiejsza do odczytania. Na przykładzie bogactwo-ubóstwo uczniowie mogą sobie wyrobić pogląd na to, co na ziemi jest wartościowe, co mocne, nieprzemijające, godne walki i wysiłku – a co niebezpieczne.

Jednak szczegółowe oceny, praktyczne stosowanie zasad nie jest pro­ste i dlatego trzeba jeszcze kilku słów dalszych wyjaśnień. Jezus ukazu­jąc bogactwo w relacji do bezcennej wartości królestwa wskazał na jego przygodność i znikomość. Jednak doktryna Jezusa idzie zasadniczo po linii Starego Testamentu: mogąc być niebezpiecznym lub co najmniej próżnym, bogactwo jest jednak darem Boga. Można się tego daru zrzec ze względu na królestwo, a zwłaszcza powinni o tym pamiętać ci, którzy nie potrafią dobrze przeprowadzić linii podziału pomiędzy tym co ko­nieczne a tym co możliwe. Dla nich bogactwo staje się prawdziwie „nie­godziwą mamoną" prowadzącą na zatracenie.

W naszych czasach, kiedy dysproporcje społeczne są bardzo ostre, „Kościół ubogi”, przypominający światu konieczność ubóstwa wedle du­cha – jak kiedyś Chrystus przypomniał w Kazaniu na górze – wska­zuje na podstawowy elemet równowagi społecznej.

Rozmowa z bogatym młodzieńcem, podczas której Chrystus propo­nował mu „drogę doskonalszą”, po dziś dzień znajduje swoją kontynua­cję w decyzji dobrowolnego ubóstwa „dla królestwa”. Rada ewangelicz­na ubóstwa jest radykalnym podjęciem Chrystusowego apelu. Patronu­je jej biedaczyna z Asyżu, św. Franciszek, zaślubiający Panią Biedę – jak Chrystus podejmując ubóstwo Krzyża.

Zgromadzeni dzisiaj dokoła ołtarza, na którym jak na krzyżu Pan Jezus składa siebie w ofierze, przypominamy sobie konieczność naszego ubóstwa w duchu i w prawdzie. Jedni niech zrewidują swoje wartościo­wanie wobec dóbr tego świata i podzielą się już tutaj tym, co posiadają. Inni niech zapragną jeszcze bardziej upodobnić się do Chrystusa ogołoco­nego, by „za życie świata” podjąć Jego drogę. Tak czy inaczej - pomyśl, czy Jezus i Jego sprawy sądla Ciebie WSZYSTKIM? Jeśli tak, to Bogu niech będą dzięki.

Dział: OKRES ZWYKŁY

homiliaBracia i Siostry! To może się wydawać dziwne, ale dobra materialne Pan Jezus w dzisiejszej Ewangelii nazywa rzeczą drobną. Zastanówmy się nad głębokim sensem tych słów: "Kto w drobnej rzeczy jest wierny, ten i w wielkiej będzie wierny, a kto w drobnej rzeczy jest nieuczciwy, ten i w wielkiej nieuczciwy będzie. Jeśli więc w zarządzie nieuczciwą mamoną nie okazaliście się wierni, prawdziwe dobro kto wam powierzy?"

Otóż jest w nas dziwna skłonność do przeceniania znaczenia dóbr doczesnych. Przypomnijmy sobie opowieść ewangelicznąo bogaczu: pobudował sobie wielkie spichlerze i wypełnił je po brzegi, zadowolony, że teraz może sobie używać życia przez długie lata. "Głupcze - powiedziano mu - jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy".

Człowiek, który swojego znaczenia szuka nie tam, gdzie można je naprawdę znaleźć, ulega podobnemu złudzeniu jak kogut w kurniku. Ko­gut całą swoją moc wkłada w to, żeby jak najgłośniej zapiać i obwieścić w ten sposób o swojej władzy i znaczeniu. Kogut pieje, bo poczuł, że do niego cały świat należy: bo przecież on w kurniku jest najważniejszy! Otóż ciebie, człowiecze, Pan Bóg obdarzył rozumem i umiejętnością myślenia. Dlaczego więc wyobrażasz sobie, że jesteś taki strasznie ważny, dlatego, że obracasz może miliardami złotych, albo że jesteś potężnym ministrem lub człowiekiem bardzo sławnym?. To wszystko przemija jak mgła po­ranna. Tak naprawdę liczy się tylko to, z czym człowiek stanie na sądzie Bożym. Tak naprawdę liczy się to, jak do swojego bogactwa albo do jakiegoś znaczenia doszedłeś - uczciwie czy nieuczciwie. Liczy się to, jak się w prowadzeniu swojego biznesu czy w sprawowaniu powierzonych ci funkcji zachowujesz - czy kierujesz się Bożymi przykazaniami, czy nikogo nie krzywdzisz, czy nie przyczyniasz się do czyjejś nędzy, czy w swojej działalności pamiętasz o dobru wspólnym, a nie tylko o twoim dobru prywatnym.

Liczy się to, czy nie utopiłeś się w tych swoich zajęciach i troskach doczesnych - bo może nawet o Panu Bogu zapomniałeś, może nawet dla twoich rodzonych dzieci.

Dzisiaj wielu ludzi prowadzących działalność gospodarczą ogarnęła fałszywa wiara, jakoby ekonomia miała swoje własne prawa i zasady moralne w niej nie obowiązują. Tym wszystkim ludziom należy przypom­nieć, że przed tą fałszywą wiarą słowo Boże przestrzegało już w czasach Starego Testamentu: Wiele zła wyrządzisz, człowiecze, ludziom, a siebie samego zatracisz na wieki, jeśli bogiem twoim będzie zysk albo sukces, i nie będziesz się liczył z prawem moralnym. Słyszeliśmy przed chwilą ostrzeżenia proroka Amosa: Biada wam, którzy gnębicie ubogiego i bez­rolnego pozostawiacie bez pracy - sam Bóg zapamięta wam wszystkie oszustwa i wasze bogacenie się kosztem ubogich i waszą pogardę dla człowieka słabego.

Pan Jezus mówi nam dzisiaj: "Nie możecie służyć Bogu i mamonie". Dobra materialne są w naszym życiu czymś bardzo ważnym. Codziennie musimy jeść i pić, musimy mieć w co się ubrać i gdzie mieszkać. Dobra materialne budują pomyślność kraju, są niezbędne do tworzenia i pielęg­nowania kultury, bez nich nawet życia duchowego nie dałoby się spokojnie rozwijać. Dobrami materialnymi możemy się posługiwać dla okazania so­bie wzajemnie miłości i życzliwości, dobra materialne są nieraz niezbędne, żeby skutecznie pomóc bliźniemu. Pan Jezus jest Synem Bożym, to On jest Stwórcą dóbr materialnych, to On nas nimi obdarza i z pewnością On dóbr materialnych nie potępia.

Zatem czym jest ta mamona, o której Pan Jezus mówi: "Nie możecie Bogu służyć i mamonie"? Bibliści powiadają, że wyraz ten pochodzi od hebrajskiego słowa oznaczającego "ufać", "zawierzać". Zatem mamona oznacza "to w czym pokładam zaufanie", "to czemu zawierzam". Krótko mówiąc, w wyrazie "mamona" zawarta jest informacja o tym, co nasza ludzka przewrotność potrafi zrobić z dobrami materialnymi. Pan Bóg postanowił obdarzać nas dobrami materialnymi, abyśmy codziennie mogli otrzymywać od Niego dowody Jego miłości do nas. My, owszem, Jego da­ry przyjmujemy, ale zamiast dziękować za nie Boskiemu Dawcy i używać ich zgodnie z Jego intencjami, potrafimy czasem posunąć się aż do tego, że na nich budujemy cały sens naszego życia, że zaczynamy pokładać w nich naszą nadzieję ostateczną. Jesteśmy podobni do tej pięknej dziewczyny z bajki, w której zakochał się książę i na dowód miłości przysłał jej pierścień zaręczynowy, a jej tak ten pierścień się spodobał, że zakochała się w pierścieniu i księcia już nie potrzebowała. Podobnie i my: potrafimy jakieś dary Boże uczynić ostatecznym sensem naszego życia i wtedy nawet Pan Bóg staje się dla nas nieważny, bo postawiliśmy na pierwszym miejscu co innego. Potrafimy wobec Pana Boga być tak bez­czelni, że Jego własnych darów używamy do tego, żeby Go znieważać.

A przecież w samej strukturze różnych darów doczesnych kochający nas Bóg poumieszczał liczne sygnały, że nie są to Jego najważniejsze dary dla nas. Człowiekowi, który wiele posiada, albo od którego wiele zależy, wydaje się nieraz, że jest nie wiadomo kim - a wystarczy, że znajdzie się, jak to się mówi, pod wozem, i człowiek wspomina swoje dawne pomyślne dni, jakby to był tylko sen, jakby to nie było realne. Kto inny tę jakby pozorność nawet największych sukcesów doczesnych odczuje, kiedy spotka go jakieś nieszczęście, na przykład kiedy utraci zdrowie albo kiedy musi pogrzebać najbliższą osobę. Wtedy się widzi z całą oczywistością, że pie­niądze i dobra materialne są wprawdzie ważne i mogą służyć do różnych dobrych celów, ale do jednego celu zupełnie się nie nadają. Nie nadają się do tego, żeby budować na nich swoją nadzieję ostateczną.

Kiedy człowiek to zobaczy, przekonuje się wówczas, że my nieraz za mało używamy pieniędzy i dóbr materialnych do takich celów, do jakich one są przeznaczone. Toteż chwała tym działaczom gospodarczym, którzy posiadanych bogactw nie marnują na bezsensowną konsumpcję, ale cieszy ich to, że mogą tworzyć nowe miejsca pracy i w ten sposób przyczyniać się do pomyślności naszego kraju i chwała tym wszystkim, którzy starają się zauważać cudzą biedę i okazują serce tym, którzy znaleźli się w nędzy, nieraz bez własnej winy. "Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miło­sierdzia dostąpią" (Mt 5, 7) - mówi nam Pan Jezus. "Natomiast biada wam, bogaczom, bo odebraliście już pociechę waszą" (Łk 6, 24). Biada wam, którzy w bogactwie położyliście swoją nadzieję, którzy depczecie zasady sprawiedliwości i macie twarde serca dla biedaków.

Kiedyś święty Augustyn mówił bardzo pięknie na temat bogactwa. Mówił tak: to bardzo dobrze, że chcecie być bogaci. Ale jak już macie być bogaci, to bądźcie nimi na całego. Być bogatym w złoto to za mało. Wy bądźcie przede wszystkim bogaci w Tego, który złoto stworzył!

Podobne życzenie chciałbym dzisiaj zostawić Wam, kochani Bracia i Siostry. Życzę Wam dużo dóbr, jak najwięcej dóbr. Ale dóbr duszy życzę wam jeszcze więcej niż dóbr tego świata. Przede wszystkim jednak życzę Wam samego Pana Jezusa, który jest dobrem ciała i duszy. Życzę wam, żeby sam Jezus był dla każdego z Was największym Skarbem i najbliższym Przyjacielem. Amen.

 

Zapisz

Zapisz

Dział: OKRES ZWYKŁY

wskrzeszenieSłowa Ewangelii według Świętego Łukasza

Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a podążali z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy przybliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz». Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, przystanęli – i rzekł: «Młodzieńcze, tobie mówię, wstań!» A zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce. Wszystkich zaś ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: «Wielki prorok powstał wśród nas, i Bóg nawiedził lud swój». I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie. Oto słowo Pańskie.

 

Refleksja nad Słowem Bożym

 

Wskrzeszenie młodzieńca z Nain – tak nazwany jest ten fragment Ewangelii św. Łukasza. Jeżeli jednak dokładnie wsłuchamy się w to opowiadanie przekazane nam przez Ewangelistę, to czy nie powinno ono brzmieć: Opowiadanie o ubogiej wdowie, której zmarł syn? Łukasz bowiem pragnie zwrócić nam uwagę na matkę; to właśnie na jej widok Pan Jezus się użalił, nie na widok zmarłego młodzieńca, ale na widok płaczącej matki. Była biedna osobą: nie miała męża, a teraz odprowadza na miejsce spoczynku zmarłego syna. Przebolesne wydarzenie, gdy przychodzi matce odprowadzać dziecko na miejsce wiecznego spoczynku.

“Jezus użalił się nad nią” i przystanął. To spotkanie z Jezusem przemienia jej historię. Spotkanie z Jezusem przemienia historię każdego człowieka. Tak było również z celnikiem Lewim, Mateuszem, gdy na jego drodze stanął Jezus – jego życie się zmieniło. A nawet, gdy trzeba było przynieść człowieka do Jezusa, to to spotkanie z Jezusem, jak to miało miejsce w wypadku sparaliżowanego człowieka, przemieniło życie tego człowieka. A wczorajszy urywek Ewangelii, mówiący o uzdrowieniu sługi setnika w Kafarnaum, sugeruje nam, że nawet ta odległość nie jest ważna, ale ta postawa, głęboka modlitwa pełna ufności: “Panie, nie jestem godzien”.

Jezus pochylający się nad człowiekiem. Tam, przy tej bramie, w miejscowości Nain, spotkały się dwa tłumy: jeden, w którym był Jezus i uczniowie, ci, którzy szli za Jezusem, bo rozpoznawali w Nim Posłańca Bożego, i ten drugi tłum, który okazał się konduktem pogrzebowym. Ten pierwszy zdążał do miasta. Dla Żydów szczególnym miastem była Jerozolima – tam pragnęli wejść. Z miasta wychodzili, a raczej byli wynoszeni ci, którzy umarli – byli chowani poza miastem.

Bóg, który przechodzi obok człowieka. Wówczas wszystko się zmienia. W tej matce, która odzyskuje zmarłego syna, wielu świętych upatrywało obraz Kościoła, który dzięki miłosierdziu Boga odzyskuje dzieci zmarłe na skutek grzechu. Kościół, który jest matką, w swojej boleści wstawia za każdym ze swoich dzieci, jak to czyniła ta owdowiała matka wobec swego jedynego syna. “Kościół cieszy się każdego dnia – powiedział św. Augustyn – z ludzi, którzy w swojej duszy powracają do życia. Ów młodzieniec był umarły ciałem, a ci są umarli duchem”. Właśnie ta myśl św. Augustyna, czy nie jest podobne do tej z dzisiejszej Ewangelii? To przecież matka św. Augustyna, św. Monika, wylewała łzy przez długie lata nad swoim synem, który może pod względem cielesnym był w pełni zdrowia, ale jego dusza była martwa. Dlatego to wołanie św. Moniki, aby Bóg przyszedł z pomocą i dał mu życie. I on, Augustyn, przyjął to życie. Dar, który został mu zaofiarowany, ten dar, który jego, a także przez niego wielu przemienił, zbliżył do Dawcy życia.

Ta skarga, to wołanie wznosi nadal do Boga. Jest to skarga, wołanie wielu matek, które widzą swoje dzieci żyjące pełnią życia, cieszące się, ale zarazem widzą, że drogi ich dzieci do Boga zarosły – nie rozpoznają drogi do kościoła, do sakramentów świętych. To jest boleść, jaką przeżywa każda dobra matka, która pragnie, aby jej dziecko nie tylko żyło na ciele, ale mogło mieć kochające serce. To także troska proboszcza nie tylko o tych, którzy przychodzą do świątyni, ale i o tych, którzy nie przychodzą, którzy nie żyją po Bożemu. To wreszcie troska Ojca św., biskupów, kapłanów o każdego, kto został ochrzczony, kto jest dzieckiem Boga; to jest ta troska, która przenika także misjonarzy i wszystkich głosicieli słowa Bożego – ci wszyscy wołają do Boga o nawrócenie grzesznika, o życie dla tego, który jest duchowo martwy. I Bóg daje życie, gdy we wspólnocie wołamy, On przychodzi i ożywia, przywraca życie temu, co było martwe.

Nie ustawajmy więc wołać za tymi, których potrzeba przedstawiać Jezusowi; za tymi, którzy potrzebują odradzającego dotknięcia Jezusa. Ta Ewangelia dnia dzisiejszego wzywa nas, abyśmy do Boga przychodzili z tymi, którzy stanęli w drodze ku Niemu, zatrzymali się w rozwoju wiary, miłości. Jezus pokazał nam siebie, jako Miłość miłosierna, pochylająca się nad człowiekiem. Jezus całym swoim postępowaniem, całą swoją działalnością objawił, że w świecie w którym żyjemy obecna jest Miłość. Jest to Miłość czynna. Miłość ta daje o sobie znać w zetknięciu się z cierpieniem, krzywdą, opuszczeniem, ubóstwem, poniżeniem. To nas powinno jeszcze bardziej zachęcać do uciekania się do Serca Zbawiciela.

Panie, wysłuchaj modlitwy mojej,
A wołanie moje niech do Ciebie przyjdzie.
Nie kryj przede mną swego oblicza,
W dniu utrapienie mojego nakłoń ku mnie Twego ucha;
W dniu, w którym Cię wołam szybko mnie wysłuchaj.

Tak modli się dzisiaj Kościół w modlitwie brewiarzowej. I my, przedstawiając naszych braci, także i nasze serca, by były napełnione życiem Bożym, trwajmy przy Tym, który jest Życiem i daje nam życie. Niech się tak stanie. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

krzyzDlaczego dzisiejsze święto nazywa się Podwyższeniem Krzyża? Przede wszystkim dlatego, że po prostu krzyż, na którym był ukrzyżowany Pan Jezus, zaginął i na początku czwartego wieku został w Jerozolimie odnaleziony i umieszczony na ołtarzu. w siódmym wieku relikwie świę­tego krzyża wpadły w ręce pogan, ale je wnet odzyskano i złożono z po­wrotem w kościele jerozolimskim. Od tej chwili święto Podwyższenia Krzyża rozprzestrzeniło się w Kościele i po dziś dzień czcimy krzyż ustawiony na ołtarzu, zwłaszcza jeśli jest tak imponujący, jak w na­szym kościele.

Jest jeszcze głębsza warstwa tej uroczystości. Tak, jak słyszeliśmy przed chwilą w czytanym słowie Bożym ze Starego Testamentu, Bóg przygotowywał naród wybrany do zrozumienia tajemnicy krzyża — krzyża jako znaku zbawienia. Przygotowywał na pustyni, ukazując mie­dzianego węża, przybitego do drzewa na kształt krzyża ustawionego po­środku obozu. A sam Pan Jezus, jak wiemy dobrze, wybrał — bo mógł wybrać — właśnie ten rodzaj śmierci. Poddał się rygorom ówczesnej cywilizacji, która krzyżowała ludzi. Ale od tej chwili znak krzyża czyli znak dwu skrzyżowanych bierwion drzewa staje się dzięki Bogu-Czło-wiekowi, Jezusowi Chrystusowi, który był do krzyża przybity, ale z krzyża zstąpił — zmartwychwstał, okazał moc Boga — nie tylko sym­bolem określającym chrześcijan, ale również znakiem zwycięstwa.

I w tym sensie chrześcijanie chlubią się w krzyżu (por. Ga 6, 14) — chwałą naszą jest krzyż Pana naszego Jezusa Chrystusa. I odkrywamy w tym znaku i w tej czynności — nie krzyżowania, ale podjęcia przez Chrystusa krzyża, męki, cierpienia i triumfu z tego cierpienia — swoją życiową dewizę. Znaczymy się krzyżem w imię Ojca i Syna i Ducha. Nosimy wizerunki krzyża na piersi. Umieszczamy wizerunki krzyża w kościołach. I również w swoim życiu pragniemy powtórzyć to, co się dokonało na osobie Jezusa Chrystusa: przyjąć dobrowolnie trudy, cier­pienia i ból tego świata, który jest nieodłączny od naszego ludzkiego by­tu, od ludzkiej egzystencji. Przyjąć to i w łączności z Chrystusem — bo tę łączność mamy dzięki sakramentom, chrztu zwłaszcza i Euchary­stii — składać w ofierze Bogu za zbawienie świata. Wtedy łączymy się z Chrystusem cierpiącym, krzyżowanym i zmartwychwstałym i dzię­ki Jego interwencji nasze cierpienie, nasz trud, nasz ból i nasza wierność przykazaniom, która jest często tak bolesna jak krzyż — razem z Chrystusem zmartwychwstaje do autentycznej wolności. Nie do wolności takiej, jaką często widzimy, kiedy ludzie samowolnie robią to, co chcą. Wolność nasza jest wolnością Chrystusa żyjącego w nas, którą osiągamy dzięki wierności Jego nakazom i nawet ofierze z naszego ży­cia, którą wierząc w Chrystusa zmartwychwstałego chętnie ponosimy.

To święto dzisiaj nam tę prawdę przypomina. Prawdę Chrystusa i prawdę naszą. I ustawia w równowadze, w prawdzie nasze odniesienie do świata, który jest tak wspaniały, ale równocześnie tak kuszący, że wielu ludzi sprowadza na złe drogi. Wielu ludzi dzisiaj uważa, że sen­sem życia jest konsumpcja: majątek, sława, wielkość, użycie, seks... Róż­ne bożyszcza jawią się na horyzoncie człowieka — a Chrystus w swo­im ukrzyżowanym wizerunku mówi, że trzeba iść ciasną drogą, trzeba umieć umierać, bo ludzka egzystencja jest dążeniem do śmierci, czy chcemy, czy nie chcemy. Ale dzięki zjednoczeniu z Chrystusem zmar­twychwstajemy. Na tym świecie do wolności prawdziwej a po śmierci do szczęścia życia z Nim i z bliskimi — w wieczności.

Dzisiejsze święto nam tę wielką prawdę — chyba centralną praw­dę — przypomina. Mówi nam, że krzyż, wizerunek Chrystusa i nasz, jest szkołą życiowej mądrości. Wiele razy w życiu nikt i nic nie może nam pomóc, tylko wpatrywanie się w krzyż i przyjęcie jego wymagań. I wtedy z Chrystusem przybitym do krzyża zmartwychwstajemy, zo­stajemy podwyższeni, uczestniczymy w Jego chwale, w chwale samego Boga.

Odprawiamy to wspomnienie łącznie z Eucharystią, gdzie Chrystus obecny, zmartwychwstały daje nam swoje Ciało, abyśmy wierząc w to misterium przeżywali je w nas, na własnym ciele. „Przyjmuj Go co­dziennie — mówi św. Ambroży — gdyż codziennie może ci udzielić po­mocy! Słyszałeś przecież, że każdorazowe złożenie ofiary oznacza śmierć, zmartwychwstanie, wniebowstąpienie Pańskie, oraz odpuszczenie grze­chów. I jeszcze nie chcesz codziennie przyjmować tego chleba życia?". Panie, nie jestem godzien, ale powiedz tylko słowo, a zbawiona będzie dusza moja. Amen.

 

środa, 07 wrzesień 2016 14:19

24. Niedziela Zwykła (Rok C) - Nadzieja Boga

syn-marnotrawnyOd dwóch tysięcy lat we wszystkich miejscach modlitwy, gdzie gromadzą się chrześcijanie, przez kolejne niedziele rozważa się to wszystko, co jest przedmiotem katolickiej wiary i co dotyczy Boga i człowieka. Dzisiaj jesteśmy w samym sercu owego rozważania, albowiem Stwórca z całą jasnością i przenikliwością stawia przed nami prawdy najbardziej proste, o których dobrze wiemy, ale często o nich zapominamy.

Pierwszą z nich jest ta, że wszyscy jesteśmy grzesznikami, którzy w mniejszym lub większym stopniu oddalają się od Boga i potrzebują pojednania.

Drugą prawdą jest, że On od początku szuka sposobu, w jaki mógłby nas ze sobą pojednać, zanim sami o tym pomyślimy.

Trzecią prawdą jest, że Bóg znalazł sposób pojednania człowieka ze sobą. I to znalazł go w samym sobie, to znaczy w swoim Synu, którego posłał na świat. A On poddał się woli Ojca, abyśmy i my, grzesznicy, mogli do Boga powrócić. Wiemy, że to pojednanie stało się możliwe przez mękę, śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. Dlatego trwamy przy Jego ofierze.

I wreszcie czwarta bardo ważna prawda: Chrystus swoje dzieło pojednania człowieka z Bogiem pozostawił Kościołowi jako najcenniejszy dar i największy skarb. Ze swej strony uczynił wszystko, co możliwe, aby biednego, zagubionego i poranionego człowieka – skłó­conego przez grzech z Nim, z bliźnimi i z samym sobą – ocalić. To, co nazywamy zbawieniem, odkupieniem, jest właśnie ocaleniem. Bóg dokonał wszystkiego, reszta zależy tylko od nas – czy zechcemy z tego wspaniałego dzieła pojednania, jakie się dokonało w Chrystusie, skorzystać.

Człowiek jest nieustannie kuszony, by nie przyjmował tego wielkiego daru. Zawsze tak było, ale w obecnym czasie jest kuszony przez natarczywe, coraz bardziej pogłębiające się zafałszowanie. Świat wkłada wielki wysiłek, by wmówić nam, że nie potrzebujemy żadnego pojednania, bo nie ma Boga ani grzechu, są tylko jakieś ułudy, którym podlegamy i niepotrzebnie siebie nimi obciążamy.

Tymczasem dobrze wiemy, że Pan Bóg jest! Doświadczamy także codziennie grzechu! Zdajemy sobie sprawę, jakim ciężarem kładzie się on na nasze życie i jak bardzo pragniemy pojednania. Potrzeba, abyśmy wracali do Boga i nie pozwalali wmawiać sobie głupoty, że nie ma grzechu, a my jesteśmy doskonali i sprawiedliwi! Trzeba, żebyśmy wracali do Boga z tym odważnym i pokornym wyznaniem, jakiego przykład daje nam w dzisiejszej Ewangelii marnotrawny syn: Ojcze, zgrzeszyłem przeciw Bogu i względem ciebie... (Łk 15, 18). Możemy też korzystać z wołania Psalmisty: Obmyj mnie zupełnie z mojej winy i oczyść mnie z grzechu mojego. Stwórz, Boże, we mnie serce czyste... (Ps 50, 4. 12) i umacniać się słowami św. Pawła: Nauka to zasługująca na wiarę i godna całkowitego uznania, że Chrystus Jezus przyszedł na świat zbawić grzeszników, spośród których ja jestem pierwszy (1 Tm 1, 15).

Bóg czeka, byśmy uczynili krok ku Niemu, bo sam uczynił wszystko, aby pojednanie z Nim stało się możliwe. Czekają na nas szeroko otwarte ramiona kochającego Ojca, który chce przyjąć nas w swoim Synu. Bóg czeka na nasz powrót i niezmiernie się raduje, jak nam to dzisiaj uświadamia liturgia słowa, każdym powrotem człowieka: bo wtedy realizuje się Jego nadzieja, jaką pokłada w ludziach. Stwarzając nas, obdarowując wolnością i wszelkimi innymi darami, ma nadzieję, że pójdziemy właściwą drogą. A jeśli nawet się na niej zgubimy, to wierzy, że światło Ducha Świętego przebije naszą ciemność i do Niego wrócimy, aby mógł z nami czynić tak, jak miłosierny Samarytanin czynił z napotkanym człowiekiem – to znaczy leczyć i opatrywać nasze rany.

Bardzo często mówimy o Bożym miłosierdziu, koncentrując się na Bożym przebaczeniu. Ale ważniejsze jest, by skupić się na nadziei, jaką Bóg ma wobec nas, i naprawdę uwierzyć, że możemy ją urzeczywistnić i dokonać tak rewelacyjnego poruszenia w niebie, o którym nam Jezus oznajmił: ...powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca (Łk 15, 10).

To jest coś niesamowitego! Każdy z nas, przez autentyczne nawrócenie się, może – będąc na ziemi – zainicjować w niebie wielkie święto! Gdybyśmy sobie to uświadamiali, to natychmiast wychodzilibyśmy ze stanu naszego grzechu, z uzależnień, które nas niszczą, a które – często wbrew sobie! – utrwalamy. Gdybyśmy byli tego w pełni świadomi, to otwieralibyśmy się na pojednanie z Bogiem i nieśli je innym ludziom. Jakie to niezwykłe, że Bóg w Chrystusie pojednał świat ze sobą i nam przekazał posługę jednania (por. 2 Kor 5, 18). Mamy więc otwierać się na Niego, by pomagać Mu szukać innych. Wzorem jest dla nas sam Jezus, który jako nasz starszy Brat całkowicie identyfikuje się z Ojcem i z Jego poszukiwaniem wszystkich synów i córek, i to poszukiwanie podejmuje.

Odpowiadajmy Bogu ochotnym sercem, oddając całych siebie do Jego dyspozycji, bo przecież jesteśmy Jego własnością. Pomagajmy Mu w tym wspaniałym dziele odnajdywania innych, aby także ci, których postawił na naszej drodze życia, umieli odpowiedzieć na Jego nadzieję, która w tak niezwykły sposób wyraziła się w krzyżu naszego Pana Jezusa Chrystusa.

Dział: OKRES ZWYKŁY
środa, 07 wrzesień 2016 14:08

24. Niedziela Zwykła (Rok C) - Przebaczenie

milosierdzieW dzisiejszych czytaniach liturgicznych ze szczególną wyrazistością pojawia się zagadnienie przebaczenia. W pierwszym czytaniu na prośbę Mojżesza Bóg przebacza ludowi, który chwałę Boga zamienił na cześć oddawaną złotemu cielcowi.

Św. Paweł w Pierwszym Liście do Tymoteusza przypomina miłosierdzie Boże, dzięki któremu z bluźniercy i prześladowcy stał się apostołem.

Najpełniej jednak nauka ta zawarta została w Ewangelii, która mówi nam o miłosiernym ojcu, który przyjmuje z powrotem marnotrawnego syna. W objaśnieniu tej perykopy posłużymy się myślami Jana Pawła II podanymi w drugiej encyklice jego pontyfikatu, zatytułowanej Dives in misiericordia.

Ojciec Święty pisał: Jezus nade wszystko swoim postępowaniem, całą swoją działalnością objawił, że w świecie, w którym żyjemy, obecna jest miłość. Jest to miłość czynna, miłość, która zwraca się do człowieka, ogarnia wszystko, co składa się na jego człowieczeństwo. Miłość ta w sposób szczególny daje o sobie znać w zetknięciu z całą historyczną „ludzką kondycją”, która na różne sposoby ujawnia ograniczoność i słabość człowieka, zarówno fizyczną, jak i moralną. Właśnie ten sposób i zakres przejawiania się miłości nazywa się w języku biblijnym „miłosierdziem” (3).

Dlatego Jezus czyni miłosierdzie jednym z głównych tematów swojego nauczania. Wśród innych pouczeń, zawartych przeważnie w przypowieściach, może najpełniej problem miłosierdzia pojawia się w przypowieści o synu marnotrawnym (Łk 15, 11-32). W przypowieści tej słowo „miłosierdzie” nie pada ani razu, równocześnie zaś sama istota miłosierdzia Bożego wypowiedziana zostaje w sposób szczególnie przejrzysty (5).

W interpretacji encykliki wspomniana przypowieść jest raczej przypowieścią o miłosiernym ojcu niż o marnotrawnym synu. W niej Jan Paweł II widzi syntezę obrazu miłosierdzia za cenę interpretacji personalistycznej i egzystencjalnej, najbardziej potrzebnej ze względów pasterskich – w tym konkretnym przypadku: dla wykazania, jak ma być odsłaniane „właściwe oblicze miłosierdzia” i jak ono jest „pomimo wszelkich zastrzeżeń” szczególnie potrzebne naszym czasom. Te czasy nacechowane myśleniem egzystencjalnym i personalistycznym otrzymały wywód przekonywujący: miłosierdzie nie poniża godności człowieka, który go doznaje, gdyż istotą jego jest podnosić człowieka, który powraca do Boga, podnosić do właściwego mu poziomu (Augustyn Jankowski OSB).

To podnoszenie jest wydobywaniem dobra spod wszelkich nawarstwień zła, które jest w świecie i w człowieku. W tym sensie stanowi ono także podstawową treść orędzia mesjańskiego, które w ewangelicznym przekazie tak dobitnie odzywa się wezwaniem do nawrócenia, metanoi. Nawrócenie jest najbardziej konkretnym wyrazem działania miłości i obecności miłosierdzia w ludzkim świecie. Właściwym i pełnym znaczeniem miłosierdzia nie jest samo choćby najbardziej przenikliwe współczujące spojrzenie na zło moralne, fizyczne czy materialne. W swoim właściwym i pełnym kształcie miłosierdzie objawia się jako dowartościowanie, jako podnoszenie w górę (6).

Nauczanie Jezusa przedstawione w przypowieści o synu marnotrawnym i przeanalizowane przez Ojca Świętego odsłania właściwe oblicze miłosierdzia. Naszym czasom wydaje się ono – pomimo wszelkich uprzedzeń – szczególnie potrzebne (6). Tymi słowami kończy Papież rozdział encykliki poświęcony przypowieści o marnotrawnym synu i miłosiernym ojcu. Jak wiemy, w swym nauczaniu Jan Paweł II powrócił do tej przypowieści w adhortacji apostolskiej Reconciliatio et paenitentia, o pojednaniu i pokucie w dzisiejszym posłannictwie Kościoła.

Czytamy tam następujące słowa: To, co najbardziej uderza w przypowieści, to uroczyste i pełne miłości przyjęcie przez ojca syna, który powraca: znak miłosierdzia Boga, zawsze gotowego przebaczyć (5). W adhortacji Ojciec Święty zwraca uwagę na postępowanie drugiego syna, przedstawiając napięcie, jakie powstaje między nim a bratem, który powraca do domu. Starszy syn nie potrafi zrozumieć miłosierdzia ojca. Łagodność i miłosierdzie ojca drażnią go i gniewają; szczęście odnalezionego brata ma dla niego posmak goryczy (6).

Przypowieść, ukazując egoizm w osobie starszego brata, staje się również historią ludzkiej rodziny, rozbitej i nieprzejednanej. Miłosierdzie ojca wymaga nowego odkrycia, w którym nastąpi zwycięstwo nad niezrozumieniem i wrogością między braćmi. Rozszerzenie problematyki miłosierdzia, jakie na podstawie przypowieści o synu marnotrawnym ukazuje adhortacja Reconciliatio et paenitentia, potwierdza potrzebę stałego wpatrywania się w Jezusa, który ukazuje nam oblicze Ojca, bogatego w miłosierdzie. Dopiero to zobaczenie pozwala nam w starotestamentalnym obrazie Boga zobaczyć to samo, czyli miłosierdzie.

Właściwe rozumienie miłosierdzia prowadzi do wydobycia problematyki przebaczenia. Bóg przebacza, gdyż Jego miłość przezwycięża zło grzechu. Przebaczający Bóg wzywa ludzi do przebaczania. Oto niektóre wypowiedzi Nowego Testamentu:

Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią (Mt 5, 7).

Przebacz nam nasze winy, jak i my przebaczamy tym, którzy przeciw nam zawinili (Mt 6, 12).

Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski (Mt 6, 14).

A kiedy stajecie do modlitwy, przebaczcie, jeśli macie co przeciw komu, aby także Ojciec wasz, który jest w niebie, przebaczył wam wykroczenia wasze (Mk 11, 25).

Bądźcie dla siebie nawzajem dobrzy i miłosierni! Przebaczajcie sobie, tak jak i Bóg nam przebaczył w Chrystusie (Ef 4, 32).

Bóg jest miłosierny i wszystko może przebaczyć, ale nie może naruszyć sprawiedliwości. Dlatego przebaczenie ze strony Boga wymaga odpowiedniej postawy ze strony człowieka. Najlepiej obrazuje to wspominana już przypowieść o miłosiernym Ojcu. Przebaczył on wszystkie winy swojemu synowi i przywrócił mu poprzednie miejsce w swoim domu, ale syn najpierw musiał uświadomić sobie popełnione zło, musiał to zło w sobie przekreślić, postanowić poprawę i dopiero potem przyszedł do ojca ze świadomością, że popełnione zło musi być naprawione i dlatego prosił, aby mógł być jedynie sługą w domu, w którym sponiewierał swoje synostwo.

Bóg nieskończenie miłosierny i sprawiedliwy może przebaczyć ludzkie winy, gdy ze strony grzesznika zaistnieją wymienione warunki. W nauczaniu katechizmowym nazywamy je rachunkiem sumienia, żalem za grzechy, mocnym postanowieniem poprawy, wyznaniem grzechów i zadośćuczynieniem.

Ze względu na sprawiedliwość zadośćuczynienie, czyli naprawa skutków popełnionego zła, ma znaczenie decydujące. Bez tej naprawy, przynajmniej in voto, na żadne przebaczenie nie można liczyć. I w tym względzie najczęściej błądzimy, oczekujemy miłosierdzia, któremu stawiamy tamę. Takie oczekiwanie jest zuchwałością i grzechem przeciw Duchowi Świętemu.

Miłosierdzie Boga jest wezwaniem do miłosierdzia w stosunkach międzyludzkich i dlatego przebaczenie jest koniecznym warunkiem przywrócenia porządku naruszonego przez moralne zło człowieka. Wzorując się jednak na Bogu, musi ono także w wymiarze ludzkim łączyć się z zadośćuczynieniem.

Błędnie rozumiane miłosierdzie postuluje przebaczenie bez zadośćuczynienia, ale to nie prowadzi do prawdziwego pokonania zła. W konkretnych przypadkach niemożliwe jest prawdziwe przebaczenie, jeżeli winowajca nie naprawi zła. Chciano w naszej rzeczywistości polityczno-społecznej, aby wybaczyć zbrodniarzom, którzy nie żałowali za popełnione zło, korzystali i nadal korzystają z zagarniętego niesprawiedliwie majątku. Powoływano się na miłosierdzie Boga, które trzeba naśladować. Niestety w tym wypadku nie rozumiano zupełnie, co to znaczy miłosierdzie.

Ponieważ tak trudno je prawdziwie zrozumieć, trzeba powracać do nauki Jezusa i przypominać sobie tę przypowieść, którą nazwano ewangelią w Ewangelii, przypowieść o Ojcu, przebaczającym synowi, który spełnił warunki wynikające ze sprawiedliwości.

Dział: OKRES ZWYKŁY

pojdz-za-mnaSłowa Ewangelii według Świętego Łukasza Pewnego razu Jezus wyszedł na górę, aby się modlić, i całą noc trwał na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia przywołał swoich uczniów i wybrał spośród nich dwunastu, których też nazwał apostołami: Szymona, któremu nadał imię Piotr, i brata jego, Andrzeja, Jakuba, Jana, Filipa, Bartłomieja, Mateusza, Tomasza, Jakuba, syna Alfeusza, Szymona z przydomkiem Gorliwy, Judę, syna Jakuba, i Judasza Iskariotę, który stał się zdrajcą. Zszedł z nimi na dół i zatrzymał się na równinie; był tam liczny tłum Jego uczniów i wielkie mnóstwo ludu z całej Judei i z Jeruzalem oraz z nadmorskich okolic Tyru i Sydonu; przyszli oni, aby Go słuchać i znaleźć uzdrowienie ze swych chorób. Także i ci, których dręczyły duchy nieczyste, doznawali uzdrowienia. A cały tłum starał się Go dotknąć, ponieważ moc wychodziła od Niego i uzdrawiała wszystkich. Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym

Zapewne rodzi się dzisiaj w nas pytanie: Dlaczego Jezus tak często usuwał się na górę, by się modlić? Dlaczego Ewangelie tak często podkreślają, że Jezus «całą noc spędził na modlitwie»? Przecież Jezus jest Bogiem – więc dlaczego tak dużo się modlił?
Modlitwa Jezusa – jak każda zresztą modlitwa – to spotkanie z Ojcem, to trwanie przed Nim. Ta głęboka modlitwa zawierzenia dawała Jezusowi moc i siłę do wypełnienia tej misji, którą powierzył Mu Ojciec. Zresztą słyszeliśmy, że zaraz po zejściu z góry Jezus powołał dwunastu Apostołów; dalej, uzdrawia chorych, naucza, pociesza i dodaje siły słabym. To wszystko dzieje się zawsze po modlitwie, po tym głębokim napełnieniu, które dawała Mu noc spędzona w samotności – sam na sam z Ojcem.
My też dobrze wiemy, że taką moc ma także i nasza modlitwa, szczególnie ta zanoszona w ciszy serca, może w samotności, może w cierpieniu, może w wielkim opuszczeniu. I nieraz doświadczyliśmy wielkiego uzdrowienia dzięki modlitwie; nieraz było nam bardzo ciężko i po takiej ufnej, szczerej modlitwie robiło nam się lżej, lepiej, spokojniej, jakby więcej w nas było wiary, siły i nadziei. I jeśli w tej chwili jest nam bardzo trudno, to może warto wziąć przykład z Jezusa. Może przebywasz w tej chwili w szpitalu, domu szczególnej opieki; może jesteś przez długie tygodnie przybity do łoża boleści – właśnie w tej chwili oddawaj się w ciszy Jezusowi.
Warto teraz przywołać po raz kolejny postać św. Klemensa Hofbauera. Otóż św. Klemens osiem lat swojej młodości przeżył w odosobnieniu, w pustelni, w ciszy i samotności. I wtedy właśnie rozkochał się w modlitwie, dotknął tajemnicy przebywania z Bogiem sam na sam. A kiedy później wrócił z pustelni, i można powiedzieć, że po jakimś czasie rzucił się w wir pracy duszpasterskiej, na dnie serca pozostał pustelnikiem. Mówi się o nim nawet, że nie miał ani chwili wolnego czasu, a jednak pozostał pustelnikiem aż do śmierci.
Co to oznacza dziś dla nas być pustelnikiem? Św. Klemens w swoim zabieganiu i zapracowaniu dla najuboższych, kiedy wiódł życie bardzo czynne, a wokół niego było zawsze mnóstwo potrzebujących ludzi, stworzył sobie pustelnię w sercu i zagłębiał się w modlitwie, nawet idąc ulicą. Klemens chwytał chwile, by być z Bogiem, i każdy nawet najdrobniejszy moment wykorzystywał, by spotkać się z Jezusem w ciszy swojego serca, by się do Niego przytulić, a to napełniało go nadzieją, i to pomagało mu zrozumieć samego siebie i innych; to pozwalało mu dostrzec sens życia, sens cierpienia, sens odrzucenia i niezrozumienia przez tych, którym dawał w życiu najwięcej. Pustelnia w głębi serca uczyła św. Klemensa ufności i zawierzenia Jezusowi wszystkiego, co trudne.
Możemy od św. Klemensa uczyć się tej postawy wobec Boga, którą pokazuje nam dzisiaj Pan Jezus w Ewangelii: przebywania sam na sam z Bogiem na modlitwie, napełniania się Nim, trwania w Nim. A św. Paweł mówi dziś: "Zapuśćcie w Niego korzenie i na Nim dalej się budujcie; i umacniajcie się w wierze". Dlatego trzeba nam prosić Jezusa, aby nas rozkochał w modlitwie; by pomógł nam stworzyć i pielęgnować w sercu tę pustelnię, w której możemy przebywać tylko z Nim; byśmy umieli uciec w modlitwę wtedy, kiedy dosięgnie nas chaos świata, zamieszanie, lęk, samotność; byśmy uciekali w tę modlitwę, kiedy nie potrafimy się pogodzić ze sobą i z innymi, kiedy dosięgnie nas niesprawiedliwość i ból. Panie Jezu, naucz nas modlić się w głębi serca i spraw, by ta modlitwa serca pomagała nam – jak św. Klemensowi – pokonywać nasze wady i słabości, by nas wyciszała, by dawała nam pokój i nadzieję, by uczyła nas większej tęsknoty za Tobą i głębszego zawierzenia Tobie, zwłaszcza wtedy, kiedy najtrudniej. AMEN.
 
Dział: OKRES ZWYKŁY
poniedziałek, 05 wrzesień 2016 08:24

Słowo Boże na dziś - Uzdrowienie w szabat

UZDOWIENIE-W-SZABATSłowa Ewangelii według św. Łukasza. W szabat Jezus wszedł do synagogi i nauczał. A był tam człowiek, który miał uschłą prawą rękę. Uczeni zaś w Piśmie i faryzeusze śledzili Go, czy w szabat uzdrawia, żeby znaleźć powód do oskarżenia Go. On wszakże znał ich myśli i rzekł doczłowieka, który miał uschłą rękę: "Podnieś się i stań na środku". Podniósł się i stanął. Wtedy Jezus rzekł do nich: "Pytam was: Czy wolno w szabat dobrze czynić, czy wolno źle czynić? życie ocalić czy zniszczyć?" I spojrzawszy wokoło po wszystkich, rzekł do człowieka: "Wyciągnij rękę". Uczynił to i jego ręka stała się znów zdrowa. Oni zaś wpadli w szał i naradzali się między sobą, co by uczynić Jezusowi. Oto słowo Pańskie.
 
 
REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM
 

Niniejsze rozważanie stanowi jakby kontynuację – oczywiście pod względem treściowym – poprzedniego rozważania, zatytułowanego: “Syn Człowieczy jest Panem szabatu”.

Najwięcej kontrowersji u faryzeuszy budziły cuda Jezusa dokonane w szabat. Uzdrowienie człowieka w szabat, a poprzednio wyłuskiwanie i spożywanie ziaren zboża przez uczniów Jezusa, zostało odczytane przez faryzeuszów jako profanacja szabatu.

Wydaje się, że Jezus świadomie rzuca wyzwanie religijnym tradycjom, stojącym na przeszkodzie wolności człowieka i miłości Boga, które są darem Boga dla ludzi: “Nie człowiek dla szabatu ale szabat dla człowieka”.

W dyskusji z przywódcami religijnymi, Jezus pragnie pogłębić i właściwie zinterpretować trzecie przykazanie Boże, dotyczące świętowania dnia siódmego: “Pamiętaj, abyś dzień święty święcił”. Bóg-Stwórca zarezerwował dla siebie jeden dzień w tygodniu, nazywając go “świętym”. W zamiarach Bożych ma to być dzień uwielbienia Stwórcy, dzień modlitwy i dzień wypoczynku.

W Starym Testamencie rygorystycznie przestrzegano dzień święty, zwany szabatem (od słowa: sabat, tzn. odpoczywać, zatrzymywać się). Rygoryzm Starego Testamentu zabraniał w tym dniu aż 39 rodzajów prac. Nic dziwnego, że na tym tle dochodziło do konfliktu między faryzeuszami, a Jezusem Chrystusem.

Chrześcijanie, uwzględniając czas Zmartwychwstania i Zesłania Ducha Świętego, jako dzień święty przyjęli “pierwszy dzień po szabacie” i nazwali go Dniem Pańskim. Obok tego określenia spotykamy jeszcze inne określenie niedzieli, a mianowicie: Dzień Łamania Chleba, czyli dzień Eucharystii.

W tym kontekście widzimy jasno, że niedziela jest dniem Pańskim, dniem świętym, a świętowanie tego dnia polega najpierw na powstrzymaniu się od zbytecznej pracy zawodowej. Owszem, jeśli praca jest konieczna, jak np. w szpitalu, kopalni, czy innym zawodzie, to wówczas nie zachodzi naruszenie świętości dnia Pańskiego. Jednak niektórzy katolicy podejmują pracę zarobkową w niedzielę, lub dokonują różnych zakupów, odwiedzając sklepy czy supermarkety. Jest to zachowanie grzeszne i niewątpliwie narusza świętość niedzieli.

Drugim elementem weryfikującym nasze świętowanie niedzieli, jest uczestnictwo we Mszy św., czyli w celebracji Misterium Paschalnego, tzn. Tajemnicy Męki, Śmierci i Zmartwychwstania Chrystusa. Świętować, to znaczy radować się Bogiem. Bóg stwarza świat i raduje się nim. Jezus odkupił człowieka i raduje się ze Zmartwychwstania. Wierzący człowiek raduje się Bogiem, raduje się z tego, że zło zostało pokonane, że zbawienie znajduje się “w zasięgu ręki” każdego człowieka. Nic nie może być ważniejszego, niż wielbienie Boga, dziękowanie Bogu za życie doczesne i wieczne, za dzieło zbawienia, za niebo.

Jezus, czyniąc cud w szabat, chciał zaznaczyć, że dzień święty winien być dniem dobrych uczynków: czynów miłości i miłosierdzia. Chrześcijanie zatem powinni oddać chwilę czasu dla swoich bliźnich: rodzina, przyjaciele, sąsiedzi, chorzy, samotni czy starsi. Niedziela jest również czasem refleksji, jakiegoś wyciszenia, a także lektury o treści religijnej.

Abyśmy mogli pięknie przeżywać niedzielę, na pierwszym miejscu musimy postawić udział we Mszy św. i Komunii św. Podczas każdej Mszy św. Jezus spogląda na nas i mówi: “Wyciągnij swoją rękę...”, może tę suchą, martwą, która nie czyni dobra, która nie miłuje. Jezus uzdrawia nasze serca i nasze ręce, tak że możemy kierować je w stronę bliźniego w geście pojednania i przebaczenia. Zawsze podczas Mszy św., sprawowania Eucharystii, zgodnie z przepisami w pobliżu powinien znajdować się krzyż, a na nim przecież widnieje wizerunek Jezusa z rozpiętymi rękami – dla nas i za nas. Dlatego, spoglądając na krzyż, czujemy się wezwani do wyciągania ręki w geście pojednania i pokoju z Bogiem i z bliźnimi. Niech się tak stanie. AMEN.

Dział: OKRES ZWYKŁY

  MATKA NAJUBOŻSZYCH TEGO ŚWIATA

sw-matka-teresa-kalkutaKtóż jej nie pamięta? Zdjęcia Matki Teresy pojawiały się na okładkach prestiżowych gazet na świecie, spotykała się z największymi osobistościami naszych czasów. Ale także z najbiedniejszymi z biednych, z nędzarzami, którzy pogodzeni z losem, szczęśliwi umierali na jej rękach. Nawet ci, którzy nigdy nie widzieli jej na własne oczy, mogliby rozpoznać ją wszędzie. Ze względu na liczne dzieła miłosierdzia i miłości wydawała się być olbrzymką, mimo że była drobną, szczupłą, pomarszczoną, pochyloną, wiekową kobietą. Siedząc na krześle, sprawiała nawet wrażenie zwiniętej w kłębek. Wystarczyło jednak, aby spojrzała na kogoś, a stawała się wspomnianą olbrzymką, a jej jasne oczy tchnęły siłą. O tej sile mówiły mocno znaczone żyłami ręce, sękate palce, powykręcane i zniszczone od pracy. A także zniekształcone od chodzenia stopy, w zwyczajnych, prostych sandałach. Te ręce i stopy sprawiały wrażenie, jakby należały do wszystkich ludzi, do całego świata. Nic dziwnego, przecież nazywano ją matką świata.

Sama dobroć

Spotkanie z Matką Teresą, choćby tylko przelotne, wywoływało głębokie uczucia. Niektórzy na jej widok wzruszali się do łez, choć całe spotkanie ograniczało się nieraz tylko do tego, że uśmiechnęła się do kogoś. Było w tym uśmiechu całe piękno i radość świata. Jakieś przedziwne, zdumiewające światło. Czy to jej promienny charakter w ten sposób emanował, czy też życie w bliskości Boga sprawiało, że otaczał ją urok podobny do tego, który porywał tłumy chodzące za Jezusem? Także sama obecność Matki Teresy była dla wielu zwiastunem cudu uzdrowienia. Była bowiem gotowa każdego opuszczonego i umierającego na ulicy traktować, jakby to był jej Bóg. W płaczu bezdomnego dziecka, w kwileniu porzuconego niemowlęcia potrafiła słyszeć płacz Dziecka z Betlejem. Dlatego stwierdzenie, że w jakimś kraju mogłoby być za dużo dzieci, było dla niej równie niezrozumiałe, jak myśl, iż w lasach rośnie za dużo drzew lub na niebie jest za dużo gwiazd. Życie było dla niej święte zawsze i w każdych okolicznościach.

Od nauczycielki po samarytankę

Bł. Matka Teresa z Kalkuty, pełne imię zakonne: Maria Teresa od Dzieciątka Jezus, urodziła się 27 sierpnia 1910 r. w Skopje, w Jugosławii (obecnie Macedonia) w zamożnej, albańskiej rodzinie katolickiej. Nazwała się Ganxhe Agnes Bojaxhiu. Jako 12-letnia dziewczynka usłyszała głos powołania. W wieku 18 lat wyjechała do Dublina (Irlandia), gdzie wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Loretanek. Po rocznej nauce dołączyła do sióstr pracujących w Darjeeling w Indiach. W 1929 r. została nauczycielką geografii w szkole dla dziewcząt w Kalkucie. W tym mieście młoda zakonnica zobaczyła ulice pełne żebraków, trędowatych, bezdomnych, niechcianych dzieci, ludzi, którzy w opuszczeniu umierali na ulicach lub w koszach na śmieci. Ten widok poruszył jej serce.
Po ślubach wieczystych w 1937 r. wróciła do szkoły do Darjeeling, aby w 1944 r. zostać dyrektorką tej placówki. Wydawało się, że poświęci się do końca życia pracy nauczycielskiej, tymczasem 10 września 1946 r., jadąc pociągiem z Kalkuty do Darjeeling, w mistycznym uniesieniu otrzymała łaskę, aby porzucić wszystko i pójść służyć najbiedniejszym z biednych w slumsach. Matka Teresa nie miała wątpliwości, że było to pragnienie Jezusa - Jego wola. Zrezygnowała z pracy w szkole, by poświęcić się najbiedniejszym. Po dwóch latach arcybiskup Kalkuty wyraził zgodę na opuszczenie przez nią klasztoru. Zamieniła wówczas swój habit na białe sari, takie, jakie noszą hinduskie kobiety, i opuściła klasztor Loretanek. Tak zaczęła się jej wielka służba biednym: najpierw bezdomnym dzieciom, potem osobom chorym, umierającym, trędowatym…
Papież Pius XII 7 października 1950 r. zatwierdził powołane przez nią Zgromadzenie Misjonarek Miłości, którego głównym celem stała się miłość najuboższych, przyjęta jako wypełnienie słowa „Pragnę”, wyrażonego przez Chrystusa w czasie agonii na krzyżu. Odtąd wszystko u Misjonarek Miłości istnieje tylko po to, by zaspokoić pragnienie Jezusa. Słowo „Pragnę” widnieje na ścianach każdej kaplicy, nie pochodzi tylko z przeszłości, ale jest żywe tu i teraz, wypowiedziane do każdej z sióstr. Dlatego siostry składają śluby czystości, posłuszeństwa i ubóstwa, a oprócz nich jeszcze czwarty ślub - służyć całym sercem i w wolności Jezusowi w najuboższych z ubogich.

„Opasać świat łańcuchem miłości”

Od 1947 r. Matka Teresa była obywatelką Indii. Wielu mówiło o niej jako o najbardziej wpływowej kobiecie XX wieku. Laureatka Pokojowej Nagrody Nobla w 1979 r. powiedziała, odbierając nagrodę: „Jeśli usłyszycie, że jakaś kobieta nie chce urodzić swojego dziecka i zamierza je usunąć, starajcie się przekonać ją, aby mi je przyniosła. Ja je będę kochała, widząc w nim znak Bożej miłości”. Mając kilkadziesiąt innych prestiżowych odznaczeń z całego świata, nie przywiązywała wielkiej wagi do nich, trzymała je w tekturowym pudełku w swojej skromnej, zakonnej celi, a przyjmowała je, aby móc „opasać świat łańcuchem miłości”.
Była oblegana przez dziennikarzy, ale nie chciała udzielać wywiadów, ponieważ nie lubiła mówić o sobie. Uważała się za „zwykłe narzędzie, ołówek w rękach Boga”. Nie czytała, co o niej pisano, choć orientowała się, że zainteresowanie mediów może przyczynić się do ukazania prawdy i wsparcia jej dzieł.
Mówiło się, że niejeden dziennikarz, chcąc opisać jej pracę, przechodził jakby przez trzy różne etapy. Pierwszy etap: musiał zobaczyć jej pracę. Tymczasem sam widok pracy Matki Teresy wywoływał przerażenie i odrazę z powodu mycia i karmienia ludzkich szkieletów, błogosławienia ludzi umierających w ogromnym cierpieniu. W drugim etapie dochodziło do zwykłego już uczucia litości i dopiero w trzecim etapie rodziło się niespodziewane doznanie, że ci umierający, porzuceni mężczyźni i kobiety, trędowaci ze swoimi kikutami zamiast rąk, owe niechciane dzieci nie zasługują bynajmniej na litość, lecz są braćmi i siostrami godnymi naszej miłości i troski. Na tym etapie rodziła się już potrzeba pomocy Matce Teresie, pragnienie, aby samemu wziąć w ręce sponiewierane stare głowy, ująć biedne kikuty, wziąć w ramiona dzieci porzucone w skrzyniach na śmieci.
Bardzo szybko jej Misjonarki Miłości znalazły się w wielu miejscach na świecie, a ich praca z jednej strony budziła słowa podziwu, a z drugiej - oskarżenia możnych tego świata o to, że dopuścili do tak głębokich różnic między bogactwem niektórych a nędzą milionów. Na szczęście, zarówno Matka Teresa, jak i jej siostry w tych miejscach nędzy znalazły się po to, aby ukazać wszystkim prawdziwą godność człowieka, walczyć o nią. Mówiła: „Dopiero w niebie będziemy mogli stwierdzić, jak wiele zawdzięczamy biednym, dzięki którym jeszcze bardziej mogliśmy umiłować Boga”.

Tajemnica świętości

Pytana o to, jak być dzisiaj świętym, mówiła, że świętość wcale nie polega na czynieniu rzeczy nadzwyczajnych, ale na przyjmowaniu z uśmiechem tego, co zsyła nam Bóg. „Świętość nie jest luksusem dla nielicznych. Jest obowiązkiem każdego: twoim i moim”. Aby stać się świętymi - „musicie na serio chcieć nimi być”. Dodawała jednak, że decyzja bycia świętym jest bardzo kosztowna. „Wyrzeczenie, pokusy, zmagania, prześladowania i wszelkie poświęcenia są tym, co osacza duszę, która wybrała świętość. Jeśli jednak pracujemy dla Boga i jego chwały, możemy się uświęcić”.
Czy Matka miała jakąś tajemnicę własnej świętości? „Moja tajemnica jest bardzo prosta: ja się modlę. Modlić się do Chrystusa to kochać Go. Modlitwa nie jest proszeniem. Modlitwa jest oddaniem się w ręce Boga, do Jego dyspozycji, wsłuchiwaniem się w Jego głos w głębi naszych serc”. Pytana, co trzeba czynić, by być pewnym, że podąża się drogą zbawienia, odpowiadała: „Kochać Boga. A nade wszystko modlić się”.

W imię Boga

Na czym jeszcze polegała jej tajemnica? Można to uczynić w zestawieniu z księżną Dianą, która również należała do osób czyniących dobro. Jeśli jednak księżna prowadziła na szeroką skalę akcję społeczną, Matka Teresa czyniła to w jedyny, niepowtarzalny sposób: w najgorszej ludzkiej nędzy i poniżeniu kontemplowała świetlistą twarz Zmartwychwstałego Chrystusa. Ona była wielką mistyczką, ale nie w znaczeniu doświadczania nadprzyrodzonych wizji, lecz w oddaniu się Duchowi Świętemu, który obudził w niej tak żywą i silną obecność Chrystusa, że widziała Go w najbiedniejszych z biednych. Lubiła więc przypominać, że tym, czego biedni potrzebują bardziej niż pokarmu, ubrania i schronienia - choć rozpaczliwie potrzebują również i tych rzeczy - jest świadomość, że są chciani. Nędza sprawia, że czują się oni ludźmi wyrzuconymi poza nawias, i to właśnie najbardziej ich dręczy. Matka pozwalała im poczuć się równymi z wszystkimi ludźmi. Jej miłość była jakby odblaskiem miłości Boga.
Pewien Hindus wyraził to krótko: I księżna Diana, i Matka Teresa wykonywały pracę społeczną, ale różnica polega na tym, że ta pierwsza robiła to w imię czegoś, a Matka - w imię Kogoś. W przypadku pracy Matki Teresy pojawia się szacunek, miłość i poświęcenie, ponieważ ona wiedziała, że robi to dla Boga, dla Chrystusa, Jemu to ofiarowuje i dlatego też starała się robić wszystko w sposób możliwie najpiękniejszy. Praca z biednymi była dla niej nieustanną łącznością z Chrystusem w Jego dziele, dokładnie taką samą łącznością, jaka zachodzi w czasie Mszy św., w czasie kontemplacji Przenajświętszego Sakramentu. W Eucharystii mamy Jezusa pod postacią chleba. W slumsach jest On w cierpiących ciałach, w dzieciach. I tam, i tu widzimy Chrystusa i obcujemy z Nim.
Matka Teresa na swój sposób współcierpiała ze swoimi podopiecznymi, bo - jak mówiła - „bez cierpienia praca nasza byłaby jedynie pracą społeczną, czymś bardzo dobrym i pożytecznym, nie byłaby jednak dziełem Jezusa Chrystusa, nie byłaby częścią dzieła Odkupienia. Jezus pragnął pomóc nam, uczestnicząc w naszym życiu, w naszej samotności, w naszej agonii i śmierci. Jedynie dzięki temu, że był razem z nami, odkupił nas”.
Gdy była w szpitalu przed śmiercią, Jan Paweł II zadzwonił do niej. Podniosła słuchawkę i zapytała: „Kto mówi?”. Papież odparł: „To ja, Ojciec Święty”. „To ty, Ojcze Święty?”. Potem nastąpiło długie milczenie, nie wiedziała, co powiedzieć i w końcu rzekła: „Kocham cię, Ojcze Święty”. On także nie wiedział, co odpowiedzieć, więc odrzekł: „Ja też cię kocham, Matko”.

Anioł Ubogich

Matka Teresa odeszła z tego świata 5 września 1997 r. w powszechnej opinii świętości. Odeszła, pozostając znakiem nadziei, którą Bóg złożył w każdym człowieku. Podczas modlitwy „Anioł Pański” w Castel Gandolfo dwa dni później Jan Paweł II powiedział: „Podczas tego modlitewnego spotkania pragnę wspomnieć naszą umiłowaną siostrę, Matkę Teresę z Kalkuty, która dwa dni temu zakończyła swą ziemską wędrówkę. Wielokrotnie miałem okazję spotkać ją osobiście, dobrze więc pamiętam jej drobną postać, przytłoczoną brzemieniem życia, które poświęciła służbie najuboższym z ubogich, ale zawsze pełną niewyczerpanej energii wewnętrznej: energii miłości Chrystusa”.
Jan Paweł II w jej przypadku odstąpił od dotychczas stosowanych zasad rozpoczynania procesu kanonizacyjnego nie wcześniej niż 5 lat po śmierci. Proces rozpoczęty kilka miesięcy po jej śmierci w diecezji w Kalkucie, a następnie w Kongregacji ds. Kanonizacji w Rzymie, zakończył się wyniesieniem Matki Teresy na ołtarze 19 października 2003 r. w Rzymie. Następnego dnia po beatyfikacji Jan Paweł II spotykając się na audiencji z pielgrzymami w Auli Pawła VI, nazwał bł. Matkę Teresę Aniołem Ubogich, Misjonarką Miłości, Misjonarką pokoju, Misjonarką życia oraz największą Misjonarką w XX wieku. Istotę misji Matki Teresy Jan Paweł II zdefiniował jako harmonię „kontemplacji i działania, ewangelizacji i promocji człowieczeństwa”.

Dział: OKRES ZWYKŁY
JEZUS-JEST-PANEMSłowa Ewangelii według św. Łukasza. W pewien szabat Jezus przechodził wśród zbóż, a uczniowie zrywali kłosy i wykruszając je rękami, jedli. Na to niektórzy z faryzeuszów mówili: "Czemu czynicie to, czego nie wolno czynić w szabat?" Wtedy Jezus rzekł im w odpowiedzi: "Nawet tegoście nie czytali, co uczynił Dawid, gdy był głodny on i jego ludzie? Jak wszedł do domu Bożego i wziąwszy chleby pokładne, sam jadł i dawał swoim ludziom? Chociaż samym tylko kapłanom wolno je spożywać". I dodał: "Syn Człowieczy jest panem szabatu". Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym

Ewangelia przed chwilą odczytana znów ukazuje nam pewien konflikt, jaki zaistniał między Jezusem a faryzeuszami. Ten konflikt między Jezusem a faryzeuszami raz po raz się nasila. Ale to nie jest konflikt po to, żeby poróżnić dwie strony, ale Jezus przeciwstawiając się zdaniom faryzeuszy, chce ukazać istotę problemu, który porusza. I dzisiaj, kiedy faryzeusze czynią wyrzut Jezusowi, bo Jego uczniowie zrywają kłosy w dzień szabatu, w dzień, kiedy człowiek nie powinien wykonywać żadnej pracy, bo to jest dzień poświęcony Bogu, oni czynią Mu wyrzut, że Jego uczniowie nie zachowują szabatu.

Dzień szabatu – dla Izraelity dzień święty – w tym dniu wspomina przede wszystkim dzieło stworzenia, bo w siódmym dniu Pan Bóg odpoczął i człowiek – jak sam Bóg – ma odpoczywać. Dzień szabatu, to również wspomnienie najważniejszego wydarzenia w historii Narodu Wybranego: wyprowadzenia z niewoli egipskiej.

My żyjemy w czasach Nowego Przymierza i ten dzień szabatu, który przypada dla Narodu Wybranego w sobotę, dla nas chrześcijan ten dzień święty został niejako przeniesiony na dzień pierwszy po szabacie. Dlaczego tak się stało? Bo, jak Jezus zaznacza, On sam jest Panem szabatu, bowiem w tym dniu wspominamy Jezusa Chrystusa, który zmartwychwstał; w tym dniu wspominamy i przeżywamy na nowo Uroczystość Zesłania Ducha Świętego, w Dniu Pięćdziesiątnicy.

“Syn Człowieczy jest Panem szabatu”. I Jezus w tej dyskusji z faryzeuszami nie chce poddać krytyce ich samych, jako faryzeuszy, ale chce zwrócić uwagę, że przez wielość przepisów, które mówiły jak trzeba przeżywać dzień szabatu, faryzeusze zapomnieli o tym, co najważniejsze: zapomnieli o tym, co Ewangelia na innym miejscu mówi, że “szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu, bo Jezus jest Panem szabatu, Jezus Chrystus jest Panem szabatu, a nie zachowanie takiego czy innego przepisu.

Przeżywamy już wiek XXI, i tak, jak w czasach Starego Testamentu była potrzeba zwracania uwagi, by zachować dzień szabatu, żeby to był dzień faktycznie poświęcony Bogu i człowiekowi, tak i dzisiaj trzeba nam ciągle wołać o to, aby ten dzień święty był zauważony, o to, aby dzień święty był dla człowieka. A kiedy popatrzymy na świat współczesny, widzimy realne niebezpieczeństwo, które się wdziera w życie człowieka, z każdym dniem coraz bardziej, bo iluż to ludzi nie musi pracować w dzień święty, wykonywać pracę, którą można by wykonać w innym dniu; owszem są prace, które trzeba w tym dniu wykonać, ale ileż jest takich prac zbędnych, takich, które można wykonać w ciągu całego tygodnia. Wówczas dzień święty, zamiast czynić człowieka radosnym, szczęśliwym, bo człowiek się uwalnia od pracy w tym dniu, człowiek staje się jakże często niewolnikiem pracy.

Zróbmy dzisiaj taką refleksję: Jak to jest w moim życiu? Czy ja radośnie przeżywam ten dzień? Czy ja ten dzień Pański przeżywam z Jezusem? Czy ja sobie uświadamiam, że to Jezus jest moim Wybawicielem i On mi daje ten dzień, abym od wszystkiego się uwolnił, abym zobaczył, że jestem człowiekiem wolnym i skierował swój wzrok na Chrystusa, na sprawy nadprzyrodzone – chociaż w tym jednym świętym dniu tygodnia. Dołóżmy wszelkich starań, abyśmy przeżywali ten dzień z Bogiem; żebyśmy może zapomnieli o troskach dnia codziennego, owszem, żebyśmy te wszystkie troski przedstawili Panu Bogu, prosząc o światło Ducha Świętego, o moc w rozwiązywaniu tych naszych spraw w duchu chrześcijańskim. Niech się tak stanie. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
piątek, 02 wrzesień 2016 05:00

Słowo Boże na dziś - Nowość nauki Jezusa

zrodlo.nauki.jezusaSłowa Ewangelii według św. Łukasza. Faryzeusze i uczeni w Piśmie rzekli do Jezusa: "Uczniowie Jana dużo poszczą i modły odprawiają, tak samo uczniowie faryzeuszów; Twoi zaś jedzą i piją". Jezus rzekł do nich: "Czy możecie gości weselnych nakłonić do postu, dopóki pan młody jest z nimi? Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, i wtedy, w owe dni, będą pościli". Opowiedział im też przypowieść: "Nikt nie przyszywa do starego ubrania łaty z tego, co oderwie od nowego; w przeciwnym razie i nowe podrze, i łata z nowego nie nada się do starego. Nikt też młodego wina nie wlewa do starych bukłaków; w przeciwnym razie młode wino rozerwie bukłaki i samo wycieknie, i bukłaki się zepsują. Lecz młode wino należy lać do nowych bukłaków. Kto się napił starego wina, nie chce potem młodego, mówi bowiem: «Stare jest lepsze»". Oto słowo Pańskie.
 
REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM
 

Tak to już z nami jest, że przyzwyczajamy się do pewnych swoich myśli, do pewnych swoich doświadczeń; mamy te doświadczenia, mamy pewne przemyślenia – i bardzo dobrze. Ale problem w tym, że często zaczynamy właśnie z tych swoich przemyśleń, z tych swoich doświadczeń czynić taki świat bardzo hermetyczny, zamknięty, taki świat, w którym nawet chcielibyśmy ustawiać samego Pana Boga, i chcielibyśmy, by Pan Bóg działał tak, jak my sobie myślimy, że powinien działać – jak to wynika z naszych przemyśleń, z naszych doświadczeń.

Podobnie miało miejsce dwa tysiące lat temu. Zarzucano Jezusowi, że Jego postępowanie i postępowanie Jego uczniów jest takim wykraczającym poza normy wszelkiego postępowania, do jakiego zostali przyzwyczajeni słuchacze św. Jana Chrzciciela, i ci, którzy patrzyli na postawę Jego uczniów.

Czasami wchodzimy w takie schematy myślowe i wydaje nam się, że w taki, a nie inny sposób powinna realizować się nasza pobożność, nasza wierność Chrystusowi – w jakichś takich schematach naszego myślenia. Stajemy się poniekąd, jak mówi Jezus, takimi starymi bukłakami. I jeżeli przychodzi ktoś z nowością, ktoś, kto pragnie pokazać nam jakiś inny wymiar Pana Boga w swoim życiu, w swoich przemyśleniach, w swojej otwartości na działanie Ducha Świętego, to wtedy bardzo często zamykamy się i mówimy: nie, bo ja wiem swoje.

Istotą naszego bycia z Bogiem, naszego chrześcijaństwa, jest przede wszystkim to nasze bycie z panem młodym – słowo Boże powołuje się często na ten obraz Oblubieńca i oblubienicy. Bóg jest Oblubieńcem, a my jesteśmy Jego oblubienicą. Prawa miłości wyznaczają sposób zachowania i sposób życia. Jeżeli jestem człowiekiem, który kocha; jeżeli jestem człowiekiem, który w miłości jest wsłuchany w Tego, kogo kocham; jeżeli pozwalam być darem miłości dla Tego, kogo kocham i kto mnie kocha, to to prawo miłości wyznaczy konkretny sposób mojego życia. Taka jest kolej rzeczy. Kiedy natomiast zaczynamy od wyznaczania jakiegoś sposobu na życie, to może się okazać, że tak naprawdę zapomnimy o tej bardzo głębokiej, intymnej relacji naszej z Panem Bogiem. Chrześcijaństwo, to relacja Boga i człowieka, to odpowiedź miłości człowieka na miłość Boga. Tutaj, w tych wymiarach możemy mówić o doświadczeniu bycia oblubieńcem i oblubienicą, o doświadczeniu miłości, o doświadczeniu jakiejś bardzo głębokiej zażyłości, intymności.

Czasami nam trudno to zrozumieć i tak zaczynamy reformować nasze życie chrześcijańskie od końca; zaczynamy porównywać nasze postawy: ten pości, a ten nie pości; ten się modli, a tego nie widziałem, żeby się modlił – zaczynamy dokonywać wiele ocen. A św. Paweł mówi: Nie oceniajmy, bo Pan Bóg wie, jakie są nasze serca. Zresztą, ten sam Apostoł powie: Jeden pości dlatego, że czyni to dla Pana, a drugi nie pości, bo cieszy się w Panu i raduje, i właśnie ucztuje teraz dla Pana. A nam tak trudno to zrozumieć dlatego, że jakby zaczynamy patrzeć ‘od końca’ na to wszystko – brakuje nam tego patrzenia z miłością, tego bycia takim nowym naczyniem, nieustannie nowym. Św. Augustyn ponad półtora tysiąca lat temu mówił: Nie mów mi nigdy, że dawniej było lepiej, bo dawniej lepiej nie było. I rzeczywiście tak jest, stąd trzeba nam pozwalać się nieustannie napełniać nowością Ducha Świętego, na tę bardzo osobistą relację z Jezusem Chrystusem, z której wynika konkretny sposób na życie. Każdy z nas będzie ową relację przeżywał na inny sposób, i nie trzeba tego porównywać, trzeba się tym umieć ucieszyć. Trzeba ucieszyć się swoim sposobem przeżywania chrześcijaństwa.

W Kościele mamy tak wiele różnych duchowości, tak wiele różnych postaw – wystarczy przypatrzyć się Świętym – każdy może w nich takiego swojego osobistego patrona. Ale, żeby tak się stało, trzeba nam być tymi nowymi bukłakami; trzeba nam pozwolić napełniać się tą nowością Ducha Świętego, a nade wszystko: trzeba nam doświadczać tej oblubieńczej relacji z Jezusem Chrystusem. Raz jeszcze powiem, że właśnie ta oblubieńcza relacja, ta moja zażyłość z Chrystusem, to moje otwarcie na Jego słowo, to moje trwanie przy Nim wyznacza sposób mojego życia, wyznacza charakter mojego chrześcijaństwa.

Niech przykład świętych pobudza nas do tej otwartości na działanie Ducha Świętego, abyśmy byli jak owe nowe bukłaki: otwarci na to, co daje na osobista relacja z Chrystusem-Oblubieńcem. Tego nam trzeba sobie z całego serca życzyć. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

nastepca-piotraSłowa Ewangelii według św. Łukasza. Gdy tłum cisnął się do Niego aby słuchać słowa Bożego, a On stał nad jeziorem Genezaret – zobaczył dwie łodzie, stojące przy brzegu; rybacy zaś wyszli z nich i płukali sieci. Wszedłszy do jednej łodzi, która należała do Szymona, poprosił go, żeby nieco odbił od brzegu. Potem usiadł i z łodzi nauczał tłumy. Gdy przestał mówić, rzekł do Szymona: Wypłyń na głębię i zarzućcie sieci na połów!. A Szymon odpowiedział: Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci. Skoro to uczynili, zagarnęli tak wielkie mnóstwo ryb, że sieci ich zaczynały się rwać. Skinęli więc na wspólników w drugiej łodzi, żeby im przyszli z pomoc. Ci podpłynęli; i napełnili obie łodzie, tak, że się prawie zanurzały. Widząc to Szymon Piotr przypadł Jezusowi do kolan i rzekł: Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny. I jego bowiem, i wszystkich jego towarzyszy w zdumienie wprawił połów ryb, jakiego dokonali; jak również Jakuba i Jana, synów Zebedeusza, którzy byli wspólnikami Szymona. Lecz Jezus rzekł do Szymona: Nie bój się, odtąd ludzi będziesz łowił. I przyciągnąwszy łodzie do brzegu, zostawili wszystko i poszli za Nim.Oto słowo Pańskie

Refleksja nad Słowem Bożym

Myślę, że chyba każdy z nas kiedyś pracował, lub miał różne obowiązki – był zatrudniany przez inną osobę – podobnie jak Piotr; myślę, że każdy z nas doświadczył trudu pracy. Pracę daje nam jakiś człowiek i człowiek również za tę pracę wynagradza.
Ale dziś należy nam sobie uświadomić, że każdy z nas ma również swoje powołanie, oprócz swojej pracy, także każdy z nas jest powołany – powołany jak Piotr, a powołaniem tym obdarza Bóg, i Bóg za nie wynagradza. To sam Chrystus powołuje każdego z nas, ciebie i mnie, i Chrystus powołuje w ten sam sposób, jak powołał, św. Piotra.
To Chrystus, każdemu z nas mówi te same słowa, które wypowiedział na jeziorem Genezaret: “Wypłyń na głębię i zarzuć sieci”. W tym wezwaniu, w tym skierowaniu powołania do każdego człowieka, są niejako dwa oddzielne zadania.
Pierwszym z tych zadań jest to, by po prostu odbić swoją łodzią życiową od brzegu, wyjść z płytkiego chrześcijaństwa, być może z mielizny, na głębię, do solidnego, głębszego życia chrześcijańskiego.
Drugim zadanie jest: “…i zarzuć sieci”, to znaczy: byś wykorzystał wszystkie swoje środki: swój czas, swoje zdolności, byś Chrystusowi przyniósł jak najlepsze i jak największe owoce swojej pracy, swojego codziennego życia chrześcijańskiego.
Zapewne wielu z nas słyszało już w swoim sercu to wezwanie: “Wypłyń na głębię i zarzuć sieci”. I myślę, że może w twoim sercu rodzi się niejako – w pewnym sensie – bunt: słyszałem, ale jak do tej pory bez żadnego oddźwięku. I może w swoim sercu również bronisz się, jak Piotr; wymawiasz się, wskazując na dotychczasowy rezultat: Boże, całą noc łowiliśmy i nic tego, ani jednej ryby, cały nasz trud, cały wysiłek bezowocny. I może ty masz podobne odczucia, jak Piotr. I może w twoim sercu rozlega się głos Piotrowy: Tyle sił, tyle trudu włożone w swoje życie; może tyle troski i opieki w drugiego człowieka, w mojego najbliższego bliźniego – i nic. I – być może – mówisz: szkoda czasu, szkoda sił – to wszystko zbyteczne, bo – mimo starań – nie udało mi się być ani lepszym, mimo starań – nie udało mi się nikogo pozyskać dla Pana Jezusa; po prostu niczego nie ułowiłem.
Jednakże i Piotr, w podobny sposób, się wymawiał. A wtedy Jezus milczał. Ale nie było to milczenie zgody, by Piotr nie wypłynął. Piotr doskonale zrozumiał wezwanie Jezusa Chrystusa i wyraźnie Mu odpowiedział: “Na Twoje słowo, Panie, jeszcze raz wypłynę i zarzucę sieci”. Widzimy, że gdy Piotr posłuchał Pana, wyciągnął całe mnóstwo ryb. I widzimy, że owoce były bardzo liczne, bo zaufał słowu Pana.
Jakie jest chrześcijańskie powołanie? Z jednej strony bardzo proste, wydawałoby się banalne, a z drugiej strony bardzo wymagające i trudne. Nasze chrześcijańskie powołanie, to po prostu być dobrym człowiekiem i starać się o to, by innych dookoła siebie czynić dobrymi, by innych czynić lepszymi, właśnie swoim trudem, może swoją modlitwą – wtedy, gdy już nie pomaga ani dobre słowo, ani inny ludzki gest, wtedy tylko pozostaje modlitwa. Aby nadszedł upragniony skutek, trzeba spełnić warunek, który spełnił Piotr. Już nie należy nam wierzyć w swoją bezużyteczność, już nie wierz w swój brak sukcesów, w złe doświadczenia z poprzednich lat; już nie wierz samemu sobie, ale zaufaj Jezusowi i na Jego słowa po raz kolejny “wypłyń na głębię”, na Jego słowo, po raz kolejny, “zarzuć sieci”, bo wtedy, kiedy tak naprawdę człowiek jest bezsilny, może wtedy, kiedy opada z sił, i już mu się po prostu nic nie chce, ale gdy usłyszy słowa Pana: “Wypłyń na głębię…”, gdy temu słowom zawierzy, wtedy w życiu człowieka dokonują się prawdziwe cuda. To wtedy, kiedy swoje życie ofiarujemy Jezusowi, i tak naprawdę Jemu zaufamy, Jego siłom, Jego łasce i opiece, wtedy dokona się cud – wtedy nasz połów będzie owocny, wtedy zagarniesz całe mnóstwo ryb, jak św. Piotr.
Dlatego życzę ci, byś w sowim sercu usłyszał te słowa Jezusa: “Wypłyń na głębię i zarzuć sieci na połów”; życzę ci, byś był zdolny tym słowom zaufać i wypłynąć na głębię swojego życia chrześcijańskiego, na głębię swojej dobroci, byś sam był dobry, i byś innych dookoła czynił lepszymi. Niech się tak stanie. AMEN.
Dział: OKRES ZWYKŁY