Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
Artykuły filtrowane wg daty: sierpień 2016

sw-matka-teresa-kalkuta"Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie siądzie wpierw i nie rozważy, czy może stawić czoło temu który nadciąga...” (Łk 14, 31). Słowa Pana Jezusa o mądrym i przewidującym królu czytamy na kilka dni przed rocznicą zwy­cięstwa, jakie odniósł król Jan Trzeci pod Wiedniem. Mądry król, który wpierw rozważy... który się zastanowi, czy ma dość siły... Na jakie siły liczył polski monarcha? Z pola bitwy pisał do uko­chanej Marysieńki: "Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe ni­gdy nie słyszały". Ojcu św. przesłał chorągiew mahometańską wraz ze słowami, które przeszły do historii: "Przybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył". Znamienna parafraza okrzyku starożytnego zwycięzcy.

"Bóg zwyciężył"! Te słowa nie są jedynie zwyczajowym powo­łaniem się na pomoc z nieba. Przewidujący król, wyruszając na czele tysiący, pielgrzymował na Jasną Górę, modlił się w wielu sanktuariach. Wierzył, że zwycięstwo dobra nad złem jest darem Boga. Tę wiarę wyznawał, gdy wracał w blaskach tryumfu. Ileż to świątyń do dziś przechowuje dziękczynne wota królewskie, któ­re były składane przez polskiego władcę w hołdzie Bogu, do któ­rego należy ostateczne zwycięstwo. Do rocznicy Odsieczy Wiedeń­skiej nawiązywał św. Jan Paweł II, gdy w czerwcowy wieczór 1983r. przemawiał do nas zgromadzonych tak licznie na stadionie praskim: "Słowa królewskie – mówił Ojciec św. – wpisały w na­sze historyczne "wczoraj" ewangeliczną prawdę o zwycięstwie... Człowiek jest powołany do odnoszenia zwycięstwa w Jezusie Chry­stusie. Jest to zwycięstwo nad grzechem, nad »starym człowie­kiem«, który tkwi głęboko w każdym z nas. Bóg zwyciężył: mocą Boga, który za sprawą Jezusa Chrystusa działa w nas przez Du­cha Świętego, człowiek powołany jest do zwycięstwa nad sobą. Do zwycięstwa nad tym, co krępuje naszą wolę i czyni ją podda­ną złu. Zwycięstwo takie oznacza życie w prawdzie, prawość su­mienia, miłość bliźniego, zdolność przebaczania, rozwój duchowy naszego człowieczeństwa. »Deus vicit« – Bóg zwyciężył w czło­wieku. Chrześcijanin bowiem powołany jest w Jezusie Chry­stusie do zwycięstwa. Zwycięstwo takie jest nieodłączne od trudu, a nawet cierpienia – tak jak zmartwychwstanie Chrystusa jest nieodłączne od krzyża" (17 czerwca 1983). W głębokim skupieniu przyjmowaliśmy te słowa Ojca św.

Na tle wielkiej rocznicy narodowej Jan Paweł II zwracał się do każdego z nas. Prawdziwa walka toczy się w człowieku: we mnie, w tobie. Granice królestwa Bożego przechodzą przez ludz­kie wnętrze. Tu dokonują się największe zwycięstwa. Na tym polu bitwy ponosimy najdotkliwsze klęski. Zło, które panoszy się w świecie, w życiu społecznym najpierw opanowało człowieka, zawładnęło jego sumieniem. Powaliło człowieka. Któż z nas nie zna gorzkiego smaku tej klęski? Tak bliskie są nam czytane przed chwilą słowa Księgi Mądrości: "Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata dusizę i ziemski przybytek obciąża lotny umysł" (Mdr 9, 14). W chwilach refleksji, gdy w głębokiej zadumie ogarniamy myślą minione lata, pytamy gdzie zagubiły się nasze ideały, co pozostało z wielkich i ambitnych zamierzeń? Jakże obciążony został nasz lotny umysł! Przygnieciony został duch ludzki! Jakże wielu zgo­dziło się na przegraną. Czy to nie z moich ust padło stwierdze­nie, że "układy" mnie otaczające są ode mnie silniejsze! Poczułem się bezsilnym kółkiem w wielkiej machinie, która bezwzględnie miażdży wszystko na swej drodze.

Dlatego trzeba dziś podnieść głowę! Trzeba z ufnością przyjąć słowa, z których płynie dla nas tyle światła! "Panie Ty zawsze byłeś nam ucieczką! Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca. Powróć, o Panie, jak długo będziesz zwlekał? Bądź litościwy dla sług Twoich! Nasyć nas o świcie swoją łaską, abyś­my przez wszystkie dni nasze mogli się radować i cieszyć. Dobroć Pana Boga naszego niech będzie z nami..." (Ps 90, 12–17). Śpie­waliśmy z wiarą słowa Psalmu: Panie, Ty zawsze byłeś nam ucieczką (Ps 90, 1). Czy fałsz zwyciężył prawdę? Czy słowa Ewan­gelii przestały już być światłem? Przecież to o nas powiedziano, że jesteśmy synami światłości, że jesteśmy solą ziemi! Nam dano poznać zamysł Boży, to na nas zesłał Ojciec z wysoka Świętego Ducha swego.

Jesteśmy dziećmi Ojca, a nie tułającymi się sierotami! Jesteś­my dziećmi umiłowanymi, którym Ojciec daje "mądrość serca". Ileż nadziei płynie dla nas ze słów starego Pawła czytanych przed chwilą. List do Filemona, list pisany do człowieka wolnego, list o niewolniku – Onezymie. List wspaniały, bo ukazujący inną rzeczywistość, przerastającą społeczne układy niewolnictwa, ukła­dy fałszywe, niszczące człowieka. List ukazujący prawdę, przera­stającą istniejące stosunki. Jesteśmy wszyscy braćmi, bo Bóg jest naszym Ojcem! Naszym Ojcem jest Ten, w którego oczach tysiąc lat jest jak wczorajszy dzień, który minął, albo jak straż nocna (Ps 90, 4).

Ponad zmiennością świata dociera do nas niezmienna prawda. Trzeba ją przyjąć niezależnie od tego, kim się jest i w jakich wa­runkach się żyje. Wyzwolić może każdego człowieka prawda o je­go wielkiej godności. Niewolnik Onezym i wolny Filemon są dzie­ćmi Boga. Człowiek stary i młody, zgromadzeni tu w kościele uczestnicy mszy św. i chorzy cierpiący w szpitalach, ludzie starzy, tak często osamotnieni w czterech ścianach swych do­mów, i ci, którzy tkwią w nurcie życia... można długo wyliczać różnego rodzaju określenia. Są one drugorzędne, mniej istotne i często tyle znaczące, co "sen poranny, jak trawa, która rośnie rankiem zielona i kwitnąca, wieczorem więdnie i usycha" (Ps 90, 5, 6).

Życiodajną i zwycięską prawdą pozostanie zawsze to, kim na­prawdę jesteśmy. Ludzkie określenia, tytuły, stanowiska... "jak trawa polna...". Trzeba z wiarą przyjąć tę prawdę, że jesteśmy zaproszeni do najważniejszego zwycięstwa, które dokonuje się w nas.

Pan Jezus z ogromną stanowczością i ostrością, która może w pierwszej chwili razić, mówi nam dziś, że nasz związek z Oj­cem, który jest w niebie jest ważniejszy nie tylko od układów społecznych, ale również od więzów pokrewieństwa, od więzów rodzinnych. Wróćmy jeszcze raz do rocznicy zwycięstwa króla Ja­na, i do słów Ojca św. Odnieść zwycięstwo... Najpierw trzeba roz­ważyć jaką mocą się dysponuje...

Historyczne wspomnienie kieruje nas ku prawdzie, którą król ujął w prostych słowach: "Bóg zwyciężył". "Więc pragnę raz je­szcze powtórzyć – mówił Ojciec św. – że w Jezusie Chrystusie człowiek jest powołany do zwycięstwa, do takiego zwycięstwa powołany jest każdy człowiek i powołany jest każdy Polak. Moc, która płynie od Chrystusa Dobrego Pasterza, jest potężniejsza od każdej ludzkiej słabości – i od każdej, choćby najtrudniejszej sytuacji, nie wyłączając przemocy. Proszę was – mówił Ojciec św. – abyście te słabości, grzechy, wady, sytuacje nazywali po imieniu. Abyście z nimi wciąż się zmagali. Abyście nie pozwo­lili się pochłonąć fali demoralizacji, i zobojętnienia..." (22 czerw­ca 1983 r.). Dlatego nauczmy się śpiewać z nadzieją słowa psalmu "Panie, Ty zawsze byłeś nam ucieczką" (Ps 90, 1).

Dział: OKRES ZWYKŁY
poniedziałek, 29 sierpień 2016 15:47

23. Niedziela Zwykła (Rok C) – Budowa i bitwa

sw-matka-teresaDziś spotykamy się w naszym kościele na Eucharystii, aby uczcić szczególnie ważną postać, którą doskonale wszyscy pamiętamy z jej niezwykłego poświęcenia dla bliźnich. Tą osobą jest, od dziś, święta Matka Teresa z Kalkuty – wzór postawy miłosierdzia dla naszych czasów. To ktoś, kto potrafił ofiarować bliźnim całe swe serce. Mając w świadomości tę postać, zanurzmy nasze umysły w głębię tajemnic Bożego słowa, które pragnie w nas formować postawę ewangeliczną.

Drodzy bracia i siostry, trudno się nie zadziwić niewypowiedzianą mądrością każdego słowa Bożego. Im dłużej żyjemy, tym bardziej nas ona zdumiewa. Syn Boży odsłania nam mądrość Ojca, którą mieści w sobie. On ją nie tylko wypowiada, ale ujawnia w każdym swoim zachowaniu. Obserwujemy to również w dzisiejszym fragmencie Ewangelii, który ukazuje z pozoru niezwykle korzystną sytuację; słyszymy, że: (...) szły z [Jezusem] wielkie tłumy (...) (Łk 14, 25). On jednak, zwracając się do nich, nie mówi: „Jak to dobrze, że przyszliście do Mnie”, ale pyta: „Czy wiecie, czy rozumiecie, na co się decydujecie? Bowiem pójście za Mną wiąże się z koniecznością dokonania niezwykle istotnych wyborów, któ­re nie dotyczą jakiegoś jednego momentu, ale są na całe życie”. I Chrystus posługuje się dwoma bardzo pięknymi obrazami, które wyrażają prawdę o tym, co to znaczy pójść za Nim.

Pójść za Chrystusem – to rozpocząć budowę! I zaiste nie chodzi o budowę wieży, ale o budowę swojego życia. Jej początkiem jest niewątpliwie chrzest święty. Od tego momentu rozpoczyna się dzieło budowania, od którego nie wolno już odstąpić, bo narazilibyśmy nie tylko siebie, ale przede wszystkim samego Boga na drwiny. To jest niesamowicie istotne. Pan Jezus posługuje się obrazami, które charakteryzują życie chrześcijańskie. Ale bardzo często jest tak, że nie mamy o tym zielonego pojęcia. Jeżeli idziemy za Chrystusem, to musimy codziennie budować swoje życie z Nim. On jest Tym, który wydaje dyspozycje, bo nas zna. Jest kierownikiem budowy, a my jej terenem. Bo cóż możemy powiedzieć o sobie i swym życiu?

Autor Księgi Mądrości fantastycznie to wyraził: Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi, z trudem znajdujemy to, co mamy pod ręką... (9, 16). Jakże dobrze rozumiemy taką sytuację: położyliśmy coś i nie pamiętamy gdzie. Szukamy tego czasem cały dzień, a bywa, że i dłużej – bo tacy już jesteśmy! Trudno nam nieraz zadbać o swoje najbardziej elementarne potrzeby, nie radzimy sobie nawet w błahych sprawach codzienności. Cóż więc będziemy dyskutowali z Bogiem?! To On jest mądry i może objawić, jak należy budować nasze życie. On jeden się na nas zna. A błogosławioną mądrością i przywilejem, jaki mamy, jest przyjmowanie wskazań Jego mądrości i Ducha Świętego, którego nam udziela. I tak trzeba nam czynić w każdej chwili. Wtedy jest bowiem szansa, że Bóg, znajdując w nas swoich współpracowników, wybuduje fantastyczną budowlę, z której będą się mogli cieszyć: Ojciec, Syn i Duch Święty, a także ci, którzy nas poprzedzili w drodze do wieczności oraz wszyscy aniołowie. Jest niezmiernie istotne, żebyśmy mieli takie widzenie swojego życia, bo ono naprawdę jest budową, któ­rej nie można przerwać ani odkładać na później.

Mamy świadomość, jak wyglądają budowy na tym świecie: robotnik przychodzi, zapala papierosa, przynosi piwo. Jednego dnia jest obecny, drugiego nie, a czas płynie. Nie tak ma wyglądać budowanie chrześcijańskiego życia. W każdej sekundzie musimy być obecni i otwarci na to, co nam podpowie Ten, który ma mądrość, który się na nas zna i wie, czego nam potrzeba. Życia chrześcijańskiego nie da się prowadzić od czasu do czasu. To jest budowla, która ma się wznosić systematycznie, bo czas jest krótki. Dobrze rozumiał to Psalmista, dlatego prosił Boga: Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca... (Ps 90, 12). Każdy dzień, każda chwila bez współpracy z Bogiem – kierownikiem budowy, jest stracona nieodwołalnie! To jest jeden bardzo istotny obraz chrześcijańskiego życia.

Drugi obraz uświadamia nam, że pójść za Chrystusem, to rozpocząć bitwę. Bo budowanie życia we współpracy z Bogiem jest oparte na czynieniu dobra, opowiadaniu się za prawdą i przysparzaniu światu piękna; a szatanowi, jego poplecznikom i temu wszystkiemu, czym żyje świat i co jest związane tylko z ziemskim widzeniem, absolutnie się to nie podoba. Najchętniej zburzyliby tę budowlę. I trzeba nam o nią stale walczyć. Niestety, to jest coś, o czym chrześcijanin najczęściej w ogóle nie pamięta, bo nie ma tego zapisanego ani w sercu, ani w umyśle; często tej walki nie podejmuje albo stara się jej unikać. Jeżeli jednak jest autentycznym uczniem Chrystusa, pozwalającym się Bogu budować, to jest kimś niewiarygodnie niewygodnym dla świata i wie, że będzie atakowany!

Jeżeli Pan Jezus, zwracając się do ludzi, pyta: „Czy zdajecie sobie sprawę z tego, co robicie, idąc za Mną?”, to mówi właśnie to: „Pamiętaj, jeśli chcesz iść za Mną, to Ja cię buduję jako sól ziemi dla świata, który jest zepsuty, i jako światło dla świata, który żyje w ciemności. I bądź pewien, że zostaniesz zaatakowany! Jesteś na to gotowy? Nie wycofasz się? Nie zdezerterujesz? Czy nie powiesz Mi z pretensją: Służę Ci, jak mogę, a Ty dopuszczasz, żeby mnie spotykały takie szykany ze strony ludzi, i to nieraz najbliższych: ojca, matki, brata i siostry, żony czy męża i dzieci!? Decydując się, by pójść za Mną, musisz wiedzieć, że nawet w swoim domu, a może przede wszystkim tam, znajdziesz przeciwników życia chrześcijańskiego, którym nie podoba się, że pozwalasz, abym cię budował”.

Życie chrześcijańskie jest budową i życie chrześcijańskie jest bitwą. I tak jest każdego dnia i tak będzie aż do końca naszego ziemskiego bytowania. Chrystus nam to bardzo wyraźnie uświadamia. I dopiero w tym kontekście możemy zrozumieć słowa, które na pierwszy rzut oka wydają się nam zupełnie nie do przyjęcia: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr (...) nie może być moim uczniem (Łk 14, 26). Tak! Tak! Bo Tym, który ma prawo decydować o moim życiu, jest jedynie Bóg! Jeżeli idę za Jego wskazaniami, to może się to wiązać z nieprawdopodobną przepaścią, jaka wytworzy się między mną a moimi bliskimi, którzy nie chcą, abym szedł za Jezusem. Muszę się z tym liczyć. Muszę to brać pod uwagę.

Moi drodzy, chrześcijanin musi być otwarty na tę boleść oddalenia od bliskich z powodu pójścia za Chrystusem! Jest to jedna z najtrudniejszych umiejętności: pogodzić się z tym, że zadaje się boleść swojej matce i ojcu, bo nie chcą przyjąć do wiadomości, że Bóg powołuje ich dziecko na drogę wyjątkowego życia w kapłaństwie czy w życiu konsekrowanym. Oni nie chcą o tym słyszeć, ale właśnie wtedy trzeba umieć zadać sobie i im tę boleść – bo to ogromnie boli, ale ró­wnocześnie jest konieczne.

Młody człowiek, który chce przeżyć swoje życie w czystości narzeczeńskiej, jest czasem kompletnie niezrozumiany nie tylko przez swoich kolegów, ale nawet przez swoją narzeczoną. Jest wyśmiewany! I on musi przystać na tę boleść, niekiedy nawet na boleść rozłąki, bo wie, że tylko tak jest dobrze.

Małżeństwo, które będąc całkowicie wierne prawu Bożemu przyjmuje z radością gromadkę dzieci, które przychodzą na świat w ich rodzinie, wie, że będzie narażone na rozmaite szykany ze strony tych, którzy wyśmiewają się z nakazów Bożych i przystępują często do niewybrednych ataków przeciwko chrześcijańskim rodzicom. Musi jednak te ataki przyjąć i nie może poddać się presji otoczenia.

Ileż jest w naszym życiu takich sytuacji, kiedy ci, którzy powinni być naszymi największymi sojusznikami, są najbardziej zaciekłymi przeciwnikami. I trzeba doskonale rozumieć, że w tym konflikcie musimy zawsze wybierać Boga, a nie kierować się opinią drugiego człowieka; choćbyśmy mieli zadać wielką boleść sobie i jemu – bo to właśnie jest prawdziwa miłość. Wtedy chronimy właściwy ład i porządek w tej budowli, jaką jest nasze własne życie. A chroniąc porządek w tej budowli, chronimy go i w każdej innej budowli ludzkiego życia. Tak się buduje ład społeczny. Tak się buduje swoje szczęście.

Patrząc na świat, dostrzegamy, co się dzieje, kiedy człowiek Boga nie słucha. Widzimy, do jakiego potwornego chaosu i bezładu doszliśmy w życiu społecznym, nie słuchając Boga, nie budując z Nim i nie tocząc bitwy przeciwko tym wszystkim, którzy próbują nas zepchnąć z właściwej drogi. Ale ta droga jest jedyną mądrością. Ta droga jest jedyną prawdziwą miłością. Nie ma żadnej innej, tylko ta!

Moi drodzy, przyszliśmy tu, aby jeszcze raz usłyszeć od Chrystusa zapewnienie, że godząc się na to, aby On kierował naszym życiem, i wyrażając w każdej chwili gotowość toczenia bitwy, by ochronić Boży ład w sobie i w innych nawet za cenę wielkiego zranienia serca, znajdujemy się na właściwej drodze. Stajemy się wówczas twórcami ładu społecznego i szczęściem dla każdej ludzkiej społeczności. Wtedy też pojawia się szansa na to, że w swoim czasie Bóg objawi nas światu jako wspaniałą budowlę ludzkiego życia.

Po to tu jesteśmy. Karmimy się mądrością Jego słowa. Za chwilę przyjmiemy Jego Ciało i Krew, wiedząc, że są to podstawowe i niezbędne składniki budowli naszego życia i podstawowe wyposażenie, aby toczyć zwycięską bitwę. Inaczej nie zdołamy nic wybudować i nikomu nie potrafimy się przeciwstawić.

Dział: OKRES ZWYKŁY

pokoraUmiłowani bracia i siostry! Kościół św. w dniu dzisiejszym chce nas nauczyć cnoty pokory. W pierwszym czytaniu mądrość Boża wskazuje nam drogę do prawdziwej wielkości, zasługującej na uznanie w oczach Boga i ludzi. A droga, która prowadzi do Boga, według św. Pawła, prowadzi przez Jezusa Chrystusa. Jest ona pewna, pod warunkiem, że będziemy Go naśladować we wszystkim.

W dzisiejszej Ewangelii Chrystus Pan nawiązuje do pewnego zdarzenia, które zaobserwował w swoim otoczeniu. „Wybierali so­bie pierwsze miejsca" (Łk 14, 7), a czynili to zapewne tak ener­gicznie, że nie uszłoi to uwagi Zbawiciela, i dlatego Jego nauka: bądź pokorny, zajmuj ostatnie miejsce, a ten który cię zaprosił będzie pamiętał o tobie i posadzi cię wyżej. „Każdy kto się wy­wyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony" (Łk 14, 11). Dochodzimy więc do sedna zagadnienia, które zostało przed nami postawione. Jest nim problem pokory. Pokora bowiem decyduje o wielkości człowieka. Już św. Franciszek z Asyżu, ten pokorny naśladowca Chrystusa powiedział: „Człowiek jest tym kim jest, i niczym więcej". Pokora bowiem nie urąga pragnieniu wielkości, poprzez którą człowiek chce utrwalić samego siebie, ale jest ona równoiwagą rozumu, który zna swoje miejsce, oraz ser­ca, które nie pragnie ponad miarę. To Bóg wyznaczył człowie­kowi miarę. Nie może on jej przekroczyć, bo wtedy zajmie cu­dze miejsce i może usłyszeć: Przyjacielu, przesiądź się niżej! (Łk 14, 9). Pycha jest przejawem głupoty. Burzy ona porządek, którego nie można burzyć bezkarnie. Na przełomie sierpnia i września, kiedy stajemy przed kolejną rocznicą straszliwej za­wieruchy wojennej, rozpętanej przez „nadludzi", owładniętych szatańską pychą panowania nad całym światem, wiemy do cze­go prowadzi zburzony porządek dany przez Boga! Człowiek, człowiekowi gotuje tak straszliwy los wówczas, kiedy obali porzą­dek wartości, zakodowany w jego sercu. Ileż krzywd wyrządziła bliźnim niepohamowana pogoń za bogactwem, za zdobywaniem w niegodziwy sposób zaszczytów i godności? Porządek oparty na subiektywnym prawie, bez liczenia się z prawem innych ludzi, a zwłaszcza z Bożym prawem, prowadzi nieuchronnie do groźnych konfliktów. Dlatego, boimy się ludzi, którym brak pokory! A lu­dzi naprawdę wielkich podziwamy za ich pokorę. To chyba dlatego wyrocznia delficka nazwała Sokratesa najmędrszym. Je­mu to przypisuje się słynne powiedzenie: „Wiem, że nic nie wiem..." To dlatego urzeka nas pokora, prawdziwa kultura bycia u ludzi naprawdę wielkich. Im więcej wiedzą, głębiej są prze­świadczeni, że wiele jeszcze im brakuje, stąd ta skromność i po­kora.

Drodzy bracia i siostry! Wróćmy do dzisiejszej Ewangelii. Chry­stus Pan nie tylko mówił o wartości pokory, ale całym swoim życiem dawał przykład jak ją praktykować. Dlatego zwraca się do nas wszystkich: „Uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i po­kornego serca" (Mt 11, 29). To wskazanie będzie miało zawsze wielu zwolenników. Nie można stać się świętym, dobrym czło­wiekiem, nie będąc pokornym. Porywającym przykładem wiel­kości i pokory jest Najświętsza Maryja Panna, pokorna Służebnica Pańska. Włączyła się w zbawczy plan Ojca Niebieskiego z całą świadomością i pokorą. W domu Elżbiety wyśpiewa prze­piękny hymn „Magnificat" – „Wielbi dusza moja Pana", w któ­rym odda chwałę Panu ale też stwierdzi, że „odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż Pan wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy". Pyszniących się zamysłami serc swoich Bóg rozproszy, władców strąci z tronu, a bogatych z niczym od­prawi. Bóg, bowiem – mówi dalej Maryja – okaże moc swego ramienia tym, którzy się Go boją. Pokornych wywyższy i głod­nych nakarmi, bo Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie (Łk 1, 46–55). Wielkość niedościgła, ale zarazem pokora godna Matki Zbawiciela.

Tak będzie zawsze. Kiedy Matka Boża objawi się w La Salette dwojgu biednym dzieciom w dniu dziewiętnastym wrześ­nia 1846 r. – to całą swoją postawą i ubiorem, przypomni nam o tej zapomnianej cnocie, jaką jest skromność i pokora. Gdy stajemy na miejscu zjawienia w La Salette, 1800 metrów npm., w tej wspaniałej scenerii szczytów alpejskich, widzimy potęgę Stwórcy, a zarazem naszą małość. Wtedy przeżywa się prawdę wyznania poety: „Czymże jestem Panie, przed Twoim Obliczem – prochem i niczem" (A. Mickiewicz). W La Salette, w otoczeniu cudownej przyrody, padają ważkie słowa nawołujące ludzi do przestrzegania porządku wartości. Orędzie Matki Bożej z La Salette – powie później znany francuski pisarz Leon Bloy – jest wołaniem o powrót człowieka do ładu moralnego ustanowionego przez Boga!

Idąc za przykładem pokornej Służebnicy Pańskiej, wielu Polaków zdobyło szczyty świętości. Wspomnieć tu nam trzeba, choć­by św. Maksymiliana, męczennika z Oświęcimia, który w szkole Niepokalanej nauczył się, jak zwyciężać zło – dobrem i poko­rą. Na pewno spotkaliśmy ludzi szlachetnych, dobrych, którzy bezinteresownie świadczyli drugim dobro. Dobrych jak chleb, który wszystkim smakuje. Tak mówiono o św. Bracie Albercie, apostole dobroci. Spotkanie takich ludzi uważajmy za wielki dar Boży. Oni to czynią nasze życie bardziej znośnym i ludzkim. „Ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi" (Mt 30, 16). Jest w tym stwierdzeniu zawarta wielka mądrość Boża. Sprawiedliwy Ojciec Niebieski zadba, aby wszystkie krzywdy były naprawione, aby wszystkie nierówności były wyrównane, a wszystkie długi zwró­cone.

Drodzy bracia i siostry, zwłaszcza wy, którzy uważacie, że jesteście przez życie pokrzywdzeni, że nikt się Wami nie inte­resuje, że jesteście opuszczeni, słuchajcie co mówi nam Pan: „Ostatni będą pierwszymi". O nikim Pan nie zapomni! Błogosła­wieni jesteście, którzy dobrze czynicie, a wy – smutni, cierpią­cy, płaczący – będziecie pocieszeni.

Drodzy bracia i siostry! Za chwilę stanie wśród nas Chry­stus w Eucharystii. On niedościgły wzór miłości prosi nas, byś­my uczyli się od Niego, jak mamy być cisi i pokorni, by stać się wielkimi w oczach Bożych. Niech Najświętsza Maryja Panna, pokorna Służebnica Pańska dopomaga nam do zdobycia tych wiel­kich cnót: pokory, skromności i szlachetności, które sprawią, że życie w ojczyźnie naszej będzie pełne szczęścia i pokoju. Amen.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

pokoraUkochani Bracia i Siostryi! Wakacje się kończą, a słoneczne były jak rzadko i krótkie jak zawsze. Tak wiele wydarzeń dał nam przeżyć Pan: Ojciec św. był wśród nas, pola nam zbożem obrodziły, sejm się namozolił i ustaw nam wiele dostarczył, sportowcy zło­to przywieźli, a pielgrzymów na Jasną Górę doszło pieszo tyle tysięcy, że trudno policzyć; rolnicy przynieśli do kościoła najurodziwsze kłosy, pierwsze owoce i polskie kwiaty Matce Boskiej Zielnej.

Cudowny jest Pan Bóg, że czas nam podzielił na wakacje i rok nauki, na miesiące pracy i oczekiwania na urlopy; a wszyst­ko to po to, aby człowiek łatwiej sobie lata liczył i z każdym rokiem stawał się lepszym człowiekiem. My wszyscy przez Ojca Stwórcę jesteśmy powołani, aby przez dane nam życie kształto­wać swoje człowieczeństwo, na wzór Ojca, który jest doskonały. Sam Bóg stawszy się Człowiekiem nie tylko ukazał nam piękno człowieka, ale nauczył nas jak kształtować w sobie wewnętrz­nego człowieka. Piękno człowieka nie polega tylko na zewnętrz­nym wyglądzie, ale na pięknie ukształtowanej osobowości, na pięknie jego serca.

Można przecież wyhodować okazowe egzemplarze ludzkie, z harmonijnymi proporcjami ciała, z doskonałymi manierami, z per­fekcyjną sprawnością ciała, ale zawsze będziemy pytać, jaki to jest człowiek? Z uznaniem oglądamy gwiazdy filmowe, laurea­tów wszelkich konkursów, medalistów sportowych, mężów sta­nu, ale znów pytamy: na ile on jest człowiekiem?

W ostatnie niedziele zaskakuje nas Pan Jezus swymi naukami wobec faryzeuszów. Przecież to ludzie wykształceni, elita ówcze­snego społeczeństwa; a jednak wobec nich Pan Jezus mówi tak mocno, że aż dziwne, iż mówi to Dobry Nauczyciel. Dlaczego ich tak zaczepia? Przecież mają dobre maniery, są wykształce­ni, ubierają się pobożnie, a On do nich: groby pobielane! Na zewnątrz jesteście przyzwoici, a wewnątrz pełni zgnilizny, swoje kubki obmywacie z wierzchu, a w środku są pełne plugastwa. Unikacie nieczystych pokarmów, abyście się nie zabrudzili, a nie to paskudzi człowieka, co wychodzi na zewnątrz, lecz to, co po­chodzi z serca człowieka: pycha, nienawiść, cudzołóstwo, zazdrość – to czyni człowieka wstrętnym (Mt 23, 25–29). Mimo to Pan Jezus chodził do celników, rzymskich kolaborantów, był u Szymona – przewodniczącego faryzeuszów, a towarzysze Szy­mona Go podglądali. To filmowa prawie scena, gdy w tym to­warzystwie znalazła się Magdalena, która łzami obmywała sto­py Jezusa, ocierała je włosami, namaszczała drogim olejkiem (Łk 7, 37–49). A oni myśleli: gdyby On wiedział, kim ona jest? Wiedział. Wiedział, ale korzystając z tej sposobności poka­zał im, że są o wiele podlejszym gatunkiem niż ona. Patrz, Szy­monie – przyszedłem do twego domu, a ty mnie nie przywi­tałeś, a ona – odkąd weszła – całuje moje stopy. Nie dałeś mi sposobności, abym obmył ręce, a ona łzami stopy Mi obmyła. Nie namaściłeś Mi głowy, a ona stopy moje namaszcza (Łk 7, 44–47). No i cóż, wielki człowieku? Ona jest tylko jawnogrzesz­nicą i potrafi płakać, a ty zostałeś tylko chamowatym faryzeu­szem.

A dziś w Ewangelii: No i cóż panowie, tak się pchacie na pierwsze stołki? Te krzesła są nie dla was. Przyjdzie ktoś god­niejszy i każą ci przesiąść się na koniec, i będzie ci głupio wobec wszystkich biesiadników (Łk 14, 8–10). I cóż, kochany – słuchając tego wszystkiego powiesz: Ale ich Pan Jezus zrobił na szaro. Tak, ale to jest lekcja dla każdego z nas, On to do nas mówi.

Zaczyna się rok szkolny. Tyle milionów młodych ludzi roz­pocznie pracę nad kształtowaniem swego umysłu i swojego cha­rakteru. Wszyscy pragniemy, aby urosło nam pokolenie mądrych, pięknych ludzi, „nowych ludzi plemię, jakich dotąd nie widziano". W znalezieniu metody kształtowania pięknego człowieka niech nam pomogą trzy zdania:

– Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a na duszy poniósł szkodę? (Mt 16, 26). Po­śród was będzie inaczej: jeśli kto chce być wielkim, niech bę­dzie jako sługa (Mt 20, 26). To Pan Jezus.

– Beznadziejnym, ikarowym lotem byłby cały wysiłek kultury nowożytnej, gdyby przez nierozwagę straciła podporę tych skrzydeł, które przypiął jej geniusz kultury antycznej. To Boy-Żeleński.

– Najważniej­szym w wychowaniu socjalistycznego człowieka jest najpierw wychować człowieka. Gdybyśmy uczynili inaczej, mielibyśmy do czynienia z politycznie uświadomioną bestią. To Igor Neverly.

Dziś, gdy jest ostatnia niedziela wakacji, gdy rozpoczną się zajęcia w szkole, katechizacja, uczenie się w domu, my wszyscy: rodzice, nauczyciele, ksiądz, siostra katechetka, musimy sobie uczciwie odpowiedzieć, czy moim dzieciom każdą lekcją, każdym spotkaniem pomogłem, aby stały się lepsze? A je­śli nie pomogłem albo przeszkodziłem, to lepiej, żeby mi u szyi uwiesili kamień młyński i zanurzyli w głębinie morza. Tak, to bardzo wielka odpowiedzialność.

To niech ksiądz nam powie, jak te dzieci uczyć, aby nam dobrze urosły? Jestem księdzem i wiem dobrze o jednym: nie urośnie piękny człowiek, jeśli nie będzie się modlił. Nie urośnie piękny człowiek, jeśli nie będzie się spowiadał. Nie urośnie piękny człowiek, jeśli nie będzie nosił w sobie Chrystusa. A jeśli wszyst­ko to uczyni dobrze, to nie będzie stał na rynku cały dzień próż­nując z łatwym tłumaczeniem: nikt nas nie chciał nająć. To nie głupia panna, której braknie oliwy. Ludzie wychowani w szkole Ewangelii inaczej mówią, inaczej patrzą, inaczej chodzą, a choć­by grzechy mieli, to są dobrzy ludzie, bo potrafią płakać i zaczynać od nowa.

Więc cóż, kochani chrześcijaninie, powiedz mi: to dobrze, że my jesteś inny niż ten faryzejski, chamski motłoch. Oj, nie tak! Przyjdą inni ze wschodu i z zachodu, z północy i z połu­dnia i uprzedzą was do królestwa. To co mam księże robić? Bądź wobec siebie i wobec Boga prawdziwy, prawy, pokorny. Będzie nowy rok szkol­ny – wszystko stanie się nowe. I człowiek musi zacząć jeszcze raz od nowa, i tacy są chrześcijanie – każdego dnia stają się bardziej prawdziwi, lepsi, pokorniejsi. A pośród nas tyle taniego blichtru, tyle troski o fasadę, tyle dulszczyzny, konwenansów, ob­łudy, zakłamania, tyle chamskiego pchania się nawet w kolejce do nieba. To nie są chrześcijanie. Ci jeszcze nie zaczęli być ludź­mi. Chrześcijanin drugiemu poda rękę, w drodze pomoże, chle­bem się podzieli, miejsca ustąpi i stanie na końcu. Tacy są chrze­ścijanie, a idąc do nieba zmęczeni są jak żniwiarze.

Więc stanę kiedyś w drzwiach Twego nieba, Panie, i powiem: przyniosłem Ci po żniwach jak chłop spracowany najpiękniejsze kłosy i pierwsze owoce. Weź je, Panie, a kwiaty polskie – to dla Twojej Matki, naszej Pani Zielnej. I będzie niebo, a w nim sami piękni ludzie. Panie, a będzie tam dla mnie kawałek miejsca ? Tak, tylko teraz naucz się sia­dać na końcu, naucz się pokory.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
wtorek, 16 sierpień 2016 10:38

21. Niedziela Zwykła (Rok C) – Ciasne drzwi

ciasna-bramaKończą się, ale wciąż jeszcze trwają wakacje. Żyjemy na większym luzie. Wielu udało się nawet wyjechać. W telewizji pokazują nam jak obrodziły ogórki, że to niby taki ogórkowy sezon.

A w kościele przeczytano nam dziś teksty biblijne, które wcale nie relaksują. Pobudzają nas one do zastanowienia: jak to jest? Jeśli zba­wienie jest tak powszechne, że obejmie narody, o których nikt nie słyszał: Taraszisz, Put, Maszek i Rosz, Tubal i Jawan, dotrze nawet do wysp dalekich, to czemu Pan Jezus ostrzega nas, że drzwi do Królestwa Bożego są tak ciasne, iż wielu będzie chciało wejść, ale się nie zmieszczą.

A może są tacy, którzy wcale nawet próbować nie będą?

Kilka lat temu zamustrowałem się na frachtowiec ŁÓDŹ II jako pasażer i natychmiast zgłosiłem się u kapitana.

- Panie Kapitanie, jako pierwszemu po Bogu, melduje się sługa Boży. Kapitan łypnął na mnie okiem:

- Co takiego?

- Mam powtórzyć meldunek?

- Nie, usłyszałem. Mam rozumieć, że mamy księdza na pokładzie?

- Tak jest. I dlatego proszę o możliwość zorganizowania Mszy Św. w najbliższą niedzielę.

Kapitan się ucieszył. Polecił "Panu Radio" by wystukał i rozwiesił na wszystkich tablicach zawiadomienie gdzie i kiedy.

W niedzielę w salonie pasażerskim zebrała się mała grupa, mniej niż się spodziewałem, bo cała załoga odnosiła się do mnie przyjaźnie.

Odpowiedź znalazłem po kilku dniach. Na tej informacji o Mszy św. znalazł się dopisek w języku Cycerona: COELUM NON CURRO, INFERNUM NON TIMEO.

Informacja była dla mnie, bo nie sądzę, by wszyscy to zrozumieli: "Mnie niebo nie interesuje, nie dążę do niego, a piekła się nie boję", i takich jak ja jest tu więcej. Masz konkurencję. Tak przynajmniej głosiła ta deklaracja.

A z drugiej strony: stanowisko przeciwne - "Dziennik Zachodni" zapytał znaną piosenkarkę estradową o czym marzy. Ta odpowiedziała: "Mam tylko jedno marzenie, chciałabym zostać świętą. Staram się być dobrym człowiekiem, ofiarować innym swoje serce. Dlatego jeśli moje uczynki spodobają się Bogu, to może uda mi się. Tego właśnie naprawdę chcę" ("Agora" Nr 32 z 9.08.98 s. 21). Tygodnik, który to wyznanie przedrukował próbował opatrzyć tę wypowiedź jakimś komentarzem. Nie bardzo wiedział jak. Na wszelki wypadek obdarzył notkę tytułem "ŚWIĘTA" w cudzysłowie. Dwa skrajne stanowiska, poglądy. Jak się zdaje, oba nie dla nas. Bo nikt z nas obecnych tu w kościele i włączonych w naszą wspólnotę przez fale radiowe nie powie przecież, że niebo go nie obchodzi, a piekła się boi. Ale żeby zaraz marzyć o świętości?!

Nie wystarczy być porządnym uczciwym człowiekiem, co to nie jest chorągiewką na dachu, ma swój pogląd na świat, nie zmienia go, zna jego wartość. Może to wystarczy.

Bo to mieści się w normach zachowania Dekalogu.

A Pan Jezus na pytanie młodzieńca: "Co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?" odpowiedział krótko: "Zachowuj przykazania".

Które? Przecież je znasz: "Nie kradnij, nie dawaj fałszywego świa­dectwa o bliźnim, nie cudzołóż, czcij ojca i matkę. Zachowuj je, a będziesz żył". To są normy postępowania dla wszystkich ludzi: dla Żydów i chrześ­cijan, dla mahometan i buddystów, i dla niewierzących także. Nie można mieć poprawnej postawy etycznej, godnej człowieka, nie uznając tych dziesięciu słów Boga wypisanych na kamiennych tablicach.

To jest minimum, ale przecież wystarczające, by żyć po ludzku i zasłużyć na Wieczną nagrodę.

A marzyć o świętości? Może to dobre dla dusz wybranych, specjalnie Bogu poświęconych, konsekrowanych? Dla tych, których stać na więcej, którzy potrafią się wyrzec zwyczajnego życia i zrezygnować z rzeczy dobrych, by sięgnąć po lepsze? To ich sprawa. Mnie wystarczy moje życie, lepszego nie chcę...

No tak. Tylko, że ten minimalizm nie zgadza się z duchem Ewangelii. Chrystus Pan uznał przykazania, bo przecież w jego nauce ani jedna kreska, ani jedna jota ze Starego Przymierza nie została uchylona. Ale kiedy zaczął świadomie tworzyć Nowe Przymierze, to powołał Dwunastu na wzór dwunastu pokoleń Izraela. Nazwał ich apostołami, bo miał ich posłać na cały świat, by głosili nowe przykazanie. Zebrał ich na górze, jak Mojżesz lud starego Przymierza pod górą Synaj. I do nich, swych uczniów wygłosił pierwsze kazanie. A kiedy otworzył swe usta, to pierwsze jego słowo było: Błogosławieni.

Tak, błogosławieni jesteście, którzyście usłuchali wezwania: "Pójdź za mną". Błogosławieni, którzy zdecydowali się na to, by przejść przez życie jako ubodzy w duchu, którzy płaczą i są cisi, łakną i pragną sprawiedli­wości, są miłosierni i czystego serca, wprowadzają pokój i cierpią prze­śladowanie. Tak jak On, Mistrz i Pan. Jemu warto zaufać, pójść Drogą, którą jest On sam. Powiedział przecież: "Ja jestem drogą", wiemy dokąd ona prowadzi. Wiemy też, jaki jest finał takiego życia. "Radujcie się, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie" (Mt 5,12).

Czy to jest program dla wybranych? Tak, bo liczne rzesze zostały na dole, a tylko uczniowie poszli za nim, gdy wstępował na górę. I do nich, do swoich uczniów skierował Pan Jezus te słowa. A oni byli zaczątkiem Kościoła. Dzisiaj całemu Kościołowi czytana jest jego Ewangelia, której zasady nie są łatwizną, ale dużym wymaganiem.

Wystarczy przeczytać z ewangelii Mateuszowej trzy rozdziały: 5, 6 i 7. W tych rozdziałach Św. Mateusz dokonał redakcyjnego zabiegu: zebrał wszystkie "logia", wypowiedzi Jezusa dotyczące norm postępowania dla tych, co uznali, że warto pójść za Nim.

Odwołując się do zasad Starego Przymierza, "Powiedziano starym", daje swoją wykładnię "A ja wam powiadam" stawiając wymagania większe. Proszę was, Bracia i Siostry moi najmilsi, macie przecież Ewangelię w domu, przeczytajcie uważnie sami te trzy rozdziały i przekonajcie się, że to do każdego z nas skierowane zostały te słowa. Bo wszyscy przecież, włączeni w to przeżywanie Wielkiej Tajemnicy wiary, uważamy się za uczniów Chrystusa. Czy jest to materiał do marzeń? Jest zbyt konkretny, zbyt wymagający, żądający rzeczy zda się niemożliwych. Ale to jest właśnie ta "ciasna brama i wąska droga, która wiedzie do żywota, a mało jest tych, którzy ją znajdują" (Mt 7,14).

I co? Znów powiesz: nie dla mnie, za trudne, wystarczy mi to, co jest niezbędnie potrzebne. Parterowy poziom... Tylko, że z tego poziomu tak łatwo spaść niżej - a to jest katastrofa. Poza tym każdy, kto nie podnosi sobie poprzeczki, cofa się w rozwoju. Tak jest w każdej dziedzinie, w za­kresie życia duchowego także.

Mój wierny korespondent pan Franciszek z Paderewka koło Sterdyni na Podlasiu przysyła mi od czasu do czasu „notki i wiersze spisane własnoręcznie". Oto fragmenty wiersza pt. "Nauka":

"Uczymy się Polski? - Uczymy
Liczymy pieniądze? - Liczymy
Patrzymy w ekrany? - Patrzymy
Tak schodzą nam lata i zimy.
I chociaż ciekawa nauka,
To każdy sam siebie tam szuka
Naiwnie podlicza on sobie:
A ile ja na tym zarobię?
Mądrzejszy to każdy jest z wiekiem.
Ale czy lepszym jest człowiekiem?
Czy umie ujarzmiać swe żądze?
Czy kocha ludzi - czy pieniądze?
Problemów wciąż mamy tysiące!
A kwestie czasami palące
Musimy rozwiązać rozsądnie,
By można żyć! Wreszcie porządnie".

Bracia i Siostry! Po Komunii św. modlić się będziemy, by nam Bóg miłosierny przywrócił pełne zdrowie duszy i tak nas przemienił swoją łaską i wspierał, byśmy się zawsze Jemu podobali. Wejdźmy w ten modlitewny nastrój i kontrolujmy swój modus vivendi, by drzwi do Królestwa nie były dla nas za ciasne. Wciąż nie jest za późno.

 

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

waska drogaNieznany z imienia człowiek, który pytał Chrystusa: „Czy tylko nieliczni będą zbawieni?" (Łk 13, 23), wypowiedział właściwie nasze pytanie. Pytanie o sprawę bardzo istotną: o zbawienie nas i reszty ludzi. Należymy do tych, którzy potrzebują i pragną zba­wienia, choćbyśmy nawet, pogrążeni w doczesności, z rzadka o tym myśleli. A jest takich jak my, mówiąc oględnie, spora gro­mada na tej ziemi. Pytanie: „Kto będzie Zbawiony?" jest pytaniem każdej religii, choćby się różnie to zbawienie pojmowało. To jest pytanie ludzkości.

Znamy podstawową odpowiedź Zbawiciela na to pytanie. Udzielił jej wtedy, gdy bogaty młodzieniec pytał: „Co mam czy­nić, aby osiągnąć życie wieczne?" (Mt 19, 16). Bo zbawienie to właśnie życie wieczne, życie nieśmiertelnego Boga ofiarowane człowiekowi. Chrystus powiedział: „Jeśli chcesz osiągnąć życie wieczne, zachowaj przykazania". „Które?" pytał Go młodzie­niec. Jezus odpowiedział: „Oto te: nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę oraz miłuj bliźniego jak siebie samego" (Mt 19, 1719). Czyli: zbawiony bę­dzie ten, kto zachowuje przykazania Boże i przykazanie miło­ści.

Ta odpowiedź nie zadowala jednak wszystkich. Chciałoby się jeszcze wiedzieć, ilu ludzi będzie zbawionych, a zwłaszcza mieć jakąś pewność, czy ja będę zbawiony. A może zachowanie przy­kazań nie jest tak bezwzględnie konieczne, jak to wynika z od­powiedzi Chrystusa. Bóg jest nieskończenie miłosierny, chce, by wszyscy byli zbawieni, więc może mimo naszych słabości igrze­chów wszystko okryje swoim miłosierdziem i ostatecznie wszy­scy, nawet nie bardzo wiedząc, jak się to stało, znajdziemy się przy stole uczty Baranka w niebie.

Albo może jest zupełnie inaczej. Wiele wskazuje na to, że Bóg wybrał niektórych: wybrał w swoim czasie naród izraelski, jed­nym ludziom udziela szczególnych darów łaski i świętości, inni zaś wydaje się są ich pozbawieni, rodzą się i wychowują w środowiskach nie znających czy nie uznających Boga i Jego przykazań, albo nie są zdolni jak mówią do zachowania przykazań, warunku zbawienia. Może więc nie warto się trudzić; los nasz jest z góry przesądzony. Tak, zdaje się, myślał ten właśnie człowiek z dzisiejszej Ewangelii: Gzy tylko niektórzy będą zbawieni? (Łk 13, 23).

Chrystus na to pytanie, tak postawione, nie odpowiedział. Drzwi życia wiecznego otwarte są dla wszystkich bez wyjątku, dopóki żyje się na tym świecie. Bóg miłuje wszystkich, którzy są Jego obrazem, także tych, którzy są jeszcze w łonie matki. Chry­stus umarł za wszystkich. Jednakże drzwi te, drzwi zbawienia, są ciasne. Oto w czym tkwi trudność. Trzeba wysiłku, nawet wal­ki, aby wejść przez nie do królestwa. Jezus mówi: „Ludzie gwałtowni zdobywają królestwo niebieskie" (Mt 11, 12); „Ciasna jest brama i wąska droga, która prowadzi do życia" (Mt 7, 14).

Dlaczego ciasna? Dlaczego zbawienie musi człowieka koszto­wać? Zanim spróbujemy na to odpowiedzieć, przypomnijmy so­bie rozmowę, którą Chrystus Pan prowadził w dniu zmartwych­wstania z uczniami, powracającymi do Emaus, nie rozumiejącymi, dlaczego Jezus z Nazaretu, wielki prorok Boga, tak nędznie skoń­czył nai krzyżu. Chrystus powiedział wtedy: „Czy Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swojej chwały?" (Łk 24, 26). Sam Jezus przeszedł do swego królestwa przez straszliwie ciasne drzwi cierpienia i śmierci, odrzucenia i pogardy, osamotnienia i niesprawiedliwego sądu. Sam Jezus musiał przejść przez bramę krzyża do chwały zmartwychwstania.

Musiał... nie ze względu na siebie, lecz ze względu na nas. Tak cenne jest to, co nam obiecał i do czego powołał nas Bóg, tak cenne jest życie samego Boga ofiarowane człowiekowi, że Bóg w przyjętym przez siebie ludzkim ciele przeszedł przez cia­sną bramę krzyża, abyśmy nie utracili daru tego życia przez grzech, nieposłuszeństwo, obojętność i wszystko zło, do którego jesteśmy zdolni.

Taka jest tajemnica mądrości, miłości i sprawiedliwości Boga. Te ciasne drzwi, przez które trzeba nam się przeciskać, to dla nas konieczna próba tego, czy cenimy sobie królestwo Boga nam ofiarowane. „Królestwo Boże to nie jedzenie i picie, ale spra­wiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym" mówi św. Pa­weł w Liście do Rzymian (14, 17). Ciasne drzwi to także próba naszej miłości do Najświętszego Boga. Bóg okazał nam miłość przez wcielenie i krzyż; kosztowała Go miłość do nas, grzeszni­ków. A nas ma nie kosztować miłość Boga? Lekką ręką mani brać ze stołu w królestwie Bożym najwyższe dobra Jego miłości, oddania, radości i pokoju? Bez oczyszczania serca, z egoizmem, w poczuciu, że wszystko mi się należy, skoro już Bóg mnie stwo­rzył? Nie może być tak: przejść przez życie jak najwygodniej, a może jeszcze dopuszczać się niesprawiedliwości, oszukiwać, kła­mać, szukać zaspokojenia namiętności, gardzić życiem innych, nie słuchać, co mówi Bóg; a potem bez skruchy, bez naprawienia krzywd, bez całkowitego nawrócenia serca uczestniczyć w królew­skiej władzy i szczęściu Najświętszego Boga.

„Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi" (Łk 13, 24) mówi Chrystus Zbawiciel. Te słowa mają jeszcze głębsze znaczenie niż to, które próbowaliśmy sobie uświadomić. Ciasne drzwi to nie tylko obraz wysiłku moralnego, a czasem i fizycznego w prze­zwyciężaniu zła, oczyszczaniu się z niego, przed wejściem do wspólnoty życia z Bogiem. Drzwiami do królestwa jest sam Je­zus Chrystus. Tak się sam nazwał: „Ja jestem bramą. Jeśli ktoś wejdzie przeze Mnie, będzie zbawiony" (J 10, 9). Jezus sprawie­dliwy, pokorny, cichy i ubogi, czysty i miłosierny, przebaczający, kochający Ojca i nas aż do śmierci na krzyżu jest ostatecznie tą ciasną bramą do życia w królestwie Boga. Wysiłek upodob­nienia się do Niego, wysiłek świadomy, gdy się Go usłyszało, nieświadomy gdy się Go nie spotkało jest tą ceną, którą trzeba zapłacić, by razem z Nim zmartwychwstać i zasiąść za stołem na uczcie Baranka.

Dział: OKRES ZWYKŁY

droga-do-niebaChrześcijanie ujmują swoje życie jako podróż do wiecznej ojczyzny, jako pielgrzymowanie do nieba, do domu. Jest to dom Ojca. Jezus Chrystus jest tego domu Panem. Wszyscy ludzie, do­póki żyją na ziemi, mogą osiągnąć ten cel wyznaczony nam przez Trójcę Przenajświętszą, jeśli idą – mówiąc językiem Ewangelii – wąską drogą i usiłują wejść do królestwa Bożego ciasnymi drzwia­mi. Czy zaraz na początku homilii nie przelękliście się tej wą­skiej drogi i ciasnych drzwi? Czy przypadkiem nie sądzicie, jak niektórzy, że należy tak przekazywać naszym czasom katolicki dogmat i etykę, „żeby katolicyzm był łatwiejszy do przyjęcia i przyjemniejszy do przeżycia?" (o. J. Mirewicz, Klio, Muza płaczą­ca, Londyn 1986 s. 126).

Nie lękajmy się! „Wąska droga", „ciasna brama" to symbole życia dekalogiem w stylu ośmiu błogosławieństw; życia, w któ­rym Bóg jest pierwszy, a człowiek, każdy człowiek, jest rzeczy­wistością świętą, świat zaś natury, cywilizacji i kultury – darem Boga i wezwaniem nas do współpracy ze Stwórcą i z ludźmi. Czyż można się tego lękać? Swoje królestwo, państwo Boże, nie­bo – przedstawia dzisiaj Pan Jezus w obrazie jakby starego dwo­ru, do którego od ulicy, od drogi prowadziła wysoka drewniana, główna brama, przez którą nie było nic widać, co się dzieje na podwórzu, a tym bardziej w mieszkaniu. Aby się znaleźć w środ­ku, trzeba było oczywiście przez nią przejść, nie zatrzymywać się na ulicy przy pogawędce z sąsiadami, przy łakomym jedzeniu fig i pomarańczy sprzedawanych na stoiskach bazaru. Należało uwa­żać, by się nie spóźnić na przyjęcie, na które się zostało zapro­szonym, ponieważ o oznaczonej godzinie bramę zamykano na za­wory.

Uważano za ogromny nietakt, jeżeli ktoś w czasie wyznaczo­nym na uroczyste spotkanie odbywał leniwe spacery, załatwiał swoje małe sprawy, a zwłaszcza gdyby oddawał się zajęciom zdro­żnym, np. pożyczaniu na lichwę pieniędzy, kradzieży, czy innym niegodziwym czynnościom.

Ewangelia wyrzuca Żydom, że oni, chociaż zaproszeni pierwsi, obyci z Bogiem w Jego Synu Jezusie Chrystusie, zamiast wcho­dzić w czasie łaski do królestwa Bożego, przez bramę wyznaczoną w przykazaniach, oznaczoną w ośmiu błogosławieństwach, „czy­nili to, co złe" i dlatego nie znajdą się w domu Bożym; a kiedy przyjdzie moment ich odejścia z tego świata, daremnie będą się powoływać nawet na znajomości z Mesjaszem. Drzwi będą za­mknięte na zawsze. „Odstąpcie ode Mnie – powie Pan Jezus – wy, którzy oddajecie się temu, co jest nieprawością, wy, robotnicy zła" (Łk 13, 27) – jak przełoży ten werset na język polski o. Ja­kub Wujek w swoim genialnym tłumaczeniu Nowego Testamentu. Pan Jezus przestrzega jednak nie tylko Żydów, ale wszystkich „robotników zła", żeby idąc przestronną, szeroką drogą przez ży­cic, nie zapomnieli o Jego drodze, o ciasnej bramie ośmiu bło­gosławieństw. Pan stawia przed każdym z nas możliwość wyboru życia: albo w Jego stylu, albo w stylu nijakim.

Pismo św. w Starym Testamencie, wprowadzając władców judzkich i izraelskich na tzw. widownię historii, podaje na wstę­pie podstawową charakterystykę każdego z nich, mówiąc o jed­nym: „Czynił to, co dobre przed oczyma Boga" (1 Krl 11, 38), a o drugim: „Czynił to co złe" (1 Krl 16, 19). Powyższa klasyfi­kacja jest również stosowana przez Pana Jezusa w Ewangelii, z podkreśleniem przez Niego możliwości przemiany nawet celni­ków, uchodzących w oczach prawowiernych Izraelitów za wyra­zistych przedstawicieli zła. Zbawiciel uwzględnia także fakty, iż nawet w najbardziej zakłamanych Jego słuchaczach, jakimi byli niektórzy faryzeusze i ówcześni uczeni, mogą współistnieć w jed­nym i tym samym sumieniu zło i prószyny dobra, które jednak nie mogą rozświetlić ciemności, skoro Pan przekazał swoim in­formację, że jeśli sprawiedliwość ich nie byłaby większa niż faryzeuszów, nie weszliby do królestwa Bożego (Mt 5, 20). Do tych ciasnych drzwi prowadzi wąska droga, która naszemu życiu na­daje kierunek do nieba. Ksiądz J. Twardowski pisze o niej zro­zumiale dla każdego:

"Zaufałem drodze
wąskiej
takiej na łep na szyję
z dziurami po kolana
takiej nie w porę jak w listopadzie spóźnione buraki
i wyszedłem na łąkę stała święta Agnieszka
- Nareszcie - powiedziała
- Martwiłam się już
że poszedłeś inaczej
prościej
po asfalcie
autostradą do nieba - z nagrodą od ministra
i że cię diabli wzięli” (Na osiołku, Lublin 1986 s. 11).

Tą wąską drogą i ciasną bramą ośmiu błogosławieństw idziemy do domu Ojca.

Jak iść tą drogą – św. Paweł nam podpowie: Czynić prawdę w miłości (Ga 5, 6). Zaczynamy od prawdy słów. Już pewnie nie ma Polaka, któryby nie znał modlitwy z Kwiatów polskich: „Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość sprawiedliwość" (J. Tuwim). O to samo błaga inna modlitwa drugiego wielkiego po­ety:

"Z gruzów podźwigną się domy...
Ale jak odbudować słowa
Ale jak dźwignie się mowa? ...
Zbombardowano ją straszliwiej
Niż Rotterdam i Warszawę ...
Zmiłuj się, Panie, nad nami ...
Uskrzydlij nas, podnieś słowami,
Przywróć nam słowo.
Jedna niech będzie miara, jak sylab jednaki rząd.
Niech wiara znaczy znów – wiara, a błąd niech oznacza błąd”. (A. Słonimski, Modlitwa, cyt. za: Jerzy Mirewicz, Klio, Muza płacząca, Londyn 1986 s. 133–134).
Nie myślmy, że kryzysy etyczne wywołane przez zakłamanie mają usunąć politycy, czy choćby dziennikarze. Nasze słowa mają być zawsze prawdziwe. Nasze życie winno być prawdziwe, ludz­kie! A potem winniśmy uwierzyć w plany Boże względem każde­go oraz każdej z nas i je urzeczywistniać. Uczynki dobre, które gwarantują nam, że znajdziemy się pośród zaproszonych na Bo­że przyjęcie, obejmują jako pole działania własne sumienia, ale w pewnej mierze również przeogromny zakres wszystkich czasów. „Bóg stworzył mnie – pisze mądry i święty kardynał H. New­man – abym wypełnił dla niego jakąś określoną służbę; powie­rzył mi jakąś pracę, której nie powierzył nikomu innemu. Mam swoje posłannictwo – mogę nigdy nie poznać go w tym życiu, ale dowiem się o nim w życiu przyszłym. W jakiś sposób jestem niezbędny dla Jego zamiarów, tak niezbędny na swoim miejscu, jak archanioł na swoim ... On nie stworzył mnie dla niczego. Bę­dę czynił dobro, będę wykonywał Jego pracę ... na miejscu prze­znaczonym dla mnie, chociażbym tego nie pojmował – jeśli tyl­ko będę zachowywał Jego przykazania i służył Mu w moim po­wołaniu. Czymkolwiek i gdziekolwiek jestem, nie jest możliwe, abym był odrzucony. Jeśli choruję, moja choroba może Mu służyć; jeśli mam trudności, moje trudności mogą Mu służyć; jeśli jestem smutny, mój smutek może Mu służyć. Moja choroba, trudności, smutek mogą być niezbędne dla jakiegoś wielkiego celu, który znajduje się całkowicie poza naszym zasięgiem. Bóg zawsze wie, ku czemu zmierza" (Rozmyślania i modlitwy, Warszawa 1967 s. 12–13).

Widzicie, jak zróżnicowane są uczynki dobre, jak dostępne dla każdego z nas, jak prawie czasami nieuniknione, więc idźmy przez życie wąską drogą, wchodźmy ciasnymi drzwiami dziesięciu przykazań w stylu ośmiu błogosławieństw, aby nas przyjęto do domu Ojca, gdzie Chrystus przygotował nam miejsce wiecznego zamel­dowania w szczęściu. Amen.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

krzyz-znak-zwyciestwaLiturgia zastawia nam dziś obficie stół Słowa Bożego. Z tej obfitości niech nas Pan nakarmi swoją hojną ręką. Idźmy zatem, krok po kroku, za myślą dzisiejszych czytań mszalnych. Żeby lepiej zrozumieć wymowę fragmentu księgi Izajasza, należy sięgnąć do Księgi Powtórzonego Prawa.

Z historii zbawienia pamiętamy, że naród, do którego Bóg skierował w pierwszym rzędzie swoje słowo, to Izrael. Jeszcze słychać ten tajemniczy głos Boży, bo do dziś jest żywy. W Powtórzonym Prawie czytamy: „Słuchaj, Izraelu, Pan jest naszym Bogiem - Panem jedynym" (Pp 6,4). Konsekwencje tego jednego słowa - słuchaj, były dla ludu izraelskiego zobowiązaniem do wierności. Słuchaj, to inaczej - bądź posłuszny. W tym jednym słowie leży tajemnica Bożego wybrania. Dzieje tego narodu pokazują jak umiał być on konsekwentny w wierze, choć tyle razy niszczył go grzech, choć zdarzały się odstępstwa mniejsze i większe. Chociaż błądził wielokrotnie, to jednak wiedział, że może i musi powrócić, bo Bóg. który powiedział do niego - słuchaj, jest ojczyzną człowieka bardziej, niż najgoręcej miłowany zakątek ziemi, na którym wypadło żyć i pracować.

I taką właśnie wiarę wyznawał przez wieki ten naród wobec wszystkich swoich pogańskich sąsiadów. Wiarę bez pytań, bez dociekań; w której Bóg jest oczywisty i prawdziwy. Ale także taką wiarę, w której Bóg jest nie tylko czczony, lecz nade wszystko miłowany.

Mówi nam o tym dalszy fragment Księgi: „Będziesz miłował Pana, Boga twojego, z całego twego serca, z całej duszy swojej, ze wszystkich swych sił. Niech pozostaną w twym sercu te słowa, które ja ci dziś nakazuję. Wpoisz je twoim synom, będziesz o nich mówił przebywając w domu, w czasie podróży, kładąc się spać i wstając ze snu. Przywiążesz je do twojej ręki jako znak. Niech ci będą ozdobą przed oczami. Wypisz je na odrzwiach swojego domu i na twoich bramach" (Pp 6, 5-9).

Pozostanie dla nas tajemnicą, w którym momencie Pan Bóg zdecydował, że ów znak, o którym mówił tylko do narodu wybranego, będą mogły odczytać także inne narody.

Zastanów się w tym miejscu nad tym, jak wielka jest mądrość Stwórcy, który stopniowo, jak dobry nauczyciel i wychowawca odsłania z prawdy o samym sobie tylko tyle, ile uczeń jest w stanie pojąć i zrozumieć. Na przykładzie narodu wybranego pokazał nam Pan Bóg, że można dziś Jego chwałę rozważać jakby z oddalenia, a jutro w niej uczestniczyć. Jest to więc zaproszenie. Dlatego dziś prorok Izajasz nakreślił w pierwszym czytaniu tak wyraźnie tę wielką sprawę powszechności wezwania do oddawania czci Bogu na przykładzie narodów o dziwnie dla nas brzmiących nazwach - Tarszisz, Put, Meszek, Rosz i Tubal. Bóg przez proroka chciał pouczyć, że jest Panem historii każdego narodu i chce być obecny w świadomości każdego narodu, jak był obecny w historii Izraela.

Niezmiernie ważna to sprawa dla czasów późniejszych, w których Bóg w swojej odwiecznej mądrości zdecyduje, że nadeszła już „pełnia czasów", by nas pouczyć przez swego Syna i ukazać w ten sposób pełną prawdę o sobie w znaku Śmierci i Zmartwychwstania Jezusa Chrystusa.

Znak ten dla jednych jest zbawieniem, dla drugich zgorszeniem, dla innych zdziwieniem, a jeszcze inni nic z tego pojąć nie mogą, choć w swoich planach Bóg chce zbawić każdego.

Skoro dziś tak wyraźnie liturgia nam mówi o znaku, dobrze będzie przypomnieć sobie słowa Symeona wypowiedziane do Maryi nad maleńkim Jezusem: „Oto Ten przeznaczony jest na upadek i na powstanie wielu w Izraelu i na znak, któremu sprzeciwiać się będą" (Łk,2, 34b). Warto w tym miejscu zastanowić się nad tym, jak wielka jest ludzka ignorancja i niechęć w stosunku do Boga odsłaniającego prawdę o sobie i objawiającego się w swoim Synu, Jezusie Chrystusie. Jezus jest Bramą, Znakiem dla narodów. W Nim Bóg przemówił do wszystkich pełnym miłości głosem. On do nas dziś powiedział: „Usiłujcie wejść przez ciasne drzwi; gdyż wielu, powiadam wam, będzie chciało wejść, a nie będą mogli" (Łk 13, 24).

Izrael, naród niegdyś wybrany, sprzed tych drzwi zawrócił. Wielu o ten wymowny Znak Śmierci i Zmartwychwstania Bożego Syna się potknęło i nie zrozumieli go do końca. Dla wielu wreszcie, którzy nie ulękli się trudów wąskiej drogi i ryzyka przejścia przez ciasne drzwi, znak krzyża przyniósł życie i wprowadził do zmartwychwstania z Jezusem. Wielki mędrzec chrześcijański z IV wieku, św. Jan Chryzostom tak o tym pisze: „Krzyż odniósł zwycięstwo i to na całym świecie. Nauka krzyża nie dotyczyła spraw pospolitych, ale Boga, prawdziwej religii, życia według Ewangelii i przy­szłego sądu. Wszystkich niewykształconych i prostaków przemienia w mędr­ców. Popatrz, jak to, co jest głupstwem u Boga, przewyższa mądrością ludzi, a to, co jest słabe u Boga, mocniejsze jest od ludzi. W jaki sposób mocniejsze? W ten mianowicie, że krzyż rozszerzył się po całym świecie, że zawładnął wszystkimi, że niezliczeni wrogowie pragnąc wymazać imię Ukrzyżowanego, osiągnęli coś wręcz przeciwnego. To Imię jaśniało coraz bardziej, oni zaś upadli i zginęli" (z homilii św. Jana Chryzostoma do 1 Kor.). O tych wielkich sprawach naszej wiary przypadło nam rozważać pod koniec upalnego lata, przy końcu sierpnia, gdy tyle spraw ważnych dzieje się na naszych oczach. Otrzymujemy nieustannie, jako naród przez chrzest wpisany w wymiar krzyża, tyle znaków od Boga. Przed każdym z nas, jako dzieckiem tego narodu, staje wciąż pytanie o tę trudną, bądź co bądź, umiejętność czytania Bożych znaków. Drzwi jakby stały się ciaśniejsze, droga jest jakby jeszcze węższa. Wielu zawróciło sprzed tych drzwi, które wydają się im zbyt ciasne i niewygodne. Przyjęli z nauki Jezusa ile sami chcieli, okroili ją do swoich potrzeb, ciesząc się, że mają prawdę i prawdziwą pobożność. Jezus mówi do takich: „Powiadam wam, nie wiem, skąd jesteście" (Łk 13, 27).

Jezus pokazuje nam dziś ciasne drzwi; mówi do nas - usiłujcie wejść przez nie. Kładzie na wszyskich naszych trudnych doświadczeniach życiowych swój zbawienny znak krzyża. Kreśli go swoją ręką na naszej niepewności jutra, na naszych niedostatkach i chce byśmy do końca zawierzyli. O czym zatem pamiętać mamy najbardziej przed ciasnymi drzwiami nauki ewan­gelicznej? „Wyprostujcie opadłe ręce i osłabłe kolana" - bo Bóg jest w naszej historii. W historii naszego niedostatku również! „Czyńcie proste ślady nogami waszymi, aby kto chromy nie zbłądził, ale był raczej uzdrowiony" (Hbr 12, 13), to znaczy chodźcie drogami prawdy, a nie krętactwa. Uwierzcie, że w znaku Jezusa, w Jego Śmierci i Zmartwychwstaniu jest zwycięstwo. Wczoraj obchodziliśmy uroczystość Matki Boskiej Częstochow­skiej. Maryja jest również dla nas znakiem od Boga. Patrzę na Jej poorane, jak ziemia polska Oblicze. I wsłuchuję się w testament Jej wiernego sługi, Kardynała Stefana Wyszyńskiego, który gasnącymi ustami wypowiadał swoje proroctwo: „Przyjdą nowe czasy. Będą potrzebowały nowych świateł, nowych nadziei, nowych ludzi. Wierzę, że nadejdą. Bóg je da w swoim czasie. (...) Wszystko postawiłem na Maryję. I wiem, że choćby ludzie się w Polsce zmienili, Maryja nigdy słabszą nie będzie". Prośmy Ją - niech nam na ziemi polskiej pomaga przechodzić przez ciasne drzwi wymagań, które stawia Jezus swoim uczniom. Niech pomoże nam czytać Boże znaki. Niech przez znak krzyża kładący się na polskiej codzienności prowadzi do zwycięstwa. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY

sw-maksymilianUkochani bracia i siostry! Co rozumiemy z tej Ewangelii, którą przed chwilą usłyszeliśmy? Powiedzmy otwarcie: niewiele.

Niewiele więcej rozumieli ci, którzy jako pierwsi słuchali tych słów z ust samego Chrystusa. I choć wówczas ludzie mieli więcej wyczucia symbolu, obrazu, znaku i chociaż kolejne pokolenia uczniów rozważały poważnie tę Ewangelię, to jednak nie przeniknięto do dziś ukrytej w niej treści. W tych słowach bowiem wypowiada siebie Tajemnica nad tajemnicami: Chrystus. W tej Ewangelii mówił o sobie Bóg Wcielony.

Mówi do nas ktoś, kto zna tajemnice nieba i ziemi. Kto przyszedł z wysoka, z niedostępnej dla nikogo sfery życia boskiego.

Mówi nam o ogniu, który przyszedł rzucić na ziemię. Czym jest ten ogień? Święty Jan Chrzciciel rozumiał go, jako ogień sądu Bożego nad grzeszną ludzkością. "On was chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem. Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichrza,a plewy spali w ogniu nieugaszonym" (Mt 3, 11.12). Takie wyjaśnienie ognia jest zapewne prawdziwe, sam Chrystus to potwierdził w obrazie sądu ostatecz­nego, ale przecież nie cała to prawda. Jezus nie po to przyszedł, aby świat potępić, lecz by świat zbawić; przyszedł z nieba, abyśmy mieli życie i mieli je w obfitości. Ogień więc, o którym dziś mówi. to także ogień ożywiający, bo i taka jest funkcja ognia: nie tylko niszczyć, lecz także ogrzewać i pod­trzymywać życie. Będzie nim nieśmiertelny ogień życia boskiego, który ogarnie ludzką naturę Chrystusa w chwili zmartwychwstania i zstąpi w dniu Zesłania Ducha Świętego na Kościół, by przez niego objąć całą ludzkość, całą Ziemię.

To można powiedzieć o tym ogniu, obejmującym płomieniem boskiego życia całą ziemię; wiemy jednak, że powiedzieliśmy bardzo mało i bardzo nieudolnie. Kiedy bowiem mówimy: „życie boskie", stajemy wobec najwięk­szej tajemnicy świata, przejmującej śmiertelnym lękiem największych proroków Boga; tajemnicy nieskończenie większej, niż jest nią ten ziemski ogień, symbolizujący boskie życie. Bo i ten ziemski ogień to też tajemnica; potrafimy go określić w pojęciach fizyki, a jednak dla naszych oczu jest nieprzenikniony do końca: fascynuje, przeraża i przyciąga zarazem, budzi lęk i zachwyt.

A czym jest - Moi Drodzy - ten chrzest, którego przyjęcie przejmowało Chrystusa lękiem i udręką? Przychodzą nam na myśl słowa, jakie trzykrotnie wypowiadał idąc do Jerozolimy, by swe posłannictwo rzucenia ognia na ziemię wypełnić: "Syn Człowieczy będzie wydany w ręce ludzi... arcykapłanom i uczonym w Piś­mie... I będą z Niego szydzić, oplują Go, ubiczują i zabiją" (Mk 9. 31; 10, 33.34). To jest zapewne ten chrzest, zanurzenie w straszliwym żywiole nienawiści ludzkiej. Ale także i ten chrzest, o którym świadczy niepojęta skarga Jezusa na krzyżu: „Boże mój, czemuś mnie opuścił?" (Mk 15, 34) - zanurzenie w straszliwej otchłani, powstałej przez oddalenie się Boga od człowieka, który Boga przez grzech odrzucił. Dusza ludzka Chrystusa otarła się o grozę potępienia. Jezus wziął na siebie na krzyżu przerażający ból odrzucenia od Boga, aby swoją ofiarą przekreślić potępienie. "Chrzest mam przyjąć i jakiej doznaję udręki, aż się to stanie".

Oto, co możemy odkryć w obrazach ognia i chrztu z dzisiejszej Ewangelii, których Chrystus Pan użył, aby przedstawić swoje posłannictwo zbawienia i odkupienia ludzkości.

Przedstawił nam to dziś, gdy jeszcze trwają wakacje, kiedy się chce odpocząć od trudnych problemów codziennego życia. Powiedział nam to w chwili, gdy tak bardzo absorbują nas, na naszej ziemi, sprawy teraźniejsze, przeszłe i przyszłe z kategorii bardzo doczesnych, sprawy chleba i wolności, sprawy władzy i różnych rozrachunków.

Ukochani!

Czy słowa Chrystusa o wielkim pragnieniu Jego serca, by życiem boskim napełnić ziemię i o udręce, przez którą musiał przejść by się to spełniło, nie są skazane na to, że przeminą bez echa, tym bardziej że są tak trudne i tajemnicze? Będzie tak w niejednym przypadku.

Ale będzie też i tak, że słowa Chrystusa dotrą do serc, które słuchając ich uświadomią sobie na nowo, że pośród świata pełnego niepokojów i zamętu stanął Ktoś, kto zna, On tylko, tajemnice nieba i ziemi, kto w swym uniżeniu i miłości do człowieka dotarł do dna nędzy człowieka rozwiązującego swe sprawy bez Boga. Jest Zbawicielem świata z darem boskiego ognia dla ziemi. Jest Odkupicielem od wszelkiego zła, zwłaszcza potępienia i śmierci.

Gdyby ziemia nie miała takiego Zbawiciela i takiego Odkupiciela, jaki sens miałyby wszystkie wysiłki, by się wyzwolić od zła, by zapewnić ziemi pokój? Trwalibyśmy w beznadziejnym, zamkniętym kole wrogości, bezradni wobec naszych i cudzych grzechów. "Beze mnie nic nie możecie uczynić" (J 15, 5) - znamy te słowa Chrystusa, który jest Alfą i Omegą, początkiem i celem wszystkiego.

Niech boski ogień życia i miłości zapłonie przynajmniej w nas, słucha­jących dziś Jego słów: "Przyszedłem ogień rzucić na ziemię i jak bardzo pragnę, żeby on już zapłonął" (Łk 12, 49). To możemy i to powinniśmy zrozumieć z tej Ewangelii, która nadal pozostaje niepokojąca i tajemnicza.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

sw-maksymilianChrystus Pan przynosi nam dzisiaj słowa o ogniu rzuconym na świat, o rozłamie i podziale – i to nawet wśród najbliższych, we własnym domu. Słowa szokujące i trudne, zwłaszcza wtedy, gdy padają w serca twarde jak kamienista droga, podobna do handlowego traktu z przeciągającymi sprzedawczykami tanich mamideł. Tanie słowa, tanie poglądy, obiecujące a puste ideologie stają w sprzeczności z tym, co daje człowiekowi Chrystus. To nie są zresztą jedyne przeszkody w całkowitym przyjęciu Chrystuso­wej nauki o ogniu. Czasem znacznie groźniejsze jest to, co po­chodzi z naszego wnętrza. Niszczy nas grzech, rujnuje naszą reli­gijność materializm praktyczny, pustoszy nasze serce chęć posia­dania, i to czasem za wszelką cenę. Nikt z nas nie jest tutaj bez winy. Próba tłumaczenia takiej postawy tak zwanymi ciężkimi czasami, układami i uwarunkowaniami pogłębia tylko nasze spętanie duszy, a w konsekwencji wyziębia nas i uniemożliwia przy­jęcie Bożego ognia. Czy można biec do mety z walizką lub kamieniem u szyi? Obarczony ciężarem człowiek będzie tylko drep­tał w miejscu. Trudniej wtedy poświęcić się Bogu, trudniej słu­żyć bliźniemu, trudniej „do krwi ostatniej" – o tym też w sier­pniu pamiętać trzeba – służyć ojczyźnie.

Naszej opieszałości i dreptania w miejscu nie wytłumaczy na­wet wskazywanie palcem tych, którzy są może i więcej winni, bo sprzedali dusze diabłu, wysługując się mu za kilka srebrników podszytego strachem. bytowania. Autor Listu do Hebrajczyków, dziś czytanego w liturgii, mówi nam tak: „...odłożywszy wszelki ciężar, a przede wszystkim grzech, który łatwo nas zwodzi, win­niśmy wytrwale biec w wyznaczonych zawodach" (Hbr 12, 1). Mo­że to właśnie jest najbardziej konieczne dzisiaj dla nas zadanie, by odrzucić wszelki ciężar, wszelkie więzy niewoli, gdy tyle naj­świętszych spraw mól zniszczył i zżarła rdza, gdy tyle kąkolu pośród naszych ojczystych łanów? Rozejrzyj się, bracie, dokoła i popatrz, czy nie stoisz już na zgliszczach tego, co było zawsze dla nas święte i najważniejsze! Nie czas myśleć o swoich tłu-moczkach, nabijaniu kabzy, gdy tyle spraw tak ważnych jest w groźnym potrzasku! Czy ocali je solidarność naszych serc?

Wracając do myśli z Listu do Hebrajczyków jasno trzeba so­bie uświadomić, co jest w naszych konkretnych zagrożeniach owym „wyznaczonym zawodem", do którego mamy biec wytrwa­le. Pierwszym i wciąż aktualnym zadaniem jest zdecydowane opo­wiedzenie się za Chrystusem. Dziś słowo Boże zachęca nas: „Patrzmy na Jezusa, który nam w wierze przewodzi i ją wydo­skonala" (Hbr 12, 2). Jak bardzo gorąco trzeba nam prosić Boga o ogień, który przecież nikomu jeszcze od przyjścia Chrystusa na świat krzywdy nie uczynił. Nadziwić się nie można ludzkiej głu­pocie, która czyni wciąż postępy, że z taką zajadłością występuje przeciw Chrystusowi, przybierając również formy religioznawczej naukowości. Nie jest to wcale nowe i nie jesteśmy jedynymi, któ­rzy takie bolesne doświadczenie znieść musieli. Długa byłaby li­sta doświadczeń manifestowania nienawiści wobec Boga, Chry­stusa i Kościoła. Aby nie pójść za daleko, wystarczy jeszcze raz wrócić do czytanego dziś słowa Bożego: „Zastanawiajcie się nad Tym, który ze strony grzeszników taką wielką wycierpiał wro­gość przeciw sobie, abyście nie ustawali, złamani na duchu" (Hbr 12, 3). Taka postawa wrogości wobec Chrystusa legła u funda­mentów Kościoła, taka sięga Jego szczytów, trwając do dziś; bo nie jest uczeń nad Mistrza. Skoro prześladowano Chrystusa – i uczniów prześladować będą. Patrzmy więc na Jezusa, który nam w wierze przewodzi ... nie ustawajmy, złamani na duchu! Niech coraz głośniejszą będzie stara odpowiedź dana ongiś przez Apo­stoła Pawła w dawno rozsypanym w gruzy Imperium Rzymskim: „Któż nas może odłączyć od miłości Chrystusowej? Utrapienie, ucisk czy prześladowanie, głód czy nagość, niebezpieczeństwo czy miecz? ... Jestem pewien, że ani śmierć, ani życie, ani aniołowie, ani Zwierzchności, ani rzeczy teraźniejsze, ani przyszłe, ani co wysokie, ani co głębokie, ani jakiekolwiek inne stworzenie – nie zdoła nas odłączyć od miłości Boga, która jest w Chrystusie Jezu­sie, Panu naszym" (Rz 8, 35 nn). A z rodzimych doświadczeń wy­bierzmy dziś tę odpowiedź, którą, wciąż nie złamani na duchu w ostatnich dziesiątkach lat z wiarą i ogniem podejmujemy: Próżne zakusy duchów złych i próżne ich zamiary!

Bronić będziemy Twoich dróg – Tak nam dopomóż Bóg!" Stańmy zwartym kręgiem solidarnych serc przy Chrystusie, jak tyle razy w sierpniu, i nie dajmy Go sobie zasłonić. Patrzmy na Jezusa! On przynosi nam miłość i ogień rozświecający mroki na­szego ojczystego domu, który przecież ma chrześcijańskie podwa­liny.

Drugim, nie mniej aktualnym, w „wyznaczonych zawodach" za­daniem jest walka z grzechem w nas samych. Patrzenie na Je­zusa, do czego nas zachęca dzisiejsza liturgia słowa; i w tej waż­nej dziedzinie musi budzić w, nas tęsknotę za wewnętrzną prawdą i czystością. Brak zakłamania, usunięcie rozdźwięku między teo­rią wiary, a praktyką życia – najważniejsze nasze zadanie. Zawstydza nas nieustannie to dzisiejsze stwierdzenie: „Jeszcze nie opieraliście się aż do przelewu krwi, walcząc przeciw grzechowi" (Hbr 12, 4). Tak mało jeszcze w nas miłości Boga i chęci odło­żenia ciężaru grzechu. Grzech waruje u naszych drzwi, łasi się do nas i liże ognistym językiem. Mądry Orygenes mówi: „Jeśli byłeś święty, będziesz ochrzczony Duchem Świętym; jeśli jesteś grzesz­nikiem, zanurzysz się w ogniu". A nam wciąż grozi, dziś może szczególnie, wystawianie się na płomienie innego ognia, nie tego, który przynosi Chrystus. Wciąż łatwo poddać się wygodnej wie­rze, że nie ma szatana, nie ma grzechu, bo to tylko wymysł de-wocyjnej wyobraźni. Stop! Tak nie można. Jeśli boisz się nazwać to herezją, to na pewnq jest to choroba, głębokie'' dotknięcie nie­mocy. Tak łatwo wtedy zamienić poczucie winy na poczucie krzywdy. Źdźbło w oku brata bardzo wówczas przeszkadza, a bel­ka we własnym zupełnie nie doskwiera. Kościół uczy wyznawców Chrystusa trzeźwej oceny postępowania. Od dziecka mówisz prze­cież: „moja wina, moja bardzo wielka wina" i jest to najbar­dziej prawdziwe wobec Boga i bliźniego, gdy wyznajesz – zgrze­szyłem – i prosisz: przebacz! Nie słuchaj więc, gdy ci powie­dzą, że Kościół nie umie i nie uczy przyznawać się do winy, to krzywdząca potwarz. Każdy niech bije się we własne piersi, a wtedy spotkamy się w prawdzie. Tego uczy każda wierząca mat­ka, Matka-Polska również. Niech ogień Chrystusa wypali w nas grzech, nienawiść i wszelką niechęć do bliźniego.

Patrzmy na Jezusa, by ocalić każde serce. Czyż to nie wtedy twierdzą nam będzie każdy próg? Tak! To właśnie wtedy! Nie jesteś w tych wysiłkach osamotniony. Autor Listu do Hebrajczy­ków zachęcał, byśmy „mając dokoła siebie takie mnóstwo świad­ków ... wytrwale biegli w wyznaczonych zawodach" (Hbr 12, 1). Rozejrzyj się więc dokoła. Chyba ci ich nie zbraknie. Takich jak ciśnięty w błoto za mówienie prawdy Jeremiasz i tylu innych. To ludzie jak ogień – bez których ziemia byłaby jałowa. Nasza ojczysta również. Prośmy więc Pana, by w nas wszystkich zapalił ogień swojej miłości. Amen.

 

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

jesusBracia i Siostry! Kiedyś poproszono mnie o wygłoszenie odczytu na temat miłości Ojczyzny. Podczas dyskusji ktoś podzielił się nastę­pującym swoim problemem: „Ja nie widzę powodu, dlaczego z członkami mojego narodu mam się czuć związany szczególnie. Jest wśród Polaków wielu takich, z którymi mi zupełnie nie po drodze - których poglądy są mi zupełnie obce i których postawami się brzydzę. Nieje­den Rosjanin, Francuz, Czech czy Niemiec jest mi bliższy niż wielu Polaków".

Człowiek ów tak odczuwa i trudno mieć mu to za złe. Zresztą jeżeli z ludźmi należącymi do różnych narodów czujemy się związani czymś dobrym, należy się z tego tylko cieszyć. Przecież Pan Bóg stworzył nas wszystkich i powinniśmy dążyć do tego, żebyśmy - na­leżąc do różnych narodów - starali się wzajemnie szanować i lubić.

A jednak jest coś niepokojącego w tym, jeżeli ktoś uznaje część własnego narodu za ludzi, z którymi nie chcę mieć nic wspólnego, których uważam za ludzi kompletnie sobie obcych i wstrętnych. Jesz­cze bardziej niepokoi sytuacja, kiedy taka wrogość i wzajemne odrzu­cenie pojawiają się w łonie jakiejś rodziny. Wtedy natychmiast przy­pominają się słowa Pana Jezusa: „Jeśli miłujecie tych, którzy was miłują, cóż wielkiego czynicie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią?" (Mt 5, 46n). Zwłaszcza wobec własnej rodziny, zwłaszcza wobec własnego narodu nie wolno nam pogodzić się z podziałem na wrogie, nie chcące mieć z sobą nic wspólnego plemiona, oddzielone od siebie wzajemną pogardą lub nienawiścią.

Wydaje się, że takie właśnie postawy wyszły z nas podczas ostatnich sporów o krzyż przed pałacem prezydenckim. Nie zamie­rzam teraz włączać się w tamten spór - w obecnym momencie by­łoby to jałowe, a może nawet szkodliwe. Sądzę jednak, że w wyni­ku tego sporu wszyscy lub prawie wszyscy zrozumieliśmy, że jed­nego nam, Polakom, brakuje bardzo, ale to bardzo: mianowicie nie umiemy - żeby przywołać sformułowanie Cypriana Norwida - różnić się pięknie.

Spróbujmy zatem wymienić elementarne warunki, które powinny być spełnione, ażeby nasze spory były bardziej ludzkie. Bo jednak bywają takie sytuacje, kiedy w spór wejść trzeba. Niekiedy przecież byłoby wręcz małodusznością nie sprzeciwić się niegodziwemu pra­wu albo zostawić bez obrony człowieka, którego na moich oczach spotkała poważna niesprawiedliwość.

Otóż pierwszym warunkiem, ażeby prowadzone przez nas spory były bardziej ludzkie, jest nie zapominać o tym, że jestem tylko człowiekiem. A zatem nie wolno mi w sporze zachowywać się tak, jakbym był nieomylny albo bezgrzeszny, jakbym zawsze i we wszystkim miał rację. Jeden tylko Bóg zna całą prawdę, moja znajo­mość prawdy zawsze jest niepełna, a może nawet zmącona błędem. I jeden tylko Bóg ogarnia prawdę ze wszystkich punktów widzenia. Ja, nawet jeżeli mam rację, to w czymś mogę się mylić albo jakiegoś aspektu w przedmiocie sporu nie zauważać.

Niestety, w dzisiejszych czasach, kiedy mniej chodzimy do spo­wiedzi niż dawniej, a nawet jeżeli nie porzuciliśmy sakramentu poku­ty, spowiadamy się dość powierzchownie, ogromnie wzrosło w nas poczucie własnej bezgrzeszności i nieomylności. Toteż kiedy wcho­dzimy w jakieś spory, które wydają się nam potrzebne i sprawiedli­we, na ten defekt naszej współczesnej mentalności trzeba zwracać uwagę szczególną. Alternatywą są, niestety, postawy fanatyczne. Fanatyzm zaś jest poważną chorobą duchową, być może chorobą zaraźliwą. Warto też pamiętać, że fanatyzm - a przez fanatyzm ro­zumiem ślepą i bezkrytyczną wiarę w słuszność jakichś naruszają­cych społeczny spokój poglądów - przejawia się nie tylko na gorąco, ale również na zimno.

Drugim, niezmiernie ważnym warunkiem, którego trzeba dopil­nować, ażeby nasz spór nie utracił swojego ludzkiego sensu, jest real­ne pamiętanie o tym, że również ci, z którymi się spieramy, są ludźmi i naszymi bliźnimi. Niestety, podczas sporów zdarza się nam zapomi­nać o słowie Pana Jezusa: „Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni". Emocje nieraz pchają nas do tego, ażeby naszych przeciwników zde­gradować moralnie - i mamy ich wtedy za łajdaków i ludzi złej woli. Albo degradujemy ich intelektualnie, mówiąc, że to są idioci i obskuranci. Albo skłonni jesteśmy uważać, że brak wykształcenia u ludzi, z którymi nam nie po drodze, to niemal jakby brak człowieczeństwa.

Dobrym sprawdzianem, czy naszych przeciwników staramy się traktować z szacunkiem, jaki należny jest ludziom, jest to, czy w spo­rze staramy się uważnie ich słuchać. Bo nawet jeżeli racji nie mają, w ich racje należy się wsłuchać - zazwyczaj okazuje się wówczas, że jakąś część racji jednak mają.

Jest w Ewangelii znamienny epizod dotyczący tego tematu. Kiedy do Ogrodu Oliwnego weszła uzbrojona banda, ażeby najzupełniej niesprawiedliwie aresztować Jezusa, oburzony tym Piotr natarł z mieczem na jednego z nich i odciął mu ucho. Kryje się za tym sym­boliczne pouczenie, że swoim zachowaniem, choć wystąpił w obronie sprawy najsłuszniejszej, umocnił wrogów w ich fałszywym prze­świadczeniu, że nie warto wsłuchiwać się w naukę i racje Jezusa. Je­zus zachowuje się dokładnie odwrotnie niż Piotr: uzdrawia zniszczone ucho, swoją postawą przymusza poniekąd swoich wrogów do tego, żeby zaczęli wsłuchiwać się w to, co On ma im do powiedzenia. To nie przypadek, że już dwa miesiące później wielu spośród tych, którzy wołali: „Ukrzyżuj Go!", uwierzyło w Jezusa i poprosiło o chrzest.

Szacunkiem dla tych, z którymi się nie zgadzamy, i uważnym wsłuchiwaniem się w ich racje dajemy im szansę zobaczenia naszego konfliktu w nowym świetle. W ten sposób szansę tę zwiększamy również dla samych siebie. Bo przecież trudno sobie wyobrazić, że mając taką postawę, będziemy w naszych kłótniach wzajemnie się obrażali i ranili.

W tym miejscu pozwolę sobie przypomnieć, że są również dobre spory, o których wolno nam wręcz marzyć. „Świat jest jako muzyka - pisał kiedyś Zygmunt Krasiński. - Dwa tony z sobą niezgodne trzeci godzi i masz akord jeden". Błogosławione są te spory, które zmierzają do wypracowania akordu. Błogosławione są te spory, z których wszystkie strony wychodzą duchowo bogatsze. Nawet jeśli ich uczestnicy nie są tego do końca świadomi.

Nie wiem, czy zdarzają się sytuacje, kiedy racje są wyłącznie po jednej stronie. Nawet jeśli tak, to bardzo rzadko. W każdym razie w tej jedynej sytuacji, co do której można mieć pewność, że była wła­śnie taką, Ten, po którego stronie była cała słuszność, Jezus Chrystus, nie pozwolił się zamknąć w doznawanej krzywdzie i umiał zauważyć człowieczeństwo swoich wrogów i krzywdzicieli. Umiał zauważyć, że są to nieszczęśnicy, którzy nie wiedzą, co czynią. „Ojcze, odpuść im ­modlił się za nich, kiedy Go przybijali do krzyża - bo nie wiedzą, co czynią" (Łk 23, 34).

Niezmiernie to ważne, żebyśmy tej perspektywy nie zgubili w różnych sytuacjach konfliktowych, w jakich przychodzi nam się znaleźć. Nigdy nie zapominajmy o tym, że nasz Pan nikogo nie krzywdził, ale raczej sam pozwolił się krzywdzić, i nikim nie gardził, ale zależało mu na dobru nawet własnych morderców i za nich się modlił. Jak napisał apostoł Piotr: „On, gdy Mu złorzeczono, nie zło­rzeczył, gdy cierpiał, nie groził, ale oddawał się Temu, który sądzi sprawiedliwie" (1P 2, 23).

Na koniec ogromnie ważne ostrzeżenie. Nie daj Boże doprowa­dzić spór do takiego punktu, w którym oddzielamy się od siebie wza­jemnie przepaścią nie do zasypania. Pogarda dla przeciwnika oraz pogarda dla jego najświętszych wartości - to dwa najbardziej złowro­gie kilofy, za pomocą których takie przepaści się wykopuje. Owszem, wolno nam się spierać, ale wzajemnie się szanujmy. Owszem, wolno nam błędy nazywać po imieniu, a występki trzeba piętnować i karać, ale nie utożsamiajmy błądzącego z jego błędem ani przestępcy z jego przestępstwem. Nie zapominajmy o tym, że człowiek, którego poglą­dy nas oburzają, jest naszym bliźnim, a jeżeli jesteśmy Polakami, nie zapominajmy o tym, że Polska jest naszą wspólną Ojczyzną.

Tutaj przypominają się znane słowa Cypriana Norwida: „Bo Oj­czyzna - Ziomkowie - jest moralne zjednoczenie, bez którego partyj nawet nie ma - bez którego partie są jak bandy lub koczowiska pole­miczne, których ogniem niezgoda, a rzeczywistością dym wyrazów".

Bracia i Siostry! Kiedyś święta siostra Faustyna napisała w swoim Dzienniczku: „Ojczyzno moja kochana, Polsko, o gdybyś wiedziała ile ofiar i modłów za ciebie do Boga zanoszę. Ale uważaj i oddawaj chwałę Bogu, Bóg cię wywyższa i wyszczególnia, ale umiej być wdzięczna".

Kto wie, może dlatego tyle wrzasku i wzajemnej nienawiści w naszym życiu publicznym, może dlatego tylu wśród nas ludzi bez­grzesznych i nieomylnych, a gardzących ludźmi rzekomo gorszymi od siebie - bo nie umiemy modlić się za naszą Ojczyznę i nie umiemy do końca otworzyć się na Ewangelię. Panie Jezu, miej w opiece naszą Polskę, Panie Jezu, ocal nasze rodziny i każdego z nas. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY
piątek, 05 sierpień 2016 09:07

19. Niedziela Zwykła (C) – Nie bój się...

jezus-pasterz„Nie bój się, mała trzódko!" (Łk 12, 32) To pierwsze zdanie Pana Jezusa, dziś do nas skierowane, tchnie ciepłem. Gdziekolwiek się teraz znajdujesz, czujesz się ogarnięty troską Zbawiciela. „Nie bój się, mała trzódko...”. Nie są to słowa skierowane do całej ludzkości. Jest to wezwanie skierowane indywidualnie do ciebie. Nie mów, że Bóg kocha wszystkich, bo mógłbyś łatwo przejść do stwierdzenia, że nie kocha nikogo. Pamiętaj, że On kocha każdego indywidualnie, a wtedy zrozumiesz, że znajdujesz się w tej przez Niego umiłowanej trzódce! „Nie nazywam was sługami, ale przyja­ciółmi" - mówił Chrystus. Miłość przyjacielska rozgrywa się w relacji: Ty - Ja. Do tej właśnie miłości możesz się odwołać, gdy słyszysz słowa: „Nie bój się trzódko mała, gdyż spodobało się Ojcu waszemu dać wam Królestwo". Bóg nie kocha „wszystkich”, ale każdego z osobna, a więc ty jesteś dla Niego tą jedyną osobą, wartą Jego miłości. Jak łatwo o tym zapomnieć, gdy żyje się w ciągłym poczuciu zagrożenia przez tłum. Czujesz się zagrożonym przez innych, gdy stoisz w kolejce przed sklepem. Odczuwasz to zagrożenie, gdy zajmujesz miejsce w szpitalu, na które - jak mówią - wielu czeka w kolejce. Czujesz się tak często lekceważony. Nikt ważny nie ujął się za tobą. Nie miałeś możnego protektora. Twoją sprawę rozpatrzono niesprawiedliwie. Zdeptali cię inni; oni umieli głośniej wołać, oni wiedzieli komu i kiedy i co dać! Dlatego tak czekasz na słowa podobne do tych: Nie bój się... spodobało się Ojcu... dać tobie Królestwo! Kto może się powołać na takiego Ojca? Kto może się poczuć bezpieczny tak - jak ty, mając za sobą miłość Wszechmocnego? Kto ma w perspektywie życiowej Królestwo? To jedno zdanie Chrystusa wlewa tyle nadziei do twego serca. To jedno zdanie Chrystusa przypomina ci, choćbyś się czuł zapomniany przez wszystkich, jak wielka jest twa godność! Jesteś dziedzicem Królestwa. Chociaż inni tego nie wiedzą, ty jesteś jedynym spadkobiercą Nowego Testamentu Jezusa Chrys­tusa! Jedyny - każdy z nas z osobna. Dla Ojca nie ma tłumu. Jest człowiek - jesteś ty!

Drogi Bracie, droga Siostro, twoja wiara jest odpowiedzią na wezwanie Ojca. Jak ta wiara ma wyglądać na codzień? Ona nie jest uczuciem, ona ma być postawą! Jezus uczy ciebie dziś, że jest to postawa czuwania. Szczęśliwy jest ten człowiek, którego Pan zastanie czuwającym. O tej postawie czuwania uczył nas Ojciec św. Jan Paweł II podczas swojej drugiej pielgrzymki do Ojczyzny. Mówił wtedy, że czuwanie jest wyznaniem miłości, „którą pragniemy odpowiedzieć na miłość jaką jesteśmy od wieków umiłowani" (por. Apel Jasnogórski z młodzieżą). Czuwać to znaczy mieć postawę odpowiedzialności za swoje postępowanie. Nie wolno uśpić sumienia. Pan powraca w każdej chwili, przed Nim zdajesz sprawę ze swego życia. On zna każdą twą myśl. Ojciec św. tak mówił: „Co to znaczy czuwam? To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam, nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro, a ze zła staram się poprawiać przezwyciężając je w sobie. To taka bardzo podstawowa sprawa... Jest zaś tym ważniejsza, im więcej okoliczności zdaje się sprzyjać temu, abyśmy tolerowali zło, abyśmy się łatwo z niego rozgrzeszali. Zwłaszcza jeżeli tak postępują inni" (por. tamże).

Trzeba więc, abyś dziś jeszcze raz zdobył się na wysiłek i połączył tęsknotę za ciepłem Bożej miłości z trudem czuwania, które jest odpowiedzią na tę miłość. Wiara jest przecież nie tylko bezpiecznym schronieniem dla upoko­rzonego człowieka, ale jest kształtowaniem jego postawy. „Czy o drugiej, czy trzeciej straży nocnej Pan przyjdzie, błogosławieni są ci, którzy czuwają."

„Czuwam - uczy nas św. Jan Paweł II, to znaczy dalej: dostrzegam drugiego. Nie zamykam się w sobie, w ciasnym podwórku własnych interesów... Czuwam, to znaczy: miłość bliźniego - to znaczy: podstawowa międzyludzka solidarność." „Jeżeli sługa powie w duszy: Mój pan się ociąga... zacznie krzywdzić swoich współtowarzyszy, zacznie upijać się... to nadejdzie pan w dniu, gdy on się nie spodziewa... Skąd się dziś bierze tak gwałtowny skurcz serc? Pytasz z niepokojem. Ten skurcz jest wynikiem braku poczucia bezpieczeństwa. Twój brat nie wie, co go jutro czeka, czuje się niepewny. Dlatego myśli tylko o sobie. A tobie dziś przypomniano: Nie bój się, jesteś dziedzicem Królestwa. Ono jest twoją przyszłością, której żaden kryzys nie podważy. Sam Pan się przepasze i będzie tobie usługiwał. Taka jest twoja wartość. „Panie - pytamy zaskoczeni razem ze św. Piotrem - czy do nas mówisz tę przypowieść, czy do wszystkich". Te słowa są skierowane do każdego. Te słowa są dla ciebie!

Przypomniał nam dziś autor Listu do Hebrajczyków wspaniały przykład postawy wiary. Abraham! On przyjął słowo. Usłuchał wezwania, które było skierowane do niego. Był zawsze gotowy pełnić to, co mu zlecił Bóg. Sługa, który zawsze czuwał.

Drogi Bracie, droga Siostro! Starałem się dzisiejszą homilię mówić tylko do ciebie. Nie chciałem, aby była słowem do wszystkich, słowem, obok którego można przejść obojętnie, słowem, które jest skierowane do kogoś innego. Słowo Jezusa Chrystusa, które starałem się tobie przybliżyć jest skierowane do ciebie. Jest wezwaniem, na które ty masz dać odpowiedź.

Jeżeli przeciwności życia, którymi jest najeżona twoja droga odebrały ci nadzieję - to niech pełne miłości słowo Jezusa podniesie cię na duchu. Pamiętaj kim jesteś, choćby cię zepchnięto i skrzywdzono! Ojciec Wszech­mogący obiecał ci Królestwo! Jesteś dziedzicem Królestwa. Oznajmiono ci to, abyś nabrał otuchy, wiedząc niechybnie jakim zawierzyłeś obetnicom i komu zawierzyłeś.

Pamiętaj teraz, że to „szlachectwo zobowiązuje". Kształtuj w sobie postawę wiary. Czyń to tak, jak Abraham, to znaczy na przekór innym, nawet na przekór tak zwanemu zdrowemu rozsądkowi, który dyktuje ci zło!

Jezus oczekuje od ciebie tego, co nazwał czuwanie. Bądź człowiekiem sumienia! Nie zamykaj się nigdy w ciasnym kręgu swoich spraw! Nie jest to łatwe. Dlatego jeszcze raz powtórz słowa modlitwy z dzisiejszej niedzieli. „Ośmielamy się Ciebie nazywać Ojcem! Boże Wszechmogący! Umocnij w nas ducha przybranych dzieci, dziedziców Królestwa, abyśmy mogli to dziedzictwo osiągnąć" AMEN.

 

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
piątek, 05 sierpień 2016 08:50

19. Niedziela Zwykła (C) – Pielgrzymi

drogaSierpień – miesiąc szczególny ... Tyle spraw wydarzyło się właśnie w sierpniu. Cała Polska znajduje się na szlaku pielgrzym­kowym. Z najodleglejszych zakątków kraju i z zagranicy zdążają na Jasną Górę setki tysięcy pątników. Pielgrzymka jest wyj­ściem – exodus. Jest jak wyjście Abrahama z ziemi przodków – po spełnienie obietnicy, jest wyrazem tęsknoty ludzkiego serca. Abraham – jak czytamy w dzisiejszej lekcji – „przez wiarę przywędrował do Ziemi Obiecanej jako ziemi obcej, pod namio­tami mieszkając z Izaakiem i Jakubem, współdziedzicami tej sa­mej obietnicy" (Hbr 11, 8).

Pielgrzymowanie jest odwiecznym, zapewne jeszcze przedhisto­rycznym, wyrazem tęsknoty ludzkiego serca do Boga. Rozwinęło się w chrześcijaństwie i we wszystkich religiach świata. Jako for­ma poszukiwania duchowego, odnawiania pamięci, hołdu wartościom i świadkom wartości najwyższych, a przez nich – niezna­nemu Bogu. Doroczna pielgrzymka świąteczna do Jerozolimy nie była dla żadnego Izraelity niespodzianką. A jednak co roku to wezwanie niosło radość, co roku zwołanie i wyruszenie pielgrzym­ki przypominało, że przymierze trwa. Pielgrzymka potrzebuje zwiastunów, którzy by wołali, a może śpiewali: „Idziemy do do­mu Pana". Ten charakter pielgrzymki potwierdził Syn Boży. Gdy miał już dwanaście lat udał się z rodzicami do Jerozolimy, według zwyczaju owego święta. Podobnie Matka Naj­świętsza potwierdziła charakter pielgrzymki jako znaku świętego. Jej obecność w świątyni z racji obrzędu oczyszczenia i świąt pa­schalnych jest naznaczona szlakiem wędrówki. Wędruje do Betlejem, z Betlejem do Egiptu, i z powrotem do Nazaretu. Cha­rakter pielgrzymki jako znaku świętego potwierdza Maryja rów­nież przez swoje macierzyństwo duchowe. W szczególny sposób jest ludziom bliska w Jej sanktuariach, do których oni pielgrzy­mują w wielu zakątkach świata, w Lourdes, La Salette, w Fati­mie, czy na Jasnej Górze i w Kalwarii Zebrzydowskiej. Wobec Bernadetty Soubirous wyraża życzenie, „aby urządzono pielgrzym­kę do groty".

Matka Boża, wzywając ludzi, by zdążali do miejsc Jej obja­wień poucza, że pielgrzymka jest znakiem szczególnej obecności i działania Bożego za Jej pośrednictwem. W naszych czasach św. Jan Paweł II był papieżem-pielgrzymem. Nawiedzał ludzi i narody po to, by towarzyszyć im w składaniu hołdu Temu, który Jest, i by wołać, że istnieje Święte, ukryte w ludziach, wszczepione w historię i powołanie, objawione w wydarzeniach i w miejscach. Papież Jan Paweł II był pielgrzymem. Przybywał na krańce świata nie po to, by za­szczycić swą osobą „peryferie", lecz by tym przybyciem uczcić Boga, który tam i wszędzie działa. Jego pielgrzymki do naszych sanktuariów były wydarzeniami historycznymi i są dotąd przed naszymi oczami, w naszej pamięci, w sercach.

W ostatnich dniach wyruszyły na Jasną Górę pielgrzymki – żegnane i odprowadzane przez tych co zostają. Żegnać to znaczy błogosławić na drogę. Swego błogosławieństwa udzielił pielgrzy­mom Ksiądz Prymas, księża biskupi i duchowieństwo. Do wstęp­nego etapu pielgrzymki należy błogosławieństwo wzajemne. Od­chodząc mówimy: „Idziemy dla was, za was, dzięki wam, w łącz­ności z wami..." Ci, co pozostają, podają wychodzącym chleb i wodę, cały ekwipunek, to co będzie potrzebne, byśmy nie ustali w drodze. Tak jest w gruncie rzeczy zawsze. Zawsze ktoś musi trudzić się więcej, by innemu podarować możliwość odbycia pielgrzymki. Chorzy, którzy wędrować mogą już tylko myślą i sercem, zawsze łączyli się z pielgrzymami przez swoje duchowe ofiary. Chorzy, którzy są na pielgrzymce w wózkach inwalidz­kich – zachowują żywą solidarną więź z tymi co pozostali ... Wyruszając, jednocześnie zabieramy ze sobą nasz świat codzienny, jego problemy. Jak na rekolekcjach, w drodze pytamy o na­sze winy i niedoskonałość, o żal, który też będzie cząstką pokut­nego ciężaru. W czasie pielgrzymki nadarza się szczególna oka­zja do tego, by się modlić całym swoim „byciem", oddychaniem, ruchem, samym wędrowaniem. Prawdziwym skarbem pielgrzyma jest spotkany na drodze człowiek, który wskaże mu drogę i poda rękę pomocną choćby przez chwilę. Człowiek ten będzie, jak Anioł Zwiastowania, łaską, drogowskazem, zachwytem i znakiem, że nikt nie jest samotną wyspą. Pielgrzymka jest obrazem Ko­ścioła. Lud Boży w drodze, wspólnota – jest, a w każdym ra­zie powinna być, w szczególny sposób doświadczeniem solidarno­ści sumień. Pielgrzymka odbywana w grupie staje się znakiem właściwego wynagrodzenia Bogu za znieważenie Jego miłości, gdyż to wynagrodzenie powinno mieć charakter nie tylko osobisty, lecz również wspólnotowy.

Jesteśmy narodem, który pielgrzymując – pielgrzymuje w ubóstwie. Zawsze tak było, że mądry naród czynił swą siłę ze swej słabości. Historia nas nie rozpieszczała. Nie pozwoliła przy­wiązać się do dóbr doczesnych. Ledwo zgromadziliśmy jakieś bo­gactwa, a już kolejna zawierucha uwalniała nas od przywiązania do nich. Skoro nie umieszczamy naszego narodowego skarbu w rzeczach, trzeba go umieszczać w ludziach. Skarbem człowieka niech będzie drugi człowiek. Istotne jest nasze narodowe brater­stwo. Bo naród jest właśnie braterstwem. Nie jest koczowiskiem – jest pokrewieństwem. Karmiony tysiącami bochenków chleba – ma sobie służyć i stanowić jedno. Adam Mickiewicz w Księgach narodu i pielgrzymstwa polskiego mówił, że słońce wschodzi nad Polską, ale człowiek je zasłania, bo nie jest bratem dla drugie­go. Wędrujemy obok siebie, chcemy wędrować bardziej wspól­nie – ale nie na siłę. Ten kto idzie zniewolony – nie jest już pielgrzymem. Pielgrzyma nie prowadzi inny pielgrzym, chyba żeby mu pomóc, nie powinno być ludzi obok nas, powinniśmy być razem ... Cel – jest przewodnikiem i samą drogą. W dniach wędrówki dokonuje się wielka praca nad sobą, nad swoim projek­tem życia. Być lepszym niż się jest – to jest wspólne pielgrzy­mowanie wszystkich do Domu Ojca.

W pielgrzymce życia idzie się etapami: drogą oczyszczenia czyli refleksji etycznej nad sobą. W ten sposób staje się ona dro­gą nawrócenia, pokuty i pojednania. Oczyszczenie przychodzi przez wyjście z siebie, poza siebie, z więzienia miłości własnej i egocentryzmu ku wolności zauważenia Boga, przyjmowania Go i obcowania z Nim. Karmić się obecnością Boga. W czasie wę­drówki posilamy się Eucharystią, którą św. Tomasz nazywa pokar­mem pielgrzymów. Odnowieni przez pokutę i pojednanie przyj­mujemy do naszych serc Tego, który „do końca nas umiłował".

Pielgrzymka – rekolekcje w drodze – jest wstawienniczym pochodem. Niesie przed tron Boży tysiące wypowiedzianych, miliony niemych próśb i oczekiwań, łączących się w jedno błaganie: słuchaj, przemień, pozwól przetrwać. To właśnie Matka narodu ma wybłagać. Piel­grzymujemy na Jasną Górę, jakby na Górę Tabor, po przemienie­nie, a wracamy potem drogą życia pod krzyż. Krzyż idzie na początku każdej pielgrzymki. Krzyż jest świadectwem. Świade­ctwo to głosi: istnieją wartości cenniejsze i wyższe. Cóż znaczy­łoby świadectwo bez krzyża? Byłoby reklamą – może wywiera­łoby jakiś nacisk, ale nie pozostawiałoby po sobie światła praw­dy. Nie pierwsi idziemy drogą krzyży – poprzedza nas wielu – poprzedza nas Chrystus i Jego Matka. Idziemy ścieżką wydeptaną. Usunięcie z życia ludzkiego pielgrzymki równałoby się na pewno gaszeniu ducha człowieka i jego nadziei. Wciąż mamy przed ocza­mi rozkaz dany niegdyś przez Boga Abrahamowi: pielgrzymuj przed Moim obliczem!

Na święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny stajemy przed obliczem Królowej Polski. Na naszych nogach mamy kurz ziemi polskiej. Na naszych rękach i czołach ślady naszej pracy. W naszych ser­cach niesiemy miłość naszą. Prośmy Królową Matkę, by była dla tej miłości Opiekunką i Ochroną. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY

przemienienie-jezusaJest w dzisiejszej Ewangelii słowo, które nas podnosi na duchu, słowo, do którego każdy wzdycha i słowo, które w ostatnich latach chciało zrobić zawrotną karierę - słowo: przemiana, przemienienie.

Przemiana ustrojów społecznych i ustrojów politycznych, przemiany w oświacie, w kulturze i obyczajowości, przemiany w systemie pracy i płacy, przemiany w państwie i przemiany w Kościele...

Ludzie oczekują przemian. Ludzie się cieszą, że jeżeli się dokona przemia­na, to im będzie lepiej. A jeśli nie jest lepiej to narzekają, iż przemiana była niepotrzebna albo niewłaściwa.

Czasem nam się wmawia, że jest już lepiej, że już coś tam gdzieś drgnęło..., że już coś mamy... Ludzie siedzą w domach i liczą, stoją w kolejkach - i liczą, jadą tramwajem i robią to samo... Liczą ci, co sprzedają, wytwarzają, i świadczą usługi... A na pociechę mamy to i tamto... coraz obficiej. Owszem - mamy przede wszystkim seks w mass-mediach. Bez żadnej wątpliwości, coraz obficiej. Stosowne obrazki nawet w „popołudniówkach". Filmy „z pogranicza" w kinach premierowych. Dalsze zapowiedzi i obietnice w tym względzie, żebyśmy mieli z czego się cieszyć. Mamy triumfalne wybory „Miss Polonia", rozbite na stuetapową celebrę eliminacji wojewódzkich... Obraz sytuacji społecznej łatwiej dziś kreślić w ciemnych niż w jasnych barwach...

Nawet, gdy po przemianie jest gorzej, nie należy żałować, bo warto się było przekonać... Przecież dopiero dzisiaj wielu ludziom otworzyły się oczy... W każdym razie należy pamiętać, że bez przemiany nie ma postępu. Człowiek wciąż powinien szukać i walczyć - i wypracowywać coraz to nowe formy życia.

Niestety trudność w tym, że ludzie wierzą tutaj w jakiś automatyzm, że coś się zmieni nam na lepsze - ale bez nas, poza nami czy ponad nami; a tymczasem nie dokona się żadna przemiana, odnowa, odrodzenie, jeśli nie przemieni, nie odnowi się, nie odrodzi sam człowiek. I nic nam nie pomoże, że zmieni się ustrój czy system, jeśli na miejsce jednych leniów i wałkoni przyjdą inni.

Na miejsce jednych złodziei - inni złodzieje, na miejsce starych kanciarzy nowi. Żadna przemiana ustrojów, żadna przemiana administracyjna czy organizacyjna nie uszczęśliwi człowieka, jeżeli człowiek nie dokona przemia­ny wewnątrz siebie.

Jezus Chrystus chciał przemienić świat, chciał go poprawić nie tylko duchowo - ale i materialnie. Powiedział najwyraźniej: „Szukajcie najpierw Królestwa Bożego i sprawiedliwości Jego" - a te wszystkie inne rzeczy będą wam przydane. To był program przemiany, który Chrystus przyniósł na ziemię. Chrystus chciał, abyśmy mieli dane te wszystkie dobra materialne potrzebne do życia: chleb, ubranie - w dostatecznej ilości. A Królestwo Boże - powiedział - „w Was jest".

A więc to obiecane Królestwo musi najpierw zapanować w nas. Z nas musi wyjść cierpliwość, ustępliwość, uczynność, wyrozumiałość, miłosierdzie i sprawiedliwość. Czy wówczas istniałyby wojny, morderstwa, oszustwa, kradzieże?...

Zachowajmy Ewangelię - a ona nas zachowa, ona nas przemieni. Ewangelia jest nauką pokoju i Ewangelia poucza, jak zachować pokój z Bogiem i pokój z bliźnimi. I Ewangelia naprawdę wszystko za nas uczyni - ale pod warunkiem, że my ją wiernie zachowamy.

Zachowajmy Ewangelię, a ona nas zachowa. Jeżeli miliony chrześcijan zaczną praktykować cierpliwość, uczynność, wyrozumiałość, przebaczenie, to chyba coś na świecie się zmieni. Pozwólmy, że oblicze Chrystusa zajaśnieje w nas jak słońce poprzez czyny - a świat się naprawdę przemieni.

Z jakąż ulgą słuchamy Ewangelii o przemianie Chrystusa na Górze Tabor i zachwycie jego uczniów: „Panie, dobrze nam tu być..."

Po raz pierwszy Naród nasz doznał łaski przemienienia 1050 lat temu, w wiosenny dzień Wielkanocny. Od tej pory idzie ku doskonałości z Bogiem.

Ilekroć sprzeniewierzył się Bogu - doznawał klęsk i upadków... Podniósł się jednak. Był obrońcą wiary i cywilizacji, moralności i kultury. Doznawał i doznaje nasz Naród wielu łask i cudów.

„Dobrze, że tu jesteśmy"... To miejsce Bóg sobie upodobał. Jest ono znakiem - Bożym znakiem. Bóg jest na każdym miejscu i w każdym człowieku, szczególnie towarzyszy tym, którzy serdecznie się trudzą w Win­nicy i na Niwie Pańskiej. To dzięki trudowi kapłanów dokonała się Boża przemiana olbrzymiej gromady ludzi, którzy Boga nie znali, od niego odeszli lub byli mu przeciwni.

Dziś szczególnie modlimy się o pomyślność i dobro w naszej Ojczyźnie. Aby w niej nastąpiła przemiana... Jan Paweł II w encyklice "Społeczna troska Kościoła" (Sollicitudo rei socialis) mówi: "Narody potrzebują reformy niektórych niesprawiedliwych struktur, a zwłaszcza własnych instytucji politycznych, aby zastąpić rządy zdeprawowane czy dyktatorskie - rządami demokratycznymi..."

Może jeszcze do skuteczności ofiarnego kielicha Narodu, do jego przemia­ny potrzeba więcej naszego osobistego zaangażowania. Może jeszcze za mało naszych dobrowolnych wyrzeczeń, za mało czystej ludzkiej solidarności. Za mało odwagi do demaskowania zła, za mało troski o cierpiących i chorych. Może za dużo ciągle w nas egoizmu, zalęknienia, za dużo pijaństwa, za dużo ludzi sprzedajnych, bez własnego zdania, chcących wygrywać własne interesy kosztem innych.

W Polsce żyje jeszcze wielu takich, którzy nie chcą, aby się coś zmieniło... Jest im z tym dobrze: wygodny fotelik, wysoka pensja i "ciepłe kapcie" - tak wrosłem w małą stabilizację, jest mi z tym dobrze. Tylko, czy ja stawiam sobie pytanie: - a innym jest dobrze ze mną, skoro od lat nie zmieniam się i moja twarz jest ciągle taka sama? Nieprzejrzysta i niejasna. A twarz - jak mówili już starożytni - ma być zwierciadłem ludzkich wartości. Stąd i to, co w ludzkiej twarzy - to i w Polsce, w ludziach...

Widzimy wielką potrzebę przemienienia w domu ojczystym. Zagraża nam tyle plag: pijaństwo, narkomania, rozwiązłość, nieposzanowanie poczętego życia, zatrucie środowiska biologicznego...

Na każdym kroku wypada nam znosić ludzi niemądrych, ordynarnych, nieszczerych: tych, co żyją pośród nas i nam żyć nie dają. Zatruwają nam życie we wspólnych mieszkaniach, kolejkach, biurach, nawet we własnych domach: mój mąż pijak, moja córka - złośnica, moja teściowa - sekutnica.

Co nam pomoże Ewangelia w tych warunkach?... Może ktoś powie: "Niech ksiądz ich przemienia teraz Ewangelią, którą głosi." Albo niech przyjdzie choroba, kalectwo, pożar, powódź - i cóż tutaj da się przemienić... Doktor nie pomoże ani ksiądz nie przemieni.

Nie w tym rzecz, abyśmy przemieniali wszystko to, co dla nas niewygodne, a czego przemienić się nie da. Chodzi o to, abyśmy sami siebie przemieniali. To są te słodkie chwile Góry Tabor. Ważne, aby Chrystus był z nami także po zejściu z tej Góry, w naszych dniach powszednich. Aby był z nami poprzez swoje prawa i zasady. Bo tylko to jest gwarancją dobrej przemiany.

„PANIE DOBRZE. ŻE TU JESTEŚMY" – tu, w tym świętym miejscu Bóg daje nam znaki nadziei i pokrzepienia. Czyż nie jest pokrzepiającym znakiem to, że nasze trwanie i modlitwy są mile Bogu i Jego Matce, do której tak licznie zdążają dziś pielgrzymi na Jasną Górę... Na jaki jeszcze znak, na jakie jeszcze przemienienie czekamy?

"Tak mi się czasem wydaje o Chryste
Że nie tam kędyś daleko, za morzem.
Aleś tu, u nas, miał drogi cierniste
I żeś tu skonał i zszedł do otchłani.
Gdzie wszystko chwili wybawienia czeka.
I zdaje mi się, że tu leżysz w grobie.
Który jest ciężkim zawalon kamieniem,
I że straż pilna czyni się przy Tobie...
Ale ja czekam z tęsknotą i drżeniem.
Bo wiem, bo czuję, że tu też, o Panie
W dniu trzecim - będzie Twoje Zmartwychwstanie". Amen. ("Wielki Piątek" - Maria Konopnicka)
 
przemienienieBracia i Siostry!
1. W świat pełen recept na przemianę człowieka i warunków jego ziemskiej egzystencji wchodzi Jezus Chrystus ze słowami Dobrej Nowiny. Obchodzimy uroczyście pamiątkę Wcielenia Syna Bożego, świętujemy Wielki Jubileusz, dziękując Bogu Ojcu przez Syna Bożego w Duchu Świętym za objawienie i perspektywę zbawienia. Dziękujemy za obecność Chrystusa w Kościele i przez Kościół w historii świata: to Jego głosu trzeba słuchać, aby rozpoznawać znaki nowych czasów i oczekiwać „aż przyjdzie”.
Doświadczaliśmy prawdy o obecności Chrystusowego Ducha w pamiętne dni sierpnia 1980 roku, kiedy – jakby w odpowiedzi na dramatyczne wołanie Papieża Jana Pawła II – dokonywała się prawdziwa przemiana serc Polaków, kiedy odnawiało się mocą Ducha oblicze tej ziemi, rosła nasza ludzka i chrześcijańska solidarność. I dziś po latach od tamtych wydarzeń, kiedy niektórzy przypisują sobie zasługi, inni przypinają ordery a jeszcze inni myślą o satysfakcji materialnej, trzeba przypomnieć i pamiętać o rzeszach zwykłych obywateli tego kraju. Otwarci na Ducha wykazali ufność w sensowność zmian, których brzemię mieli nosić i noszą po dzień dzisiejszy.
I dziś po latach od tamtych wydarzeń stajemy jak co roku w sierpniu, w tutejszym sanktuarium Chrystusa Przemienionego, aby wpatrywać się Jego Oblicze i prosić o przemianę serc, o przemianę człowieka, bo tylko taki człowiek może przemieniać rzeczywistość świata; budować świat bardziej ludzki i Boży zarazem.
Tak głębokiej przemiany może dokonać tylko Bóg, dlatego z wiarą wpatrujemy się w Chrystusa i Jego Kościół – sakrament „wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem i jedności całego rodzaju ludzkiego”.
2. Jezus Chrystus wyprowadził trzech swoich uczniów na górę Tabor. Relacja o tym rozpoczyna się w Ewangelii św. Marka od bliższego określenia czasu tego wydarzenia.
„Po sześciu dniach Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana…” (Mk 9,2). Nasuwa się pytanie o to wydarzenie sprzed sześciu dni, które jakby sprowokowało wyjście na górę Tabor i Przemienienie. Wydarzeniem sprzed sześciu dni był dialog Jezusa z uczniami w okolicach Cezarei Filipowej, gdzie pytał swoich uczniów: „Za kogo uważają mnie ludzie… Za kogo wy mnie uważacie”. W imieniu uczniów, Piotr odpowiedział na to pytanie: „Ty jesteś Mesjasz”.
Sześć dni po tym dialogu miało miejsce wydarzenie na górze Tabor, a więc Przemienienie wydarzyło się w dniu siódmym. Ten fakt kojarzy się z biblijnym rytmem stwarzania: po sześciu dniach stwarzania świata Bóg odpoczął. Na górze Tabor, w tym siódmym dniu, chciał Jezus ukazać swoje bóstwo; wszak trudno było w Nim „zobaczyć” Boga, bo widziane było tylko „człowieczeństwo”. Objawił także drogę przebóstwienia, przemienienia naszego człowieczeństwa. Ukazał nowe stworzenie; świat przemieniony; rzeczywistość nowych perspektyw.
Celem tego wydarzenia na górze Tabor, tej Epifanii Syna Bożego było ukazanie perspektyw.
Człowiek z natury swej potrzebuje perspektyw, wizji sensu i celu. Człowiek jest zdolny do najwyższych ofiar, jeśli wie, że to ma sens – czy wydarzenia współczesnej historii nas o tym nie przekonują?!
I prawda ta dotyczy nie tylko płaszczyzny doczesnej, także duchowej.
Dziś często słyszymy skargi, szczególnie młodego pokolenia na brak perspektyw w nowych realiach społeczno-gospodarczych. A przecież człowiek powinien mieć perspektywy – w wymiarach doczesnych. Niech stwarza je rodzina, społeczeństwo, państwo. Perspektywy powinien stwarzać sobie także sam zainteresowany ich posiadaniem. Nie wystarczy nastawienie i postawa konsumpcyjna. Nastawienie na otrzymywanie, konsumowanie różnych dóbr bez gotowości dawania. Perspektywy stwarza sobie człowiek przez rozwój swoich talentów, przez gotowość podjęcia wysiłku pracy i kształcenia.
Podobnie w życiu duchowym człowiek potrzebuje perspektyw. Ukazują je czyny i słowa Jezusa; mówią one kim jest człowiek i jakie Bóg otwiera przed nim perspektywy.
Na górze Tabor otwarły się przed uczniami Jezusa Chrystusa nowe perspektywy. Stali się świadkami przemienienia, które było niczym innym jak ukazaniem wiecznych perspektyw człowieka, jakby dopowiedzeniem dzieła stworzenia. To przed człowiekiem otwiera Chrystus nową rzeczywistość: zmienia się Jego ciało – znak ten oznacza przemianę wszystkich ograniczoności człowieka związanych z ciałem, a więc chorobą; śmiercią; przemijalnością. To wszystko w znaku Przemienia zostaje przemienione; otwierają się dla człowieka nowe, nieskończone perspektywy.
Są one jednak nierozłącznie związane ze słuchaniem Syna Bożego. Każdy z nas jest uczestnikiem tej perspektywy. Jeśli chcemy skorzystać z tego zaproszenia, osiągnąć blask i promieniować światłem Chrystusa, trzeba się podporządkować temu wezwaniu Jego słuchajcie!
Za mało jest tego Jego słuchajcie w naszym życiu osobistym, społecznym, politycznym, gospodarczym. Należymy do słuchaczy Jezusa. Często jednak nasze słuchanie ma charakter wybiórczy; słyszymy tylko to, co chcemy słyszeć; to znane zjawisko – staje się zjawiskiem coraz powszechniejszym. Nawet prawdy wiary przyjmowane są na zasadzie „ale” – „jestem katolikiem, ale” – następuje relatywizacja prawdy; prawdą staje się coś nie dlatego, że jest Prawdą; tylko dlatego, że tak sądzę, tak mi się wydaje. Kroi więc człowiek z materiału prawdy ubranka i wszelki przyodziewek na swoją miarę, na miarę swoich potrzeb.
3. Dochodząc do prawdy Przemienienia uczniowie muszą się najbardziej uczyć zrozumienie tego, że integralną częścią misji Mesjasza jest cierpienie i śmierć. Łukasz wspomina, że Jezus rozmawiał z nimi wtedy o swojej śmierci. Jako Przemieniony mówi Jezus o swoim cierpieniu. Po Zmartwychwstaniu powie Jezus do swoich uczniów w drodze do Emaus – „Czy Mesjasz nie miał tego cierpieć, aby wejść do swej chwały… ” ( Łk 24,26). Cierpienie i chwała łączą się nierozdzielnie w życiu Jezusa – stanowią jedną całość. To jest także perspektywa, którą Jezus Chrystus nam ukazuje. Również dla nas każde cierpienie, także śmierć jest drogą do chwały. Jezus ukazał uczniom swoją chwałę, ale równocześnie zabronił im o tym mówić do czasu zmartwychwstania.
Przemienienie czyni Jezusa świetlanym, promieniującym. Światło jest zawsze znakiem boskości. „Bóg jest światłością” – powie św. Jan w swoim liście (por. 1 J 1,5). W Przemienieniu Jezus ukazał jakim Bóg jest w rzeczywistości. Chwała Boża przenika przez człowieczeństwo Jezusa, a człowieczeństwo Jezusa zostaje podniesione do Bożej chwały.
Dziś dla nas Prawda posiada oblicze Chrystusa Przemienionego. On mówi człowiekowi prawdę o nim samym i o Bogu; On otwiera człowiekowi perspektywę nieskończoną. Także nam tu zgromadzonym na uroczystościach odpustowych – przemieniony Chrystus – otwiera nowe perspektywy. Każdemu z nas są one bardzo potrzebne. Zarówno na płaszczyźnie natury jak i łaski. Na płaszczyźnie natury otwiera przed nami Chrystus perspektywę pięknego człowieczeństwa, zaś na płaszczyźnie eschatologii perspektywę wieczności. Niewiele wiemy o tej rzeczywistości; ale trzeba przy niej trwać ufając Chrystusowi.
Św. Piotr zachęcał nas w II czytaniu: „dobrze zrobicie, jeżeli będziecie przy niej trwali jak przy lampie, która świeci w ciemnym miejscu, aż dzień zaświta a gwiazda poranna wzejdzie w waszych sercach” (2 P 1,19).
Światło tajemnicy Przemienienia wskazuje na zmartwychwstanie Jezusa i nasze. Dzieje się tak szczególnie w liturgii Kościoła. Kiedy więc sprawujemy liturgię – przede wszystkim Mszę świętą – łączymy się z liturgią nieba. Liturgia ta zakłada przemianę człowieka i świata. To, co stało się na górze Tabor z Chrystusem – to znak przyszłości całego świata – przemiana i przemienienie.
Liturgia Eucharystii to nasza góra Tabor – tu przed nami przemienia się Chrystus i sprawia nasze przemienienie – nas przemienia. Dokonuje się coś z tego, co dokonało się na górze Tabor; spotykamy się ze Zmartwychwstałym – On obdarza nas swoim pokojem i sprawia duchową przeminę naszych serc.
Niech otworzą się nasze oczy – tu przy łamaniu chleba – i wołajmy do Niego „Zostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił”. Na to wołanie człowieka odpowiada: Jestem z wami aż do skończenia świata. Jestem z wami jako Przemieniony i Przemieniający. Niech łaska spotkania z Przemienionym przemieni każdego z nas. Wszak tylko człowiek przemieniony przez Chrystusa przemienia świat. Wielu z was doświadczyło łaski przemienienia w sakramencie Pokuty i Pojednania. Jako przemienieni, przemieniajcie rzeczywistość rodziny i społeczeństwa.
Chrześcijanin jako człowiek przemieniony przez Chrystusa
- w świat korupcji wprowadza uczciwość
- w świat braku szacunku dla człowieka uszanowanie każdego,
- w świat kłamstwa prawdę
- w świat pijaństwa trzeźwość
- w świat egoizmu miłość bliźniego.
Tak działając, zmieniamy świat i wypełniamy pustkę wygasłych ideałów. I to ma sens, bo jest wpisane w wielkie dzieło przemiany świata, Chrystusowej przemiany świata. Kierujmy zatem spojrzenie w przyszłość. Niech Przemieniony Chrystus czyni wszystko nowe. Amen.

„Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię"

Bracia i Siostry!
Drodzy czciciele Chrystusa Przemienionego!  Ukazane w dzisiejszej Ewangelii misterium Taboru emanuje świętą ciszą. Wizja zjawiającego się na obłokach Syna Człowieczego, o którym, jak słyszeliśmy pierwszym czytaniu mszalnym, mówił już prorok Daniel – spowita jest, jak obłokiem, dojmującą ciszą. Apostołowie wpatrzeni w promieniujące widzialną boskością Oblicze Chrystusa nie mówią nic. Słowa zjawiają się później. I właściwie tylko po to, by zatrzymać oraz ochronić ciszę nadprzyrodzonego przeżycia. Namiot, którego postawienie postulował św. Piotr, miał być przestrzenią, w jakiej trwać miała nadal cicha kontemplacja Oblicza Przemienionego Pana. Włączamy się w nią dziś, wchodząc po stopniach wiary na wzgórze mszalnej ciszy. Drogowskazem są nam błogosławieństwa, w których odbija się najświętsze oblicze naszego Zbawiciela. 
 

Bracia i Siostry! Jezus Chrystus powiedział: „Uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy  i pokorny sercem”. Ta autoprezentacja Syna Bożego uświadamia nam, czym jest cichość w Chrystusowym ujęciu. Mieć pokorne serce bijące w rytm ciszy to znaczy być łagodnym, pełnym pokoju, dobroci  i szczerości. W tym tkwi źródło prawdziwego szczęścia. Jezus uczy: „Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię”. Błogosławieni, a więc szczęśliwi – cisi. W poetyckiej wizji Romana Brandstaettera ów werset ukazuje wyraźnie ewangeliczną głębię swego przesłania:
„Błogosławieni cisi,
Albowiem w nich jest harmonia
I łagodność, i ufność.
Błogosławiona jest wiedza o ciszy” (Pieśń o moim Chrystusie).

Wiemy, iż teraźniejszy świat nie jest spragniony, pochodzącej z Ewangelii, wiedzy o ciszy. Żyjemy w niespokojnych i rozkrzyczanych czasach. Skutecznie trzebimy ciszę, tak z życia społeczno-politycznego, jak i osobisto-rodzinnego. W pędzie do kariery, sukcesu, pieniędzy – poklask i uznanie zyskują ci, którzy mają mocne łokcie i harde serca. Bezczelność, wyrachowanie, pospolite chamstwo i cynizm nazywa się często asertywnością i życiową zaradnością. Obecne życie polityczne to żenujący spektakl ciągłych oskarżeń, przepychanek na najwyższych szczeblach władzy, gorszących sporów, wzajemnych podchodów i niezrozumiałego wrzasku. Warto w tym kontekście, jako wymowną przestrogę, przywołać znaną sentencję: „Kto sieje wiatr – zbiera burzę”. Trzeba zauważyć, iż w owym posiewie aktywnie uczestniczą również media masowe. Wrzask kipi w publikatorach  i szerokim strumieniem wlewa się do ludzkich mieszkań i serc. Iluż wyznawców Chrystusa, zamiast – tak jak polecił Mistrz – starać się praktykować cichość i pokorę serca – jest zwiastunami burz, przemocy, pychy i zła? Jawnym zaprzeczeniem błogosławieństwa Jezusa są kłótnie międzysąsiedzkie, spory w pracy, wszelakie wojny domowe. Jakim uczniem Boga o cichym i pokornym sercu jest na przykład ojciec, który w odurzeniu alkoholowym wszczyna hałaśliwe karczemne awantury, poniewiera domownikami – może nawet ucieka się do rękoczynów? „Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię". Uczniowie Chrystusa powinni autentycznym kultem otaczać ewangeliczną ciszę i pielęgnować ją. Ojciec Tomasz Merton, kontemplatyk codziennie obcujący z ciszą, w swoich duchowych zapiskach radzi wierzącym: „Ci, którzy kochają Boga, powinni starać się zachować, czy stworzyć atmosferę, w której można Go odnaleźć. Chrześcijanie powinni mieć ciche domy (…). Niech ci, którzy potrafią znieść trochę ciszy, znajdą innych, którzy lubią ciszę i niech tworzą ciszę i pokój jedni dla drugich. Wychowujcie dzieci, żeby tak nie wrzeszczały. Dzieci są z natury spokojne, gdy się je zostawi samym sobie, a nie drażni od kołyski, ażeby wyrosły na obywateli państwa, w którym każdy wrzeszczy i na którego wrzeszczą. Zapewnić ludziom miejsca, gdzie mogliby pójść i być cicho – odprężyć umysły i serca w obecności Boga – w kaplicy na wsi, a także w mieście.” 
 

Bracia i Siostry! Bóg objawia się w ciszy. I cisza jest niezbędna, aby Go usłyszeć. W zna- nej scenie objawienia się Jahwe prorokowi Eliaszowi, Pan nie przyszedł, jak wiemy, ani w gwałtownej wichurze ani w trzęsieniu ziemi, ani w ogniu, ale właśnie w ciszy. Większość tłumaczeń mówi: „W szmerze łagodnego powiewu”. Jednak, jak zauważają bibliści, użyty tutaj hebrajski zwrot [Qol demamah daqqah], dosłownie znaczy: „Głos dojmującej ciszy” (por. R. Laurentin, Nieznany Duch Święty, Kraków 1998 s. 62). Tak więc, Biblia uczy, iż Bóg objawia się głosem przenikliwej ciszy. W ten sposób objawiał także Boga Jego Jedyny Syn, Jezus Chrystus. Jako Człowiek począł się On w ciszy Zwiastowania, narodził się w ciszy Betlejem  i przez 30 lat żył ukryty w głębokiej ciszy Nazaretu. Głosząc Ewangelię często oddalał się na miejsce osobne, aby w ciszy być z Ojcem. W kulminacyjnym momencie historii zbawienia, gdy umierał za świat skłoniwszy głowę, oddał Ducha w ciszy (por. J 19,30). Grecki zapis Janowej Ewangelii oznacza tutaj „i śmierć i przekazanie Ducha”. Jezus, umierając na krzyżu, ostatnim tchnieniem dał Kościołowi Ducha Świętego (por. ks. J. Kudasiewicz, Odkrywanie Ducha Świętego, Kielce 1998, s. 206-208). Zważywszy na kontekst tego aktu, możemy powiedzieć, iż ten Duch jest Duchem Ciszy. On to właśnie czyni Kościół – pośród różnorakich burz dziejowych – przystanią Bożej Ciszy. Cisza pulsuje w Kościele w rytm drgającej przy tabernakulum wiecznej lampki; sam Kościół oddycha Ciszą i żyje z Ciszy. Zwłaszcza z tej, która w momencie Podniesienia, patrzy zachwycona na Hostię, a przystanąwszy na kruchej gałęzi ludzkiego oddechu, pochyla wiernych ku ziemi swoim łagodnym tchnieniem, jak wiatr zdziwione i trochę przestraszone łany zbóż.
 

Umiłowani! Eucharystia jest taką mistyczną ziemią, którą już w tym świecie posiadają na własność ludzie cisi. Wpatrując się w Najświętszą Hostię, w Oblicze Chrystusa Przemienionego, Zbawiciela o cichym i pokornym Sercu – mamy sami przejmować rysy Jego twarzy. Na co dzień w naszych środowiskach, domach – wszędzie, gdzie jesteśmy – mamy żyć ciszą wiary; tzn. mamy być ludźmi łagodnymi, o czystych sercach, pełnymi pokoju i dobroci. To jest nasze życiowe powołanie. „Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię„. Jeśli wiernie codziennie praktykować będziemy to błogosławieństwo, to – zgodnie z obietnicą Jezusa – przez ciszę śmierci wejdziemy w nieskończoną szczęśliwość niebiańskiej ciszy. Tam wpatrywać się będziemy w odsłonięte Oblicze Boga, który jest Ciszą Wieczności. Bracia i Siostry! Wpatrujcie się w Oblicze Przemienionego – i żyjcie błogosławieństwami; i bądźcie błogosławieni. Amen.