Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
piątek, 08 styczeń 2016 10:22

Słowo Boże na dziś - Rozmnażając chleb, Jezus objawia swoją moc

Oceń ten artykuł
(1 głos)

http://www.ekspedyt.org/wp-content/uploads/rozmnozeniecleba.jpgSłowa Ewangelii według Świętego Marka Gdy Jezus ujrzał wielki tłum, zlitował się nad nimi, byli bowiem jak owce niemające pasterza. I zaczął ich nauczać o wielu sprawach. A gdy pora była już późna, przystąpili do Niego uczniowie i rzekli: «Miejsce to jest pustkowiem, a pora już późna. Odpraw ich. Niech idą do okolicznych osiedli i wsi, a kupią sobie coś do jedzenia». Lecz On im odpowiedział: «Wy dajcie im jeść!» Rzekli Mu: «Mamy pójść i za dwieście denarów kupić chleba, żeby dać im jeść?» On ich spytał: «Ile macie chlebów? Idźcie, zobaczcie!» Gdy się upewnili, rzekli: «Pięć i dwie ryby». Wtedy polecił im wszystkim usiąść gromadami na zielonej trawie. I rozłożyli się, gromada przy gromadzie, po stu i pięćdziesięciu. A wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo, połamał chleby i dawał uczniom, by podawali im; także dwie ryby rozdzielił między wszystkich. Jedli wszyscy do syta i zebrali jeszcze dwanaście pełnych koszów ułomków i resztek z ryb. A tych, którzy jedli chleby, było pięć tysięcy mężczyzn. Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym

Długim spojrzeniem objął Jezus zasłuchane rzesze ludu; tysiące oczu wpatrywały się w Niego w skupieniu. I oto teraz, gdy spoczął na chwilę, to taka cisza była, jakby wicher padł u Jego stóp w jakiejś przejmującej skardze: idą za Tobą dziś, zaprą się Ciebie za rok.

Idąc na święta do Jerozolimy, pielgrzymi przyszli posłuchać Mistrza z Nazaretu, o którym tyle dziwnych, nieraz tyle sprzecznych, krążyło wieści. Przygarnęła ich tęsknota, może ciekawość. Ale oto dzień ma się ku schyłkowi, a żaden nie pomyślał o pożywieniu. Gdy Mistrz zamilknął, to odczuli, że są głodni, odczuli głód i trud dnia. A jednak nikt nie powstał, nie przeciągnął swoich ramion, nikt nie rzucił słowa: chodźmy; w każdym z nich istniało pragnienie przedłużenia owej chwili, która im dała cud zapomnienia potrzeb dnia codziennego, trosk, która dała nadzieję zwycięstwa nad śmiercią, w życie lepsze i pełniejsze. I czekali, wpatrzeni tęsknymi oczyma w jasną sylwetkę Mistrza, bojąc się odejść, aby nie stracić potęgi Jego słów, bojąc się może poruszyć, by nie spłoszyć nastroju chwili. Wiara była w każdym z nich; wiara, która czyni cuda.

„Skąd weźmiemy chleba, by tych nakarmić?”. Droga przed nimi daleka. Za nimi całodzienny trud. Głodni są. Ile macie chleba? – zapytał. Przynieście je tutaj, a potem rozkażcie, by lud usiadł większymi lub mniejszymi gromadami.

Tak powiedział, ponieważ synowie Izraela w dniu święta Paschy, ucztowali w rodzinnych wspólnotach, a On właśnie z nich chciał uczynić wielką, rodzinną wspólnotę. Ucztującym przy stole, którą była zielona ziemia – dobro wszystkich dzieci Bożych.

I wykonali to, co im nakazał. A On wziął w rękę jęczmienny placek, błogosławił, łamał go, rozdawał uczniom. Nastała jakaś nagła cisza, święta cisza, a ze wzgórza schodzili ku ludziom uczniowie, niosąc chleb i ryby. I oto zaczęli, jak Mistrz, chleb łamać, ryby dzielić, błogosławić i podawać ludowi. I nagle olbrzymie wzruszenie ogarnęło wszystkich. Stłumiło być może nawet na mgnienie bicie serca, bo spełnił się cud. I zebrano jeszcze dwanaście koszy.

Mistrzu, zejdź pomiędzy lud; naród jest jak gdyby w radości pijany, szalony, i nie ma takich, którzy by nie uwierzyli, i teraz chcieli Królem Go obwołać, wieźć w triumfie do Jerozolimy. Mistrzu, żaden Twój cud nie przemówił do ludu tak, jak ten właśnie.

A Jemu się zdawało, że słyszy jakby cichy, miękki Głos obok: Cud ten, co dnia, z miłości czyni dla was Ojciec, a przechodzicie obok niego tak, jakby się wam należał. Trud człowieka i błogosławieństwo Boga dokonują pomnożenia chleba przecież od wieków. Każdym ziarnem, co się na łanie waszych pól w kłos, Bóg objawia wam swoją moc; Bóg woła do was: Jam jest Chleb żywy, który z nieba zstąpił. Bo oto wstępował w chleby Pańskiego oblicza, symbole wspólnoty Pana z Izraelem, w ryby płodności, i w chleb mocy, w rybę w trzydniowy grób proroka Jonasza, w chleb słowa i w rybę grobu; wstępował w trzydniowe ciemności ryby przeznaczonej do rozmnażania; wstępował w święte dary Boże, i wstąpiwszy w nie, i będąc nimi, począł siebie dzielić i pomnażać.

I tak oto głodni mężowie i córki Izraela spożywali chleb i rybę, być może nie wiedząc tak naprawdę, co spożywali.

Oto po raz kolejny objawiła się wielka Boża miłość. Ale ten obraz przez wielki zmienił się. Człowiek obłędną miłością ukochał ziemię, swoją pracę, swój trud; owładnęło go pragnienie dostatku, pokochał dźwięk złota, i po drodze zagubił miłość.

Tak jest. I to wiedział ten, który zrozumiał, że od Chrystusa nic go nie odłączy, i że jedno musi, że musi kochać. I dlatego pisał: „Miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje narodził się z Boga i zna Boga, bo Bóg jest miłością”. A to, że ludzi mogą mieć chleb, i mogą się kochać, jest jednym z największych darów.

Tylko tu czegoś nie rozumiem. Nieustannie słyszymy o miłości, że to jest największe nasze prawo. Przecież tyle razy także Ojciec św. do nas tyle mówił, o budowaniu cywilizacji miłości: mówił na Westerplatte, w Warszawie, w spotkaniu ze wszystkimi diecezjami, potępiał ekscesy dzisiejszej liberalnej polityki i brał w obronę tych, którzy chleba nie mają. A jednak jest inaczej. I jakoś, nie wiem, nie rozumiem, że my ciągle nie miłujemy. Miłość bliźniego – „Miłujcie się wzajemnie...”. Nasze półki uginają się od analiz, traktatów, wskazań duchowych; chrześcijanie przecież są tak pełni wiedzy, rozeznania i mądrości, precyzji i dobrych rad, chęci, i tak jakoś przepastnie złośliwi: rano, w południe, po kolacji. A powiedziane jest też, że „cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, Mnieście uczynili”. I tego właśnie nie rozumiem. Bo to jest jakieś trudne i ciężkie, i w tym jest groza.

Nie rozumiem może z wielu powodów. Także i dlatego, że dobrze wiemy, cokolwiek człowiek dzisiaj czyni człowiekowi, co czyni każdy z nas, i to nie zawsze z potrzeby chleba.

Jeśli, Panie Jezu, ten Twój uczeń umiłowany, wypowiedział takie słowa, to przecież w nich musi tkwić, i być przeogromna, wielka prawda. I trudno ją nieraz poznać tak do głębi, do końca, a jeszcze trudniej urzeczywistnić w życiu. Może chodzi tu o nieograniczone niczym miłosierdzie, o wybaczenie zawsze i na przekór wszystkiemu; może, aby złem za zło nie odpłacać?

Gdyby znalazł się może na moim miejscu, ktoś mądrzejszy, ktoś bardziej wygadany, ktoś mający wielkie stanowiska i dużo słów, to może by tak do głębi, to wszystko wyjaśnił, dlaczego tak jest: że nam łatwiej przyjść do kościoła, aniżeli komuś z serca winę darować – może ktoś by to potrafił wyjaśnić tak do głębi, a ja przecież ani mądry, ani mowny, więc wybacz Panie Jezu, tości nie pierwszyzna przecież. AMEN.

Czytany 1312 razy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.