Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
niedziela, 06 wrzesień 2015 07:11

Słowo Boże na dziś - Uzdrowienie głuchoniemego

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

otworz-sieSłowa Ewangelii według św. Marka. Jezus opuścił okolice Tyru i przez Sydon przyszedł nad Jezioro Galilejskie, przemierzając posiadłości Dekapolu. Przyprowadzili Mu głuchoniemego i prosili Go, żeby położył na niego rękę. On wziął go na bok osobno od tłumu, włożył palce w jego uszy i śliną dotknął mu języka, a spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: "Effatha", to znaczy: "Otwórz się". Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić. Jezus przykazał im, żeby nikomu nie mówili. Lecz im bardziej przykazywał, tym gorliwiej to rozgłaszali. I pełni zdumienia mówili: "Dobrze uczynił wszystko. Nawet głuchym słuch przywraca i niemym mowę". Oto słowo Pańskie.

 

REFLEKSJA NAD SŁOWEM BOŻYM

 

Otwórz się...

 

Słowa i gesty Jezusa stanowią całość niezwykłego rytuału uzdrawiania człowieka. On chciał być zdrowy, ponieważ pozwolił się przyprowadzić do Jezusa. Za nim stało wielu ludzi zdolnych zaświadczyć o autentyzmie jego zamiarów. Jezus wiedział, co chce uczynić. Aby stać się zdrowym potrzeba wpisać się w pragnienia i chcenie Boga. Pragnienia człowieka wprowadzają życie w niego, lub to życie z niego w sposób podstępny wyprowadzają. I to jest jeszcze ważne, że po naszych pragnieniach poznajemy, jakiego ducha jesteśmy, jakiemu duchowi pozwalamy się prowadzić. Zdrowie jest od tego, kto jest twórcą naszych pragnień.

Jezus wprowadził głuchoniemego w odosobnienie. Bez odosobnienia nie ma możliwości życia według Ducha. Trzeba mieć czas dla Boga i pragnienie bycia prowadzonym. Jezus oddala się z chorym od innych ludzi. Czas odosobnienia jest czasem tylko dla Boga. Chory słucha i wykonuje polecenia. Jego uwaga jest skierowana całkowicie na tego, który skłonił go do odosobnienia. Chorujemy, ponieważ pośród wielu słów, jakie w nas „uderzają”, nie słyszymy słów Pana.

Brak ciszy może przekładać się na brak życia duchowego. Hałas jest destrukcyjny. Im więcej dźwięków, tym większa dezorientacja, zmęczenie, niezdolność twórczego myślenia i oceny zdarzeń, wypowiedzi i spraw, które tego wymagają. Cisza jest warunkiem naszego zdrowia, zdolności słuchania i formułowania poglądów.

Słusznie możemy postawić pytanie, skąd mamy wiedzieć, że jesteśmy chorzy? Bóg to wie. Nasza choroba i uzdrowienie mają nas doprowadzić do nowego miejsca wiary. Choroba i uzdrowienie to środki do wierzenia Panu, Jego mocy i miłości. Nie musimy znać się na tym, co jak i kiedy powinno być uleczone. Jeśli będziemy próbowali to wszystko podawać szczegółowym analizom, możemy stracić ducha zaufania. Jesteśmy otwarci na to, aby Bóg wszystkim się zajął, pomimo potężnie działającej w nas pokusy poddania całego tego procesu kontroli własnej. Konieczne jest tworzenie klimatu sprzyjającego rozwiązaniu się języka. Łączy się ta sytuacja z daniem przyzwolenia na pokazanie samych siebie. Zyskamy odwagę słuchania i usłyszenia oraz mówienia, gdy będą przy nas ludzie kochający wolność w Chrystusie.

Znakiem przyzwolenia na uzdrowienie, jest zgoda na prowadzenie przez innych. Kiedy nie ma w nas zależności, trudno o miłość. Zależność jest wyrazem naszej troski o drugiego, a nawet powierzeniem własnego życia w ręce innej osoby. Jedynie w głębokiej zależności, która jest miłością, można kształtować człowieka: ucząc go patrzeć, mówić, odczuwać, rozumieć, myśleć, płakać, cieszyć się.

Brak zależności uniemożliwia mądre stawianie kroków, pójście drogą prawdy i pokory. Sami nie chcemy iść w określone miejsca, wchodzić w przeżycia dla nas bolesne. Zgoda na prowadzenie jest równocześnie akceptacją do pójścia tam, gdzie sami byśmy nie poszli z własnej woli. Wyciągnięcie rąk przed siebie oznacza podporządkowanie się, uległość. Stając się uległymi możemy zostać uzdrowionymi. Kiedy wybieramy to, co uważamy za korzystne dla nas, wchodzimy w zależność od własnych pomysłów na życie. Będąc posłuszni Bogu, wybieramy rzeczywistość, którą On wskazuje, stajemy się zależnymi od Jego Słowa.

Trzeba pozwolić, aby Bóg poprowadził nas tam, gdzie pójść nie chcemy, przyjąć rozwiązania, które uznajemy za tracenie czasu i życia. Droga, którą Jezus nas prowadzi nie jest drogą prowadzącą do góry, w którą nasz świat tak wiele zainwestował, lecz drogą prowadzącą w dół, kończącą się na krzyżu. W krzyżu znajdujemy pokój i radość, których świat dać nie może.

Bóg prowadzi nas do innej radości i innego pokoju, od tego, który poznaliśmy przez nasze zmysły. Prowadzenie Jezusa zmierza do zranienia serca, a przez to, do otwarcia się nam oczu, uszu i języka. Prowadzenie, jakiego doświadczamy w świecie odbiera nam zdolność widzenia, słuchania i mówienia. Stajemy się ślepi i głusi i niemi.

Człowiek głuchoniemy przeszedł przez doświadczenie braku władzy nad sobą, możliwości sprawowania kontroli nad sobą oraz innymi. Odkrywa, że obok są ludzie, którzy prowadzą go do uzdrowienia. Stało się to możliwe, gdy pozostawił własną siłę i zdecydował się na pokorne przyjęcie ofiarowanej mu pomocy. Nie każdy nasz zamysł jest dobry, choć przeniknięty dobrymi pragnieniami. W pewnym momencie życia musimy doświadczyć uzależnienia od pozytywnych i negatywnych reakcji tych, z którymi żyjemy, z którymi wchodzimy w relacje. Trzeba zgodzić się na prowadzenie w wierze i miłości, aby osiągnąć mądrość.

Gdy „wypalimy się”, czyli dokona się w nas śmierć duchowa, możemy i powinniśmy rozpocząć życie od nowa. Dostrzeżenie, że jesteśmy ludźmi całkowicie pozbawionymi poczucia własnej ważności, umożliwia otwarcie się na to, co w drugich najsłabsze i niedojrzałe. Własne zagubienie wewnętrzne usiłujemy maskować staniem na piedestale. Nie chcemy zrezygnować z niego, ponieważ zawiodła nas tam nasza zarozumiałość. Chcąc ukryć się z nią, usiłujemy być wyżej sądząc, że uznanie wynikające z funkcji zakryje wszystkie nasze błędy. Nie jesteśmy w stanie zdystansować się do własnej zarozumiałości. Prędzej czy później musimy zobaczyć siebie, a szczególnie brak poczucia własnej wartości. Zarozumiałość jawi się nam jako jeden ze znaków odsłaniających naszą głuchotę. Nie chcemy słyszeć ludzi życzliwych nam, mówiących z troską o naszym problemie. Nie słuchanie staje się poniekąd sposobem na życie, a szczególnie omijanie problemu, który wymaga rozwiązania.

Zarozumiałość człowieka naznaczona jest zwątpieniem w siebie oraz pychą. Nie dość, że w tej sytuacji słuchając nie słyszymy, ale też mówiąc, nic nie jesteśmy zdolni powiedzieć. Odbierani jesteśmy jako ci, którzy niewiele lub nic nie mają innym do przekazania. Głuchota i niezdolność mówienia jest wyrazem stanu ducha człowieka. Pozbawieni świadomości tego, co dokonuje się w naszym wnętrzu, oddzielamy nasze życie od prawdy dochodzącej do nas i prawdy wychodzącej z ust naszych. Nie możemy głosić czegoś, czego nie słyszymy. Nie jesteśmy zdolni żyć pięknem prawdy, której nasze uszy i serce nie słyszą. Stan ten jest życiem w ciemności, w świecie dźwięków, którym pozwalamy docierać, a inne blokujemy, ponieważ mogą boleć, budzić niepokój, skłaniać do wewnętrznej przemiany.

Nasze życie wymaga innego podejścia od dotychczasowego. Wydaje się nam, że Chrystus oczekuje przede wszystkim, aby zostały wypełnione wszystkie nakazy i zakazy wynikające z wiary. Pierwszą sprawą, którą chce nam przekazać jest prawda o naszym wybraniu przez Niego. Stronimy od Boga, dlatego że się Go boimy. Jego pragnieniem jest, abyśmy Go kochali, nie zaś lękali się. To niedostrzeganie nas jako osób wyjątkowych, kochanych, potrzebnych, ważnych dla kogoś sprawia, że chowamy się w sobie, zamykając naszą wrażliwość na dobre i złe bodźce płynące z zewnątrz, stając się tym samym głuchymi i niemymi.

Zamykając się na słowa ludzkie dokonujemy dramatycznego skutkach posunięcia – zamknięcia się na słowo Boże. Prowadzi nas słowo, które słuchamy i na nie odpowiadamy. Nie będąc otwartymi, pozostajemy w naszym zamknięciu nieszczęśliwi, rozdrażnieni, rozgoryczeni, sfrustrowani, opanowani buntem i poczuciem, że wszyscy są przeciwko nam. W ten sposób wysyłamy sygnały będące wołaniem o pomoc.

(Fragmenty książki: Do miłości przez uzdrowienie, ks. Józefa Pierzchalskiego SAC)

Czytany 2538 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Maria Korzonek niedziela, 06 wrzesień 2015 15:30 napisane przez Maria Korzonek

    "A spojrzawszy w niebo, westchnął i rzekł do niego: Effatha, to znaczy: Otwórz się! Zaraz otworzyły się jego uszy, więzy języka się rozwiązały i mógł prawidłowo mówić."(Mk 7,34-35)

    Dzisiejsza Ewangelia opowiada o cudownym uzdrowieniu człowieka
    głuchoniemego.

    Nie słyszał, co do niego mówiono i sam nie potrafił dzielić się z innymi swoimi myślami, radościami i smutkami.


    A Jezus sprawił, że ta niemoc go opuściła - mogła słyszeć i mówić jak inni.

    A mnie się wydaje, że o wiele gorsza od głuchoty ciała jest głuchota duchowa, gdy człowiek nie słyszy, co mówi do niego Bóg.


    I gorsza od niemocy ciała jest niemoc dawania świadectwa o miłości Bożej, o spełnianiu się tej radosnej obietnicy z dzisiejszego pierwszego czytania.

    "Powiedzcie małodusznym: Odwagi! Nie bójcie się! Oto wasz Bóg, oto - pomsta; przychodzi Boża odpłata; On sam przychodzi, by zbawić was."
    (Iz 35,4)

    Pełne radości są te dzisiejsze czytania mszalne.

    No bo czy może być radośniejsza obietnica dla niewidomego niż ta, że "otworzą się oczy niewidomych"; czy może być dla człowieka sparaliżowanego i poruszającego się na wózku radośniejsza obietnica niż ta, że "chromy wyskoczy
    jak jeleń".

    Bóg mi dziś obiecuje, że kiedyś znikną wszystkie moje
    duchowe i fizyczne ograniczenia, że oczekuje mnie nowe szczęśliwe życie.

    A ja tyle razy już tę obietnicę słyszałam - dlaczego tak łatwo o niej zapominam i często chodzę smutna?

    Bo należę do tych małodusznych, o których mówi dziś Izajasz, którym trzeba wciąż od nowa przypominać, że "On sam przychodzi, by zbawić was".

    To szczęśliwe życie, o którym mówi dziś Izajasz, w pełni urzeczywistni się w czasach ostatecznych, po śmierci.

    Ale już tu na ziemi przecież zaczęło się ono realizować w Jezusie Chrystusie.


    Dzisiejsza Ewangelia opowiada o jednym z wielu cudownych uzdrowień dokonanych przez
    Jezusa, a Bóg pozwala mi też dostrzegać Jego zbawcze działanie w życiu swoim i braci.

    Dziękuję Bogu, że od pewnego czasu zaczął powoli otwierać moje uszy na swoje Słowo.

    Znałam je dość dobrze i kiedyś, ale nie traktowałam ich jako słów skierowanych do mnie.


    Słuchałam, ale nie słyszałam.


    Dziś coraz bardziej dociera do mojej świadomości, że to Bóg mówi do mnie.

    Chwała Mu za to!

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.