Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
czwartek, 13 październik 2016 09:00

FATIMA – ZNAK PRZESTROGI I NADZIEI DLA ŚWIATA

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

fatima.znakKilka słów o historii

     Któż znał dolinę Cova da Iria przed rokiem 1917? A jednak w planach Bożych to niepozorne miejsce w dalekiej i ubogiej Portugalii stanęło nagle pod koniec I wojny światowej w centrum uwagi wielu ludzi na świecie. Zaledwie po kilku miesiącach, w dniu ostatniego objawienia, za sprawą trójki dzieci mówiących o zjawieniach się Pani, zgromadziło się na tym miejscu przeszło 70 tys. osób. Niektórzy twierdzą, że mogło ich być nawet 100 tysięcy. Dziś Fatima coraz bardziej przyciąga wzrok tych, którzy spragnieni są odnowy świata i Kościoła: zapowiedzianego w Fatimie tryumfu Niepokalanego Serca Maryi i Najświętszego Serca Jezusa. Z Fatimy – dzięki trwającemu od lat pielgrzymowaniu figury Matki Bożej – rozbłyska i rozszerza się światło matczynej obecności Maryi docierającej do najdalszych zakątków świata. Po 80 latach pokonała nawet niedostępne granice Rosji, nawiedzając łaskawie udręczone dzieci, niosąc im pociechę Swej miłości i nadzieję na lepsze życie w jedności z Bogiem. Łucja, Hiacynta i Franciszek doświadczyli sześciu objawień Matki Bożej od maja do października 1917 r. Otrzymali w czasie ich trwania pouczenia, które przekazali światu, doświadczyli wizji, które – lękając się je ujawnić i chcąc uniknąć wypytywania – nazwali tajemnicą. Ujawnili dwie części, trzecią przekazując jedynie Papieżowi. Ponieważ poznało ją jak dotąd zaledwie kilka osób, nie słabną spekulacje na temat jej treści. Tymczasem każde słowo Matki Bożej ujawnione przez troje małych pastuszków jest ważne, bo ukazuje nam drogę uniknięcia cierpienia i Bożej kary, ku której świat zmierza konsekwentnie w swym zaślepieniu. Jak czytamy w orędziach otrzymywanych przez ks. Gobbiego to właśnie ogromnego cierpienia, którego ludzkość już doświadcza i przed którym jeszcze stoi, dotyczy trzecia część tajemnicy fatimskiej.
 
O czym powiadomiła nas Matka Boża w Fatimie?
     Orędzie fatimskie wezwało i nadal wzywa nas do nawrócenia, modlitwy, pokuty i ofiarowania się Niepokalanemu Sercu Maryi oraz otaczania miłością Ojca Świętego. To jest prosta droga prowadząca do spotkania w wieczności z Bogiem i uniknięcia kary już za życia, tu na ziemi, bo ludzkość – jak wielokrotnie powtórzyła Maryja – już zbyt mocno obraziła Boga.
«Pierwsza tajemnica» – to wizja piekła…
     Dlaczego Matka Boża ukazała małym dzieciom tak straszną wizję? Dlaczego widziały piekło dzieci w Medziugorju? Dlaczego dało o nim świadectwo tak wielu mistyków na przestrzeni wszystkich wieków chrześcijaństwa? Dlatego, że brak nawrócenia, o które prosiła świat Matka Boża w Fatimie, powtarzając jedynie ewangeliczne nawoływanie Jezusa, stawia człowieka w sytuacji zagrożenia wiecznym potępieniem, przed którym Bóg i Maryja pragną nas obronić. Maryja chciała nas ostrzec przed tymi, którzy mówią nam dziś: „Piekła nie ma” lub, „Piekło nie jest wieczne”. W człowieku bowiem istnieje odwieczna przekora, każąca mu żywić bezsensowną nadzieję pierwszych rodziców, że przeciwstawienie się Bogu i przekroczenie Jego nakazów, doprowadzi do bycia równym Bogu (por. Rdz 3,5). Tymczasem droga taka prowadzi zawsze do upadku, nigdy – do wyniesienia. S. Łucja tak pisze w swoich wspomnieniach: «A więc tajemnica składa się z trzech odmiennych części. Z tych dwie teraz wyjawię.
     Pierwszą więc była wizja piekła. Pani nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi, widzieliśmy w tym morzu demony i dusze jakby były przezroczystymi czartami lub brunatnymi żarzącymi się węgielkami w ludzkiej postaci. Unosiły się w pożarze, unoszone przez płomienie, które z nich wydobywały się wraz z kłębami dymu. Padały na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, bez wagi, w stanie nieważkości, wśród bolesnego wycia i rozpaczliwego krzyku. Na ich widok można by ogłupieć i umrzeć ze strachu. Demony miały straszne i obrzydliwe kształty wstrętnych, nieznanych zwierząt. Lecz i one były przejrzyste i czarne. Ten widok trwał tylko chwilę. Dzięki niech będą Matce Najświętszej, która nas przedtem uspokoiła obietnicą, że nas zabierze do nieba (w pierwszym widzeniu). Bo gdyby tak nie było, sądzę, że bylibyśmy umarli z lęku i przerażenia. Następnie podnieśliśmy oczy ku naszej Pani, która nam powiedziała z dobrocią i ze smutkiem: «Widzieliście piekło, dokąd idą dusze biednych grzeszników. Aby ich ratować, Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza. Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowania Kościoła i Ojca św. Żeby temu zapobiec, przyjdę, by żądać poświęcenia Rosji memu Niepokalanemu Sercu i ofiarowania Komunii św. w pierwsze soboty na zadośćuczynienie. Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Sprawiedliwi będą męczeni, Ojciec św. będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych, na koniec zatryumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec św. poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju.»
 
«Druga tajemnica»: Niepokalane Serce Maryi
     Ukazując się w Fatimie Matka Boża wskazała na Swe Niepokalane Serce jako na pewną drogę ocalenia i uniknięcia zapowiedzianej kary. We wspomnieniach s. Łucji czytamy: «Druga tajemnica odnosi się o nabożeństwa Niepokalanego Serca Maryi. Jak już poprzednio mówiłam, Nasza Pani 13 czerwca 1917 r. zapewniła mnie, że nigdy mnie nie opuści i że Jej Niepokalane Serce będzie zawsze moją ucieczką i drogą, która mnie będzie prowadziła do Boga. Mówiąc te słowa, rozłożyła swe ręce i przeszyła nasze serca światłością, która z nich płynęła. Wydaje mi się, że tego dnia to światło miało przede wszystkim utwierdzić w nas poznanie i miłość szczególną do Niepokalanego Serca Maryi, tak jak to było w dwóch innych wypadkach odnośnie do Boga i do tajemnicy Trójcy Przenajświętszej. Od tego dnia odczuliśmy w sercu bardziej płomienną miłość do Niepokalanego Serca Maryi. Hiacynta mówiła mi nieraz: «Ta Pani powiedziała, że jej Niepokalane Serce będzie twoją ucieczką i drogą, która cię zaprowadzi do Boga. Kochasz ją bardzo? Ja kocham jej Serce bardzo. Ono jest tak dobre!» Po 10 latach Maryja, objawiając się przebywającej już w klasztorze s. Łucji, powróciła do prośby o rozpowszechnienie nabożeństwa do Swego Niepokalanego Serca. Prosiła o czczenie Go szczególnie w pierwsze soboty miesiąca i obiecała specjalne łaski tym, którzy będą mu wierni (zob. Vox Domini nr 13, str. 1). Poza dwoma tajemnicami troje pastuszków otrzymało jeszcze trzecią tajemnicę, którą poznał Ojciec Święty. Hiacynta zaś otrzymywała szczególne wizje odnoszące się do jego osoby.
 
Wizje Ojca Świętego
     Oprócz danej dzieciom zapowiedzi cierpienia Papieża – o ile ludzkość nie przyjmie i nie zrealizuje próśb Matki Bożej zawartych w Jej orędziu fatimskim – szczególnie Hiacynta otrzymała kilka dodatkowych wizji, mówiących o przyszłości. «Pewnego dnia – wspomina Łucja – w czasie godzin odpoczynku, gdy byliśmy koło studni moich rodziców, Hiacynta usiadła na kamieniach przy studni, a Franciszek poszedł ze mną szukać w pobliskich zaroślach dzikiego miodu na tamtejszym zboczu. Po chwili Hiacynta woła: „Widzieliście Ojca św.?” „Nie”. „Nie wiem, jak to było. Ja zobaczyłam Ojca św. w bardzo dużym domu. Klęczał przy stoliku, miał twarz ukrytą w dłoniach i płakał. Na zewnątrz było dużo ludzi, niektórzy rzucali nań kamieniami, inni wykrzykiwali i wymawiali brzydkie słowa. biedny Ojciec św., musimy się bardzo za niego modlić.” Przy innej okazji poszliśmy do groty przy Cabeço. Przyszedłszy uklękliśmy i pochyliliśmy się do samej ziemi, powtarzając modlitwę anioła. Trochę później Hiacynta podniosła się i zawołała do mnie: „Czy nie widzisz dróg, ścieżek i pól, pełnych ludzi, którzy płaczą z głodu, nie mając nic do jedzenia. A Ojciec św. modli się w kościele przed Niepokalanym Sercem Maryi, i razem z nim bardzo dużo ludzi się modli”.»
     Niewątpliwie w sposób szczególny związany jest z orędziem fatimskim, a przede wszystkim z zapowiedziami cierpienia i tragicznymi wizjami Hiacynty – Jan Paweł II. To papież, któremu u progu pontyfikatu chciano odebrać życie. Zawdzięcza je z pewnością szczególnej opiece Maryi, która ocaliła go cudownie z zamachu w rocznicę Swego pierwszego objawienia w Fatimie: 13 maja 1981.
Czy świat zna trzecią tajemnicę fatimską?
     Co jakiś czas obiegają świat artykuły, rozpowszechnia się ulotki, których treść ma przedstawiać trzecią tajemnicę fatimską. W orędziach danych ks. Gobbiemu – założycielowi Ruchu mającemu źródło w orędziu fatimskim i swój początek właśnie w tym miejscu, cechującemu się doskonałą realizacją orędzia fatimskiego przez jego członków – otrzymujemy jedną odpowiedź: Świat przeżywa właśnie realizację trzeciej tajemnicy. Nie trzeba jej już ujawniać, bo same wydarzenia ukazują jej treść. Maryja nawiązuje do niej przy wielu okazjach, wyjaśniając jej znaczenie i wskazując, jak powinniśmy się zachować w tych czasach.
       


              
Ze wspomnień Siostry Łucji spisanych na prośbę Biskupa Leirii:
«Ofiara, która przynosi obfity owoc»
     Nawrócenie grzeszników
     Hiacynta tak wzięła sobie do serca ofiary za nawrócenie grzeszników, że nie opuszczała żadnej okazji, jaka się nadarzała. Były dzieci dwóch rodzin mieszkających w Moita, które chodziły po prośbie. Spotkaliśmy je kiedyś idąc na pastwisko z naszą trzodą. Hiacynta spostrzegłszy je powiedziała: „Dajmy tym biedakom nasz posiłek za nawrócenie grzeszników”. I pobiegła im go zanieść. Po południu powiedziała mi, że jest głodna. Było tam kilka drzew oliwkowych i dęby. Oliwki były jeszcze niedojrzałe. Mimo to powiedziałam jej, że możemy je jeść. Franciszek wspiął się na drzewo, aby napełnić kieszenie, ale Hiacyncie przyszło do głowy, że moglibyśmy jeść żołędzie dębowe i aby ponieść ofiary, jeść je gorzkie. I tak skosztowaliśmy tego popołudnia tej smacznej potrawy. Hiacynta uważała to za jedną ze swych normalnych ofiar. Zbierała żołędzie dębowe lub oliwki. Powiedziałam jej któregoś dnia: „Hiacynta, nie jedz tego, to bardzo gorzkie”. „Jem właśnie dlatego, że gorzkie. A tę ofiarę ponoszę za nawrócenie grzeszników”. To nie były nasze jedyne ofiary postne. Umówiliśmy się, że ile razy spotkamy te biedne dzieci, damy im nasze jedzenie. A biedne dzieci, zadowolone z naszej jałmużny, starały się spotkać nas i czekały na nas na drodze. Skoro je tylko zobaczyliśmy, Hiacynta biegła zanieść im nasz cały posiłek dzienny. I to z taką radością, jak gdyby nie odczuwała jego braku.
     W te dni naszym pokarmem były orzeszki pinii, korzonki z kwiatów dzwonkowych, mające w korzeniu małą cebulkę wielkości oliwki, morwy, grzyby i coś, co zrywaliśmy z korzeni, nie pamiętam, jak to się nazywa, lub owoce, jeżeli były w pobliżu na polach naszych rodziców. Hiacynta była niestrudzona w wynajdywaniu ofiar. Któregoś dnia sąsiad nasz zaofiarował mojej matce pastwisko dla naszej trzody. Ale było to daleko i byliśmy w pełni lata. Moja matka tę hojną ofertę przyjęła i posłała mnie tam. Ponieważ był tam niedaleko staw, gdzie trzoda mogła się napić, więc powiedziała, że byłoby dobrze, abyśmy tam w cieniu drzew spędzili naszą przerwę obiadową. Po drodze spotkaliśmy naszych kochanych biedaków. Hiacynta pobiegła, aby dać jałmużnę. Dzień był piękny, ale słońce bardzo prażyło i wydawało się, że na tej wyschniętej ziemi wszystko się spali. Pragnienie dawało się we znaki, a nie było ani kropelki wody do picia. Początkowo ponosiliśmy wspaniałomyślnie tę ofiarę za nawrócenie grzeszników. Ale jak minęło południe, nie mogliśmy więcej wytrzymać. Zaproponowałam wtedy moim towarzyszom, aby pójść do pobliskiej miejscowości i poprosić o trochę wody. Zgodzili się na moją propozycję i poszłam zastukać do drzwi pewnej staruszki, która mi wręczyła dzbanek wody, a także kawałek chleba, który przyjęłam z wdzięcznością i pobiegłam podzielić się z moimi towarzyszami. Dałam od razu dzbanek Franciszkowi i powiedziałam, żeby się napił. „Nie chcę”, odpowiedział. „Dlaczego?” „Chcę cierpieć za nawrócenie grzeszników”. „Hiacynta, napij się ty”. „Ja też chcę złożyć ofiarę za nawrócenie grzeszników”.
     
Uwięzienie w Ourém
     Tymczasem zaświtał poranek 13 sierpnia. Już poprzedniego wieczora przychodzili ludzie ze wszystkich stron. Wszyscy chcieli nas zobaczyć, wypytać i powierzyć nam swe prośby, abyśmy je przekazali Najświętszej Panience. Byliśmy w rękach tych ludzi jak piłka w rękach dzieci. Każdy ciągnął nas w swoją stronę i stawiał pytania, nie pozostawiając czasu na jakąkolwiek odpowiedź. W tym tłoku otrzymał mój ojciec rozkaz, aby mnie przyprowadził do mojej ciotki, gdzie na mnie czekał naczelnik. Mój ojciec zaprowadził mnie tam. Gdy przyszłam, naczelnik znajdował się w izbie razem z Hiacyntą i Franciszkiem. Tam nas przesłuchiwał i robił nowe wysiłki, aby nas zmusić do zdradzenia tajemnicy oraz wymusić obietnicę, że już więcej nie pójdziemy do Cova da Iria. Skoro nic nie wskórał, polecił memu ojcu i memu wujowi zaprowadzić nas na plebanię. Nie zatrzymuję się tu więcej, aby opowiedzieć, co się działo w tym więzieniu, ponieważ Ekscelencja wszystko to już zna. Jak już mówiłam Ekscelencji, co mnie najbardziej dotknęło i nad czym najbardziej cierpiałam, jak i moi kuzyni, to całkowite opuszczenie nas przez rodzinę. Po powrocie z tej podróży czy z tego więzienia, nie wiem, jak to mam nazywać (było to, o ile się nie mylę, 15 VIII), kazano mi – z radości z powodu mego powrotu do domu – zaraz wypuścić trzodę i iść z nią na pastwisko. Moi wujostwo chcieli zostać w domu ze swymi dziećmi i dlatego na ich miejsce posłali ich brata Jana. Ponieważ było już późno, zatrzymaliśmy się w pobliżu naszej małej wioski w Valinhos. Jaki przebieg miało następne wydarzenie, Ekscelencja też już wie. Więc i nad tym nie będę się zatrzymywała. Najświętsza Panienka poleciła nam znowu praktykować umartwienia i na koniec powiedziała: „Módlcie się, módlcie się bardzo i ponoście ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie do piekła, gdyż nie ma nikogo, kto by się poświęcał za nie i modlił się”.
     
Męczarnie i cierpienia
     Po kilku dniach szliśmy z naszymi owieczkami po drodze, na której znalazłam kawałek sznura od wozu. Podniosłam go i dla żartu owinęłam sobie ramię. Zauważyłam, że ten sznur sprawia mi dotkliwy ból. Powiedziałam wtedy do moich kuzynów: „Słuchajcie, to boli, moglibyśmy się nim wiązać i nosić na sobie jako umartwienie z miłości do Jezusa”. Biedne dzieci przytaknęły memu pomysłowi i każdy z nas po przecięciu na trzy części owiązał go sobie wokół bioder. Czy to grubość i szorstkość sznura była temu winna, a może dlatego, że za mocno go związaliśmy, w każdym razie ten rodzaj pokuty sprawiał nam okropny ból. Hiacynta często nie mogła się powstrzymać od łez. Gdy mówiłam, by go zdjęła, odpowiadała przecząco: „Nie, ja nie chcę go zdjąć. Ja chcę złożyć tę ofiarę Panu Jezusowi na zadośćuczynienie i za nawrócenie grzeszników”.
     Innym razem bawiliśmy się zbierając po murach chwasty, które gdy się je ściska w rękach, wydają trzask. Hiacynta zbierając te chwasty, urwała niechcąco kilka pokrzyw, którymi się poparzyła, czując ból ścisnęła je jeszcze bardziej w rękach i powiedziała do nas: „Patrzcie, znowu coś, aby czynić pokutę”. Od tej pory przyzwyczajaliśmy się do tego, by chłostać się czasem po nogach pokrzywami, aby Bogu jeszcze jedną złożyć ofiarę. Jeżeli się nie mylę, w czasie tego miesiąca rozpoczęliśmy oddawać nasz posiłek naszym małym biedakom. O czym już opowiedziałam Ekscelencji we wspomnieniach o Hiacyncie. Moja matka też się w ciągu tego miesiąca nieco uspokoiła. Częściej mawiała: „Gdyby była choć jeszcze jedna osoba, która też coś widziała, to może bym i ja uwierzyła. Ale między tyloma ludźmi tylko oni widzieli”. W tym miesiącu różni ludzie mówili mi, że widzieli rozmaite rzeczy. Jedni, że widzieli Matkę Boską, inni dziwne znaki na słońcu itd. Moja matka mówiła wtedy: „Przedtem wydawało mi się, że gdyby była jeszcze jakaś osoba, co widziała, to bym uwierzyła, a teraz tyle ich mówi, że widziało, a ja mimo to nie mogę uwierzyć”. Mój ojciec w tym czasie też zaczął stawać w mojej obronie nakazując milczenie, jak tylko ktoś zaczął na mnie krzyczeć. Mawiał zwykle: „Nie wiem, czy to prawda, ale także nie wiem, czy to kłamstwo”.

     W tym czasie mój wujek zmęczony natręctwem obcych ludzi, którzy nieustannie przychodzili, aby nas zobaczyć i rozmawiać z nami, począł wysyłać swego syna Jana, aby pasł trzodę, a Hiacyntę i Franciszka zostawiał w domu. Wkrótce potem sprzedał trzodę, a ja, ponieważ nie lubiłam innego towarzystwa, zaczęłam chodzić sama z moją trzodą. Jak już opowiadałam Ekscelencji, Hiacynta i jej braciszek szli ze mną, gdy pasłam blisko, a jeżeli pastwisko było oddalone, czekali na mnie na drodze. Muszę przyznać, że te dni były dla mnie naprawdę szczęśliwe, kiedy sama wśród mych owieczek ze szczytu góry czy z głębin doliny mogłam podziwiać piękno nieba i dziękować Bogu za łaski, jakie mi zsyłał. Kiedy głos jednej z moich sióstr przerwał moją samotność wołając mnie, abym przyszła do domu porozmawiać z tą lub ową osobą, która mnie szukała, czułam głęboką niechęć i pocieszałam się tylko tym, że mogę i z tego złożyć ofiarę Bogu. Pewnego dnia przyszło trzech panów rozmawiać z nami. Po bardzo nieprzyjemnym przesłuchaniu żegnając się powiedzieli: „Naradźcie się, w jaki sposób powinniście tę tajemnicę wyjawić, bo jeżeli nie, to starosta jest zdecydowany was zlikwidować”. Hiacynta z rozpromienioną twarzą powiedziała: „Ach, jak to dobrze. Ja tak kocham Pana Jezusa i Matkę Boską, a wtedy wkrótce Ich ujrzymy”. Chodziły pogłoski, że starosta istotnie chciał nas zabić. Jedna z moich ciotek, zamężna i mieszkająca w Casais, przyszła z zamiarem zabrania nas do siebie. Mówiła: „Mieszkam w innym powiecie, ten starosta nie może was stamtąd zabrać”. Ale jej zamiar nie został urzeczywistniony, bo myśmy nie chcieli pójść i odpowiedzieliśmy: „Jeżeli nas zabiją, nie szkodzi, pójdziemy do nieba”.

13 października 1917 - szóste objawienie się Matki Bożej

13 października 1917. Wyszliśmy z domu bardzo wcześnie, bo liczyliśmy się z opóźnieniem w drodze. Ludzie przyszli masami. Deszcz padał ulewny. Moja matka w obawie, że jest to ostatni dzień mojego życia, z sercem rozdartym z powodu niepewności tego, co mogło się stać, chciała mi towarzyszyć. Na drodze sceny jak w poprzednim miesiącu, ale liczniejsze i bardziej wzruszające. Nawet błoto nie przeszkadzało tym ludziom, aby klękać w postawie pokornej i błagalnej.
Gdyśmy przybyli do Cova da Iria koło skalnego dębu, pod wpływem wewnętrznego natchnienia prosiłam ludzi o zamknięcie parasoli, aby móc odmówić różaniec. Niedługo potem zobaczyliśmy odblask światła, a następnie Naszą Panią nad dębem skalnym.
- „Czego Pani sobie ode mnie życzy?"
- „Chcę ci powiedzieć, żeby zbudowano tu na moją cześć kaplicę. Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu".
- „Ja miałam Panią prosić o wiele rzeczy: czy zechciałaby Pani uzdrowić kilku chorych i nawrócić kilku grzeszników i wiele więcej".
- „Jednych tak, innych nie. Muszą się poprawić i niech proszą o przebaczenie swoich grzechów".

I ze smutnym wyrazem twarzy dodała:
- „Niech ludzie już dłużej nie obrażają Boga grzechami, już i tak został bardzo obrażony".

Znowu rozchyliła szeroko ręce promieniejące w blasku słonecznym. Gdy się unosiła, Jej własny blask odbijał się od słońca. Oto, Ekscelencjo, powód dlaczego zawołałam, aby ludzie spojrzeli na słońce. Zamiarem moim nie było zwrócenie uwagi ludzi w tym kierunku, gdyż nie zdawałam sobie sprawy z ich obecności. Zrobiłam to jedynie pod wpływem impulsu wewnętrznego, który mnie do tego zmusił.

Kiedy Nasza Pani znikła w nieskończonej odległości firmamentu, zobaczyliśmy po stronie słońca św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus i Naszą Dobrą Panią ubraną w bieli, w płaszczu niebieskim. Zdawało się, że św. Józef z Dzieciątkiem błogosławi świat ruchami ręki na kształt krzyża.

Krótko potem ta wizja znikła i zobaczyliśmy Pana Jezusa z Matką Najświętszą. Miałam wrażenie, że jest to Matka Boska Bolesna.
Pan Jezus wydawał się błogosławić świat w ten sposób jak św. Józef. Znikło i to widzenie i zdaje się, że jeszcze widziałam Matkę Boską Karmelitańską.


Uwagi końcowe

Oto, Ekscelencjo, historia objawień Matki Boskiej w Cova da Iria w 1917 roku.
Zawsze, gdy z jakiegoś powodu musiałam mówić o nich, starałam się uczynić to jak najzwięźlej z pominięciem intymnych spraw osobistych, bo by mnie to bardzo wiele kosztowało. Ale ponieważ są one Boże, a nie moje, i ponieważ Bóg teraz Waszą Ekscelencję o nie pyta, oddaję je niniejszym. Świadomie nie zatrzymuję niczego, co do mnie nie należy. Wydaje mi się, że brak tylko kilku małych szczegółów odnoszących się do próśb, które przedstawiłam. Ponieważ były to sprawy bardziej materialne, nie miały dla mnie specjalnego znaczenia i być może nie utkwiły mi tak żywo w pamięci. A poza tym było ich tak wiele! Miałam i z tym tyle roboty, aby sobie przypomnieć niezliczone łaski, o które miałam Matkę Bożą prosić, że może tu i tam wślizgnęła się jakaś pomyłka, kiedy np. powiedziałam, że wojna skończy się w tym samym dniu, tj. 13 (Prawdę mówiąc, Łucja nie powiedziała wprost że wojna skończy się w tym samym dniu. Nakłoniona została do tego przez wiele naglących pytań, które jej stawiano).
Wiele ludzi było zdumionych pamięcią, którą Bóg mi raczył dać. Dzięki nieskończonej dobroci Bożej jest to pod każdym względem naprawdę wielki dar. Jednak w nadprzyrodzonych sprawach nie trzeba się dziwić, że tak głęboko odciskają się w pamięci, że po prostu nie można ich zapomnieć. W każdym razie sensu spraw, które one oznaczają, nigdy się nie zapomina, jeżeli Bóg sam nie sprawi, że się je zapomni.

* * *

Hymn do Madonny Dobrej Przemiany
ROMAN BRANDSTAETTER
(fragment)

Spójrz, Madonno.
Jest wieczór wieku.
Słońce zachodzi,
Klękają słoneczne zegary.
Dwudziesty wiek, Madonno,
Nie jest złotym wiekiem.
To jest zły wiek.
Już go niewiele.
Już go coraz mniej.
Jeszcze kilka westchnień
I nastąpi koniec pokolenia,
Które widziało
Wszystko.
A my wciąż jesteśmy
Tacy sami,
Jak wczoraj,
Jak przedwczoraj,
Jak przez całą przeszłość.
Wciąż stoimy pod ścianą –
Dzbany wypełnione
Wodą.
Dzbany spragnione.
Dzbany czekające.
Gliniani żebracy.
O, Panno galilejska,
O, Panno godowa,
Uczyń, aby nasze chrześcijaństwo
Przemieniło się w chrześcijaństwo
Chwil powszednich,
Albowiem z chwil powszednich
Zbudowana jest wieczność.
Ten, kto nie myśli
Wymiarami chwili,
Nigdy nie zdoła
Zrozumieć wieczności.
 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Czytany 1026 razy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.