Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
Artykuły filtrowane wg daty: lipiec 2016

Słowo Boże na dziś

Sobota, 17 tygodnia Okresu Zwykłego

Mt 14, 1-12

meczenstwo-sw-jana-chrzcicielaW owym czasie doszła do uszu tetrarchy Heroda wieść o Jezusie. I rzekł do swych dworzan: «To Jan Chrzciciel. On powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze w nim działają». Herod bowiem kazał pochwycić Jana i związanego wtrącić do więzienia, z powodu Herodiady, żony brata jego, Filipa. Jan bowiem upominał go: «Nie wolno ci jej trzymać». Chętnie też byłby go zgładził, bał się jednak ludu, ponieważ miano go za proroka. Otóż, kiedy obchodzono urodziny Heroda, tańczyła wobec gości córka Herodiady i spodobała się Herodowi. Zatem pod przysięgą obiecał jej dać wszystko, o cokolwiek poprosi. A ona przedtem już podmówiona przez swą matkę powiedziała: «Daj mi tu na misie głowę Jana Chrzciciela!» Zasmucił się król. Lecz przez wzgląd na przysięgę i na współbiesiadników kazał jej dać. Posławszy więc kata, kazał ściąć Jana w więzieniu. Przyniesiono głowę jego na misie i dano dziewczynie, a ona zaniosła ją swojej matce. Uczniowie zaś Jana przyszli, zabrali jego ciało i pogrzebali je; potem poszli i donieśli o tym Jezusowi.

Refleksja nad Słowem Bożym

Rozważmy opis tej dzisiejszej Ewangelii, którą z uwagą wysłuchaliśmy. Oto wystawna uczta królewska, niewinnie wyglądająca intryga dworska, w wyniku której śmierć męczeńską ponosi Jan Chrzciciel.

Herod, którego dobrze znamy, jako król w swoich rządach był tyranem. Nie bał się nikogo, nie lękał się niczego. Wręcz otwarcie stawał i korzystał z życia, ile tylko mógł. Wykorzystywał swoją władzę dla spełnienia swoich osobistych pragnień. Nie bał się nawet wziąć żony swego brata, Herodiady, do siebie.

Druga postać: Jan Chrzciciel, Boży wysłannik. Został posłany na świat po to, aby przygotował Naród Wybrany na przyjęcie Zbawiciela, Jezusa Chrystusa. I ten Jan Chrzciciel woła do każdego człowieka. Nie boi się wołać nawet do króla Heroda – „Nawróćcie się”, zmieńcie swoje życie, bo oto przychodzi Boże królestwo, przychodzi Mesjasz, który chce zbawić każdego człowieka. Jan wielokrotnie wzywał Heroda, aby zmienił postawę swego życia. Ale wiemy, ostatecznie, że pod wpływem przybranej żony, Herodiady, król Herod kazał ściąć mieczem więzionego Jana Chrzciciela, tego Jana Chrzciciela, którego czasami lękał się, bo jego słowa wzbudzały w nim niepokój. Widzimy więc, że król Herod, jako człowiek, z jednej strony jest bardzo twardy, zdecydowany, wykorzystuje swą władzę jak tylko potrafi, nikogo się nie boi, ale z drugiej strony jest człowiekiem bardzo słabym, uległym – ulega podszeptowi jakiejś drugiej osoby, Herodiady, i dopuszcza się czynu, który został dzisiaj opisany w Ewangelii.

Historia postępowania króla Heroda względem Jana Chrzciciela powinna nam przypominać o licznych pokusach, jakie pojawiają się w naszym życiu, o licznych naciskach, na jakie jesteśmy narażeni w tym naszym codziennym życiu. Bo czasami spotykamy się ze stwierdzeniem, że każdy z nas jest panem, jest władcą, jest kowalem swojego losu, jest panem swojego życia, i może tak sobie życie ułożyć, jak on sam osobiście chce. Ale z drugiej strony, jako ludzie, uświadamiamy sobie, że my też jesteśmy słabi, ulegamy pokusom, i jesteśmy jak ten Herod: z jednej strony takimi tyranami, a z drugiej strony bardzo słabymi, ulegającymi pokusom złego ducha – wolimy nie słuchać tego głosu, który dochodzi do nas z głębi naszego serca, tego głosu, przez który mówi do nas Bóg, a Bóg nam mówi, że trzeba żyć w prawdzie, w prawdzie przed Nim samym, w prawdzie przed samym sobą, i w prawdzie przed drugim człowiekiem.

Każda Msza św., szczególnie Liturgia Słowa, ukazuje nam prawdę o nas samych. Czasami ta prawda o nas jest bardzo trudna dla nas, bardzo wymagająca, czasami może nam się wydawać, że wyrządza nam przykrość. Ale trzeba nam o tej prawdzie tak zaświadczyć, jak to uczynił Jan Chrzciciel: wytykał prawdę Herodowi, wzywał Naród Wybrany do nawrócenia. My też mamy zdać sobie sprawę: Jak ja w swoim życiu codziennym postępuję? Czy ja idę za głosem tej prawdy, o której mi mówi Bóg, Jezus Chrystus w moim sumieniu? Czy ja wolę posłuchać jakiegoś podszeptu złego ducha, szatana? Jak my tę prawdę o nas samych przyjmujemy? Czy tak, jak Jan Chrzciciel – odważnie potrafię iść i świadczyć o tej prawdzie, czy czasami jak ten król Herod – zaprzeczyć prawdzie?

Ilekroć gromadzimy się na Eucharystii, gromadzimy się, aby spotkać się z tym Jezusem Chrystusem, którego przepowiedział Jan Chrzciciel. Przyjmijmy do swego serca tę prawdę o nas samych, bo tylko w ten sposób możemy zbliżyć się do Jezusa Chrystusa. Niech ten cały dzień dzisiejszy, który rozpoczynamy tą modlitwą eucharystyczną, tą Mszą św., będzie naszym zbliżeniem się do Jezusa Chrystusa, ale zbliżeniem się w ten sposób, że my staniemy się Jego świadkami. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Piątek, 17 tygodnia Okresu Zwykłego

Patron dnia - Święta Marta

Łk 10, 38-42

Jezus-w-wdomu-marii-marty

 

Słowa Ewangelii według świętego Łukasza

Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: «Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła». A Pan jej odpowiedział: «Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona».

Refleksja nad Słowem Bożym

Na początku mała uwaga odnośnie ilustracji - obrazu: Jezus w domu Marii i Marty. Więcej na temat obrazu, jego wymowie artystycznej oraz jego Autora można przeczytać tutaj

A teraz zadajmy sobie pytanie: Po co święci w Kościele? Przede wszystkim po to, byśmy patrząc na ich życie, na ich sposób postępowania, od nich uczyli się, jak żyć i postępować, jak zmierzać ku Bogu; również po to święci w Kościele, by się za nami wstawiać, by prosić za nami, by wypraszać nam te łaski, których potrzebujemy.

Spróbujmy dzisiaj przyjrzeć się św. Marcie, której wspomnienie obchodzimy. Jaką była? Z kart Pisma św. wynika, z była wielką realistką, gospodynią domową – w pełnym tego słowa znaczeniu – potrafiła zadbać o dom, ważne było dla niej to, by ten dom dobrze funkcjonował, by wszystko w nim było w odpowiednim porządku; i wiedziała, że dom, to takie miejsce, takie specjalne miejsce, które musi być zadbane, o które trzeba się starać, bo dom jest tylko jeden. Wiedziała, że do tego domu przychodzą goście, i atmosfera, jaką się stworzy w tym domu, świadczy o domownikach, o tym, kim są, jak żyją, w co wierzą.

Ale zarazem – będąc tak wielką realistką, taką cudowną gospodynią – Marta sięga po to, co ponadziemskie, i w Gościu, który do niej przychodzi, potrafi dostrzec Mesjasza, Tego, który ma życie wieczne, który tym życiem wiecznym chce obdarować każdego człowieka. Marta wie – widząc przychodzącego Jezusa, że nie przychodzi byle kto, jakiś kolejny gość, ale przychodzi Ten, który jest Bogiem, i to jeszcze przed wskrzeszeniem jej brata, Łazarza. Stając naprzeciw Jezusa, rozpoznaje w Nim Pomazańca Bożego, Tego, który ma wyzwolić świat.

Czego my możemy uczyć się od św. Marty? Możemy od niej uczyć się takiego realizmu, takiej gospodarności – to na pewno – takiego wspaniałego zadbania o nasze domy, nie tylko o to, jak wyglądają, czy są posprzątane, ale przede wszystkim o atmosferę, jaka w nich panuje, o to, by wszyscy, którzy mieszkają w tym domu, i którzy do tego domu wchodzą, dobrze się czuli, o to, by w tym domu była atmosfera zrozumienia i wielkiej miłości. Ale również możemy uczyć się od św. Marty tego sięgania ponad to, co ziemskie, tego dostrzegania w drugim człowieku Chrystusa.

Dziś św. Jan Apostoł w swoim Pierwszym Liście mówi: "Umiłowani, miłujmy się wzajemnie, ponieważ miłość jest z Boga, a każdy, kto miłuje, narodził się z Boga i zna Boga". Czy Marta, kiedy po raz pierwszy przyjęła pod swój dach Jezusa, wiedziała, że przyjęła Mesjasza? Czyż św. Marta, przyjmując i goszcząc Jezusa, nie dała pięknego przykładu miłości bliźniego, a przez to miłości samego Boga? A czy we mnie i w tobie jest ta świadomość, że kiedy przychodzi do mnie człowiek, kiedy wchodzi w próg twego domu, to przychodzi do ciebie w gościnę sam Bóg? Może czasem trudno w to uwierzyć, trudno to przyjąć, bo ten człowiek, stworzony “na obraz i podobieństwo Boże”, poraniony jest przez grzech, przez ludzkie małości. I może czasem człowiek ze złością chce zatrzasnąć drzwi, albo udać, że nie ma go w domu, bo znów przyszedł męczący gość.

Św. Marta uczy nas dzisiaj, że powinniśmy przyjmować, być otwarci, że te nasze ziemskie mieszkania powinny być takimi oazami, do których każdy może zawitać, a przychodząc – przynosi nam Boga; Boga, który często prosi o pomoc, Boga, który chce się uradować z tego, że coś wyszło w życiu konkretnego człowieka, Boga, który mówi o miłości, o przebaczeniu, Boga potrzebującego. Ilekroć przyjmujesz kogoś do domu; ilekroć spotykasz się z drugim człowiekiem, staraj się mieć tę świadomość, że w tym człowieku staje przed tobą Bóg. I jakże to ułatwia ludzkie życie, jakże jest godne godności dzieci Bożych, jakże cudowne. I nie ma już miejsca na wulgarne słowa, na wyzwiska, na pomówienia, obmowy czy plotki, bo oto Bóg przyszedł do ciebie w gościnę, bo oto Bóg, który potrzebuje albo chce coś ci ofiarować i przychodzi do ciebie – tak, jak swego czasu przychodził do św. Marty, nie tylko po to, by przyjąć od niej gościnę, ale również by napełnić ja pokojem, by dać jej nadzieję, że te odwiedziny sprawiły, iż Marta później wyznała: “Ja wciąż wierzę, że Ty jesteś Mesjaszem, i że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek Go poprosisz”.

Te spotkania z Chrystusem zaowocowały w Marcie wzmocnieniem jej wiary. Kiedy przychodzi do nas Chrystus w drugim człowieku, przychodzi, by nas budować, by nas przemieniać przez tego człowieka, z jego słabościami, z jego grzechem, z jego małością. Starajmy się wtedy przyjmować Chrystusa w człowieku bez uprzedzeń, bez złości, bez grymasów. Okazujmy się dziećmi Boga, które dobre są dla każdego, a nie tylko dla tych, którzy dobrze czynią. Bądźmy gościnni i miejmy wielką wiarę w Tego, który jest zdolny nie tylko wyrwać nas ze śmierci, ale także przemienić nasze życie i sprawić, że to nasze ziemskie życie nabierze nowego wymiaru, w tym świecie niepokoju – wielkiego spokoju, w tym świecie nienawiści – wielkiej miłości, w tym świecie niezrozumienia – czasu dla drugiego człowieka, przebaczenia, wielkiej wyrozumiałości.

Prośmy dziś, przez wstawiennictwo św. Marty, byśmy tak, jak ona byli gościnni, przyjmując człowieka i Boga; byśmy tak, jak ona wzrastali w wierze, która pozwoli nam wyznać: “Tak, Panie, ja wciąż wierzę – mimo trudności życiowych, mimo moich niepowodzeń, mimo choroby, mimo śmierci najbliższego człowieka – że Ty jesteś Mesjaszem, i że Bóg da Ci wszystko, o cokolwiek Go poprosisz”. Prośmy dzisiaj Chrystusa o taką wiarę i taką dobroć. Św. Marta niech dla nas będzie przykładem życia i niech wstawia się za nami u Boga. Niech się tak stanie!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Czwartek, 17 tygodnia Okresu Zwykłego

Mt 13, 47-53

polow-ryb Słowa Ewangelii według Świętego Mateusza Jezus powiedział do tłumów: «Podobne jest królestwo niebieskie do sieci, zarzuconej w morze i zagarniającej ryby wszelkiego rodzaju. Gdy się napełniła, wyciągnęli ją na brzeg i usiadłszy, dobre zebrali w naczynia, a złe odrzucili. Tak będzie przy końcu świata: wyjdą aniołowie, wyłączą złych spośród sprawiedliwych i wrzucą ich w piec rozpalony; tam będzie płacz i zgrzytanie zębów. Zrozumieliście to wszystko?» Odpowiedzieli Mu: «Tak». A On rzekł do nich: «Dlatego każdy uczony w Piśmie, który stał się uczniem królestwa niebieskiego, podobny jest do ojca rodziny, który ze swego skarbca wydobywa rzeczy nowe i stare». Gdy Jezus dokończył tych przypowieści, oddalił się stamtąd.

Refleksja nad Słowem Bożym

Przypowieść o sieci jest nieco inna niż dwie poprzednie – o skarbie i perle.
Tak jak przypowieść o chwastach w zbożu, to podobieństwo mówi o sądzie ostatecznym, który oznacza dla jednych zbawienie, a dla innych potępienie.
 
Porównanie Królestwa do łowienia ryb, przypomina Jezusa mówiącego do uczniów, że będą łowić ludzi zamiast ryb.
 
W jeziorze galilejskim pływało ponad dwadzieścia rodzajów ryb, ale nie wszystkie były jadalne, innych nie wolno było jeść według Prawa Mojżeszowego (Kpł. 11,9-12). Rybacy musieli więc zawsze robić selekcję.
 
Łowienie ryb jest częścią Królestwa Bożego i jest też zadaniem uczniów. Ma to jednak różne skutki: nie wszyscy słuchają. Tak jak sieć zostaje rzucona do wody, i łapie wszystko co tam pływa, podobnie Królestwo zostaje głoszone wszystkim ludziom. Ale tak, jak w sieci, tylko część połowu jest dobra, tak tylko część słuchaczy reaguje adekwatnie.
Uczniowie są przyszłymi apostołami, głosicielami Ewangelii. Jezus inwestuje dużo czasu, aby przekazać im swoje nauczanie. Rozumienie Ewangelii o Królestwie Bożym i właściwy sposób reagowania nie jest tylko zadaniem apostołów i przywódców, lecz każdego chrześcijanina.
 
Bardzo nagle i niespodziewanie Jezus mówi o uczonych w piśmie. O ile wiemy żaden z uczniów nie był uczonym w Piśmie lub blisko związanym z nimi. W Ewangelii wg Mateusza uczeni w Piśmie są, razem z faryzeuszami, zazwyczaj przedstawieni jako przeciwnicy Jezusa, a tym samym przeciwnicy Ewangelii.
Uczniowie muszą rozumieć to, że powinni być jak dobry gospodarz, który gospodaruje tym co stare i nowe. To jest kompletna Ewangelia, którą znajdujemy w całości Biblii: w Starym i Nowym Testamencie. Jeżeli to rozumiemy i przyjmujemy, wtedy ukryty skarb, którym jest Królestwo Boże, już nie jest tajemnicą dla nas, ale odkryliśmy go i przyjęliśmy. Tylko wtedy mamy wieczne życie z Bogiem.

Sieć jest Łaską Bożą, która rozlewa się na ziemi już od 2 tyś lat. Ale to nie tylko fakt historyczny, ale fakt możliwości odnowy, nawrócenia, narodzenia do Królestwa niebieskiego dokonuje się tu i teraz, dziś, i jest dla każdego człowieka. Dla ciebie i mnie.

Ta sieć, Boża sieć, w zamyśle Boga jest również dla twoich i moich rąk. Bóg chce abyśmy ryby, w które Piotr na przykład był zapatrzony przez część swego życia, zamienili na ludzi. Znaczy to: Głoszeniem Ewangelii mamy docierać ludzi, którzy Boga nie znają i nie wiedzą o radosnej nowinie, że zbawienie  dokonało się na krzyżu Golgoty, że dziś Jezus oczekuje każdego.
 
Czy ja jestem tym zbłąkanym, czy raczej uważam, że wszystko jest ok., ale nie sprzedałem swojej roli, nie wybrałem tej najcenniejszej perły,  myślę jednak, że wszystko jest ok., bo moje imię i nazwisko jest zapisane w jakieś księdze np. parafialnej?
 
Nie jest ok., bo Jezus chce zapisać cię w swojej księdze życia, która jest w Królestwie niebieskim!!!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

drogaPoproszono mnie o podanie Komunii św. starszej, liczącej ponad osiemdziesiąt lat kobiecie, która od dłuższego czasu nie wychodziła z domu. Mieszkanie było czyste, schludne, ale bardzo ubogie. Rzadko się spotyka dom, w którym jest wyłącznie to, co konieczne do życia. Po spowiedzi i Komunii świętej chwila spokojnej rozmowy. W niej proste wyznanie kobiety: "Proszę się nie dziwić ubóstwu mego mieszkania. Trzykrotnie w życiu traciłam wszystko. W 1917 roku zostałam tylko z walizką, do której zdążyłam w ciągu pięciu minut wrzucić to, co najpotrzebniejsze. W roku 1939 straciłam nie tylko mieszkanie, lecz męża i dzieci. A po raz trzeci w Powstaniu Warszawskim straciłam wszystko, łącznie ze zdrowiem. Wydobyto mnie nieprzytomną i ciężko ranną spod gruzów. Od tego momentu już nic nie gromadzę. Tak Bóg uczył mnie ewangelicznego ubóstwa". Przypomina mi się to wyznanie w zestawieniu z pouczeniem Koheleta oraz z przypowieścią Jezusa o bogaczu budującym spichlerze.

Moi Drodzy! Aż do szpiku kości przenika wołanie Koheleta, które usłyszeliśmy przed chwilą: "marność nad marnościami – wszystko marność" (Koh 1, 2). Doświadczamy tej marności w miarę jak dojrzewamy w latach. Po mi­strzowsku sprecyzował mędrzec Pański różne sytuacje życiowe, w których człowiek tej marności doświadcza. Choćby i ta, stara jak świat i nowa jak dzisiejsze czasy, że człowiek, który w pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, musi oddać cały swój udział człowieko­wi, który nic nie włożył, nie podjął żadnego trudu. Wszystkie dni czło­wieka są cierpieniem.

Chrystus jeszcze mocniej nawiązał do tego tematu, przestrzegając tych, którzy nie myślą o kresie swych dni i lekko traktują życie. Lu­dziom, którym chciwość dóbr doczesnych, jadła i picia, którym zmy­słowość i seks, którym sława zaciemnia spojrzenie, powiedział: "Głup­cze, jeszcze tej nocy zażądają twej duszy" (Łk 12, 20). Kto gromadzi skarby dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem ten marnuje swoje życie.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że te prawdy są tak oczywiste i tak fundamentalne, że wystarczy mieć trochę zdrowego rozsądku, aby czynić właśnie nie tak, ale tak, jak chce Chrystus. A jednak życie mówi nam co innego. Zwróciliście może uwagę na refren dzisiejszego psalmu responsoryjnego: "Słysząc głos Pana serc nie zatwardzajcie" (por. Ps 95, 7-8). Jest to aluzja do narodu izraelskiego, kuszonego i ulegającego kusicielowi i perspektywom kusiciela. Bo każde deklarowanie się za mar­nością jest wpierw zetknięciem się z kusicielem i kuszeniem.

Kiedyś Konstanty Michalski, wybitny profesor i rektor Wszechnicy Jagiellońskiej, ksiądz misjonarz ze Stradomia, przypomniał, że człowiek musi wybierać a wybierając uważać, by nie uległ pokusie. Przede wszy­stkim tej pokusie, która sugeruje, by czyniąc dobro zezwolić na małe zło: wejść w mały kompromis, aby z tego wyniknęło większe dobro. Nie jest to teza, która by nie sprawdzała się w życiu. Iluż to ludzi, na ilu odcinkach życia paktuje ze złem, przymykając oczy i sądząc, że tak można. Ilu ludzi depcze Boskie przykazania, uważając, że one w pewnych sytuac­jach nie muszą obowiązywać. Ilu dojrzałych ludzi w swych interpreta­cjach etyki pracy, w życiu małżeńskim, w życiu społecznym, politycz­nym, w życiu religijnym paktuje ze złem i ulega pokusie, nie wie­dząc, jakie się za to ponosi konsekwencje. Mądrość ludzka powiedziała: daj palec, a wezmą ci rękę. Wielu ludzi doświadcza goryczy, kiedy to sprawdza się w życiu.

Dzisiaj Chrystus przypomina nam, że trzeba "zadać śmierć temu, co przyziemne" (Kol 3, 5). Dlatego mówi, że są błogosławieni ubodzy (śpiew przed ewangelią), ci, którzy mają odwagę poprzestać na małym i na tym, na ile ich stać. Nie rozpychają się na prawo i na lewo, żeby zbierać skarby dla siebie. I to jest mądrość życia, nie tamto. Choć wszyscy przekonują nas, że tamto jest mądrością życia. Wielu rodziców nawet mówi własnym dzieciom, że "trzeba iść przez życie mądrze" – ale "mą­drze" często w ich języku znaczy właśnie: nie tak, jak Chrystus.

A Paweł dzisiaj wyjaśnia nam słowa Chrystusa tym wspaniałym zda­niem: "Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze" (Kol 1, 3). Na pesymizm Koheleta, że wszystko jest marnością, odpowiada Paweł powtarzając za Chrystusem, że nie wszy­stko jest marnością. Nie wszystko jest marnością wtedy, gdy szuka się tego, co "w górze". Gdy szuka się Boga i poprzez Boga czyta się świat i jego wartości. Bo taki jest czło­wiek, taką ma strukturę, że jeśli nie szuka "w górze", to najpierw pró­buje go pokusa, a potem jeśli ulegnie, demon pychy, demon chciwości czy demon zmysłowości. Przestrzegał Chrystus przed tymi trzema pożądliwościami, które w nas są. Dante w swojej Boskiej Komedii ukazał wizję świata, który musi od piekła przez czyściec iść do raju. To nie jest droga poetyckiej wizji, to jest droga, która przechodzi poprzez wnę­trze każdego z nas. Grozi nam dno, jeśli nie idziemy w górę. Grożą nam pokusy pychy, chciwości i zmysłowości w różnych przejawach, jeśli nas nie zafascynuje Bóg. Zafascynuje – a nie będzie tylko gdzieś na dalekim horyzoncie.

I dlatego te wspaniałe dzisiejsze słowa – być "bogatym przed Bo­giem i nie gromadzić skarbów dla siebie", "słyszeć głos Pana i nie zatwardzać swojego serca", i tak żyć, by śmierć była owocna dla przyszłego rozkwitu naszego życia – to są zdania mądrości chrześcijańskiej. Tymi wartościami całe pokolenia żyły i za te wartości od­dawały życie.

Ukochani Bracia i Siostry! Dobrze jest w czasie wakacyjnym te słowa usłyszeć. Usłyszeć w tak wspaniałej syntezie, jaką nam dzisiejsze teksty liturgiczne przedstawia­ją. Przypomnieć marność i przemijanie życia, o którym się dowiadujemy, doświadczając boleśnie śmierci i odejścia naszych najbliższych, czytając i słuchając  o tragicznych wypadkach, o aktach terrorystycznych, wiedząc, że i nas to czeka – ale równocześnie wiedząc, że od chrztu umarliśmy z Chrystusem, i że ten sam Chrystus, dla którego umarliśmy, przychodzi do nas w każdej mszy świętej mó­wiąc: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie". Czy rzeczywiście jest On moim życie, sensem mojego codziennego życia?

Trzeba nam zatem - kochani bracia i siostry - żyć tym życiem, które daje Chrystus! Dać Chrystusowi w nas żyć poza świątynią, tam gdzie jesteśmy, tam gdzie idziemy, gdzie podzi­wiamy piękno innych krajów i piękno przyrody, i wspaniałość ludzkie­go umysłu i ludzkiego serca. I cieszyć się, że dał nam Bóg łaskę wiary. Wiary, która wprowadza w nasze życie ład serca. Ład, ponieważ widzi­my jasno cel, do którego zdążamy i mamy moc od Boga, aby ten cel osiągnąć. To jest owo bogactwo, które czyni nas "bogatymi przed Bogiem”. Bądź więc "bogaty/bogata przed Bogiem – u Boga”. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

gdzie-ta-droga-prowadziUkochani Bracia i Siostry! Wielu trudnych prawd nauczył nas Pan Jezus przez przypo­wieści i porównania osnute wokół pracy na roli. Wyszedł siew­ca siać ziarno... gleba urodzajna przyniosła plon stokrotny... Panie! Czyż nie posiałeś dobrego Ziarna? Skądże wziął się kąkol? ... Jeśli ziarno wpadłszy w ziemię nie obum­rze, pozostanie samo... Roślina najpierw wypuszcza kie­łek, potem źdźbło, a wreszcie kłos, w którym jest ziarno... A gdy nadejdzie czas żniwa... .

Moi drodzy! Żaden etap pracy na roli nie został pominięty. Nauczyciel wykorzystał cały proces rozwoju rośliny, aby nas wprowadzić w tajemnice królestwa Bożego. Ewangelia jest nasycona pracą na roli, począwszy od rytmicznego wysiłku siewcy, który wrzuca w ziemię ziarno, poprzez szum dojrzewających łanów aż do ra­dości tych, którzy niosą snopy, "owoc ziemi i pracy rąk ludz­kich".

Obserwacja codziennego trudu uczy nas, że bogactwa, które człowiek nazywa swoimi, nie są jedynie owocem jego pracy. Są również darem ziemi, są również darem Stwórcy. Może właśnie trud siewcy i wysiłek żniwiarza mówią najlepiej o wspaniałym posłannictwie jakie człowiek otrzymał od Stwórcy. Bóg Stwórca złożył w człowieku moc przetwarzania tej ziemi. Uczynił go na swój „obraz i podobieństwo". W twórczej pracy ujaw­nia się nasze podobieństwo do Boga. Rolnik, który czyni sobie ziemię poddaną, staje się przez swą pracę w pocie czoła prawdziwym dzieckiem Tego, który jest Ojcem i Stwórcą nieba i ziemi. Stworzyć i przetwarzać swą pracą... Bóg dawca istnienia... a człowiek pracujący, pozostawiający na tym, co ist­nieje, ślad swego twórczego, rozumnego działania. W pocie czoła, w codziennym wysiłku, uczymy się radosnej prawdy, że jesteś­my dziećmi „Boga Ojca wszechmogącego Stworzyciela nieba i ziemi".

Ukochani Bracia i Siostry! Mówi się dziś wiele o godności pracy ludzkiej, o tym, że pra­ca jest związana istotnie z życiem człowieka, a nawet, że praca człowieka tworzy. Trzeba, abyśmy na nasz codzienny trud nau­czyli się patrzeć głębiej. Najpiękniejszą lekcją jest codzienny chleb, ten nowy chleb, pełny kłos zbierany z naszych pól. Ten chleb jest owocem ziemi i pracy rąk ludzkich. Praca dlatego i o tyle tworzy człowieka, o ile pozwala mu odnaleźć twórczą moc właściwą tylko ludziom, rozumnym stworzeniom. Człowiek wydobywający z ziemi jej bogactwo i czyniący je swoim staje się dzieckiem Tego, który jest najwyższą Mądrością i źródłem wszel­kiego dobra.

Jeśli jesteśmy dziećmi Boga, to ujawnia się ta nasza godność w codziennym twórczym i rozumnym wysiłku. Był czas kiedy myślano, że najważniejszym zadaniem rozwijającego się gwałtow­nie postępu technicznego jest przyjście z ulgą tym, którzy dźwi­gają ciężar pracy w pocie czoła. Nie bez słuszności ludzie pragną, aby praca nie była ponad siły, aby trud nie wyniszczał człowie­ka. Dziś jednak możemy z całą pewnością stwierdzić, że postęp techniki, choć ułatwił pracę człowieka, to jednak często odbiera człowiekowi świadomość twórczej współpracy z Bogiem Stwórcą. Warsztat pracy, na którym dojrzewają do żniw łany zbóż, więcej mówi człowiekowi o jego związku z Bogiem niż zadymione i ruchliwe dzielnice przemysłowych miast. Kapłani mo­gliby wiele powiedzieć o głębokich nawróceniach ludzi, którym dane było zatrzymać się na chwilę w pędzie miejskiego pośpie­chu i odetchnąć pięknem świata. Teraz, na przełomie wakacyj­nych miesięcy, odbywają się prawdziwe rekolekcje, w czasie których najpiękniejszą naukę głosi człowiekowi sam Stwórca, gdy poizwala mu zbierać z pól chleb "owoc ziemi i pracy rąk ludz­kich".

Dzisiejsza Ewangelia niesie nam jeszcze jedno ostrzeżenie. Mo­żna je streścić słowami Ojca św. (6 czerwca 1979 do pielgrzy­mów ze Śląska). Człowiek "okazuje się panem, a nie niewolnikiem ziemi, a także panem, a nie niewolnikiem pracy". Pracowi­cie gromadzimy do naszych spichlerzy owoce naszej pracy. Czło­wiek zarabia i gromadzi po to, aby mógł po ludziku żyć. Posiada­nie środków do życia jest zapewnieniem ludzkiej godności i niezależności. Człowiek, któremu braknie powszedniego chleba, łatwo staje się niewolnilkiem tego, który może go kupić za miskę stra­wy, za kawałek chleba. Pomyślmy teraz, czy nie grozi nam inne niebezpieczeństwo. Człowiekowi może się wydawać, że żyje po to, aby pracować, że żyje po to, aby gromadzić. Że praca i groma­dzenie są głównym celem jego życia. Człowiek staje się wówczas niewolnikiem pracy i ziemi. Uważajcie i strzeżcie się – mówi Chrystus, bo nawet, gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia. Ostrzeżenie Pana Je­zusa jest bardzo mocne: "Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają two­jej duszy od ciebie" (Łk 12, 20). Stajemy wobec bardzo bolesne­go paradoksu. Człowiek, który ma ponad materię wyrastać, ma nad ziemią panować, staje się niewolnikiem materii i pracy w pocie czoła. Żyje dla pracy i dla zbierania jej owoców. Jakże potrzebne są dla człowieka dwudziestego wieku, człowieka, któ­ry tak często widzi cel swego życia w osobistym sukcesie i ma­terialnym dostatku, słowa mędrca Koheleta, o marności docze­snych osiągnięć.

Na tle zasygnalizowanych problemów lepiej rozumiemy we­zwanie św. Pawła skierowane do tych, którzy przyjęli Chrystusa. Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie te­go, co w górze, gdzie przebywa Chrystus po prawicy Boga. Dąż­cie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi (Kol 3, 1).

Moi Drodzy! Jesteśmy bardzo uwrażliwieni na punkcie swojej godności, bardzo wysoko cenimy własną wolność. Przyjrzyjmy się tym wartościom w świetle dzisiejszych rozważań. Każdego dnia rano stajemy przed Bogiem, naszym Ojcem i Stwórcą. Modlimy się, mówimy pacierz, odmawiamy pacierz. O! właśnie, czy chodzi o odmówienie czegoś? Poranna modlitwa powinna nam przypom­nieć o naszej wielkiej godności. Bóg daje nam cudowne tworzy­wo: dzień. My ten dzień będziemy tworzyć naszym świadomym działaniem. Jak wiele czynności będziemy spełniać mechanicznie? Jak wiele będzie pracy w pocie czoła? A jednak stanęliśmy na progu dnia świadomi, że tylko człowiek może nadawać moralną wartość upływającym godzinom dnia. Niezależnie od tego, czy są to godziny wypełnione pracą fizyczną, pracą umysłową, bole­snym i zdawałoby się beznadziejnym cierpieniem ludzi przykutych do łoża, ludzi żyjących w opuszczeniu i samotności; są to godziny dane przez Boga Stwórcę. Jest to zadanie postawione przez Boga każdemu z nas. Odnajdziemy godność dzieci Bożych, przyjmując świadomie z rąk Ojca każdą godzinę życia, nadając jej wartość dobrze przeżytego czasu. Dlatego módlmy się rano zwyczajnie, po prostu: Ojcze, dawco wszystkiego, spraw, abym dzień dzisiejszy przeżył tak, jak Ty tego ode mnie oczekujesz – dając mi ten dzień.

Brońmy też naszej wolności, byśmy pracując nie stali się nie­wolnikami pracy i materii. Dlatego kończąc każdy dzień naszego życia nie pytajmy tylko o to ile zdobyliśmy, ile przepracowaliś­my. Owszem, ważne jest, ile posiadamy, ale ważniejsze jest to, kim jesteś­my. Ważne jest to, aby praca przynosiła nam satysfakcję i nie wyniszczała nas fizycznie, ale ważniejsze jest to, czy jesteśmy bogaci przed Bogiem. Dlatego każdego wieczoru stawiajmy sobie pytanie, co w minionym dniu podobało się Panu. Na ile ten dzień przybliżył mnie do Boga, uczynił bogatszym w Jego oczach? Codzienna mo­dlitwa poranna i wieczorna, modlitwa, której nauczyła nas nasza matka, niech broni naszej godności i wolności i przypomina nam, że przyoblekliśmy nowego człowieka, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga – według obrazu Tego, który go stwo­rzył. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 17 tygodnia Okresu Zwykłego

Mt 13, 44-46

skarb

 

Jezus opowiedział tłumom taką przypowieść: «Królestwo niebieskie podobne jest do skarbu ukrytego w roli. Znalazł go pewien człowiek i ukrył ponownie. Uradowany poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił tę rolę. Dalej, podobne jest królestwo niebieskie do kupca poszukującego pięknych pereł. Gdy znalazł jedną drogocenną perłę, poszedł, sprzedał wszystko, co miał, i kupił ją».

Refleksja nad Słowem Bożym

W te dni wsłuchani jesteśmy w przypowieści Jezusa królestwie Bożym. Nauczyciel i Pan nasz o trudnych tajemni­cach Kościoła-królestwa Boga na ziemi mówił w sposób jasny i prosty. Posługiwał się gatunkiem literackim, który nazywamy przypo­wieścią.

Przypowieści ewangelijne są to obrazy z życia wzięte. Każdy ze słuchających znał siewcę rzucającego w ziemię ziarna, znał ziarna gorczycy i pszenicy, znali wszyscy robotników z winnicy i paste­rzy, widzieli wszyscy, jak się zaczynia chleb z trzech miar mąki, znali najemników, co skopywali ziemię, poszukiwaczy drogocen­nych pereł i rybaków, którzy zagarniali siecią ryby wszelkiego ro­dzaju. Rozumieli więc Nauczyciela wszyscy: i amhaarezi — prości i ubodzy, i faryzeusze — wykształceni i bogaci, celnicy i żołnierze. Słuchający wiedzieli jednak, że Nauczycielowi nie chodzi tylko pokazywanie literacko pięknych obrazów, że chodzi o jakiś głęb­szy sens. Nic dziwnego, że uczniowie, na osobności, pytali Mistrza: powiedz nam, co oznacza ta przypowieść? (Łk 8,9). I tłumaczył im Nauczyciel. Inni zaś, mając uszy nie słyszeli i mając oczy nie wi­dzieli (Mk 8,18).

Dziś w Ewangelii patrzymy na najemnika, który łopatą upra­wiał rolę i znalazł w niej ukryty skarb (Mt 13,44). Sprzedał wszyst­ko, co miał i kupił ten kawałek ziemi. Patrzymy na poszukiwacza drogocennych pereł i gdy znalazł tę jedną kosztowną, sprzedał wszystkie, które miał i kupił tę jedną, najcenniejszą (Mt 13,46). I uczył nas Chrystus: gdzie jest skarb twój — tam będzie i twoje serce (Mt 6,21).

Gdyby trzeba było streścić dzisiejszą Ewangelię tak naprawdę bardzo współcześnie, posługując się językiem, który jest nam nieobcy na co dzień, to byśmy powiedzieli, że dzisiejsza Ewangelia mówi o lokatach kapitałowych; Jezus stwierdza, że najlepszym bankiem, jaki jest nam dany, to jest niebo, a najlepszą “walutą”, bogactwem, które możemy tam przechowywać to życie pełne wiary i płynące z tej wiary nasze dobre uczynki. Bo to bogactwo, które mamy tutaj na ziemi, które tu możemy zdobyć, wypracować, albo odziedziczyć po kimś bliskim, to wszystko po nas zostanie i odziedziczy ktoś po nas – my nie będziemy się wiecznie tymi dobrami ziemskimi cieszyć, ktoś inny je przejmie. Ale razem z pielgrzymką na ten drugi świat pójdą z nami nasze dobre czyny; pójdzie jednak i to zło, które też czasami popełniamy i przyzwalamy, aby ono było w naszym życiu.

Ewangelia zwraca nam uwagę na wielką role serca w naszym życiu, i kiedy mówimy o sercu zadajemy sobie pytanie: Gdzie jest mój skarb? Co jest tym moim skarbem? Czy to dobro ziemskie jest całym moim bogactwem, czy może potrafię patrzeć na to dobro, którego mi nikt nie zabierze, które pójdzie za mną aż do nieba i będzie o mnie świadczyło na sądzie Bożym. Możemy więc odkryć ten mój skarb zadając sobie pytania: Jak ja spędzam mój czas, ten, który został mi dany przez Boga? Jak ja wydaje dobra, które nie są czymś złym, są czymś dobrym, abym godnie przeżył swoje życie – więc jak ja się tymi dobrami posługuję? Co czyni mnie szczęśliwym? Nasze konta bankowe tutaj na ziemi poznikają, ale zostanie to jedno, to, które mi daje życie wieczne. Jeżeli moim skarbem jest dobro wieczne, będę miał życie wieczne i nikt mi go nie zabierze: ani mól go nie zniszczy, ani złodziej nie ukradnie – jak to mówi Jezus w Ewangelii – ale ono będzie moje, na zawsze. Zatem, gdzie jest moje serce? Przy jakim skarbie jest moje serce? Czy przy tym ziemskim, czy przy tym wiecznym? Bo trzeba, aby to moje serce było przy tym, co jest najważniejsze, przy tym, co jest największym skarbem; nie tym skarbem maleńkim, który dzisiaj mam, a jutro mogę go utracić, ale tym którego mi nikt nie zabierze.

Jezus w Ewangelii dzisiaj mówi o skarbie, mówi aż trzykrotnie to słowo wypowiadając, a zatem, mówi o skarbie który jest najważniejszy – nie ten ziemski, ale ten wieczny; o tym skarbie, którym są uczynki mojego serca, moich rąk, mojego życia – dobre uczynki: uczynki miłosierdzia, wspaniałomyślności, dobroczynności, posługi, to wszystko jest moim wielkim skarbem, tego mi nikt nie odbierze. Ale czy przy tym wszystkim jest moje serce? Czy może to moje serce poszło gdzieś w inną stronę, w stronę tych małych ziemskich skarbów?

Ludzkie serce ciągle tęskni, tęskni za wielkim skarbem, owszem, skupia się czasami na tych małych skarbach, ale ono ciągle będzie tęskniło za tym największym skarbem, za tym największym dobrem człowieka. A największe dobro, największy skarb człowieka, to zjednoczenie w Bogu, zjednoczenie z Jezusem Chrystusem. I wyrazem tego wielkiego pragnienia mojego serca jest nasza obecność tutaj. Słuchając słowa Bożego, gromadzimy sobie skarb w niebie, bo nasze serca chcemy ofiarować Chrystusowi. On jest największym moim skarbem, dlatego jestem tutaj i słucham Jego słowa, uczestniczę w Jego Eucharystii.

I powiedz mi, kochany, co jest dla ciebie skarbem? I powiedz mi gdzie jest twoje serce? Nosisz krzyżyk, medalik na sercu, a skar­bem twoim jest Bóg? I czy nosisz Go w swoim sercu? Czy zgu­biłeś wiarę jak drachmę? Tak nam potrzeba mądrości, abyśmy po­trafili szukać skarbu-Boga. Chcemy dziś za siebie i innych powta­rzać modlitwę Salomona:

„O Panie, Boże mój,
Tyś ustanowił mnie królem…
a ja jestem młody i brak mi doświadczenia…
Racz więc dać mi serce pełne rozsądku…
do rozróżniania dobra i zła…
I dał mu Pan serce mądre i rozsądne” (1 Krl 3, 7, 9, 12).

Słowo Boże, Eucharystia - te nasze największe skarby - przemieniają nasze życie, nasze serca, kierują nasze serca ku skarbom nieprzemijającym, bo “słowo Pana trwa na wieki”, bo Eucharystia daje życie wieczne. Zechciejmy dzisiaj Bogu powiedzieć, że pomimo tego, iż moje serce czasami odbiega od Boga, zapomina o Nim, ale jednak chcę przy Nim trwać, chcę mieć życie wieczne – daje mi je Jezus Chrystus. I niech się tak dzieje na zawsze!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 17 tygodnia Okresu Zwykłego

Patron dnia: Święci Anna i Joachim, rodzice Najświętszej Maryi Panny

                         
                         Syr 44, 1. 10-15

joachim-i-annaWychwalajmy mężów sławnych i ojców naszych według następstwa ich pochodzenia. Ci są mężowie pobożni, których cnoty nie zostały zapomniane, pozostały one z ich potomstwem, dobrym dziedzictwem są ich następcy. Potomstwo to trzyma się Przymierza, a przez nich – ich dzieci. Potomstwo ich trwa na zawsze, a chwała ich nie będzie wymazana. Ciała ich w pokoju pogrzebano, a imię ich żyje w pokoleniach. Narody opowiadają ich mądrość, a zgromadzenie głosi chwałę. 

 

Mt 13, 16-17

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Bo zaprawdę, powiadam wam: Wielu proroków i sprawiedliwych pragnęło ujrzeć to, na co wy patrzycie, a nie ujrzeli; i usłyszeć to, co wy słyszycie, a nie usłyszeli».

Refleksja nad Słowem Bożym

Maryja - piękny owoc wychowania

Dzisiaj oddajemy cześć rodzicom Najświętszej Marii Panny – Joachimowi i Annie. I oto Księga Syracydesa poddaje nam myśl wychwalania; wychwalania mężów, jak mówi nam Syracydes, sławnych i ojców naszych według ich pochodzenia. Ci mężowie pobożni, których cnoty nie zostały zapomniane, pozostały one z ich potomstwem, których dziedzictwem są ich następcy. I chociaż Pismo św. nie mówi nam i nie podaje żadnych szczegółów na temat rodziców Najświętszej Maryi Panny, to jednak wiele możemy dowiedzieć się o nich, patrząc na życie ich dziecka, na życie właśnie Tej, przed Którą kiedyś stanął wysłaniec Boga i powiedział, że to Ona ma być Matką Zbawiciela, a Ona była gotowa odpowiedzieć Bogu: “Tak, niech mi się stanie według słowa Twego”.

Czy byłaby w stanie młoda Miriam, odpowiedzieć Bogu "tak", gdyby Jej rodzice nie nauczyli Jej wielkiej miłości do Boga, i gdyby Jej rodzice nie nauczyli Jej wsłuchiwania się w Boże słowo, i bycia odpowiedzialną za to słowo, i dawania odpowiedzi swoim życiem na Boże słowo? Czyż młoda Miriam byłaby w stanie powiedzieć Bogu “tak, jestem gotowa, jestem do Twojej dyspozycji”, gdyby Jej właśnie rodzice, Joachim i Anna, którzy, jak powie nam tradycja, w starości dopiero doczekali się właśnie potomstwa? Ileż musiało być tam zapewne modlitwy Joachima i Anny, aby mogli doczekać się właśnie upragnionego dziecka? Bo przecież wiemy doskonale, że brak potomstwa w tych czasach i w tamtym środowisku, był uważany za karę Bożą. Ileż musiała wylać łez Anna, aby w oczach ludzkich nie być pohańbioną? Ileż musiało tam być wiary i zaufania do Pana Boga, ileż później dziękczynienia Bogu, zaniesionego właśnie przez Nią, że w oczach ludzkich już nie była uważana za tą, która została przez Boga w tak mocny sposób ukarana?

Anna i Joachim, rodzice Najświętszej Maryi Panny, na pewno wypełniali doskonale słowa Księgi Przysłów, która mówiła i nakazywała uczenie i przekazywanie młodemu pokoleniu właśnie słów Bożego Przymierza. Musieli rodzice Najświętszej Maryi Panny włożyć wiele wysiłku w wychowanie swojej młodej córki. Owszem, możemy uważać, że przecież oni byli święci, a z Maryją-Córką nie mieli przecież żadnych kłopotów w wychowaniu, bo przecież miała być Matką Syna Bożego. Ale nie zapominajmy, że owa Miriam była przecież młodą dorastającą dziewczyną, która planowała, jak każda dziewczyna, założenie rodziny. I właśnie przed taką młodą dziewczyną stanął wysłaniec Boga i powiedział: Ty jesteś ową wybranką - a wcześniej przecież Jej rodzice o tym nie wiedzieli. Te piękne postawy rodzicielskie, wychowawcze Anny i Joachima zasługują na pochwałę: Wychwalajmy mężów sławnych i ojców naszych według następstwa ich pochodzenia. Ci są mężowie pobożni, których cnoty nie zostały zapomniane, pozostały one z ich potomstwem, dobrym dziedzictwem są ich następcy.

To wszystko rzutuje bardzo mocno i ukazuje nam obraz pięknej i godnej pochwały rodziny, jaki stworzyli Joachim i Anna, oraz ich córka, Miriam; rodziny, która przede wszystkim powiedzielibyśmy "Bogiem była silna”, która trzymała się Przymierza Bożego, która sprawy Boże traktowała w sposób poważny, która nie lekceważyła Bożego Prawa i Bożego słowa, ale która to Boże słowo wprowadzała w czyn, wprowadzała w życie. Ta sama rodzina borykała się z problemami, jak każda inna rodzina żyjąca obok niej; nie byli tych problemów pozbawieni, ale mieli jeden klucz, według którego wszystkie problemy rozwiązywali: słuchanie Bożego słowa i odpowiedź na to Boże słowo, to było zaufanie Panu Bogu do końca przez tą rodzinę – do końca – nie pokładanie nadziei w człowieku, który zawieść może, ale pokładanie nadziei w samym Bogu.

My często również szukamy rozwiązań na współczesne problemy, ale szukamy rozwiązań nie u Pana Boga, lecz szukamy często rozwiązań u wielkich tego świata, którzy – nie ważne, że nas już tyle razy oszukali – są dla nas nadal idolami. I my wciąż wierzymy wielkim tego świata, ale nie wierzymy Temu, który nigdy nie oszukał człowieka. Dla nas bliższe są poglądy współczesnych mędrców, niż nauka Chrystusa. I chociaż widzimy, jakie są efekty współczesnych mędrców, ale jednak słuchamy ich, a nie bierzemy pod uwagę tego właśnie, czego uczy nas Pan Bóg. I w tym kontekście trzeba mieć na uwadze słowa z dzisiejszej Ewangelii: Szczęśliwe oczy wasze, że widzą, i uszy wasze, że słyszą. Z przykrością trzeba stwierdzić, że wielu wspólczesnych rodziców patrzy a nie widzi, i słyszy a nie słucha...

I dzisiaj, kiedy oddajemy cześć Joachimowi i Annie, kiedy patrzymy na owoc ich wychowania i miłości, jakim jest Miriam, potrzeba nam zastanowić się, jakie będą owoce naszego wychowania. Kiedy tak patrzymy na współczesne modele wychowania, to zauważamy, jak wiele jest tam tolerowania zła u dzieci i młodzieży, jak mało pokazywania wspaniałych wzorców, a budowania osobowości na idolach, gwiazdach filmowych itp., jakże często preferujemy tzw. wychowanie bezstresowe, a potem zbieramy owoce takiego stylu wychowania. Dlaczego dziś tak wielu rodziców płacze na swoje dzieci? To skutek właśnie owego bezstresowego wychowania. I widzimy, jaka musiała być rodzina Joachima i Anny, którzy wychowali młodą Miriam, która była gotowa powiedzieć Panu Bogu bez wahania "tak, niech mi się stanie". Możemy w pełni tego słowa znaczeniu powiedzieć, że Maryja była pięknym owocem wychowania. Wszak przede wszystkim rodzice ponoszą  konsekwencje swojego wychowania.

Prośmy dzisiaj o tę mądrość w wychowaniu młodego pokolenia; prośmy właśnie rodziców, Joachima i Annę, o to, abyśmy potrafili słuchać największego Nauczyciela i być Temu największemu Nauczycielowi posłuszni, a Tym Nauczycielem jest przecież nie kto inny, tylko sam Bóg. Często narzekamy, że młodzież jest zła – to jest najprostsze powiedzieć, że młodzież jest zła; nie jest młodzież zła i to musimy sobie uświadomić, ale młodzież ma niestety złych wychowawców. I często tymi złymi wychowawcami dzisiaj są w pierwszym rzędzie niestety rodzice. I to trzeba sobie powiedzieć i prosić Pana o mądrość w wychowaniu młodego pokolenia, a na pewno Pan da siłę tym, którzy z wiarą prosić Go o to będą. Niech się tak stanie!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Sobota, 16 tygodnia Okresu Zwykłego

Patron dnia: Święta Brygida Szwedzka, patronka Europy

J 15, 1-8

Co znaczy trwać w Chrystusie i przynosić owoc obfity?

 

winny-krzewJezus powiedział do swoich uczniów: «Ja jestem prawdziwym krzewem winnym, a Ojciec mój jest tym, który uprawia. Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, odcina, a każdą, która przynosi owoc, oczyszcza, aby przynosiła owoc obfitszy. Wy już jesteście czyści dzięki słowu, które wypowiedziałem do was. Trwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was. Podobnie jak latorośl nie może przynosić owocu sama z siebie, jeżeli nie trwa w winnym krzewie, tak samo i wy, jeżeli we Mnie trwać nie będziecie. Ja jestem krzewem winnym, wy latoroślami. Kto trwa we Mnie, a Ja w nim, ten przynosi owoc obfity, ponieważ beze Mnie nic nie możecie uczynić. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. I zbiera się ją, i wrzuca do ognia, i płonie. Jeżeli we Mnie trwać będziecie, a słowa moje w was, poproście, o cokolwiek chcecie, a to wam się spełni. Ojciec mój przez to dozna chwały, że owoc obfity przyniesiecie i staniecie się moimi uczniami».

Refleksja nad Słowem Bożym

Piękny obraz dzisiaj Jezus roztacza przed nami w przed chwilą usłyszanej Ewangelii. Wyobraźmy sobie duże, piękne kosze, w których znajdują się winne grona. Niektóre kosze są puste, zostały skonstruowane po to, aby przyjąć owoc, ale niestety nie znajdują się w nich owoce w chwili zbiorów. Inne kosze mają piękne winne grona, ale one są większe, niż ilość owoców, a więc znów nie spełniły swojej roli, swojego zadania – nie przyjęły tylu owoców, dla ilu zostały przeznaczone. Są jeszcze inne kosze, w których owoców jest dużo, ale właściciel winnicy patrzy na nie i również nie jest zadowolony. I wreszcie zobaczył jeden czy drugi kosz, który jest przepełniony, z którego owoce niemal się wysypują, wyraźnie się uśmiechnął – to są te kosze, które przyniosły owoc obfity.

Jezus Chrystus opowiedział tę historię na kilka godzin przed swoją męczeńską śmiercią, przed ukrzyżowaniem; opowiedział ją tylko tym, którzy w Niego uwierzyli; opowiedział ją już po fakcie odłączenia się Judasza, gdy przechodzili przez winnicę, zbliżając się w kierunku Góry Oliwnej, w kierunku Ogrodu Getsemanii. Judasz opuścił wspólnotę, a więc nie są to słowa kierowane do wszystkich, są to słowa kierowane tylko do tych, którzy w Niego uwierzyli.

Jezus mówi: “Każdą latorośl, która nie przynosi owocu, mój Ojciec odcina” – odcina, to znaczy, że słowo Boże jest tym pierwszym przycinaniem naszego pójścia za Jezusem Chrystusem; zostaliśmy ochrzczeni, jesteśmy w Kościele, ale przychodzi moment, kiedy zaczynamy bardzo świadomie decydować się na wybór drogi życiowej: czy pójdziemy za Jezusem Chrystusem, czy Go odrzucimy. I to pierwsze przycięcie winnicy, to jest właśnie słowo Boże. Mówi Jezus, że odcina Gospodarz te latorośle, które owocu nie przynoszą. Możemy powiedzieć, że w nas Jezus odcina to, co nie jest z Boga. Są to bardzo często trudne doświadczenia naszego życia, próby, abyśmy mogli przynosić owoc.

Jezus dzisiaj mówi o trwaniu; nie wystarczy być w Chrystusie – my wszyscy jesteśmy w Chrystusie przez chrzest, my wszyscy jesteśmy w Chrystusie przez to, że jesteśmy w Kościele, a Jezus mówi o trwaniu. Trwanie, to jest nasza wiara, która owocuje. Jezus dzisiaj chce nam powiedzieć, że mamy przynieść owoc obfity, bo zostaliśmy do tego stworzeni. Nie wystarczy takie tanie, komercyjne chrześcijaństwo, a mianowicie: ja daję coś Bogu i oczekuję od Pana Boga spełnienia moich próśb; odmawiasz modlitwę tak, jakbyś wrzucał pieniążek do automatu, i czekasz na odpowiedź. Bóg błogosławi tylko temu człowiekowi, który Mu odda chwałę przez całkowicie oddane Mu życie.

Jezus dzisiaj mówi, że nie wystarczy dać wiele, ale trzeba dać wszystko; nie wystarczy tylko nie grzeszyć – trzeba być człowiekiem, który owocuje. I jest to drugie odcięcie tych właśnie latorośli, które nie przynoszą owocu – tym odcięciem była Jego męka i śmierć; wiemy, że wielu Apostołów rozproszyło się, uciekło. I w naszym życiu są takie sytuacje, które się wydają ponad nasze siły – Jezus mówi: “Ja jestem prawdziwym krzewem winnym”, właśnie On jest Tym, który jest pielęgnowany przez swojego Ojca. Ojciec nieustannie odcina w życiu Jezusa to, co mogłoby Go odwieść od pełnienia Jego misji, i to odcinanie jest bardzo bolesne. Gdyby tak spojrzeć na życie Jezusa, można by powiedzieć: Czy naprawdę Bóg Go kocha? Czy naprawdę Ojciec w niebie się o Niego troszczy, skoro dał Mu taką historię: tyle prześladowań, tyle agresji ze strony innych, skoro prowadził Go ku męczeńskiej śmierci?

“Ja jestem prawdziwym krzewem winnym”. Izrael był winnicą Pana, ale był niewierny, dlatego wydał cierpkie jagody. Winnica Pana należy odtąd do Jezusa Chrystusa. Jezus mówi, że mamy trwać w Nim, to znaczy: przebywać w Jego słowie. Kiedy w Nim trwamy, On nam daje swoje życie, On nam daje tę zdolność do miłowania braci, bo ta dzisiejsza Ewangelia kończy się przykazaniem miłości: “To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” – to jest to owocowanie: kiedy trwamy w Jezusie, daje On nam właśnie tę nadprzyrodzoną miłość, a kiedy tracimy z Nim łączność, przynosimy owoce ciała.

Nie stawiajmy łasce Bożej żadnych granic, żadnych ograniczeń, bo nie możemy naszym intelektem ograniczyć Pana Boga; On chce być nie tylko na pierwszym miejscu w naszym sercu, w naszej wspólnocie, w naszych rodzinach, On chce być również na pierwszym miejscu w naszym Narodzie, i On chce być głoszony na całym świecie. Prośmy dzisiaj, by nasze wszelkie ciasne myślenie, jakieś lęki i fobie, i brak miłości bliźniego nie zahamowały działania łaski Bożej, abyśmy mogli głosić Jezusa Chrystusa aż po krańce ziemi, abyśmy mogli przynosić obfite owoce. Niech się tak stanie.

 
Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Patron dnia - Święta Maria Magdalena

Piątek, 16 tygodnia Okresu Zwykłego

J 20, 1. 11-18

sw.maria.magdalenaPierwszego dnia po szabacie, wczesnym rankiem, gdy jeszcze było ciemno, Maria Magdalena udała się do grobu i zobaczyła kamień od niego odsunięty. Maria stała przed grobem, płacząc. A kiedy tak płakała, nachyliła się do grobu i ujrzała dwóch aniołów w bieli, siedzących tam, gdzie leżało ciało Jezusa: jednego w miejscu głowy, a drugiego w miejscu nóg. I rzekli do niej: «Niewiasto, czemu płaczesz?» Odpowiedziała im: «Zabrano Pana mego i nie wiem, gdzie Go położono». Gdy to powiedziała, odwróciła się i ujrzała stojącego Jezusa, ale nie wiedziała, że to Jezus. Rzekł do niej Jezus: «Niewiasto, czemu płaczesz? Kogo szukasz?» Ona zaś, sądząc, że to jest ogrodnik, powiedziała do Niego: «Panie, jeśli ty Go przeniosłeś, powiedz mi, gdzie Go położyłeś, a ja Go wezmę». Jezus rzekł do niej: «Mario!» A ona, obróciwszy się, powiedziała do Niego po hebrajsku: «Rabbuni», to znaczy: Nauczycielu! Rzekł do niej Jezus: «Nie zatrzymuj Mnie, jeszcze bowiem nie wstąpiłem do Ojca. Natomiast udaj się do moich braci i powiedz im: „Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego”». Poszła Maria Magdalena, oznajmiając uczniom: «Widziałam Pana i to mi powiedział».

Refleksja nad Słowem Bożym

“Ciebie, mój Boże, pragnie moja dusza”.

Refren Psalmu z dzisiejszej liturgii słowa, chyba bardzo dobrze charakteryzuje postać Patronki dnia dzisiejszego, św. Marii Magdaleny. Maria Magdalena całym swoim życiem, całym swoim sercem umiłowała Jezusa Chrystusa. Bóg był dla niej największą tęsknotą i w Jezusie Tego Boga spotkała.

Maria, zwana Magdaleną, pochodziła z miasteczka położonego na brzegu jeziora Galilejskiego, Magdalii, bo imię Magdalena wywodzi się właśnie od tego miasteczka. Imię Magdalena oznacza kobietę pochodzącą z Magdalii. Ewangelista, Łukasz, wymienia Marię Magdalenę w grupie kobiet, które poszły za Jezusem, które usługiwały Jezusowi z tego, co miały, Jezusowi i Apostołom. A Ewangelista Mateusz zaznacza dalej, że te niewiasty, a przede wszystkim Maria Magdalena, zostały uleczone od złych duchów. Ewangelista Mateusz zaznacza, że Jezus z Marii Magdaleny wyrzucił aż siedem złych duchów.

Maria Magdalena, ciężko doświadczona przez los, przez swoje opętanie, przez złe duchy, naznaczona być może chorobą, była odrzucona przez ludzi. Ale ta Maria Magdalena szukała ocalenia, tego ocalenia, które dał jej Jezus, bo spotkała Jezusa i On ją uwolnił od złych duchów. I chociaż nie wiemy, jak wyglądało to spotkanie Jezusa z Marią Magdaleną, bo nam tego Ewangeliści nie opisują, to jednak wiemy, że to pierwsze spotkanie przerodziło się dla Marii Magdaleny w jedno wielkie spotkanie z Jezusem, w jedno wielkie spotkanie z miłością Boga, która się objawiła nie w kim innym, ale w Jezusie Chrystusie. To Maria Magdalena tego doświadczenia miłości doznała.

To doświadczenie miłości, to pierwsze spotkanie z Jezusem poprowadziło ją aż po krzyż Jezusowy. Bo Maria Magdalena, jak i Matka Jezusa i umiłowany uczeń Jan razem stają u stóp krzyża, na którym jest ukrzyżowany Jezus Chrystus. Dalej, Maria Magdalena jest świadkiem pogrzebu Jezusa, jest zainteresowana i dogląda, gdzie ciało Jezusa jest złożone, czy wszystko jest tak, jak być powinno. To Maria Magdalena przygotowuje wonności, aby później po szabacie obłożyć nimi ciało Jezusa. Ale, kiedy przychodzi do grobu, zastaje grób pusty – nie ma ciała Jezusa; zrozpaczona, bo nawet po śmierci nie może zobaczyć ciała Jezusa – rozpacza nad grobem, w którym został złożony Jezus Chrystus.

To ona pierwsza, dzięki tej miłości, która kazała jej przyjść Jezusa, staje się pierwszym świadkiem Jezusowego zmartwychwstania. To ona pierwsza poznaje Jezusa, który do niej przyszedł i zwrócił się do niej po imieniu: Mario, a ona mówi Rabbuni. W Jezusie zmartwychwstałym poznała Tego samego Jezusa, którego spotkała w swoim życiu, który z niej wyrzucił złe duchy, który ją uzdrowił. Pusty grób już nie był miejscem, nad którym trzeba rozpaczać, ale pusty grób stał się miejscem zwiastowania wielkiej nowiny, wielkiej radości – radości wielkanocnego poranka, bo Jezus, choć umarł, ale jest żywy.

Św. Paweł, Apostoł, w dzisiejszym czytaniu, zaczerpniętym z Drugiego Listu do Koryntian, tak pisze: “Tak więc i my odtąd już nikogo nie znamy według ciała, a jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób”. Jezus Chrystus odszedł do Ojca, odszedł do nieba, za Nim podążyła Maria Magdalena. Bo chociaż nie znamy historii życia Marii Magdaleny po tym spotkani z Jezusem zmartwychwstałym, to jesteśmy przekonani i Kościół nam podaje, że Maria Magdalena jest dla nas wzorem, gdyż osiągnęła życie wieczne.

“Ciebie, mój Boże, pragnie moja dusza”. Cale życie Marii Magdaleny było wypełnione tym pragnieniem, tą tęsknotą bycia z Bogiem, bycia blisko Boga – w niej spełniło, aż po pełnię życia w królestwie niebieskim.

Czego uczy nas ta piękna historia życia Marii Magdaleny nas, dzisiaj? A może nas nauczyć tego samego, czego Maria doświadczyła w swoim życiu codziennym; może nas nauczyć tego spotkania z Jezusem, że jeżeli owo spotkanie z Jezusem jest prawdziwe, autentyczne, jest przeżywaniem wielkiej miłości, tej miłości, którą raz spotkawszy, przedłuża się i przeżywa w całym życiu człowieka, tak jak to było w życiu Marii Magdaleny – spotkawszy Jezusa, poszła za Nim, aż po krzyż, aż po zmartwychwstanie. I to spotkanie Jezusowej miłości, jeżeli jej doświadczamy, a zwłaszcza podczas liturgii Eucharystycznej, to owo spotkanie i ową miłość wyniesiemy do swojego codziennego życia.

Patronka dzisiejszego dnia, Maria Magdalena, pokazuje, jaka powinna być ta miłość: ma to być miłość dzielenia się z drugimi tym, co mamy, tym, co przeżywamy, tym, co sprawia, że Boga pragniemy mieć w swoim sercu. To, że dusza nasza pragnie Boga, tak, jak Maria Magdalena pragnęła, tego jesteśmy przekonani, bo ta miłość, to pragnienie nas prowadzi do Eucharystii. Ale, z tym pragnieniem, powinniśmy jeszcze bardziej wyjść do naszego codziennego życia. Nasze życie może stać wielką i piękną przygodą spotkania z Bogiem miłującym; przygodą, w której może nie zabraknie trudności, lęków, niepokojów, ale przygodą, która ma sens, która daje nam satysfakcję. Maria Magdalena uczy nas przyjęcia Ewangelii, życia nią i głoszenia jej innym, drugiemu człowiekowi. Życzmy sobie, by ta wielka miłość w nas była, żebyśmy w duchu tej wielkiej miłości przeżywali całe swoje życie tak, jak to czyniła Maria Magdalena. Niech się tak stanie!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

jezus-modlitwaW środku upalnych wakacji, w pracowitej porze żniw czyta nam Kościół św. Ewangelię, w której Chrystus Pan uczy nas mo­dlitwy. Dobrze jest, gdy człowiek pośród wielkiego utrudzenia, a także w chwili odpoczynku, potrafi zatrzymać się na chwilę i powiedzieć Bogu: Ojcze. Dobrze, gdy zabiegany człowiek znaj­dzie choć chwilę czasu, by przekonać się o mocy słów Chrystu­sa przypomnianych nam dzisiaj w Ewangelii: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam" (Łk 11, 9). I niemądry jest człowiek, który zrażony kołataniem do często zamkniętych drzwi ludzkich, nie chce pukać do Boga. Kościół jak dobra matka, która wie, czego dzieciom potrzeba, wytrwale przypomina nam konieczność modlitwy i wytrwale nas modlitwy uczy. Kościół czyni wobec nas to, co czynił Chrystus; albo jeszcze dokładniej mówiąc: to Chrystus żyjący w swoim Kościele nieustannie mówi nam to, co mówił o potrzebie modli­twy apostołom i swoim uczniom. Mówi nam przede wszystkim swoim przykładem, bo sam przecież modlił się do Ojca. Mówi nam również całym sobą, swoim posłannictwem, bo to właśnie przez Chrystusa otrzymaliśmy Ducha przybrania za synów, w którym wołamy: Abba, Ojcze.

Jest więc modlitwa wołaniem. I to wołaniem przez Chrystu­sa, z Chrystusem i w Chrystusie. Tego właśnie wołania uczy nas Chrystus w swoim Kościele. Wołania serca, myśli i czynów; wo­łania pragnień, radości i smutków. Dobrze jest zatem, jeżeli czło­wiek woła do Ojca przez Chrystusa. Dobrze, jeżeli o tym woła­niu nie zapomni, bo gdyby człowiek umilkł – kamienie wołać będą.

Skoro nas dziś zgromadziła miłość Chrystusa, mamy pewność, że naszym wspólnym, społecznym wołaniem możemy wiele u Oj­ca wyprosić. Prosi za nami Chrystus mocą swego krzyża i zmartwychwstania, mocą ofiary, którą składa wraz z nami. Kiedy więc dziś we mszy św. usłyszysz słowa: „przez Chrystusa, z Chry­stusem i w Chrystusie" - pomyśl, jaką wielką ma moc modli­twa i ofiara Bożego Syna, który stał się człowiekiem dla na­szego zbawienia; pomyśl, jak też wielka może być wymowa i si­ła modlitwy człowieka zjednoczonego z Chrystusem.

Jak to dobrze, że właśnie w tej chwili dzięki modlitwie mo­żemy być razem, i że możemy w tę ofiarę mszy św. włączyć tyle ludzkiego cierpie­nia podejmowanego przez człowieka — w Imię Chrystusa. Dzięki wołaniu modlitwy jesteśmy w Chrystusie jedno. Takiej jedności Chrystusowej się uczymy, takiej pragniemy, bo chce jej Chry­stus, który modli się i prosi Ojca, aby byli jedno. Mo­dlitwa i krzyż stały się przez wieki dla nas pokarmem. U ko­rzeni naszych jest krzyż z przybitym doń Chrystusem. Wzrasta­jąc wraz z krzyżem stajemy się Chrystusowi, a karmiąc się mo­dlitwą, jak chlebem, lepiej rozumiemy, że w Chrystusie Bóg przywraca nas do życia godnego, że w Nim „darował nam wszy­stkie występki i skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami, usunął go z drogi, przygwoździwszy do krzyża" - jak przypomniał nam dziś apostoł Paweł.

Czy zdoła więc człowiek za to wszystko Bogu podziękować? Czy znajdzie odpowiednie słowo, by wyrazić wdzięczność za Chrystusa, który jest naszą sprawiedliwością? Czy może człowiek, będąc tylko stworzeniem, mówić do Tego, który zna najskrytsze myśli i widzi wszystko? Zapewne z takimi wątpliwościami i py­taniami stanął przed Bogiem i dziś w pierwszym czytaniu przed nami Abraham, który nazywany jest ojcem wiary. Z tego wzru­szającego przetargu z Bogiem o liczbę sprawiedliwych uczymy się wraz zAbrahamem, że przed Stwórcą sprawiedliwość nasza top­nieje i liczyć na nią nie bardzo można. Trzeba było dopiero przyjścia Chrystusa, by człowiek przekonał się o swojej mocy i by za św. Pawłem mógł powiedzieć: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia".

Skoro przypomniała nam dziś liturgia słowa postać Abraha­ma, dobrze będzie przypomnieć sobie, jak ten człowiek, żyjący tysiące lat przed Chrystusem, doszedł do mocnego przekonania, że kontakt z Bogiem, utracony ongiś w raju, jest dla człowieka możliwy. Śledząc jego długą drogę do ziemi obiecanej, spostrze­żemy na każdym miejscu jego pobytu ołtarz zbudowany Jedy­nemu iNajwyższemu Bogu i składaną na nim ofiarę. Jest to pierwszy ślad, że Bóg zawsze dochowuje przymierza i nigdy go nie zrywa. A potem pamiętasz z Księgi Rodzaju patriarchę Ja­kuba i jego we śnie widzianą drabinę sięgającą nieba? Aniołowie Boży wchodzili na szczyt i schodzili w dół, komunikując jakby Jakubowi, że łączność z Bogiem jest możliwa. Wiele od tej pory nauczył się człowiek, który, jak mówi poeta: „nie przestał być ojczyzną Boga" (R. Brandstaetter). Przesuwają się przed nami ludzie Starego Testamentu, którzy dopiero wyczuwali Bożą intuicją przyjście Tego, który miał przyjść. Ludzie wielkiej tęsknoty za Bogiem, ludzie ofiary i modlitwy, ludzie wielkich zmagań ze so­bą i przeciwnościami. Staną dziś z nami przy ołtarzu, na którym Chrystus – przez nich wyczekiwany wśród naszej modlitwy sta­nie się wszystkim. I staną wraz z nami przy ołtarzu na tej Eu­charystii ludzie Nowego Testamentu, którzy – wpatrując się w Chrystusa iJego sprawiedliwość – sami zapragnęli być dosko­nałymi. Połączą znami swoją modlitwę i wyznawać będą zna­mi to, co dziś śpiewaliśmy w Psalmie: „Wysłuchałeś mnie, kiedy Cię wzywałem, pomnożyłeś moc mojej duszy" (Ps 138, 3).

Przyjdą też ze swoją modlitwą ludzie zupełnie prości i uwa­żający siebie za małych, by na ołtarzu złożyć swoją pracę, modli­twę i niemal intuicyjne przekonanie, że Boga można osiągnąć, tylko trzeba się z Nim liczyć. Może w tej wielkiej liczbie staną i ci, przed którymi dziś szczególnie chylimy czoła: to żniwiarze. Ile w nich musi być Ewangelii, skoro sam Chrystus mówił o żniwach. Nie zapomnę tych sprzed lat, którzy biorąc do ręki ko­sę i idąc w pole, pamiętali zawsze o modlitwie, wiedząc, skąd płynie siła. Nie zapomnę tych spracowanych ludzi, którzy z sza­cunkiem i skupieniem brali do ust chleb, kęs po kęsie, tak, że człowiek się zastanawiał, czy to jest jeszcze spożywanie chleba, czy już modlitwa. I nie wiem, czy to był jeszcze kawałek Polski, czy już ziemia przesiąknięta Ewangelią. To są ci sprawiedliwi, któ­rych liczbę zna jedynie Bóg. Niech nam ich nie zbraknie. Niech dzięki nim będzie ocalone wszystko, co Polskę stanowi. Polskę silną Bogiem, potężną modlitwą, która bierze swój początek w Chrystusie i rośnie wraz z krzyżem. To jest nasze prawdziwe odrodzenie.

Tak bardzo nam potrzeba wielkiej, sturmującej niebo modlitwy – modlitwy za nas, za naszą Ojczyznę; modlitwy szczerej i pokornej.

Za tydzień rozpoczniemy miesiąc sierpień, który tyle razy zapisał się w szczególny sposób w dziejach naszego narodu. Warto uświadomić sobie rolę modlitwy w tych wielkich wydarzeniach i doświadczeniach, jakimi była wojna roku 1920 i sierpniowy „cud nad Wisłą", Powstanie Warszawskie rozpoczęte w sierpniu roku 1944, Umowy Społeczne kończące Sierpień roku 1980. Jak gorąco Polacy się wtedy modlili! W tych trudnych i przełomowych chwilach czerpali z modlitwy moc przetrwania.

Tyle lat minęło od tamtego dnia, gdy w Warszawie zostało dane największe świadectwo naszego dążenia do wolności. Kolejne polskie powstanie - ciągle żywe w pamięci. Stanowiące przedmiot refleksji i dyskusji o sprawach Narodu - Powstanie Warszawskie. Coraz wyraźniej jawi się ono jako wielka epopea, o której powiedziano już tak wiele, tak pięknie i tak uczenie, że trudno coś dodać nowego. Ale sens dziejowy Powstania Warszawskiego jest jeszcze nie do końca jasny i od nas zależy także ostateczny werdykt historii.

Dzisiaj przede wszystkim pamiętamy o tych, co zginęli i tych co przetrwali. Pamiętamy o ofierze z krwi złożonej po to, by kraj ocalał, gdy z wszystkich stron wróg nam zagrażał. Gdy zabrakło nadziei na sojuszniczą pomoc, gdy przewidywano dramat przyszłości - stolica Polski złożyła ofiarę całopalenia, by z popiołów zdeptanych wrogą stopą, z krwi i łez ofiar niewinnych, z największej tragedii tego wieku, mógł Naród czerpać siły do życia, do przetrwania.

Dziś, kiedy Polska przeżywa ciężkie chwile, nie wolno nam tych wartości zaprzepaścić. Przypomina nam się tutaj ufna modlitwa Abrahama o 10 sprawiedliwych dla ocalenia miasta. Dziś, po latach coraz wyraźniej dostrzegamy, że Powstanie, nie było klęską, bo obroniło i zachowało wartości, pozwalające przetrwać Narodowi.

„a gdy kraj ocalę, (pisze Juliusz Słowacki - w Kordianie).
nie zasiądę na tronie,
przy tronie, pod tronem,
ja się w chwili ofiarnej jak kadzidło
spalę".

My ocaloną dla nas Polskę mamy przekazać dalszym pokoleniom. To nas obliguje, byśmy ofiary krwi bratniej nie sponiewierali. Jesteśmy dziedzicami ich legatu i powołani do wykuwania z niego drogi do wolności. W tych zmaganiach potrzebna nam jest modlitwa o ocalenie Narodu.

Postawiono nam kiedyś pytanie: czy w czasach trudnych i wśród wydarzeń tragicznych, jakie przeżywaliśmy przed kilku laty i przecież wciąż przeżywa­my - rzeczywiście modliliśmy się autentyczną modlitwą - tak jak modli się rodzina, gdy w jej domu jest ciężko chore dziecko? Czy w tej naszej modlitwie rodziny polskiej, nie było jakiejś dumy, satysfakcji, wyższości?

A modlitwa tak bardzo chce być pokorną, prawdziwą. Człowiek tak bardzo przecież chce się modlić za chore dzieci - nawet jeżeli te dzieci są straszne i okrutne w swojej chorobie. On chce się modlić za chore dzieci swojego domu - za chore dzieci Narodu polskiego - naszej Ojczyzny!

Jako Naród stajemy wciąż wobec nowych doświadczeń. Czerpiąc naukę z postawy naszych i przodków, stańmy i dziś do modlitwy - jako naród.

Chrystus w dzisiejszej Ewangelii uczy, że kto szuka, ten znajduje; kto prosi, ten otrzymuje.

Każdy z nas doświadczył już w swoim życiu prawdy tych słów Chrystusa. Każdy mógłby wskazać momenty, w których otrzymał to, o co Boga zgodnie z Jego wolą prosił. I mógłby powtórzyć za psalmistą: „Pan mnie wysłuchał, kiedy Go wzywałem”. Amen!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

modlitwaCo to znaczy modlić się? Czym jest modlitwa? Jedna z odpowiedzi na to pytanie brzmi: modlitwa to jest spotkanie człowieka z Bogiem. Co to znaczy „spotkać się”? Jeszcze nie mówimy: z Bogiem, najpierw człowiekiem. Można zobaczyć się z rozmaitymi ludźmi, choćby w dzień imienin, urodzin, świąt. Można z nimi rozmawiać o pogodzie, o polityce, tym co w kraju, co za granicą, co ostatnio w gazetach, co w radiu, co w telewizji, co w teatrach, co się wydarzyło u ciebie, u twoich rozmówców? Ale ty wiesz dobrze, że to nie o to chodzi. Bo naprawdę – zawsze czekasz na kogoś.

I przejdzie takie przyjęcie bezowocnie, jedno, drugie, dziesiąte – "a dobre jedzenie, owszem, dowiedziałem się tego albo tamtego” – i nic, pustka. Aż nareszcie doczekasz się Tego jednego kogo już znasz, albo kogo jeszcze nie znasz, ale za kim podświadomie, a może całkiem świadomie tęskniłeś. Tego, kto ciebie odnajdzie po pierwszych dwóch zdaniach, po pierwszym spoj­rzeniu. Mądry, serdeczny, ciepły – człowiek. Przed którym wreszcie możesz się otworzyć, wyżalić się, bo cię zrozumie, wysłucha, poradzi. Z którym potem rozstać się trudno – kogo możesz nazwać przyjacielem.

Dopiero takie spotkanie może ci przybliżyć zrozumienie, czym powinna być modlitwa. Bo to wszystko inne, co nazywasz modlitwą, przypomina bardzo często ot, gadanie u cioci na imieninach o tym, o tamtym, o wszystkim i o niczym. Odklepanie pacierza: jakiś tam znak krzyża świętego na początku i na końcu, wewnątrz „Ojcze nasz”. „Zdrowaś Mario” i to wszystko, czego nas rodzice uczyli. Nawet nie zauważysz Pana Boga, może najwyżej „przemkniesz” po Nim oczami. Ale to nie jest spotkanie z Nim.

Żeby Boga spotkać, trzeba zatęsknić. Za Nim zatęsknić. Choćby wtedy, gdy jesteś zachwycony światem, ludźmi, człowiekiem, zachodem słońca, zapachem lasu. urodą łąk. wierszem, teatrem, obrazem, muzyką, człowie­kiem. Zatęsknić za Bogiem, żeby Mu powiedzieć o tym, jak to Go spotkałeś w Jego stworzeniach.

Trzeba zatęsknić za Nim, gdy jesteś szczęśliwy, gdy wszystko ci się dobrze układa, i w domu, i w pracy, gdy jesteś na fali tworzenia, działania, gdy ludzie cię chwalą i ty masz poczucie dobrze spełnianego obowiązku. Zatęsknić za Nim, który jest Sprawcą wszystkiego tego, co się w twoim życiu dzieje. Żeby Mu dziękować.

Trzeba zatęsknić również wtedy, gdy jesteś bezradny, gdy nie wiesz, co dalej, gdy ani ty. ani nikt nie jest ci wstanie doradzić, jak należy postąpić, jaki kolejny ruch powinieneś wykonać – on jest Mądrością.

Ty, sto razy upadający i sto razy usiłujący stanąć na nogach – za Nim, który jest Siłą.

Ty, skołatany kłopotami własnymi, kłopotami innych ludzi, które ci bezceremonialnie wrzucają na plecy – za Nim, który jest Wytrwałością.

Ty, który nie wiesz, jak uratować siebie albo innych przed śmiercią, nie wiesz jak wyjść z choroby, w której tkwisz (ty, albo twoi bliscy) – za Nim, który jest Wszechmocny.

Ty, nie zrozumiany przez ludzi – za Nim, który jeden do końca cię rozumie.

Ty zmordowany pracą, hałasem, jazgotem ludzkim – za Nim, który jest odpocznieniem.

Bo trzeba, żebyś i z tego zdał sobie sprawę: Codzienne urazy gromadzą się w tobie. Każdy dzień – od chwili urodzenia – przynosi nowe sińce. Codziennie uderzają w ciebie bolesne ciosy. Ze strony ludzi, ze strony świata. Ze strony najbliższych i ze strony obcych. To mogą być drobiazgi. Nie to słowo, nie ten uśmiech, nie ten gest, nie ten ruch, nie to zachowanie się, jakiego byś oczekiwał. Jakie – twoim zdaniem – ci się należy. A więc zawody, rozczarowania, krzywdy, niesprawiedliwości, nieuczciwości, które spotykają cię od najbliższych nawet, ale i od ludzi stojących z zewnątrz. Od przełożonych i od podwładnych, od takich ludzi, z którymi w ogóle kontaktów nie miałeś i nie chcesz mieć. Oszczerstwa, obmowy, niedyskrecje, chamstwa, zwyczajne potrącenia, nieuprzejmości w tramwaju, na ulicy, w sklepie, brak cierpliwości, brak uprzejmości, delikatności, brak troski tych, którzy się tobą opiekują w chorobie - to wszystko uderza w ciebie codziennie.

Do tego dołącza twoja codzienna słabość, twoja głupota, która ci coraz bardziej ciąży, niedouczenie, źle rozgrywane i przegrywane sprawy, nieumie­jętność przewidywania. Twoja naiwność i prymitywizm, z których tylko czasem zdajesz sobie sprawę. I równocześnie twoja pazerność, chciwość, wybuchy gniewu, które ciebie samego przerażają, krzywdy, które innym wyrządzasz, do których długo nie chcesz się przyznać – czasem nigdy.

To wszystko zostaje w tobie. Czasem wraca wyraźnie w snach, z których się zrywasz z krzykiem. Ale gdyby nawet i w snach nie wracało, to czujesz ten ciężar. Nie możesz sobie z nim poradzić. Szarpiesz się jak spętany, rwiesz się jak koń ciągnący zbyt wielki ładunek. Narastają w tobie kompleksy, zahamowania, wypaczenia – karłowaciejesz coraz bardziej, jesteś z dnia na dzień coraz bardziej przestraszony, uprzedzony do ludzi i do świata. Jeżeli nie potrafisz się sobie przyjrzeć to zobaczysz, że chodzą po świecie takie kaleki. Połamani, powykręcani, przetrąceni. Bywa, że uderzy w nich cios. po którym się nie pozbierają. I trzeba iść do zakładu zamkniętego.

Może już nie zapytasz: co ma wspólnego z tym wszystkim modlitwa? Modlitwa, to jest wracanie do źródła. To jest porządkowanie swojego świata całego świata, bo dopiero w Nim, który nas stworzył i który jest Stwórcą wszystkiego, możemy zobaczyć siebie samych, ludzi i świat. Dopiero w zjednoczeniu z Nim potrafisz powiedzieć: nieważne – o tym, co nieważne i: ważne – o tym, co naprawdę ważne. Wyjaśnić sobie to. czego bez Niego nie zrozumiesz. Układać na nowo prawidłową hierarchię wartości, narusza­ną przez ludzi, przez świat, przez ciebie samego.

Tylko paść musi pytanie, czy potrafisz się modlić? Czy potrafisz spotkać się z Bogiem, z Nim się zjednoczyć? Ty – taki ziemski, zmysłowy – z Nim, który jest czystym duchem. Jak sięgnąć Jego wyżyny? Jak wznieść się ponad swoją materialność, cielesność?

Kościół podaje ci rozmaite formy modlitewne, jak choćby pacierz, brewiarz, różaniec, litanie, nabożeństwa, Msza święta, Pismo święte – Stary i Nowy Testament, teksty rozważań, rozmyślań religijnych. Oprócz tego masz do dyspozycji kościoły, obrazy, rzeźby religijne, medaliki, muzykę, pieśni religijne. I tak się nimi posługuj, i tak wybieraj, żebyś spełnił swój cel: byś Go spotkał. Ale pamiętaj, nie są to twoje sposoby. Musisz się nauczyć, jak je użytkować. Musisz się z nimi oswoić, aby stały się twoimi formami wypowiedzi. Aby ci pomagały, nie były przez ciebie traktowane jak wytrych, który ci mechanicznie otworzy drogę do nieba. Tak na przykład od najmłodszych lat wdrażano cię do odmawiania "Ojcze nasz”, "Zdrowaś Mario”. "Wierzę w Boga”, "Dziesięcioro Bożych Przykazań”, które to modlitwy były na wyrost i dlatego wyrobiły w tobie przekonanie, że mają jakąś moc magiczną, że należy je odmawiać, choć właściwie nie było do końca jasne po co.

Czy z tego wynika wniosek, że należy je pominąć? Na pewno należy je na tyle przyswoić, ażeby stały się formą twojej wypowiedzi. Ale nawet gdybyś je idealnie opanował, pozostaną one jednym ze sposobów spotykania się z Bogiem, ale nie wyłącznym. Jednym ze sposobów, mających charakter twojej codziennej liturgii prywatnej, która się nazywa pacierzem. Bo naprawdę jest tak, że trzeba również własnymi nogami, bez żadnych szczudeł ani protez czy kul przemierzyć drogę do Boga i spotykać się z Nim osobiście, twarzą w twarz. Dlatego nie usprawiedliwi cię ani ci tego nie zastąpi nawet najbardziej wzniosła modlitwa, którą odmawiasz na pamięć albo czytając ją z książki.

Może spytasz: Jak ja, przyzwyczajony do podpierania się tekstami wyuczonych na pamięć modlitw albo do posługiwania się książeczką, jak ja mogę Go spotkać? Przy mojej rozbieganej wyobraźni, przy rozkołysanych uczuciach? Proś Go o to, żeby to rozbieganie twojej wyobraźni wyciszyło się. 1żeby fala uczuć opadła. Żeby napięcia zelżały. Ta prośba to już pierwsze kroki do Niego. Mów do Niego swoimi słowami. Mów do Niego choćby tak: Ty, który jesteś Pokojem, daj mi siebie. Daj mi Twoją ciszę. Daj, bym ja się stał ciszą. Bym ja się uspokoił. Bym się złączył z Tobą, który jesteś Ciszą.

Bo co ci na wstępie jest potrzebne, to uciszenie się. To pierwszy krok w Tego, który jest Ciszą, Pokojem. 

I bez tego nie zaczniesz. Naucz się uciszyć, wewnętrznie uspokoić. Naucz się stać się ciszą i pokojem. A potem odkryjesz, że On jest jeszcze i Światłem, i Przebaczeniem, i Miłością. A potem sam staniesz się światłem, przebaczeniem i miłością. Ale to potem. Najpierw stań się ciszą. Klęcz z pochyloną głową i zamkniętymi czy półzamkniętymi oczami. W kościele, w domu. – Kiedyś Jurka Popiełuszkę widziałem w czasie wakacji na parę miesięcy przed śmiercią, jak klęczał w piachu na pustej jeszcze plaży, z twarzą zwróconą ku morzu… – Stój oparty o drzewo w lesie, stój w kościele. Albo, jak wolisz, siedź w ławce kościelnej, bądź w swoim mieszkaniu. Gdy jesteś chory czy wyczerpany, możesz się modlić w pozycji leżącej. Pięć minut, dziesięć. Aż się uciszysz, aż się uspokoisz – aż zobaczysz w swojej ciemności światło, choćby na początku jak jeden daleki, jasny punkt. Aż rozjaśniejesz, aż rozgorzejesz, aż się odprężysz. Rozjaśnisz się jak twarz Jezusa na górze Przemienienia.

I co dalej? – spytasz. I nic. Tak trwaj przed Nim i w Nim, ogarnięty Ciszą. Jeżeli chcesz, możesz powiedzieć tylko jedno słowo: Ojcze. Albo możesz mówić, co ci podyktuje serce. Możesz prosić, dziękować, wielbić. Mów chociażby tak:

Ty, który jesteś Światłem – napełnij mnie swoją jasnością. Ty, który jesteś Światłem. Ty który jesteś Światłem – bym rozróżniał dobro od zła, bym umiał krytycznie oceniać swoje postępowanie. Bym dla moich braci nie był zgorszeniem.

Ty, który jesteś Prawdą – napełnij mnie sobą. Abym wszystko’ widział w prawdzie, abym umiał rozróżniać prawdę od fałszu, od kłamstwa, od błędu. Bym tak jak Ty był prawdziwy w każdym słowie, w każdym czynie, w każdej myśli. Ty który jesteś Prawdą.

Ty, który jesteś Drogą daj. bym i ja nią szedł. Drogą Twojego objawienia.

Drogą, którą przekazał nam Twój Syn w swojej Ewangelii. Daj, by moja ścieżka dołączyła się do Twojej drogi. Ty który jesteś Drogą. Ty, który jesteś Wolnością, daj, abym i ja stal się wolny. Bym się nie bał ani świata, ani ludzi, ani przeszłości, ani przyszłości, ani Ciebie, ani siebie. Ty który jesteś Wolnością. Uczyń mnie wolnym. Napełnij mnie swoją wol­nością.

Mów do Niego o swoich sprawach. Tak, jak Syrofenicjanka. która prosiła uzdrowienie swojej córki. Pytaj i słuchaj. Bo On do ciebie też mówi. Słuchaj. Jak ktoś, kto w tobie istnieje. Jako stały Partner, z którym prowadzisz rozmowy. Partner najdroższy z partnerów. Przyjaciel najwier­niejszy z przyjaciół – twój Bóg. Przekonasz się, jak pod wpływem takiej modlitwy zacznie zmieniać się moje życie. Również twoje modlitwy instytucjonalne: twoje pacierze, Msze święte, komunie święte, nabożeństwa w których uczestniczysz – nabiorą wyrazu, autentyczności. A poza tym uspokoisz się, wyrównasz się, zaczną się topić góry lodowe kompleksów. Odblokują się twoje zahamowania. Zabliź­nią się twoje urazy. Spadnie z ciebie garb, który ci rósł bez końca – garb pretensji do ludzi, nie wyrównanych z nimi rachunków, żalów, gniewów. Będziesz umiał porzucać to, co nieistotne. Będziesz coraz bardziej postępował, myślał, mówił jak On – w prawdzie, sprawiedliwości i wolności.

I wtedy stanie się tak, jak Pan Jezus kiedyś powiedział: „Trzeba się zawsze modlić, a nigdy nie ustawać”. To jest dokładnie właśnie to, jeżeli modlitwa jest zjednoczeniem z Bogiem, to jesteś z Nim zjednoczony, gdy pełnisz Jego wolę. To modlitwą jest w pewien sposób każdy dobry czyn, każde wypełnienie swoich obowiązków, każda służba ludziom czy konkretnemu człowiekowi. Bo wtedy również jesteś z Nim złączony. I wtedy funkcjonuje sprzężenie zwrotne. Czym lepsza twoja modlitwa tym lepsze twoje życie. I odwrotnie: czym lepsze twoje życie – tym lepsza moja modlitwa.

Gdy myślę, o tym wszystkim, co powiedziałem dochodzę do wniosku, że możesz tego nie przyjąć. I to z bardzo prostego powodu. Boimy się Pana Boga. Boimy się na Niego podnieść oczy, boimy się, żeby nie spojrzał na nas. Dlatego właśnie wolimy paciorki niż modlitwę. Ot, takie z daleka pokłonienie się Panu Bogu, ruszenie kapeluszem gdy przechodzimy obok kapliczki – szybko przemknąć, oddać Mu, co Mu się należy: to tylko ruszenie kapeluszem, albo pośpiesznie zrobiony znak krzyża świętego. I dlatego wolimy odklepać swoje "Ojcze nasz”, "Zdrowaś Mario”, "Wierzę w Boga” i jeszcze parę innych modlitw, których nauczono nas w dziecinnych latach, przeżegnać się mniejszym lub większym krzyżem świętym, potem prędziutko dźwignąć się z klęczek i zapomnieć. Boimy się Pana Boga. Tak jak wtedy, kiedy położymy się na plaży w nocy, popatrzymy na czarną czaszę nieba i gwiazdy, na księżyc – i zaczynają nam powoli włosy stawać dęba ze strachu. I gdy zdaje się nam, że jeszcze chwila i zwariujemy ze strachu. Wtedy najlepiej znaleźć sobie na niebie Wielki Wóz, Mały Wóz, Drogę Mleczną – i tak się uratować. Boimy się stawać przed Nim w pustym kościele. Na Mszę świętą wolimy przyjść punktualnie i punktualnie wyjść. Z chmarą ludzi. Ale nie samotnie. Bo mógłby na nas spojrzeć, bo moglibyśmy na Niego podnieść wzrok. A wtedy nam się zdaje, że jeszcze moment a piorunem w nas uderzy. Bo mamy świadomość w takich chwilach zwłaszcza, jacy jesteśmy. Jakeśmy nie dorośli. Jakie nasze życie jest skarlałe. Iże my za nie ponosimy odpowiedzialność. Skąd ten strach?

Bo my wciąż w swojej świadomości nosimy Boga Starego Testamentu. Wciąż ten Bóg z gromami w dłoniach. Jak będziecie w Krakowie – idźcie jeszcze raz do kościoła franciszkanów na Franciszkańską, gdzie jest witraż Wyspiańskiego nad organami – Bóg Stworzyciel. Najlepiej wejść bocznym wejściem i iść do tego ogromnego groźnego witraża. Powolutku do niego podchodzić. To jest Ten – Kogo my się boimy. A potem trzeba się odwrócić i zacząć drogę powrotną – spod chóru ku Bogu, który mieści się w prez­biterium, gdzie ołtarz główny. Najświętszy Sakrament i krzyż. Gdzie obok w witrażu św. Klara, św. Franciszek z Asyżu. Ku temu Bogu, który jest Miłością. Który jest Miłosierdziem. Który jest Wyrozumiałością. I uwierzyć w to, że Bóg cię kocha takiego, jakim jesteś. Żebyś umiał za Nim zawsze zatęsknić. Żebyś chciał być z Nim jak najczęściej zjednoczony. Żebyś Mu pozwolił wchodzić w twoje życie i je przemieniać. Amen.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Patron dnia - Błogosławiony Czesław, prezbiter

Środa, 16 tygodnia Okresu Zwykłego

Mt 13, 1-9

siewcaOwego dnia Jezus wyszedł z domu i usiadł nad jeziorem. Wnet zebrały się koło Niego tłumy tak wielkie, że wszedł do łodzi i usiadł, a cały lud stał na brzegu. I mówił im wiele w przypowieściach tymi słowami: «Oto siewca wyszedł siać. A gdy siał, jedne ziarna padły na drogę, nadleciały ptaki i wydziobały je. Inne padły na grunt skalisty, gdzie niewiele miały ziemi; i wnet powschodziły, bo gleba nie była głęboka. Lecz gdy słońce wzeszło, przypaliły się i uschły, bo nie miały korzenia. Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały i zagłuszyły je. Inne wreszcie padły na ziemię żyzną i plon wydały, jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha!»

Refleksja nad Słowem Bożym

„Pan skierował do mnie następujące słowo: «Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię; nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów cię ustanowiłem»”.

„Inne znowu padły między ciernie, a ciernie wybujały, i je zagłuszyły. Inne w końcu padły na ziemię żyzną i plon wydały – jedno stokrotny, drugie sześćdziesięciokrotny, a inne trzydziestokrotny. Kto ma uszy, niechaj słucha”.

Słowo Boże jest skierowane do nas zawsze po to, aby go słuchać. I tak skonstruował nas Bóg, już w łonie matki, iż mamy uszy. Dlatego do nas wszystkich zgromadzonych na tym świętym Zebraniu Eucharystycznym jest kierowane słowo, a my, jeśli chcemy, możemy skorzystać ze zdolności słuchania Słowa Bożego. I pomyślność świętego Ludu Bożego, tak Starego Testamentu, jak i nowych czasów, czyli rodziny chrześcijańskiej, polega na tym, aby słuchać Bożego słowa. I ta część Izraela, która słuchała Bożego słowa, ostała się – choć to była tylko „reszta Izraela” – jednakże ona zadecydowała o tym, że wreszcie nastał czas Bożego nawiedzenia w Jezusie Chrystusie, przez Wcielenie się już na wieki Słowa Bożego w rzeczywistość ludzką.

My jesteśmy stworzeni przez Boga. I nie my decydujemy o kształtach naszych, lecz sam Bóg – jak to słyszeliśmy w pierwszym czytaniu. I najlepiej jest Boga nie poprawiać, lecz wsłuchać się w Jego głos, także objawiający się przez nasze stworzenie. Dobrem jest odkrycie posłannictwa, które wobec nas ma Bóg, a to jest odkrycie swojego życiowego powołania, powołania – owszem, danego wszystkim – do świętości, doskonałości, i to nie byle jakiej, ale takiej doskonałości, jaką odznacza się Bóg. Jednakże, każdy to powołanie wykonuje (realizuje) na swój sposób. Bo bowiem jest tak przebogaty, iż każdego człowieka naznacza indywidualnością; każda osoba ma swoją niepowtarzalną drogę do Boga i do człowieka. Każdy więc człowiek, z Bożego naznaczenia, ma swoją misję do wykonania.

Ewangeliczne ziarno padało obficie – jak słyszeliśmy – na różną ziemię. I ta ziemia, po której stąpamy, nie decyduje o sobie: ktoś ją uprawia, ktoś ją podlewa, ktoś zasiew czyni. Natomiast: mowa jest o człowieku, bo przecież ziarno Boże nie jest rzucane na tę materialną ziemię, ale rzucane jest na jestestwo, któremu na imię „człowiek”. I ma być obsiana ludzka dusza, i ludzki umysł. Jakoś ta ziemia, którą my stanowimy, decyduje o jakości swojej. I ona decyduje o zaowocowaniu: ile wyda owoców – czy nic, bo ptaki wydziobią, jakieś niedorzeczne pomysły; czy tylko to Słowo Boże zapuści korzeń i wnet uschnie, bo wytrwałości nie ma; czy też wreszcie jesteśmy ziemią rodną, na którą, gdy Słowo Boże padnie, zakorzeni się i przemieni tę ziemię, i wyda owoc obfity. „Kto ma uszy, niechaj słucha”, bowiem od przylgnięcia do Słowa Bożego zależy jakość nasza; bowiem od przyjmowania tego Słowa Bożego zależy nasza moralność – nasz stosunek dobry do Boga i człowieka.

Czasem psujemy się, i wydaje nam się, że niewiele potrafimy. Słyszeliśmy znów opowiadanie o wielkim proroku Jeremiaszu. Pan go „dotknął”, i nas Bóg „dotyka”, jeśli tylko trzeba, aby pomnożyć moc wydawania dobrego owocu. Dotyka nas Bóg w sakramencie chrztu, potem w Eucharystii, a jeśli chwiejemy się w równowadze – dotyka nas Bóg swoim usprawiedliwieniem w sakramencie pokuty. Tak się dzieje wobec wszystkich.

 Jesteśmy „dotknięci” przez Boga Jego słowem, a przez to powołani do bycia współpracownikami Boga, aby również ta rola, której na imię inny człowiek, inna osoba, mogła nabierać dobrej jakości, i wydawać plon przeobfity. Dlatego chcemy dbać, aby słowo Boże słyszeć, bo to jest jedno z największych Bożych poleceń: „Słuchaj Izraelu”. Jeżeli Izrael nie słucha Boga, to rozwodzi się z Bogiem, rozwodzi się ze swoim powołaniem, i jest bardzo byle jaki.

Módlmy się, by w tych dniach młodzi z całego świata, podczas spotkań ze Słowem Bożym na Światowych Dniach Młodzieży, otwarli swe serca na Boże słowo, z enuzjazmem wiary je przyjęli i wprowadzali w swoje codzienne życie, wydając owoc stokrotny - każdy na swój sposób.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Wtorek, 16 tygodnia Okresu Zwykłego

Mt 12, 46-50

slowo-na-dzisGdy Jezus przemawiał do tłumów, oto Jego Matka i bracia stanęli na dworze i chcieli z Nim rozmawiać. Ktoś rzekł do Niego: «Oto Twoja Matka i Twoi bracia stoją na dworze i chcą pomówić z Tobą». Lecz On odpowiedział temu, który Mu to oznajmił: «Któż jest moją matką i którzy są moimi braćmi?» I wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest Mi bratem, siostrą i matką».

Refleksja nad Słowem Bożym

Obraz ukazany w tym fragmencie Ewangelii św. Mateusza ukazuje Pana Jezusa nauczającego w pewnym domu. Ewangelista wspomina, że Jezus przemawiał do tłumów. Audytorium stanowili różni ludzie. Jedni słuchali Go chętnie i chcieli żyć według Jego nauki. Byli również niechętnie do niego nastawieni, a nawet wrogo. Do tych ostatnich należeli faryzeusze, którzy widząc jak Jezus „wyrzuca złe duchy” i czyni wiele innych cudów mówili, że czyni to mocą Belzebuba (Mk 3,22).

W trakcie nauczania zjawili się przed domem krewni Pana Jezusa, wśród których była Jego Matka. Przybyli by się z nim zobaczyć. Ze względu na panujący tłok nie mogli wejść do środka domu. poprzez stojących bliżej, próbują posłać wiadomość, aby Jezus wyszedł do nich. Św. Mateusz nie napisał tego wprawdzie, ale jesteśmy prawie pewni, że po skończeniu nauki Syn Maryi wyszedł na zewnątrz, by spotkać się ze swoją Matką i z krewnymi. W tym momencie Jezus nie chciał przerwać nauczania. 

Wykorzystał tą sytuację do pouczenia zgromadzonych o istniejącym pokrewieństwie duchowym, innym od cielesnego. Stwierdza, że Ci, którzy słuchają Słowa Bożego i wypełniają je, są Jego prawdziwymi krewnymi: "Wyciągnąwszy rękę ku swoim uczniom, rzekł: «Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Ojca mojego, który jest w niebie, ten jest Mi bratem, siostrą i matką»"

Ze słów Jezusa wynika jasno, że prawdziwe więzy pokrewieństwa łączą Go z tymi wszystkimi, którzy wypełniają wolę Boga. Św. Mateusz powie o „woli Ojca”, określenie Bóg jest dalekim i odległym. Nazwa „Ojciec” jest zawsze bliższa sercu i, wysuwa domniemane relacje miłości. Stąd Ojciec może wymagać, bo jest to wola Ojca nie narzucona jako fatum, mimo, że trudna. Pełnić wolę Ojca to być świętym; pełnić wolę Ojca to być jak Jezus. Do takich osób na pewno należy Jego matka, która zawsze była posłuszna woli Bożej. Do niej bardziej niż do innych ludzi odnosiły się słowa o pokrewieństwie duchowym. Jezus kocha ją w sposób absolutnie wyjątkowy z powodu więzów krwi poprzez które Maryja jest Jego matką według ciała. Ale Jezus kocha Ją bardziej i jest z nią zjednoczony jeszcze mocniej poprzez więzy Jej wspaniałej wierności swemu powołaniu i doskonałemu spełnianiu woli Ojca.

Ważne jest podkreślenie tego, że wszyscy spełniający podany przez Jezusa warunek, tj: „wypełniający wolę Bożą” wchodzą w nowe związki z Jezusem i ludźmi. Taka wspólnota opiera się na wierze i miłości Boga i jest dla Jezusa ważniejsza aniżeli więzy naturalne oparte na związkach krwi. Znajdująca się w tekście wzmianka „o braciach i siostrach” były i są tematem intrygującym. stanowią wspaniałą pożywkę dla sekt. Bywają pojmowane jako zaprzeczenie dziewiczego narodzenia Jezusa Chrystusa.

W tym kontekście przytacza się fragment ewangelii ukazujący Jezusa nauczającego w swojej rodzinnej miejscowości – Nazarecie. Słuchający Go wątpią, by ich rodak mógł być obdarzony tak wielką mocą i mądrością. Na dowód powątpiewania wskazują na obecność w mieście Jego rodziców oraz „braci i sióstr” wymienionych po imieniu (Mt 13,53-58; Mk 6,1-6).  Natomiast osoby przeświadczone, że Matka Jezusa, Maryja pozostała dziewicą przez całe życie, przez wyrażenie „braci i sióstr” mają na uwadze braci i siostry stryjeczne i cioteczne. Więzy rodzinne u semitów są wyjątkowo mocne i pieczołowicie pielęgnowane.

Z powyższego tekstu dowiadujemy się więc, że wszyscy w jakiś sposób możemy stać się krewnymi Pana Jezusa tj. braćmi i siostrami – tworząc społeczność spełniającą wolę Ojca w niebie według dwóch wymiarów. W wymiarze pierwotnym tj teocentrycznym. Gdzie każdy czyn zastaje spełniony w odniesieniu do Boga Ojca w głębokiej wierze i z miłością, oraz wymiar poziomy – w którym istniejące relacje zawsze zwrócone są zwrócone ku drugiemu człowiekowi teraz, dziś i zawsze z myślą o pokrewieństwie duchowym.

Winniśmy kochać i pomagać tym, którzy są związani z nami z więzami wiary i powołania. Błogosławiony Josemaria Escriva powiedział: „Wasza wzajemna słabość stanowi jednocześnie oparcie, które was podtrzymuje w wypełnianiu obowiązków jak utrzymuje się domek z kart opartych wzajemnie, o siebie.”

Nieznajomość Bożego słowa jest nieznajomością Chrystusa” – powie  św. Hieronim. A Ojciec św. Jan Paweł II napisze, że: „aby poznać oblicze Chrystusa, trzeba się zanurzyć w Boże słowo, trzeba pozwolić, by to słowo mówiło do nas, by to Boże słowo stało się centrum naszego życia, by stało się pokarmem w naszym życiu, byśmy mieli to doświadczenie tej wielkiej intymności bycia z Bogiem”. Chodzi o to, byśmy Go poznali tak, by On mógł być Pierwszym i Ostatnim, Początkiem i Końcem wszystkiego w naszym życiu, żeby On był naszą świętością, źródłem naszego życia, naszym Życiem. AMEN.

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Najświętsza Maryja Panna z góry Karmel

Sobota, 15 tygodnia Okresu Zwykłego

Mt 12, 14-21

szkaplerzFaryzeusze wyszli i odbyli naradę przeciw Jezusowi, w jaki sposób Go zgładzić. Gdy się Jezus dowiedział o tym, oddalił się stamtąd. A wielu poszło za Nim i uzdrowił ich wszystkich. Lecz zabronił im surowo, żeby Go nie ujawniali. Tak miało się spełnić słowo proroka Izajasza:
«Oto mój Sługa, którego wybrałem;
Umiłowany mój, w którym moje serce ma upodobanie.
Położę ducha mojego na Nim, a On zapowie Prawo narodom.
Nie będzie się spierał ani krzyczał i nikt nie usłyszy na ulicach Jego głosu.
Trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi, aż zwycięsko sąd przeprowadzi.
W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą».

Refleksja nad Słowem Bożym

„Oto mój Sługa, którego wybrałem”. Bóg w swej boskiej mądrości od wieków zaplanował sposób, w jaki wybawi ludzkość ze szponów szatana. Już w momencie popełniania grzechu pierworodnego przez pierwszych rodziców, Bóg karząc ich przepowiedział błogosławione narodzenie Zbawiciela z Niewiasty. Już wtedy Bóg dokładnie wiedział, jak to zostanie uczynione. Wiedział, że dokonać wybawienia ludzkości może tylko ktoś równy Jemu. Wiedział, że cena będzie niezwykle wysoka. Wiedział, że nie wszyscy przyjmą zbawienie. Znał każdy szczegół z dziejów Izraela. Dlatego mógł na przestrzeni wieków, co jakiś czas przypominać ludziom o Mesjaszu, który przyjdzie, aby ich wyzwolić. Mógł w proroczych przepowiedniach mówić ludziom o tym, który będzie z jednej strony Wybawicielem, z drugiej - znakiem sprzeciwu. Bóg sam wybrał, zadecydował, kim będzie ten Sługa Pański.
„Umiłowany mój, w którym moje serce ma upodobanie”. Słowa te wypowiedziane pod natchnieniem Ducha Świętego kilkaset lat przed Chrystusem, zostały powtórzone głosem samego Boga Ojca podczas Chrztu Jezusa w Jordanie „Ten jest mój Syn umiłowany, w którym mam upodobanie”. Jakie konkretne i wprost potwierdzone powołanie Jezusa. Jaki oczywisty dowód dla tych wszystkich, którzy niedowierzali w mesjańską misję Jezusa. Jednocześnie jakież wyznanie miłości Boga wobec Syna w obecności tłumu zebranego nad Jordanem. Upodobać sobie, to coś więcej niż podobać się. To więcej znaczyło niż lubić.
A w Izajaszu czytamy: „w którym moje serce ma upodobanie”. A więc, to nie tylko sfera psychiczna, sfera umysłowa. To coś więcej. Bóg zaznacza swoje serce, a więc dotyka swej głębi. Jego głębia, Jego jestestwo, Jego wnętrze całe ma upodobanie w Synu. To upodobanie płynie z Jego głębi. Jest, zatem czymś trwałym, stałym, nie powierzchownym, a głębokim. Cała istota Boga obejmuje swym upodobaniem serca, a więc miłością - swego Syna, czyli Jezusa nazywanego w proroczych słowach Izajasza „Sługą Pańskim”.
Słowa z księgi proroka Izajasza bardzo często były cytowane. Żydzi powoływali się na nie, jako na słowa mówiące o Mesjaszu. Jezus również to czynił. Szkoda jednak, że serca żydów były tak zamknięte, uparte, zimne, że nie dostrzegły tak oczywistego związku pomiędzy zapowiedzią, a jej wypełnieniem.
A jaki miał być Mesjasz? „Nie będzie krzyczał, trzciny zgniecionej nie złamie ani knota tlejącego nie dogasi”. Łagodność i cierpliwość Jego cechą. Uległość i pokora w Jego sercu. Jakże słowa te dokładnie opisują Jezusa. Jakież dokładne, perfekcyjne wypełnienie, co do joty mesjańskich zapowiedzi. Te słowa również stanowiły potwierdzenie pochodzenia Jezusa i Jego powołania. Niestety i tutaj faryzeusze okazali się zamkniętymi na łaskę z Nieba spływającą wraz z obecnością Jezusa.
„W Jego imieniu narody nadzieję pokładać będą”. Imię Jezus jest do tej pory znakiem mocy. Bowiem, kto modląc się przywoływał tego imienia, stawał się świadkiem cudów, znaków, uzdrowień, wskrzeszeń. Imię to było i jest znakiem wybawienia, znakiem miłości, znakiem ofiary ponoszonej z miłości, symbolem wiary, symbolem poświęcenia. Jest imieniem najczęściej wypowiadanym przez wierzących. Jest imieniem niosącym nadzieję na lepszy los, na poprawę bytu, na wysłuchanie próśb. To imię koi cierpienie, zmniejsza ból i przynosi ulgę zranionym duszom. To imię, przez fakt męczeńskiej ofiary poniesionej przez Jezusa oraz jego zmartwychwstania stało się symbolem wielkiej nadziei płynącej dla całej ludzkości uginającej się pod jarzmem grzechu i oczekującej na wybawienie. To imię Jezus jest zapowiadanym imieniem nadziei dla wszystkich narodów. To Jezus jest zapowiadanym w proroczych słowach i wizjach Sługą Pańskim umiłowanym, w którym serce Boga ma upodobanie. To On jest tym, który zbawia, leczy i przynosi pokój. To Jezus! (Tekst za: malenkadroga.pl)

Kochani moi, takiego Jezusa, o którym mówi dzisiejsza Ewangelia, poczęła i porodziła Ta, którą dziś czcimy jako Matkę Bożą Szkaplerzną. Ona całym swoim życiem wskazuje na swego Syna, Jezusa – Ona nam Go wciąż daje mówiąc: „Cokolwiek Syn mój wam powie, to czyńcie”. Potrzeba nam – tak jak Maryja – zapatrzeć się w Jezusa, zawierzyć wszystko Jezusowi, naśladować Jego cnoty. I chociaż, po ludzku, czasem wydaje się, że nasze życie wali się w gruzy, że rozpada się to, co mozolnie budowaliśmy, to ci, którzy ufają Bogu, nigdy się nie zawiodą – tak, jak nie zawiodła się Maryja, tak, jak nie zawiódł się prorok Eliasz, osoby, które w swej historii rozczytały działalność Boga, które całe swoje zaufanie w Bogu położyły; Maryja, której siłą, mimo, iż była niewiastą, była wiara w Jej Boga, Boga, który ocala, Boga, który nawet najtrudniejsze sytuacje potrafi rozwiązać pomyślnie i nie pozwoli skrzywdzić swego dziecka. To mocą tej wiary Maryja mogła przyjąć trud noszenia pod sercem Syna Bożego, chociaż – tak po ludzku – było to niebezpieczne i mogło skończyć się Jej śmiercią. To mocą wiary w Bożą obecność w swoim życiu prorok Eliasz na górze Karmel bronił wiary w prawdziwego Boga, mimo, iż naprzeciw niego wystąpili ludzie, którzy najchętniej starliby go w proch, a jednak wiara wypływająca z zawierzenia Bogu dała mu siłę do tego, by przeciwstawić się złu i ukazać prawdę. Nie dbał o swoje życie, bo wiedział, że jeżeli nawet ludzie mu je zabiorą, to Bóg mu je zwróci.

Trzeba nam zawierzyć Jezusowi, odnaleźć Go w historii swego życia, odnaleźć te chwile, w których pomagał, by serce nasze nie drżało więcej ze strachu, by się nie lękało, by było na wzór Jego Serca – cichego i pokornego Serca. Czy ja wierzę w to, że Bóg jest moim Ojcem, że Jezus jest moi Bratem, a Maryja moją Matką, i że się o mnie troszczy i jest w historii mego życia? A może już pozwoliłem na to, by ktoś wmówił mi, że nie ma Go, że to przypadek kieruje losem ludzkim, a nie Bóg? Przez wstawiennictwo Maryi prośmy o to, byśmy umieli rozczytywać znaki Bożego miłosierdzia, Bożej miłości w naszym osobistym, rodzinnym i narodowym życiu. Niech się tak stanie!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Piątek, 15 tygodnia Okresu Zwykłego

Mt 12, 1-8

jezusPewnego razu Jezus przechodził w szabat pośród zbóż. Uczniowie Jego, odczuwając głód, zaczęli zrywać kłosy i jeść ziarna. Gdy to ujrzeli faryzeusze, rzekli Mu: «Oto twoi uczniowie czynią to, czego nie wolno czynić w szabat». A On im odpowiedział: «Czy nie czytaliście, co uczynił Dawid, gdy poczuł głód, on i jego towarzysze? Jak wszedł do domu Bożego i jadł chleby pokładne, których nie było wolno jeść ani jemu, ani jego towarzyszom, lecz tylko kapłanom? Albo nie czytaliście w Prawie, że w dzień szabatu kapłani naruszają w świątyni spoczynek szabatu, a są bez winy? Oto powiadam wam: Tu jest coś większego niż świątynia. Gdybyście zrozumieli, co znaczy: „Chcę raczej miłosierdzia niż ofiary”, nie potępialibyście niewinnych. Albowiem Syn Człowieczy jest Panem szabatu».

Refleksja nad Słowem Bożym

Drodzy bracia i siostry w Jezusie Chrystusie,
Dzisiejsza perykopa ewangelii św. Mateusza pokazuje nam codzienne życie Chrystusa, jeden z dni, kiedy z Apostołami przemarzał ziemię palestyńską, zatrzymał się na polu i zaczął spożywać ziarna pszenicy, jeść, bo był głodny. I, moi drodzy, w takich prostych wydarzeniach Jezus daje swoim uczniom – i również nam dzisiaj – naukę. Otóż, wg faryzeuszy, w dzień szabatu nie wolno było nic czynić, a tym samym zrywać kłosów zbóż – wyjątkiem byli kapłani. I oto Jezus, w dzień szabatu, który dla Żydów był dniem świętym,  zrywa sam i pozwala swoim  uczniom kłosy zbóż.
Chrystus nie boi się bronić swoich Apostołów. Faryzeusze stworzyli wiele praw, wiele przepisów, a wielu interpretatorów dokonało interpretacji Prawa na swoją korzyść. Są też nam współcześni ludzie, którzy uważają, że prawo ustanowione przez ludzi jest absolutne i nie można nic zmienić. A tymczasem Chrystus pokazuje, że my – jako ludzie – mamy patrzeć nie tylko na samą literę prawa, ale dostrzegać ducha prawa. Po co to prawo jest? Komu ma służyć?
Jezus nie boi się niejako zdesakralizować tych wszystkich praw i obowiązków żydowskich, które były uważane za absolutne. Podaje za tym cztery argumenty: pierwszy – powołuje się na króla Dawida i mówi, że on i jego ludzie, jego żołnierze, weszli kiedyś do świątyni i jedli chleby, które przysługiwało jeść tylko kapłanom. Pan Jezus pokazuje przez to, że ważniejsze jest życie człowieka niż same przepisy kultu. Dla Boga ważniejszy jest człowiek żyjący, a nie tylko litera prawa. Idąc dalej, mówi On o kapłanach, o tych, którzy w dzień święty, w szabat, w świątyni jerozolimskiej spełniają różnego rodzaju posługi: przygotowują dary ofiarne, czyszczą naczynia. I wreszcie, powołując się na księgę proroka Ozeasza, mówi: chce raczej  miłosierdzia niż ofiary. Dla Pana Boga ważniejsze jest serce człowieka. To jest istota religii, istota chrześcijaństwa, istota miłości bliźniego – nie tylko litera prawa jest ważna, która ma nam pomagać, służyć w życiu, ale najważniejsze jest serce każdego z nas. I wreszcie czwarty argument: Syn człowieczy jest panem szabatu… ! On, Bóg, On, Emanuel, Bóg pośród nas jest najważniejszy. To On stanowi wszystko. To wobec Niego powinniśmy odnosić nasze życie, wieść je na Jego wzór.
Drodzy bracia i siostry, słyszymy dzisiaj: oto tu jest coś więcej niż świątynia…  Jezus Chrystus jest świątynią pośród nas. Bóg Stworzyciel, Zbawiciel całego świata staje się jednym z nas, przychodzi do nas i pragnie byśmy jego zaprosili do naszego serca, byśmy Nim chcieli żyć, byśmy każdego swojego dnia,  nie tylko przestrzegali pewnych prawd i zasad wg których mamy żyć, razem współegzystować, ale byśmy w naszym postępowaniu umieli dostrzec Pana Boga, umieli kierować się sercem, chcieli tym Panem Bogiem żyć tam gdzie jesteśmy: w naszych rodzinach, małżeństwach, zakładach pracy. Co więcej, my – jako chrześcijanie – jesteśmy wezwani do tego, by przestrzegać prawa, ale tak, by w tym prawie nasze oczy zawsze kierować na Pana Boga. Zadajmy tez sobie to pytanie, czy to prawo, które ludzie stanowią jest zgodne z wolą Pana Boga? Jeżeli nie, to mamy obowiązek jemu się sprzeciwić, odrzucić, bo dla Boga najważniejszy jest człowiek i  jego serce. Dlatego wszystkie prawa jakie stanowimy, ustanawiamy, winny zabiegać o człowieka. Czasami suszymy w różnych środowiskach iż często ludzie dla własnej korzyści ustanawiają pewne decyzje, pewne prawa, uchwały. Czasami nas to śmieszy i pytamy, czy tutaj chodzi o dobro człowieka, o jego życie? A może tylko o jakiś partykularny interes?
Mamy więc słuchać Chrustowej nauki o tym, że prawo nie powinno być ponad wszystkim, że ponad wszystkim winien być Pan Bóg. A jeżeli Pan Bóg będzie ponad wszystkim, na właściwym miejscu, wówczas wszystko będzie miało właściwe miejsce, właściwe przeznaczenie i źródło działania.

Chciejmy zatem Pana Boga prosić o tę wrażliwość serca, o to miłosierdzie, by ono było w naszym życiu ponad prawem – o to dzisiaj Pana Boga chciejmy prosić, o to się modlić: chcę raczej miłosierdzie, niż ofiary. Niech się tak stanie. 

 

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Słowo Boże na dziś

Czwartek, 15 tygodnia Okresu Zwykłego

Mt 11, 28-30

jezusJezus przemówił tymi słowami: «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».

Refleksja nad Słowem Bożym

W naszej codzienności, mając świadomość odpływającego czasu, spotykają nas dobre lub złe przygody, radosne i smutne przeżycia i sprawy; w tej codzienności przeżywamy chwile szczęścia, ale też i nieszczęścia.

Dzisiejsza Ewangelia przytacza jedno z najmilszych zaproszeń, jakie Jezus kiedykolwiek skierował do nas: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. On, Jezus, chce i powinien nieustannie wypełniać naszą codzienność.

Jesteś nieraz zmęczony codziennością, do granic wytrzymałości, znajdź czas, aby przyjść do Jezusa na serdeczną modlitwę, na pokorną prośbę o Jego pomoc, o ulgę i siłę w przeżywanym trudzie. Bo to od Jezusa wychodzi moc pokrzepienia po to, by wlewać się w nas z krzyża, i z Eucharystii.

Podobnie zresztą było za życia Jezusa na ziemi. Aby ktoś mógł zostać cudownie uleczony, musiała wyjść moc od Jezusa. Tak działo się w przypadku wszystkich uzdrowień, które opisuje św. Łukasz. Tę drogę wskazuje Jezus i nam dzisiaj: „Przyjdźcie do Mnie..., a Ja was pokrzepię” – Ja was uleczę, oczyszczę z grzechów, podźwignę, obdarzę pokojem i życiem.

Jezus sam nazwał siebie Życiem. To Życie, którym jest On sam, musi emanować z Niego po to, aby ożywić to, co martwe lub zamierające. „Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki”.

Dzieli się swoimi radościami szpitalna siostra Anna: Przyznano mi odznakę „Przyjaciel dziecka”. Niby nic, a radość moja jest wielka. Odznaka przedstawia dwie dłonie. Na dłoni większej spoczywa mała dłoń dziecka tak, jakby miały się uścisnąć. Jaki to wielki symbol. Dla mnie zaś jest to szczególny znak: swoje ręce ofiarowałam Bogu i chorym dzieciom – zawsze mają być gotowe im służyć. Mam kochać, to moje zadanie, bo w miłości zamyka się wszystko. Przez trzydzieści lat starałam się być przyjacielem dzieci, nie sama, ale wspomagana Ciałem Chrystusa i Słowem Bożym, bo tylko w Nim i dla Niego można iść do każdego łóżeczka, i nieść pomoc. Dziękuję za każde błogosławieństwo, które daje moc wytrwania.

W życiu każdego z nas, przeżywanym tak, jak je przeżywali wielcy ludzie, w prostocie i miłości ku Bogu i ludziom, można osiągnąć prawdziwą świętość. Nie zatem przykład naszych świętych patronów, tych znanych i nieznanych, będzie dla nas wszystkich zachętą do codziennego spotykania się z Chrystusem w Słowie i w Eucharystii, i do dawania swojej własnej odpowiedzi serca zapraszającemu Chrystusowi: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię”. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
Strona 1 z 2