Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
Artykuły filtrowane wg daty: luty 2018

homiliaSiostry i bracia w Chrystusie! Stajemy przed Jezusem, naszym Panem i Zbawicielem, który dobrze zna każdego z nas. Nie potrzebuje niczyjego świadectwa o człowieku. Sam wie, co kryje się w naszym sercu. Czy potra­fię cokolwiek przed Nim ukryć? On dobrze wie, że nieraz za mało w Niego wierzę, nie umiem, tak jak Maryja – zawierzyć, a czasem nawet wątpię w Jego Miłosierdzie. Porobiłem sobie cudzych bogów, którym się kłaniam. W swej zarozumiałości posuwam się czasem tak daleko, jak ów bohater ze „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego i wyznaję: „Ja nie potrafię już klęknąć przed Bogiem, ja klękam tylko przed ludźmi”. Takich bohaterów, pisanych z małej litery, jest dzisiaj więcej. Kłaniają się człowiekowi, który ma władzę, ale niewiele ich obchodzi cierpiący brat, cierpiąca siostra. W domu, w pracy potrafią tak dokuczyć, że po prostu zabijają. Przez naduży­wanie alkoholu rujnują siebie i rodzinę, wyciskają łzy z oczu swojej żony. matki i dzieci. Kłaniają się temu, który ma władzę i pieniądze, a słabego i ubogiego okradają z majątku, a czasem z dobrego imienia. Odrzucają przy­kazania Boże, i to zarówno w poglądach jak i w postawie; przykazania im nie smakują, oni nimi nie żyją.

Szukać Boga, a nie siebie. I cóż na to mówisz Jezu, mój Panie i Zbawi­cielu, który przecież dobrze znasz człowieka i nie potrzebujesz niczyjego świadectwa o nim. Tych, którzy grzeszą pychą i zarozumialstwem, smagasz biczem, obalasz ich bożki: „Weźcie to stąd, a nie róbcie z domu mego Ojca targowiska” (J 2,16). Św. Augustyn, w homilii na powyższy fragment z Ewangelii św. Jana, taką przeprowadza refleksję: „Kim są ci, co sprzedają woły? To są ci, którzy swego szukają w Kościele, a nie tego, co jest Jezusa Chrystusa”. Straszne oskarżenie. Szukać swego w Kościele, a nie Jezusa Chrystusa, który „do końca nas umiłował” (J 13,1). Św. Augustyn dodaje: „Nie chcą należeć do Chrystusa, chcą tylko sprzedawać. A jednak byłoby dla nich dobrze, aby zostali odkupieni krwią Chrystusa”.

Zmienić nasze obyczaje, nasz sposób myślenia. Co mówisz do nas – Jezusie – który dobrze znasz nasze serca i wiesz, co się w nich kryje? „Zbu­rzcie tę świątynię, a ja w trzech dniach wzniosę ją na nowo” (J 2,19). Zmieńcie wasze obyczaje, wasz sposób myślenia. Powróćcie do dekalogu. Jakże często odrzucamy Twoje przykazania, bo taka jest moda, pozwalamy sobą manipulować przez środowisko a także środki masowego przekazu. A Ty mówisz: Powróćcie do dekalogu! Trzeba wam na nowo odkryć piękno i wartość Bożych przykazań. Czy tak szybko zapomnieliście o Kongresach Eucharystycznych, o nauczaniu papieskim, o tym, że was do końca umiłowałem? Na jak długo starczyło wam tej miłości? „Zburzcie tę świątynię...” Jezu, nie mówisz o świątyni z kamieni, którą budowano czterdzieści lat, ale mówisz o świątyni swojego ciała. „Gdy więc zmartwychwstał, przypomnie­li sobie uczniowie Jego, że to powiedział i uwierzyli Pismu i słowu, które wyrzekł Jezus” (J 2,22). Mój Panie, Ty jesteś świątynią. Kto dziś szuka Boga, musi przyjść do Ciebie, ukrzyżowanego i zmartwchwstałego.

Przebywać z Chrystusem. Wielki Post jest wezwaniem do nawrócenia. Na progu Wielkiego Postu, w środę popielcową, kapłan posypując nasze głowy popiołem powiedzał: „Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię” (Mk 1,15). Nawrócić się, to właśnie szukać Boga, a nie siebie, to zmienić swoje grzeszne obyczaje, swój sposób myślenia. To ostatnie jest najtrudniejsze. Ale Ty, Panie, nie zostawisz nas samych. Jesteś z nami, zwłaszcza wtedy, gdy decydujemy się kroczyć drogą krzyża i gdy głosimy Chrystusa ukrzyżowanego (1 Kor 1,23). Dla wszystkich, którzy Ciebie przyjmują. Ciebie opu­szczonego, umęczonego, ukrzyżowanego, jesteś mocą i mądrością, jesteś znakiem zmartwychwstania, skoro w nas do dziś cierpisz, a więc żyjesz, sam będąc uwielbiony.

Tak rozumiał swoje życiowe powołanie jeden z polskich kandydatów do chwały ołtarzy – sługa Boży Jerzy Ciesielski – mąż i ojciec rodziny, z zawodu – inżynier, z zamiłowania – sportowiec. Urodził się w Krakowie dn. 12 lutego 1929 roku. Studiował równocześnie na Wydziale Budowni­ctwa Lądowego Politechniki Krakowskiej i w Studium Wychowania Fizy­cznego Uniwersytetu Jagiellońskiego. W 1957 r. ożenił się, a w roku 1960 uzyskał stopień doktora nauk technicznych, w 1968 r. zaś habilitował się. W rok później objął stanowisko wykładowcy na Wydziale Budownictwa Lądowego w Chartumie (w Sudanie). Tam też dn. 9 października 1970 r. zginął w katastrofie statku na Nilu. Tyle z życiorysu. W pierwszą rocznicę jego śmierci grupa przyjaciół wmurowała w kolegiacie św. Anny w Krako­wie tablicę ku jego czci. Wypisane są na niej słowa: „Chrześcijanin XX wie­ku. Życiem swym dawał świadectwo miłości Boga i bliźnich”.

Był chrześcijaninem na serio. Do życia przykładał wymagającą miarę Ewangelii. Jako student a następnie jako wykładowca, jako mąż i ojciec rodziny był mocno zakorzeniony w sprawy tego świata, nie dystansował się od jego problemów, ale podejmował je i rozwiązywał według Ewangelii. Przed ważnymi decyzjami życiowymi odprawiał krótkie rekolekcje. Chciał mieć pewność, że obiera drogę właściwą, którą wyznaczył mu Pan. Nigdy nie brakowało mu czasu dla innych. Uważał, że każdemu człowiekowi mo­żemy coś dać, nawet jeśli ten ktoś nie oczekuje i nie doceni tego. Gdy pro­wadził wykłady w Sudanie, ze strony studentów muzułmańskich doznawał wielu przykrości, zawsze jednak pozostawał cierpliwy i wyrozumiały. W trudnych chwilach zwykł mówić: „Są moimi braćmi, dziećmi jednego Ojca i dlatego godni są mojego szacunku, zrozumienia i miłości”. Traktując po­ważnie swoje obowiązki zawodowe i rodzinne znajdował również czas na uprawianie sportu. Dobrze pływał, jeździł na nartach. Swoimi umiejętnoś­ciami dzielił się z innymi, był uzdolnionym instruktorem. W młodości upra­wiał sport wyczynowo. Trenował wioślarstwo w AZS i koszykówkę w „Cracovii” grając nawet w kadrze narodowej. Pasją Jerzego Ciesielskiego było także kajakarstwo. Zorganizował wiele spływów kajakowych, które w miarę możliwości starał się czynić także miejscem formacji chrześcijańs­kiej. Zależało mu na tym, aby w każdej dłuższej wyprawie czy to w góry, czy nad jeziora uczestniczył kapłan. Niejednokrotnie był nim ks. Karol Wojtyła. Jerzy Ciesielski był człowiekiem towarzyskim. Nie przybierał nigdy pozy ponurej; bardzo dobrze tańczył, grał na gitarze, śpiewał, ale je­dnocześnie zawsze umiał podjąć rozmowę na tematy religijne.

Próbuję sobie wyobrazić sytuację, w której w gronie osób zapamiętale dyskutujących na aktualne problemy naszej polskiej rzeczywistości, ktoś dodaje: „A Chrystus mówił...”, konsternacja zażenowanie, wymowne milczenie, zakłopotane spojrzenia. A on, Jerzy, to potrafił. W swoim środowisku był apostołem, słowem i postępowaniem świadczył o Chrystusie. Je­stem przekonany, że dziś również niejeden z moich słuchaczy to potrafi i ma odwagę świadczyć o Chrystusie. Myślę szczególnie o was – moi bracia i siostry, o was.... Wasze uczestniczenie we mszy św. jest pięknym świadectwem, które dajecie Chrystusowi.

Jerzy Ciesielski napisał kiedyś: „Na końcu życia jest śmierć. Po śmier­ci sąd. Ten sąd jest weryfikacją całego życia, jego ostateczną oceną. Czy zatem nie jest rzeczą logiczną kryteria sądu ostatecznego stosować w życiu na co dzień, aby mieć w pamięci to, co nas w decydującym momencie cze­ka?” Panie, Ty wiesz co nas czeka. Pozwól nam żyć według Twojej Ewan­gelii. „Słowa Twe, Panie, dają życie wieczne” (Psalm responsoryjny). Amen.

Dział: WIELKI POST

krzyzUkochani Bracia i Siostry! Zapytałem niedawno mojego przyjaciela, proboszcza parafii wielkomiejskiej w Niemczech, jak przeżywają tam katolicy Wielki Post. Praktycz­nie — odpowiedział — od pewnego czasu okres ten nie różni się od czasu zwykłego „w ciągu roku”. Może tylko tym, źe przed Wielkim Tygodniem będziemy mieli nabożeństwo pokutne dla dzieci, młodzieży i dorosłych z bardzo dobrym uczestnictwem. I to wszystko. Wydaje się, że jesteśmy mniej „postępowi”. Na szczęście! Od Środy Popielcowej, która gromadzi wierzących w kościele, choć jest to normalny dzień roboczy, wchodzimy w zupełnie inny nastrój. Przyjmujemy szczyptę popiołu, znak znikomości. przemijania i przyjmujemy Chrystusowe wezwanie: „Nawróćcie się i wie­rzcie w Ewangelię!” Przyjmujemy, bo nie mamy złudzeń, że to prawda. I to, że jesteśmy „prochem i niczem...” I to, że każdy z nas ciągle nawrócenia potrzebuje. Jak powietrza, jak chleba, jak słońca. Tego nas ciągle w Koś­ciele uczą. Od pierwszego pacierza: „Odpuść nam nasze winy”, od nieu­stannego: „Uznajmy, że jesteśmy grzesznikami” — na początku każdej mszy św. — do modlitwy wstawienniczej za zmarłych: „Aby im Pan przeba­czył grzechy i okazał swoje miłosierdzie”.

I to nie jest w Wielkim Poście nic specjalnie nowego. Ale teraz bardziej pomogą nam tę prawdę zrozumieć czytania bliblijne w liturgii mszalnej. Już dziś w I Niedzielę Wielkiego Postu zostaliśmy wezwani do odnowienia chrzcielnego przymierza. Bóg dotrzymuje swych obietnic, jest wierny te­mu, co przyrzekł, a ja ciągle chodzę swoimi ścieżkami. „Prowadź mnie w prawdzie według Twych pouczeń” (Ps 25,5). Za tydzień przypomnimy so­bie, że Bóg nie szczędził swego Syna dla nas, dlatego możemy oczekiwać na spełnienie się wszystkich Bożych obietnic. Możemy Mu zaufać tak mocno, jak zaufał Abraham, gdy gotów był ofiarować własnego syna. W trzecią niedzielę konfrontować będziemy nasze postępowanie wobec Bożych przy­kazań, które Mojżesz otrzymał na Górze Przymierza. Wielu z nas umie je na pamięć, powtarza codziennie w pacierzu. Ale czy będziemy mogli szcze­rze zaśpiewać z psalmistą: „Jego słuszne nakazy radują serce — jaśnieje przykazanie i olśniewa oczy” (Ps 19,9). A w życiu bywa akurat na odwrót: nie radują one, ale budzą sprzeciw, robimy po swojemu, jak nam się podo­ba... Można mówić: nie potrzebuję nawrócenia? A w czwartą niedzielę — wielka nadzieja: „Tak Bóg umiłował świat, że dał swojego Syna jednoro-dzonego, każdy, kto w Niego wierzy, ma życie wieczne. I nie posłał Bóg swego Syna na świat po to, aby świat potępił” (J 3,16—17). Jest więc na­dzieja i dla mnie. Choćbym był nie wiadomo jak daleko. Mogę wracać.

Czeka na mnie ten, który mnie nie potępi. Piąta niedziela będzie jedną wielką prośbą: „Stwórz, o mój Boże, we mnie serce czyste... obmyj mnie zupełnie z mojej winy” (Ps 51,4,12). To pragnienie staje się jeszcze bar­dziej palące, gdy w Niedzielę Palmową słuchać będziemy św. Marka, jak Jezus został odrzucony przez swój naród, wyśmiany i wyszydzony jako Król. Jak szedł drogą krzyżową. Będziemy świadkami ukrzyżowania i Jego śmierci. „Nie srebrem i złotem zostaliśmy odkupieni... ale krwią!” (1 P 1,18—19).

Ten nurt pasyjny przewijać się będzie cały czas także w nabożeństwach wielkopostnych. We wszystkich kościołach idziemy w każdy piątek za Chrystusem cierpiącym Drogą Krzyżową. Zatrzymując się czternaście razy rozważamy, jak Pan Jezus za nas cierpiał rany... I są Gorzkie Żale zaśpie­wane po raz pierwszy tu, w kościele Św. Krzyża w Warszawie na początku osiemnastego wieku. Nabożeństwo bardzo polskie, nasze, gdzie indziej nic znane. Pozwala uczestniczącym przeżywać to, co Pan Jezus wycierpiał dla naszego zbawienia.

Są wreszcie rekolekcje dla różnych grup. Jeszcze niedawno miały być przygotowaniem do spowiedzi wielkanocnej. Dziś, gdy duża część uczestniczących przystępuje już pierwszego dnia do stołu Pańskiego, mają także inny cel: są czasem pogłębionej, modlitewnej refleksji nad życiem, które pędzi. Są powrotem do pierwszych pytań: Po co ? Dlaczego? Jaki sens ma moje życie w tym świecie bez sensu? Są jeszcze jedną próbą odnalezienia siebie w odwiecznym planie Bożym. Są wewnętrznym odrodzeniem, umocnieniem, odnowieniem swojego przymierza z Bogiem. Rekolekcje są wreszcie ogromną pomocą dla tych wszystkich, którzy nie chcą się poddać, pró­bują jeszcze raz dotknąć choćby płaszcza Tego, który może nas umocnić. I tych wychodzących naprzeciw w rekolekcyjnych spotkaniach jest z roku na rok coraz więcej. Mimo że wiąże się to z trudem niemałym. Nieraz po ca­łym dniu pracy, na ostatnich nogach, w ostatniej chwili. Aby być razem: w gromadzie łatwiej o odwagę — skoro inni potrafią, ja też! Zresztą nic, co wielkie, ważne, nie rodzi się bez trudu, własnego świadomego wysiłku, prób wielokrotnie powtarzanych.

Wielki Post jest czasem, gdy na to się zdobyć trzeba, co jest bardzo trud­ne. Nie bójmy się tego słowa, którego świat nie rozumie: umartwienie. Je­steśmy wezwani, by ciągle się uczyć umierania dla grzechu, by żyć w wolno­ści dzieci Bożych. W Kościele wciąż nas tego uczono na różne sposoby: przeciwstawiać się swoim własnym zachciankom, upodobaniom, nawet wtedy, gdy same w sobie nie są zdrożne. Żeby umieć panować nad sobą — to duża rzecz! Tak jest na przykład z postem. Obowiązuje wszystkich, tak­że tych, co nigdy obżarstwem nie zgrzeszyli: ograniczenie ilościowe pokar­mu w pewne dni jako znak pamięci i solidarności. Tylko że teraz przepisy postne są tak łagodne, więc może warto samemu sobie wyznaczyć własne normy ograniczeń, które mogą więcej kosztować niż rezygnacja z pokar­mów mięsnych. Mój znajomy, który pali sporo, potrafi Wielki Post przeżyć bez papierosa. Znam takich, którzy teraz wytrwają naprawdę bez kropli alkoholu, nawet piwa, choć wiem, że „normalnie” za kołnierz nie wylewa­ją. Nawet kompani mają dla nich wyrozumiałość i nie próbują ich łamać: „No, trudno — ślubował”. A jak pomyślę, w jakiej atmosferze umartwie­nia przeżywano Wielki Post w pokoleniu moich dziadków, to wstydzić się trzeba. Kto pamięta tamte czasy, przyzna mi rację. Całe tygodnie bez mię­sa i tłuszczu, radio stało w szafie, żeby ktoś przez pomyłkę nie włączył, na­wet tremo było zasłonięte. Kto by się ważył iść w tym czasie do kina lub do teatru... Może rzeczywiście — jak mówimy — czasy się zmieniły, ale warto po swojemu zdobyć się na decyzję: zrobię ciszę wokół siebie, ograniczę do minimum ten warkot informacji i rozrywki, która do mnie dociera, wyłączę przynajmniej telewizor, który często hałasuje nawet wtedy, gdy go nikt nie słucha. Spróbuję wejść w inny rytm codzienności. Spróbuję przeżyć Wielki Post w tym roku inaczej.

Jeszcze słowo do was wszystkich, którym przyjdzie przeżywać ten czas naprawdę inaczej, bo w szpitalu, bo choroba, wypadek, cierpienie przyku­ło was do łóżka. Skazani na pomoc lekarza, pielęgniarki, salowej... Jesteś­cie w udręce, jesteście na drodzie krzyżowej... Pomyślcie: Ten, który prze­szedł tą drogą pierwszy, też przeżył to samo: nie mógł sobie nawet potu z czoła obetrzeć, bo ręce mu skrępowano. Spróbuj razem z Nim dźwiagać swój krzyż, będzie lżej. bo nie samotnie, we dwoje. Pomyśl: Jemu też było lżej, gdy Szymon przynaglany przez żołnierzy, zdjął z Jego ramion belkę, którą dźwigał. Przyjął wtedy tę pomoc, żebyś teraz miał prawo powiedzieć: „Panie, widzisz, że za ciężko, sam nie potrafię”. Już wkrótce będą w naszej parafii rekolekcje. Przygotuj się do nich, by żadne słowo z tych nauk nie spadło na ziemę. Jest teraz czas sposobny, jest teraz czas zbawienia. Amen.

Dział: WIELKI POST