Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
niedziela, 13 marzec 2016 17:27

5. niedziela Wielkiego Postu (rok c) - Powinni odejść

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

hjawno„A Jezus udał się na Górę Oliwną. I o świcie wrócił znowu do świątyni, a wszystek lud przybył do niego, a on zasiadł i nauczał ich. I przyprowadzili doktorzy i faryze­usze niewiastę, którą zastano na cudzołóstwie, postawili ją w pośrodku i rzekli mu: Nauczycielu, niewiastę tę zastano dopiero co na cudzołóstwie. Mojżesz w Prawie rozkazał nam takie kamienować. Cóż więc ty powiesz? A mówili to kusząc go, aby go mogli oskarżyć. A Jezus schyliwszy sięgną dół, pisał palcem na ziemi. Gdy jednak nie przesta­wali go pytać, podniósł się i rzekł im: Kto z was jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci na nią kamieniem. I znowu schyliwszy się pisał na ziemi. A usłyszawszy to jeden,za drugim wychodzili, poczynając od starszych, i został tylkcf sam Jezus i niewiasta pośrodku stojąca. A podniósłszy się Jezus rzekł jej: Niewiasto, gdzie są twoi oskarżyciele? Nikt cię nie potępił? A ona rzekła: Nikt, Panie. A Jezus powie­dział: I ja cię nie potępię. Idź, a nie grzesz więcej."

Refleksja nad Słowem Bożym

Tym panom nie chodziło w owym momencie ani o mo­ralność, ani też o sprawiedliwość, ani nawet o poszanowanie Prawa. To było zagranie wyłącznie taktyczne, do­brze zresztą obliczone. Chcieli postawić Jezusa w sytuacji bez wyjścia. Prawo Mojżeszowe było bowiem zupełnie wy­raźne i niedwuznaczne: w swej wykonawczej części naka­zywało ono kamienowanie cudzołożnic. Z drugiej zaś stro­ny za Rabbim z Nazaretu szła fama wielkiego i niezrozu­miałego miłosierdzia. Jeśli więc obroni cudzołożnicę — przekreśli Prawo i sam jego zamysł, co niewątpliwie stać się może przedmiotem słusznego oskarżenia. Jeśli zgodzi się, aby ją ukamienowano — zaprzeczy swemu miłosier­dziu; okaże, że nie jest inny od innych. To wystarczy. W tej sprawie nie istnieli ludzie, a zwłaszcza nie istniała ta oto konkretna kobieta. Nie istniał grzech ani Prawo, ani sprawiedliwość. Istniała tylko gra, jak na szachownicy, gdzie określone posunięcie stwarza nieprzekraczalne barie­ry sytuacyjne i można w pewnej chwili powiedzieć: szach i mat. Koniec.

On zaś pochylił się i pisał palcem na piasku. Z jego stro­ny sprawa wyglądała całkiem inaczej. Nie grał. Tu nie chodziło o wymknięcie się z sieci i klęskę faryzejskich uczo­nych ani też o reklamę własnej wielkoduszności. Nie mógł zaprzeczyć Prawu. Nie z powodów taktycznych, lecz z tej przyczyny, że było ono oparte o zamysł Ojca, chroniący ludzkie dobro. Jednakże Prawo... Jakże im to powiedzieć, jak okazać, aby pojęli istotę sprawy? Może nawet nie oni sami, ale bodaj ci, którym w przyszłości dane będzie Sło­wo?

Podniósł głowę i powiedział mniej więcej tak: Aby czy­nić słuszną sprawiedliwość, trzeba być sprawiedliwym. Kto tedy jest bez grzechu, niech pierwszy rzuci kamieniem.

I czekał.

Może był w nich strach, że przejrzał ich ten dziwny człowiek. Ale przede wszystkim zajrzało ludziom do oczu ich własne sumienie. Ich własna prawda o sobie samych.

Ten i ów przypomniał sobie własne swoje postępki skrzęt­nie skrywane i łatwo usprawiedliwiane. Niektórzy uświa­domili sobie, że chętnie czyniliby najróżniejsze rzeczy na­wet i dziwniejsze, ale może odwagi zabrakło, może walo­rów nie dostaje, może warunki zewnętrzne strzegą i okazji brak — a przeto zostały im tylko skrywane spojrzenia, niewidzialne myśli, brudne sny, a ileż w tym zasługi spra­wiedliwości? Popatrz: ta kobieta jest ładna. Jeśli mogła z tamtym, to czemu nie z tobą? A ty stoisz i ściskasz ka­mień w spoconej pięści. Co chcesz zabić? Grzech? A może raczej własne myśli — jakieś bardzo ukryte i zgoła nie­zrozumiałe myśli, straszniejsze od cudzołóstwa? Nie było­by ich, gdybyś zmasakrował. Rzuć kamieniem. Wtedy rzu­cą także inni. Z tej kobiety zostaną strzępy. I twoje my­śli — nasycone — odejdą. Rzuć.

Nie mogli. Rozwierały się im palce. I odchodzili chył­kiem jak złodzieje, kryjąc twarze, jeden po drugim, poczynając od starszych. Nie było sprawiedliwych. Intencje Pra­wa były dla nich nieosiągalne, dalekie jak gwiazda. Zro­zumieli to i zobaczyli.

Trzeba powiedzieć coś, co raczej nie było mówione: to byli jednak uczciwi ludzie. Poza szachową gierką, poza ludzkim obrzydlistwem i zwykłą ludzką nędzą była prze­cież w tych faryzeuszach także i jakaś fundamentalna ucz­ciwość, skoro potrafili zobaczyć prawdę o sobie samych. Jeśli kapitulowali przed prawdą swojego sumienia, jeśli palce się im rozwierały, jeśli odchodzili ze wstydem poj­mując swą własną nieprawość — to nie byli źli ludzie. To nie byli straceni ludzie, skoro nie umarło w nich sumie­nie i poczucie prawdy. Gdybyśmy to my byli w jakiejś podobnej sytuacji, niekoniecznie identycznej, niechby do­tyczącej każdej innej reakcji sądzenia czyjegoś zła — du­ży znak zapytania, czy mielibyśmy większy od nich ty­tuł do chwały. Duży znak zapytania, czy i nas także stać by było na zobaczenie realnej prawdy o sobie; na skutecz­ną konfrontację z własnym sumieniem. Wątpliwe, czy i nam także rozwierają się palce. Więc nie popluwajmy na faryzeuszy: to byli w gruncie rzeczy nie tacy najgorsi ludzie, uczciwsi może od nas, chociaż tak samo obciążeni obrzydlistwem.

Odchodzili, on zaś znów pisał palcem na ziemf litery, których nikt nigdy nie zobaczy i nie odczyta. Może to było jej prawdziwe imię, którego dotąd nie znała — i może nie trzeba, aby ktokolwiek z ludzi odczytywał je publicznie. A kiedy odszedł ostatni człowiek sądzącego kręgu, Jezus podniósł głowę po raz wtóry. Były jeszcze rzeczy do załat­wienia. Nie między ludźmi i tą kobietą. Nawet nie pomię­dzy nią i Prawem; odeszli przecież ci, którzy Prawo to. chcieli reprezentować, i żaden nie potępił jej. Ale były je­szcze sprawy bardzo osobiste pomiędzy nim samym a tą kobietą. Bo tamto postanowienie Prawa negujące cudzo­łóstwo nie spadło z księżyca, nie było wymysłem złych wrogów wolności i radości ani też fantazją Mojżeszowego widzimisię — podobnie zresztą, jak i inne ustanowienia. To Ojciec pomyślał ludzką wierność. A Moj­żesz tylko chciał ją chronić — tak, jak umiał i tak, jak mu się to zdało skuteczne.

Byli przecież jedno, Ojciec i on. To był także i jego za­mysł. Prawa nie można ani obrazić, ani urazić, ani też zawieść. Prawo można przekroczyć — jak płot, miedzę albo granicę. Prawo jest „czymś". Ale za tym Prawem był Ktoś, kogo osobiście zawiodła, chociaż jej zaufał. Ludzie nie mieli "prawa wyroku". On — miał. Były jeszcze bardzo osobiste sprawy do załatwienia pomiędzy nim i tą spłakaną kobie­tą — teraz, kiedy Prawo zostało złamane, a ludzie odeszli, porzucając kamienie. Miał władzę i własne swoje, osobiste, sprawiedliwe prawo odrzucenia. Mógł powiedzieć: Zawio­dłaś zaufanie Boga. Nie zawierzyłaś mu, że dla ludzkiego dobra uczynił wierność. Odrzuciłaś jego przyjaźń tak, jak odrzuca się rzeczy niepotrzebne. Jeśli chcesz, odejdź więc. I żaden na świecie trybunał nie udowodniłby mu nie­prawdy albo niesprawiedliwości.

Stali naprzeciwko siebie. Powiedział: Nie potępię cię. Idź w pokoju i nie grzesz więcej.

A to było tak, jakby ją umył. Tak, jakby przywrócił jej imię — to właśnie, którego nie znała. Nikt dotąd tego nie uczynił.  

A teraz — w ślad za faryzejskimi graczami, którzy mieli jednak odwagę przegrać z własnym sumieniem, powinni odejść także i ci, którzy uczynili zeń mgłę i pustkę. Ci dobroduszni, otwarci i tolerancyjni, dla których wszystko jest płynne, względne, zależne i okazjonalne; którzy rozmyją w ciepełku przytulnej mazi każde „tak" i każde „nie" i którzy chcieliby, aby pod wartką powierzchnią strumie­nia wydarzeń i postępków nie było żadnego głazu ustano­wień.

Oni także powinni odejść. Czas. Nie mają tu nic do ro­boty. Sprawy rozegrały się pomiędzy Jezusem piszącym niewiadome litery na piasku i człowiekiem, który — obmy­ty — odszedł w pokoju. Niechże i ludzie odejdą.

A za Jezusem zostanie wielkie Izajaszowe świadczenie:

„To mówi Pan, który dał w morzu drogę, a ścieżkę, na bystrych wodach; który wywiódł wóz i konia, wojsko i mocnego; razem posnęli i nie powstaną, starci są jak len i pogaśli: «Nie wspominajcie pierwszych rzeczy i starodawnym nie przypatrujcie się. Oto ja czynię nowe rze­czy, i teraz wzejdą, zaiste poznacie je: położę na puszczy drogę, a rzeki na bezdrożu»".

Tę położoną na pustkowiu drogę i rzekę na bezdrożach, ścieżkę na bystrej wodzie dni odnalazła kobieta z Łukaszowej Ewangelii wtedy, gdy odeszli ludzie i zostały po nich tylko porzucone kamienie.

 

Czytany 696 razy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.