Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
czwartek, 06 październik 2016 11:00

28. Niedziela Zwykła (Rok C) - Upadł do Jego nóg i dziękował

Oceń ten artykuł
(1 głos)

sw.jan.pawelUkochani Bracia i Siostry! Bliska nam wszystkim i przekonywująca jest scena z dzisiejszej Ewangelii św. Bliska swoim tak bardzo ludzkim, naszym wymia­rem i przekonywująca w swoim autentyzmie. Nie ma tu wyszuka­nych konstrukcji literackich, nie ma sztucznie stworzonej atmo­sfery, poprzez którą ktoś miałby zamiar szczególnie zadziałać na wyobraźnię czytelnika czy słuchacza. Jest natomiast konkret i prostota, które znamionują zresztą całą Ewangelię i właśnie przez to tak bardzo mocno przemawia ona do nas.

Na drodze Jezusa, wielkiego Nauczyciela z Nazaretu, o którym wieść niosła się „po całej okolicznej krainie” (Łk 7, 17), zdążające­go po raz ostatni w kierunku Jerozolimy, gdzie wkrótce złoży w ofierze samego siebie, w przygranicznej wiosce między Samarią i Galileą, stanęło dziesięciu trędowatych. I do nich, odłączonych i wyrzuconych ze społeczności, będących dla współziomków, a na­wet i własnych rodzin znakiem Bożego przekleństwa, jako dotknię­tych „chorobą nieczystą” dotarła wieść o zbliżającym się do wioski Cudotwórcy z Galilei. Słyszeli już o tym, że tylu biednych, nie­szczęśliwych i pokrzywdzonych znalazło u Niego zrozumienie i po­moc. A może i dla nas – myśleli z ufnością, ale i bojaźnią – właś­nie dziś nadchodzi jedyna szansa, by móc wrócić do swoich, by na nowo poczuć się kimś kochanym, przywróconym do udziału we wspólnocie. To jednak niemożliwe – mówił im rozsądek, prze­cież nawet zbliżenie się do Niego może spowodować nowe cier­pienie poprzez lawinę kamieni, obelg i złowieszczych spojrzeń ze strony tych, którzy skazali ich na przymusową izolację. Może lepiej pozostać w ukryciu i cierpieć w beznadziejności; może nie warto zwracać na siebie uwagi, gdyż tamci mogą pozbawić nas nawet tego kawałka chleba, który dotychczas rzucano nam z da­leka – jak zwierzętom. Ale jeśli Jezus nie pojawi się już więcej w tych stronach? Jeśli nic nie zrobimy, by nadzieja budząca się w sercu mogła stać się rzeczywistością, do kogóż wtedy będziemy mieć żal? Trzeba podjąć decyzję, niech nawet kosztuje nas to wiele, byle tylko On nas dostrzegł, a wtedy... będzie szansa. Idą Mu więc na spotkanie i przezornie, trzymając się z daleka od in­nych, próbują pełnym głosem na jaki ich stać wołać do nadchodzą­cego Pana: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!” (Łk 17, 13).

Wydawałoby się, że to trędowaci wyszli na spotkanie Chrys­tusa, a tymczasem to On szedł, aby spotkać się z nimi. Tak było zawsze, takie było Jego posłannictwo, aby iść i szukać zagubio­nych i cierpiących owiec, aby wypełnić, co o Nim napisano: „ślepi widzą, kulawi chodzą, trędowaci bywają oczyszczeni” (Łk 7, 22). Nie mógł więc pozostać nieczuły, nie zareagować, nie spotkać się z tymi nieszczęśliwcami. Chciał spotkać się z nimi nie tylko w sensie przestrzennym, ale – i to w znacznie większym stop­niu – na płaszczyźnie ducha, tam gdzie cierpienie wyzwalało w nich wiarę w moc Jezusa i ufność w potęgę Jego Miłości. Nie dokonał uzdrowienia od razu, nie zadziwił innych swą mocą, nie postąpił tak, jak może wszyscy się spodziewali; kazał im dopełnić formalności, wymaganej już po oczyszczeniu z trądu: „Idźcie, po­każcie się kapłanom” (Łk 17, 14). Trzeba było mieć wiarę i ufać wbrew oczywistości, trzeba było zawierzyć do końca Mistrzowi, by zdecydować się na pójście do kapłanów, mimo iż rany nadal cuchnęły, nogi i stopy piekły, a każdy krok zdawał się krzyczeć, że Jezus chyba z nich zadrwił; ale poszli bez szemrania. Nawet nie trzeba było ich namawiać, jak to czynili słudzy trędowatego Naamana, by mimo wszystko wykonał oburzające go zlecenie Eli­zeusza – obmycia się siedem razy w wodach Jordanu. „A gdy szli, zostali oczyszczeni” (Łk 17, 14).

Odpowiedzi Boga na ludzkie wołanie są zdumiewające, zaskaku­jące, nigdy nie kierują się do nas w taki sposób, jakbyśmy tego oczekiwali. On sam bowiem najlepiej wie, w którym momencie ma zadziałać Jego zbawcza moc, mająca na względzie nie tylko uzdrowienie ciała, ale prowadząca do pełnego wyznania wiary, do zapomnienia tak dalece o sobie, nawet o własnym szczęściu i ra­dości, by po uzyskanej łasce wysławiać całym głosem Boga, upaść na twarz do Jego nóg i dziękować Mu – jak Samarytanin z dzi­siejszej Ewangelii. Jeden z dziesięciu, ale przynajmniej on sam w pełni pociągnięty miłością Chrystusa i zdający sobie sprawę z tego, że wszystko co otrzymał było dziełem łaski, że stał się od­biorcą zmiłowania, na które nie zasłużył. Dlatego upadł na twarz do nóg Jezusa i dziękował Mu (Łk 17, 16).

Tam, gdzie jest miłość, jest podziękowanie, bo dziękuje tylko ten, kto prawdziwie kocha. Po okrutnym doświadczeniu bólu i cier­pienia, po przeżyciu gehenny upokorzeń i niemiłosiernego trakto­wania ze strony innych, ten skazany na margines społeczny czło­wiek, w spotkaniu z Chrystusem odnajduje radość swego życia, a zniewolony Bożą dobrocią nie potrafi się oprzeć potrzebie ser­ca, by za tę dobroć wyrazić wdzięczność. Klęcząc i wielbiąc Pana zaczyna rozumieć najgłębszą prawdę cudu własnego uzdrowienia, którą wyraził Chrystus zwracając się do niego: „Wstań i idź, wiara twoja cię uzdrowiła” (Łk 17, 19).

Drodzy bracia i siostry! Ewangelia nie jest tylko i wyłącznie historią. Nie przekazuje nam jedynie faktów z dalekiej przeszłoś­ci. Jest księgą objawienia się Boga. Opowiada nam dzieje spotkań Jezusa z ludźmi tamtych i dzisiejszych czasów. Wszystko powtarza się od nowa. Każdego dnia Chrystus jest ten sam. Ludzie są zawsze ci sami. Ich problemy, choroby, cierpienia zmieniają może tylko nazwę, ale w istocie są takie same. Gazety codziennie prze­pełnione są informacjami o ludzkich nieszczęściach: katastrofa za katastrofą, niepowodzenia, choroby, wypadki i śmierć. Klęska gło­du i wojny... Któż zdoła zbadać ile za tym kryje się cierpień? Kto wypowie choćby te zwykłe, codzienne cierpienia zatrwożonych, zrozpaczonych i zawiedzionych serc, cierpienia rodzin i samot­nych osób, starszych i młodych ludzi; cierpienia ukrytych udręk i zawstydzonej nędzy, cierpienia ciała i duszy, cierpienia wypły­wające z obrazy, niezrozumienia, niewdzięczności, braku poszano­wania godności i wolności osobistej drugiego człowieka, tych spowodowanych złością i brakiem miłości. Ileż w tych naszych ludz­kich sytuacjach szczerej i rozrywającej serce modlitwy: Panie, ulituj się nad nami! Pozostanie to tajemnicą każdego z nas, bo któż może coś powiedzieć o twoim i moim cierpieniu jakie nosimy w sercu, bolejąc nad tym bez słów, i na ile to możliwe, z twarzą spokojną, a nawet pogodną. Przede wszystkim jednak pozostanie tajemnicą ten moment, ta jedynie nam znana chwila spotkania z nieustannie obecnym Chrystusem, który usłyszawszy nasze: „ulituj się nad nami!”, może nie zadziałał tak, jakbyśmy się spo­dziewali i pragnęli, ale z pewnością dodał nam mocy i odwagi, by spojrzeć oczyma wiary nawet wśród bezdennego morza cierpień i trosk, dręczącego zmęczenia i przesytu, całkowitej bezradności i zwątpienia, wśród łez wylanych w samotności i opuszczeniu... i usłyszeć kojące słowa naszego Zbawiciela: „Idź, wiara twoja cię uzdrowiła” (Łk 17, 19).

Uzdrawiająca moc tej wiary nie zawsze dotyczyć będzie tego, co wyraża się bólem i cierpieniem fizycznym, ale zawsze jest w stanie doprowadzić w nas do przemiany wewnętrznej, dzięki której dostrzegłszy w Chrystusie sens zarówno tego, co trudne i bo­lesne, jak i tego, co radosne i miłe, będziemy zdolni za wszystko dzięki składać Bogu. A to jest już coś więcej niż wiara, to jest wyrazem miłości. Tylko ten bowiem, kto prawdziwie miłuje, po­trafi dziękować. Tak czynił zawsze Chrystus. Płynąca kiedyś z głębi Jego serca modlitwa nad grobem Łazarza: „Ojcze, dzięku­ję Ci, żeś mnie wysłuchał” (J 11, 41) jest jednym z przejawów te­go nieustannego trwania w postawie dziękczynienia, jaka znamio­nowała Go od momentu „Oto idę”, aż do bolesnego „Wykonało się” na drzewie krzyża. Więcej nawet, uwielbienie Ojca przenosi On poza granice swego ziemskiego życia pozostawiając nam Eucharystię – wieczyste dziękczynienie. To właśnie tu, we Mszy Św., możemy zło­żyć Bogu najwspanialszą daninę wdzięczności, ofiarując „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” wszystko to, czego sta­liśmy się uczestnikami z łaski i dobroci kochającego nas Ojca. Przynieść tu możemy i winniśmy te zwyczajne, proste sprawy na­szego szarego życia, a także to wszystko, co w szczególny sposób głosi chwałę i miłosierdzie Boga.

Tym szczególnym motywem dziękczynienia pragniemy uczynić cały pontyfikat św. Jana Pawła II, wszak to dziś przeżywamy tzw. Dzień Papieski. Św. Jan Paweł II: obrońca godności człowieka, orędownik prawdy, papież wolności, itp. Postawmy sobie w tym konekście pytanie: Jak wyglądałaby nasza epoka, gdyby z Bożej Opatrzności nie było by go wśród nas wówczas, gdy Naród Polski i inne narody tej części Europy odzyskiwały wolność? Na ile w nas, w naszym codziennym życiu pozostało z tego, co on głosił, czego z takim entuzjazmem słuchaliśmy? Istotą Dnia Papieskiego jest modlitwa i zaduma nad godnością człowieka, nad jego życiem, nad podejmowanymi zadaniami, które nam towarzyszyły wtedy, kiedy posród nas św. Jan Paweł II przebywał i i wciąż towarzyszą.

Prośmy Boga, za wstawiennictwem św. Jana Pawła II, abyśmy jako Naród żyli w prawdzie, wolności, w klimacie wzajemnego szacunku. Ten wzajemny szacunek niech się wyraża w naszych konkretnych postawach codziennego życia osobistego, społecznego, zawodowego. I bądźmy wdzięczni za wszystko, co każdego dnia Opatrzność Boża nam daje. AMEN.

 

 

Czytany 406 razy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.