Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
czwartek, 08 październik 2015 10:00

28. Niedziela Zwykła (B) – Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

homiliaGdy Jezus wybierał się w drogę, zbliżył się do Niego pewien człowiek. W jaki sposób ten człowiek zostaje scharakteryzowany w Ewangelii? Przez jedno słowo, że “był bogaty”. Jan Paweł II rozważa w Liście do młodych tę Ewangelię, i stwierdza, że “już młodość jest bogactwem człowieka poprzez fakt, że jest on młody, że jest zdrowy, że ma przed sobą wiele możliwości – może wybrać taką a nie inną pracę, rozeznaje swoje powołanie – następne lata, to już tylko realizacja drogi, którą się wybrało”.

Młodość jest bogactwem. Ale ten człowiek był również bogaty w sensie materialnym, miał bogatych rodziców, a więc był człowiekiem – można powiedzieć – zabezpieczonym; nie miał problemów, jak dzisiejsi młodzi, z podjęciem nauki; nie miałby problemu ze zdobyciem pracy, a gdyby nawet jej nie miał, mógłby przejąć majątek swoich rodziców i go pomnażać; był człowiekiem, który nie musiał się kłopotać o swoją przyszłość. I zbliża się do Jezusa, bo ma jakiś problem, bo mimo że jest bogaty, mimo że jest młody – czegoś mu w życiu brakuje. Może szukał u wielu nauczycieli tajemnicy szczęścia i przychodzi teraz do Jezusa: “Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby otrzymać życie wieczne?”.

Zauważmy, że kobieta kananejska z wczorajszej Ewangelii, gdy zbliża się do Jezusa, mówi: “Ulituj się nade mną Panie, Synu Dawida”. W tym pierwszym zdaniu już wyznaje wiarę w to, że Jezus jest Mesjaszem. Natomiast ten młody człowiek nie uwierzył, że Jezus jest Synem Bożym, że Jezus jest Mesjaszem, uważa Go tylko za jednego z nauczycieli.

Tak się może dziać w naszym życiu, kiedy szukamy wciąż odpowiedzi na pytanie o szczęście, i szukamy coraz to nowych nauczycieli. Tak się dzisiaj dzieje – są mody na różnych nauczycieli, przez jakiś czas słuchamy jednego, bo jest na fali, bo jest pokazywany w mediach, później słuchamy innych. I człowiek nie znajduje odpowiedzi na najgłębsze pytania o sens swojego życia. “Nauczycielu dobry – pyta ów młody człowiek – co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?”, co mam czynić, aby być człowiekiem szczęśliwym? Jezus mu odpowiada: “Zachowuj przykazania”. – “Które?” Jezus podaje sześć przykazań z “drugiej tablicy” Dekalogu: «Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij ojca i matkę, miłuj bliźniego jak siebie samego». Zadajmy sobie pytanie: Dlaczego Jezus nie mówi o tych pierwszych trzech przykazaniach? Jezus chce pokazać, że gdyby ten człowiek naprawdę zachowywał przykazania, co do których jest pewny, na pewno by rozpoznał Tego, który jest u początku; gdyby naprawdę z serca kochał drugiego człowieka, gdyby nie zabijał swoim słowem, gdyby nie sądził swoich bliźnich, gdyby nie próbował stosować zasady: “oko za oko, ząb za ząb”, musiałby spotkać się z prawdziwym Bogiem, musiałby w Niego uwierzyć. Można powiedzieć, że przykazania dotyczące drugiego człowieka są trudniejsze, ale też bez przykazań dotyczących Pana Boga, nasza miłość do drugiego człowieka jest pozorna. Bo możemy bardzo dużo dać drugiemu człowiekowi, poświęcić dla niego nawet całe swoje życie, i mieć w tym jakiś interes, i nasze intencje mogą być nieczyste – być człowiekiem popularnym, być na ustach wszystkich, być sławnym.

Ów młodzieniec odpowiada: “Wszystkiego tego przestrzegałem od swojej młodości” – nie zna ten człowiek swojego serca, ale – możemy powiedzieć – to jest jego kolejne bogactwo: urodził się w rodzinie, która dała mu dobre wychowanie, jest człowiekiem porządnym, rodzice dbali o jego religijne wychowanie, dawali mu dobry przykład, starali się, by był w świątyni, by się modlił i on mówi: “Wszystkie te przykazania zachowywałem od mojej młodości”. I wtedy Jezus chce zobaczyć, gdzie jest jego serce: “Jeżeli chcesz być doskonały, idź, sprzedaj wszystko, co posiadasz, rozdaj ubogim, a potem przyjdź i chodź za Mną”. Jezus zaprasza tego religijnego młodzieńca, tego porządnego człowieka, do wiary; Jezus zaprasza go do chrześcijaństwa.

Chrześcijaństwo, to jest postawienie na pierwszym miejscu Jezusa Chrystusa; to jest uwolnienie serca od tego, co nie syci, co nie jest Bogiem. Stajemy dzisiaj w obliczu nowoczesnego humanizmu, który ma wszelkie pozory miłości do człowieka, ale “dzisiaj usiłuje się tak żyć – mówił Ojciec św. na krakowskich błoniach 18 sierpnia 2002) – jakby Boga nie było; usiłuje się czynić Boga Wielkim Nieobecnym”. Jeżeli człowiekowi zabraknie tej motywacji najgłębszej, duchowej; jeżeli człowiekowi zabraknie wiary w Boga – Dawcy życia – to ten nowoczesny humanizm się skompromituje poprzez aborcję, eutanazję, manipulacje genetyczne, poprzez podważanie nierozerwalności małżeństwa, bo zabraknie mu najgłębszych motywów miłowania drugiego człowieka, a są nimi: Bóg, godność człowieka wynikająca ze stworzenia go przez Boga na swój “obraz i podobieństwo”.

Chcemy i trzeba się modlić się, by była w nas ta radykalna postawa ludzi, którzy idą za Jezusem Chrystusem – “Jeżeli chcesz być doskonałym, sprzedaj co posiadasz, rozdaj ubogim i chodź za Mną”, to znaczy: uwolnij swoje serce od tego, co nie jest z Boga. Chcemy być ludźmi, którzy naprawdę stawiają na piedestale drugiego człowieka, nie ubóstwiając go bez Boga, ale widząc w nim “obraz i podobieństwo” Boże, i przez niego dostrzegając obecnego w każdym z nas Jezusa Chrystusa. Niech się tak stanie.

Czytany 1562 razy

1 komentarz

  • Link do komentarza Maria Korzonek poniedziałek, 12 październik 2015 18:24 napisane przez Maria Korzonek

    Myślę sobie dziś o człowieku, który odchodzi od Jezusa smutny…
    Spochmurniał, pisze Ewangelista.
    Ale dlaczegóż?
    Przecież zamożny, niczego mu nie brakuje, może sobie pozwolić na wszystko…
    Tylko nie na pokój serca, satysfakcję wewnętrzną, radość…
    Tych rzeczy nie da się kupić.
    Sytość, chwilowe zadowolenie, przyjemność – te tak, ale on już wie, że to go nie uszczęśliwia.
    To wszystko pewnie już miał…
    Szukał głębi i znalazł, tylko zabrakło mu odwagi, żeby się w niej zanurzyć. Może kiedyś, może później… Ale kto wie, czy to nie była jego ostatnia szansa…

    Pomyślałam sobie, że trzeba zrobić wszystko, żeby nie zmarnować szansy, nie przepuścić okazji, bo może się nagle okazać, że ten jednorazowy brak odwagi przerodził się w stan chroniczny.
    I można pozostać nieszczęśliwym na całą resztę życia.
    Tylko dlatego, że człowiek okazał się chciwy na wrażenia, zachłanny na rzeczy, pazerny na pieniądz, podczas gdy prawdziwe bogactwo ukrywało się całkiem blisko.
    Cała rzecz w decyzji – ewangelicznej – wybierać to, czego nikt nie chce, patrzeć na to, na co inni nie patrzą, szukać tam, gdzie inni wzbraniają się iść…

    Każde zwycięstwo, każda dobra decyzja, każdy świadomy wybór to szczęście nieopisane i skarb, o którym inni nawet nie umieją pomarzyć… Czasem się o tym przekonuję… Wciąż zbyt rzadko…

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.