Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
piątek, 15 grudzień 2017 10:17

3. Niedziela Adwentu (B) – Radość pełna

Oceń ten artykuł
(1 głos)

3-niedziela-adwentuBracie, siostro! Czy słyszysz to wezwanie, które dziś przez świętą liturgię Pan do Ciebie kieruje? „Zawsze się radujcie!” (1 Tes 5, 16). „Ogromnie się weselę w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim” (Iz 6J, 1). Boże Narodzenie już blisko. Jeszcze kilka dni. Przyjdziemy na Pasterkę, bo jak przespać tę noc, gdy Bóg się rodzi? Czuwać będziemy z pasterzami, aby na własne uszy usłyszeć orędzie anioła: „Oto zwiastuję wam radość wielką” (Łk 2, 10). Wielkiej radości nie może zagłuszyć ani kryzys, ani żałoba narodowa, ani kłopoty codziennego dreptania. Bo jej źródła są głębsze niż uciechy tego świata. Oto dla nas i dla naszego zbawie­nia Bóg prawdziwy stał się Człowiekiem. Fakt wpisany w ludz­ką historię. Wspominany uroczyście. Wciągający swoim nastrojem w atmosferę niezwykłości nawet tych, którzy w nic już nie wie­rzą. Fakt, którego skutki zbawcze są żywe, ciągle jesteśmy w za­sięgu jego mocy. Słuchaliśmy też rozmowy, którą prowadzili de­legaci z Jerozolimy z Janem Chrzcicielem.

Przed wielu laty odprawiałem prymicję w rodzinnej parafii właśnie w trzecią niedzielę Adwentu i głoszona była ta sama Ewangelia. Najpierw ją diakon zaśpiewał porządnie po łacinie, a potem kaznodzieja odczytał po polsku. Niewiele z tego kazania pamiętam. Jedno mi zostało i idzie za mną przez życie. To py­tanie, którym atakowano Jana nad Jordanem: „Ktoś ty jest?” – „Kim ty jesteś?”. To samo pytanie zostało skierowane personalnie do mnie. Byłem przerażony. Pytanie miało charakter retoryczny – nie mogłem na nie odpowiedzieć. Ale sobie odpowiedzieć musia­łem i nadal muszę. Byłem przerażony ... Kilkadziesiąt lat temu Biskup mnie wyświęcił razem z moimi kolegami, a potem pokazał otwar­te drzwi katedry i powiedział: „Idźcie, posyłam was jak owce między wilki” (Mt 10, 16). Zostałem posłany ... A teraz już mnie pytają, kim jestem. Tylko posłanym w imieniu Chrystusa. Tak jak Jan Chrzciciel. I to zestawienie było przerażające: prorok znad Jordanu i ja. Straszne! On, który otrzymał opinię Chrystusa, że „między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11, 11). On, który wiernie wypełnił swe zadania, prostował drogę Temu, który miał przyjść. Odważnie mówił praw­dę wszystkim, także królowi, piętnując go publicznie, że odebrał żonę swemu bratu. Król słuchał tego w milczeniu, wiedział, że tak było naprawdę. Ale słuchał go chętnie, słowa Jana budziły jego uśpione sumienie. Zemsta przyszła z nieoczekiwanej strony. Mści­wa Herodiada dopięła swego. Jej intryga sprawiła, że Jan został w więzieniu zamordowany. Zapłacił za głoszenie prawdy najwyż­szą cenę: ścięto mu głowę, ale do końca zachował swą twarz, swoją godność, swoją wielkość. I ten wielki, prawdziwy człowiek stanął na początku mojego posłania. Modliłem się wtedy: „Panie, daj, abym umiał zachować swą twarz do końca”. To pragnienie dotyczyć musi każdego ucznia Chrystusa, który świadomie wy­biera Go na swego Mistrza i Pana.

Zachować twarz. W każdej sytuacji. Nie być chorągiewką na dachu. Nie być plewą, którą wiatr rozmiata. Być sobą. Każdy z nas ma ciągle w swoim otoczeniu kogoś, kto to pytanie wysłań­ców z Jerozolimy powtarza: „Kim ty jesteś?” Niedawno opowia­dano mi taką historię, prosto z życia. W pewnym środowisku za­stanawiano się, jak rozpocząć akcję, która z góry miała mizerne szanse powodzenia, gdyż całość chciano zbudować na piasku. Dobrze by było znaleźć człowieka – myślano – który swoim auto­rytetem mógłby podeprzeć to przedsięwzięcie liche. Padały różne nazwiska. Za małe, bez znaczenia. Wreszcie wymieniono kogoś, kto może najbardziej byłby sposobny. Ale tu sam szef grupy za­oponował: „Jemu nie warto nawet proponować, nie zgodzi się na pewno; to jest firma”. Człowiek nazwany „firmą” oczywiście się o tym dowiedział. „Nikt mi tej pochwały nie wpisze nigdy do akt personalnych – oświadczył – ale jest to najwyższe uznanie, ja­kie mogło mnie spotkać”. Być może myślisz sobie teraz z goryczą: gdyby tak można było zacząć jeszcze raz. Bo niestety ja do tej pory nie byłem tak mocny, bym umiał mówić: Tak – tak, nie – nie. Ale gdybym mógł spróbować raz jeszcze.

Drogi bracie, droga siostro! Właśnie teraz jest czas sposobny. W tym świętym czasie adwentowego oczekiwania, kiedy Pan jest tak blisko, trzeba zrobić choć jeden krok, by wyjść Mu naprze­ciw. Jeden krok wystarczy, by wejść w krąg mocy zbawczej Tego, który dla nas stał się Człowiekiem. Tyle słyszymy o zbawieniu, jak często ono pozostaje w sferze teorii. Dopóki nie doświadczysz sam, że zaufałeś, wyciągnąłeś rękę i oto nie zawisła ona w próż­ni – twój wysiłek spotkał się z pomocą Boga. Właśnie ten pier­wszy krok, decyzja, wysiłek, by wyjść z mgły przeciętności, kiep­skich przyzwyczajeń, lichoty – jest tym prawdziwym przygoto­waniem się na nadchodzące święta. Jeszcze masz szansę, że w tym roku nie będziesz radosnych Świąt oglądał jak film – z ostat­niego rzędu, ale staniesz się żywym uczestnikiem tej wielkiej ra­dości, że Chrystus się narodził, stał się prawdziwym człowiekiem, aby twoje człowieczeństwo ubogacić i obdarzyć cię swoją rado­ścią – radością pełną. Amen.

 

Czytany 147 razy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.