Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
czwartek, 16 listopad 2017 08:57

33. Niedziela Zwykła (A) - Komu więcej dane...

Oceń ten artykuł
(1 głos)

talent-darTalent. Dziesięciokrotnie wymieniany w przypowieści Chrystusowej. Co on dzisiaj oznacza? Co przez to słowo rozumiemy? Przede wszystkim wybitne zdolności w jakiejś dziedzinie (artystycznej, politycznej, naukowej). Mówimy o człowieku, że ma talent, gdy jest obdarzony zdolnością twórczą. A w czasach Jezusowych talent to była jednostka wagowo-pieniężna w miastach starożytnej Grecji i krajach ulegających wpływom kultury greckiej. Po prostu duża bryła srebra lub złota dużej wartości. Mogła być lokatą kapitału, służyła też do inwestowania jako kapitał pewny. I w tym znaczeniu posługuje się talentem Pan Jezus w pouczeniu przypowieściowym.

Teksty biblijne dzisiejszej niedzieli pełne są pochwały tych ludzi, co się krzątają. Najpierw więc Księga Przysłów, która kończy się poematem o kobiecie dzielnej. Takiej, co to jest jak drogocenna perła. Jej małżonek może jej zaufać. Nieustannie zajęta: przędzie, tka, troszczy się o pożywienie dla rodziny. Wstaje, gdy jeszcze jest noc, jej lampa wśród nocy nie gaśnie. Czy autor Księgi Przysłów przesadził. Ani trochę. Znamy takie kobiety z własnego kręgu, często są to nasze matki, babcie, żony... Bardzo lubię ten poemat pochwalny, często go czytam na pogrzebie kobiety, którą znałem i wiem, że chleba lenistwa nie jadła. Robi się wtedy w kościele cichutko, jak makiem zasiał. Wszyscy wiedzą, że te słowa to o niej, co leży tu w trumnie przed ołtarzem. I że to wszystko prawda. Niewiele już dodaję od siebie, a często ani słowa, bo wszystko już zostało powiedziane. Jaka otucha, nadzieja, że z tą krzątaniną stanęła przed Panem Bogiem, że zebrała skarby, które ani mól, ani rdza nie zniszczy. Są gwarancją jej życia wiecznego.

Podobna sytuacja jest w Ewangelii, podobna, ale nie taka sama. Mamy też pochwałę: „dobrze sługo dobry i wierny”, jest też nagana: „sługo zły i gnuśny”. Gdyby ten ostani nie zakopał swego talentu i przyniósł drugi, ale nie, jeszcze swemu panu naurągał.

Mamy tu nowy namiar oceny człowieka, mianowicie jego wartość mierzy się proporcjonalnym wkładem własnym do możliwości, jakie otrzymał. To jest właśnie coś nowego, co Pan Jezus nam do rozważenia dzisiaj podaje. Wielu poprzestaje na państwowym stopniu. Wystarczy trójczyna. I już. A co? Przecież i tak zdałem. Smutna to szkoła, która taką postawę akceptuje wobec zalewu miernoty zmęczony nauczyciel rezygnuje: dobrze, że chociaż przeszedł do następnej klasy....

Wczoraj moje Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Kościuszki obchodziło 75-lecie swego istnienia. Ładny jubileusz i piękna okazja, by go uroczyście świętować. Przy takiej sposobności wraca się do wspomnień, tych jeszcze sprzed wojny. Wychowawcą naszym był wtedy nauczyciel łaciny, postrach szkoły. Rzeczywiście uczył znakomicie, ale też był wymagający. Mieliśmy przed nim respekt, darzyliśmy go podziwem. Wiedział, czego od nas chce. Dostawaliśmy wtedy także świadectwo na pobocze. Taki napisany osąd był refleksją, często zachętą. A to nasz pan Profesor umiał robić. Każdy z nas wyczytany podchodził do katedry, by odebrać z jego rąk certyfikat. Wręczał świadectwo w milczeniu, a potem zatrzymał wzrokiem. A umiał patrzeć na wylot. Uznał za stosowne wygłosić do mnie przemówienie. Krótkie. „Słuchaj, postawiłem ci czwórkę”. A potem takim teatralnym szeptem, przez zaciśnięte zęby: „Ale jak ty mnie zawiedziesz, to przy końcu roku zarżnę cię tępym nożem”.

Tak mnie podbudował. Miałżebym dać satysfakcję, smokowi i zginąć w czerwcu śmiercią męczeńską? Przenigdy! Okazane zaufanie ogromnie zobowiązuje. Panie profesorze, wiele zapomniałem z tego, czegoś nas uczył, ale tego zabiegu wychowawczego - nigdy. Oczywiście wtedy nie rozumiałem w pełni, ale dziś pojmuję to była ewangelia na codzień, praktyczne zastosowanie dzisiejszej przypowieści. Takie drobne wydarzenie, ale ciągle mi to wracało. Prosiłem moich uczniów, aby przy końcu roku szkolnego przynosili mi swoje świadectwa "do wglądu".

  • Jesteś zadowolony z tego świadectwa?
  • No...

  • To powiedz, które przedmioty ocenione na dostateczny, mógłbyś podciągnąć na dobry?

  • Może z historii, z chemii...

  • A z polskiego będziesz miał do końca życia trójkę? Człowieczy

  • Pani mi obniżyła stopień, bo chociaż piszę dobre wypracowania, to robię błędy ortograficzne.

  • A sądzisz, że mimo zawiłych zasad polskiej pisowni, nie można się tego nauczyć?

  • Myślę, że gdybym dołożył starań...

Oj, sługo gnuśny i leniwy, ciągle ci się nie chce.

  • A ty, słuchaj, jaki przedmiot kosztował cię najwięcej wysiłku i pracy?

  • Matematyka

  • I masz tylko trójkę?

  • Tak, ale stale groziła mi ocena niedostateczna. Taka jestem: antytalent w tej dziedzinie”.

Nie martw się, twoja pani to dostrzegła, że pracujesz, że się starasz. Co więcej Pan Jezus zobaczył, że tego malutkiego talentu nie zagrzebałaś, nie powiedziałaś: wszystko mi jedno. Pamiętaj: u Niego nagroda ta sama - wejdź do radości, więc ciesz się, że twój wysiłek nie poszedł na marne”.

I tak jest do końca życia. Na początku, w okresie dzieciństwa ktoś inny nas ocenia. Przychodzi jednak szybko czas, że musimy się oceniać sami. Ciągle mają na względzie, że trzeba nam rozliczać się z Bożych talentów. Oczywiście nie są one ani srebrem, ani złotem. Są to cenniejsze dary: Słowo Boże, które trafia często prosto w serce człowieka, potężna Jego łaska która jest pomocą skuteczną i te cichutkie podszepty, jak uporządkować swe życie zgodnie z prawem naszego Pana. Wiecie, o czym mówię, bo każdy to przeżywa. Te leciutkie dotknięcia, te upomnienia, których nikt nie słyszy. „Patrz: jest niedobrze. Już trzeci dzień milczysz w domu jak głaz. Zaciąłeś się i będziesz tak trwał aż do Bożego Narodzenia? Przecież ona czeka na twój gest. A wiesz sam, że przebrałeś miarę. Zdobądź się na odwagę, by się do tego przyznać”.

Słyszysz ten głos. I od ciebie zależy, czy pójdziesz za nim. Jeśli pójdziesz, to zaczyna się cudowna współpraca z darem Boga, który otrzymałeś. Będzie radość...

Takich dotknięć jest dużo. Sami wystawiamy się na odbiór: każde przyjście do kościoła, gdzie Bóg do nas mówi, każde uklęknięcie do modlitwy jest czekaniem na Jego dar.

Słyszymy czasem zarzuty, że chrześcijaństwo przez swe ukierunkowanie na życie wieczne odrywa człowieka od spraw życia doczesnego. Ale to nie jest prawda. Dzisiejsza przypowieść przeczy temu. Zgoda, że uczeń Chrystusa dąży do radości swego Pana. Ale p»zecież radość taką może otrzymać tylko za wierną postawę w tym życiu.

Wielkie sprawy Królestwa Bożego osiąga się właśnie wiernością w drobnych sprawach codziennych: czyn się liczy, zaradność, odpowiedzialność. A także wrażliwość by nie marnować tych najmniejszych talentów, żadnego nie zakopać w ziemi.

Kara za gnuśność będzie polegać na wyrzuceniu w ciemności, gdzie będzie płacz. Tego cofnąć się nie da. Zmarnowanej szansy nie można już odzyskać. Tak, jak nie można odzyskać okazji, by uczynić coś dobrego, bo nie wykorzystana w porę, mija bezpowrotnie.

Wyznajemy na początku każdej Mszy św. swoje winy. Mówimy: zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem i zaniedbaniem.

Od tych właśnie zaniedbań, od zmarnowanych sposobności, by pójść drogą Bożego wezwania, od utraty wrażliwości słuchowej na podszepty Twojej łaski - ustrzeż nas, Panie.

Czytany 37 razy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.