Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
piątek, 10 listopad 2017 09:17

32. Niedziela Zwykła (A) – Czuwanie i gotowość

Oceń ten artykuł
(1 głos)

swiatlo-panaDrodzy bracia i siostry! To już druga niedziela listopada. Przeżywaliśmy piękne uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Żyjemy jeszcze atmosferą tych dni. Takie „Dni”, takie uroczystości są nam szczególnie potrzebne, gdyż myśl naszą kierują ku wieczności, ku niebu. A my w chaosie współczesnego życia tak łatwo zatracamy duchową równowagę, poczucie hierarchii wartości. Dziś do nas Pan woła: Czuwajcie i bądźcie gotowi! (Mt 25,13) Czuwa ten, kto się boi... ale i ten, kto kocha. Czuwa mi­łość – bo to jest jej właściwością. Czuwa matka nad dziećmi, by się im krzywda nie stała. Czuwa lekarz, pielęgniarka, by nieść ulgę chorym. Całe nasze życie upływa pod znakiem czuwania. Mamy czuwać na wzór „panien mądrych", które były przygotowane na spotkanie z Oblubieńcem.

To nasze czuwanie, oczekiwanie – nie może być jednak bierne, bez­czynne. Do istoty oczekiwania należy bowiem dążenie. Mamy odkrywać Boga w zdarzeniach, które przeżywamy i w ludziach, których spotykamy. Bóg przychodzi do nas szczególnie wtedy, gdy my do Niego idziemy. Po­winniśmy zrobić wszystko, by tę rzeczywistość przybliżyć. Takie oczekiwa­nie mobilizuje nas wewnętrznie. Tym bardziej aktywne, tym bardziej czuj­ne powinno być oczekiwanie na to, co decyduje o naszym wiecznym losie. Ten stan mobilizacji wewnętrznej powinien być stanem ciągłym. Żyjąc w świecie widzialnym – winniśmy pamiętać o świecie niewidzialnym. Żyjąc na ziemi – powinniśmy być stale świadomi istnienia wieczności. Dlatego nasza postawa powinna charakteryzować się tym, aby umiejętnie wycho­dzić poza doczesne, przemijające, tak absorbujące dzisiaj życie człowieka. Taka postawa nie oznacza demobilizacji wobec naszych codziennych spraw i powinności. Wprost przeciwnie, uwrażliwia nas na nie i potęguje naszą ak­tywność. Oczywisty staje się fakt, że na spotkanie z Panem nie możemy przyjść z pustymi rękami. Muszą one być wypełnione dobrymi uczynkami. A plecy nasze powinny mieć ślad krzyża – od codziennych wyrzeczeń, ofiar, służby dla innych.

Bóg czeka, nachyla się, zachęca, nie zraża się rogatą postawą, owszem, stoi u drzwi serca i delikatnie prosi o możność wejścia. Trzeba zrozumieć tu swój własny interes: Bóg będzie bez nas szczęśliwy. Nie szuka dobra swojego, bo jest samym Dobrem, ale nam chce świadczyć dobro, bo kocha. Stawia nam wprawdzie twarde wymagania, ale zarazem ukazuje niebo. Nie ma tu przymusu, jest miejsce tylko dla wolnej decyzji: alterna­tywna współpraca z łaską – lub rezygnacja z nieba... Dlatego ciągle trzeba nam Bożej pomocy i światła. A światłem tym – Bóg sam. Prośmy więc z poetą:

Światło łagodne, prowadź mnie przez mroki.

Światło Odwieczne!

Noc ciemna, dom mój tak bardzo daleki,

więc Ty mnie prowadź!

Nie pragnę wcale przyszłości widoku,

ale bądź blaskiem dla jednego kroku...

Tyś zawsze trwało, gdym przez głuchą ciemność,

puszcze, pustynie błąkał się dumny,

więc czuwaj nade mną, aż noc przeminie.

Aż świt ukaże mi wieczne mieszkanie —

i będę z Tobą, a Ty ze mną Panie”... (J.H. Newman)

Podstawą naszej czujności – jest wiara. Dzięki niej nieustannie kieruje­my naszą miłość do Chrystusa, który „nas do końca umiłował”. Realizuje­my tę miłość przez pełnienie dobra. Sam Chrystus mówi: „Cokolwiek uczy­niliście jednemu z tych najmniejszych – Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Wszystko, co czynimy bliźniemu, czynimy samemu Chrystusowi. Żyjąc w stanie łaski, jesteśmy żywymi nosicielami Chrystusa, wnoszącymi Go we wszystkie przejawy współczesnego życia, w ten sposób zwyciężymy świat Jego miłością. Jednocześnie musimy pamiętać, że w tej czujności na spot­kanie z Chrystusem potrzebna jest nam praca nad sobą, nad rozsądnym wykorzystaniem czasu, abyśmy nie byli zaskoczeni jak „niemądre panny”. Przyjaciele zapytali kiedyś Norwida: Mistrzu, ty tak pięknie i umiejętnie dobierasz słowa, powiedz, które ze słów jest najtragiczniejsze, przerażają­ce? Norwid odpowiedział: Słowem tym jest: „Za późno”.

Siostry, bracia! Bóg daje nam czas – wielki skarb, który jednak nam sta­le ucieka, wypala się jak świeca. Ile mi jeszcze czasu zostało? Jeszcze nie jest za późno. Wykorzystajmy go do realizacji celu największego – zba­wienia i ... bądźmy gotowi! Wróg naszego zbawienia, szatan – doskonały psycholog – zakłóca w człowieku tę równowagę aktywnego czuwania. Bu­dzi nieufność, że sam człowiek zaczyna pytać siebie: czy warto pracować nad sobą? Czy warto służyć drugiemu człowiekowi gdy nie ma nawet żad­nej uchwytnej ziemskiej korzyści? Stąd potrzebna nam moc, którą daje Chrystus przez modlitwę, a zwłaszcza sakramenty. Potrzebna ucieczka do Wspomożycielki Maryi, naszej Matki. Kto nie czuwa, ten mało kocha... W życiu mamy wiele okazji do zbadania naszej czujności, naszej miłości do Chrystusa. Spotykamy biednych, potrzebujących naszej pomocy, chorych, smutnych, opuszcznych, więzionych... Czy zastanawiamy się wtedy nad na­szą postawą? Czy dostrzegamy w nich Chrystusa, który przez nich spotyka się z nami? Adam Chmielowski, znany powszechnie jako św. Brat Albert – przechodząc przez najnędzniejszą dzielnicę Krakowa odkrył w ludziach nieciekawej reputacji – Chrystusa. Pozostał wśród biedaków, nędzarzy. Zaczął im służyć, pomagać. Tym zaakcentował swoją postawę gotowości na ostateczne spotkanie z Chrystusem. Św. Jan Bosko – widząc młodych ludzi, jak schodzą na manowce, poświęcał im siebie bez reszty – stając się wychowawcą, nauczycielem, ojcem, lekarzem, sportowcem, aktorem... wszystkim. A umierając, mówił do nich zapłakanych: nie prze­stanę was nadal kochać i oczekuję was teraz w niebie. Pozostawił dwa zgro­madzenia zakonne, aby prowadziły nadal dzieło wychowania młodzieży, którą tak bardzo ukochał. I to jest odpowiedź świętych na wezwanie Chry­stusa: Czuwajcie i bądźcie gotowi (Mt 25,13).

Słyszałem kiedyś takie stwierdzenie: skoro moment przyjścia Pana jest tak decydujący i skoro jest to przyjście dobrego Boga... to dlaczego nas nie ostrzeże: jutro przyjdę, lecz przychodzi niespodziewanie? Przecież gdyby człowiek wiedział, mógłby się przygotować. Dobry ojciec przestrzega dzie­ci przed niebezpieczeństwem. No tak, ale czy wtedy Bóg nie stałby się nauczycielem chytrości, a sam człowiek życiowym kombinatorem? Całe życie złe, nijakie, dopiero w ostatniej godzinie gwałtowny zwrot ku Bogu, dodaj­my – ze strachu czy dokładnego wyrachowania. Pan jednak nie obiecał nieba chytrym, lecz świętym, tym, którzy z ogromnym wysiłkiem, choć nie­raz z różnym efektem, starają się w swoim życiu o dobro, jakim jest współ­życie z Bogiem, troska o to, by w duszy człowieczej obecna była zawsze ła­ska uświęcająca. Prawdziwy uczeń Chrystusa, przyjaciel Boga – zawsze jest czujny. Nie tylko dlatego, że przyjście Pana jest czasem niewiadomym, ale przede wszystkim dlatego, że przyjaciel nie chce zdradzić. Chrystusowe stwierdzenie, że nie można dwom panom służyć: nie możecie Bogu służyć i mamonie – staje się dewizą jego życia. Uliczny handelek: całe życie świa­tu – mamonie, a ostatnią godzinę Bogu, nie jest godny wyznawcy Chrystu­sa. Czy zresztą ostatnia godzina będzie nam dana?

Czuwajcie więc i bądźcie gotowi! Wyrazem naszej czujności jest i to eucharystyczne zgromadzenie, w którym uczestniczymy tu w kościele. Pragniemy wszys­cy łączyć naszą ofiarę serdecznej modlitwy, czynu, cierpienia z ofiarą Chry­stusa i za chwilę wołać: „Głosimy śmierć Twoją Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy... i oczekujemy Twego przyjścia w chwale” (Modl. Euch.).

Wielu jest, Jezu, takich, którzy naprawdę wyczekują Ciebie: jak ks. Jacek, który niedawno po prymicjach, a już tak długo przykuty do łóżka. Jak staruszka, parafianka, której noszę Ciebie w komunii, a tak serdecznie Cię zawsze wyczekuje... jak babunia niewidoma, ściskająca stale w dło­niach różaniec, której jedyną radością tygodnia to oczekiwanie na mszę ra­diową... jak dziadek, którego astma „zatyka”, a idzie w niedzielę prawie godzinę do Twojej świątyni z ogromnym wysiłkiem... jak wielu, wielu, któ­rzy niosą na co dzień krzyż i choć czasem upadają, to jednak – jak Ty – powstają, by go nieść wytrwale do końca. Tej wytrwałości, wierności i czuj­ności potrzeba nam wszystkim. Bo tylko ci, którzy czuwają i są gotowi na spotkanie z Chrystusem będą zaproszeni do Jego królestwa.

 

Czytany 255 razy

Skomentuj

Upewnij się, że pola oznaczone wymagane gwiazdką (*) zostały wypełnione. Kod HTML nie jest dozwolony.