Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
Artykuły filtrowane wg daty: kwiecień 2017

krzyzUkochani Bracia i Siostry! Co możemy dodać do usłyszanych przed chwilą słów? Dziś chyba szczególnie czujemy w głębi serca, że trzeba zamilknąć, bo każde słowo może okazać się wielkim nietaktem. Wszyscy bowiem czujemy się jakoś niezręcznie wobec opisanych wydarzeń. Z jednej strony przebija żal i smutek, a z drugiej strony pojawia się niepo­kojąca myśl, że mamy w tym swój udział, i to nie tylko symbo­liczny, ale bardzo konkretny i bezpośredni.

Wraz z poetą, autorem pasyjnej modlitwy „Gorzkich Żali”, możemy zapytać:

Cóż jest, pytam, co się dzieje? - Wszystko stworzenie tru­chleje.

Słońce, gwiazdy omdlewają - żałobą się pokrywają.

Płaczą rzewnie Aniołowie - A któż żałość ich wypowie.

Opoki się twarde krają - Z grobu umarli powstają”.

Cóż się stało? Dokonało się najdziwniejsze wydarzenie w his­torii świata i w historii ludzkości - człowiek skazał na śmierć Boga, albo mówiąc inaczej - Bóg oddał się pod sąd człowieka, czyli oddał się w jego ręce. Wydaje się to wprost niemożliwe. Jednak fakty są nieodwracalne, przed nami stoi krzyż - dowód odbytego sądu, dowód naszej winy. Nie możemy się wyprzeć, że to nie my.

Jaką winę w Nim znaleźliśmy, za co Go skazaliśmy? Gdy byliśmy głodni, rozmnożył chleb, a kiedy doświadczaliśmy cier­pienia i choroby, przyszedł, aby nas uzdrowić. Kiedy czuliśmy się przerażająco samotni, opuszczeni i smutni, pojawiał się nagle i pocieszając, mówił - „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!” (Mt 14,27). Do Zacheusza, do Magdaleny, do kobiety przyłapanej na cudzołóstwie, do wielu z nas powiedział: „Twoje grzechy są odpuszczone” (Łk 7,48). Odważył się kochać, kochać miłością bezwarunkową, do końca, do szaleństwa krzyża. Właśnie miłość i zaufanie do człowieka zaprowadziły Go na krzyż.

Jak odpowiedzieliśmy albo jak odpowiadamy dzisiaj na tę niepojętą miłość? - „Ukrzyżuj Go! [...] Chcemy Barabasza!” (por. Łk 23,21.18).

Jak wielu osłupiało na jego widok, tak nieludzko został oszpecony jego wygląd i postać jego była niepodobna do ludzi [...], wzgardzony i odepchnięty przez ludzi [...], wzgardzony tak, iż mie­liśmy go za nic” (Iz 52,14. 53,3). Czyż można dostrzec w skazańcu wiszącym na krzyżu Syna Bożego? Brzmi to niemal jak bluźnierstwo. Przecież Bóg jest kimś potężnym, mającym nieskoń­czoną władzę, nie pozwalającym się do siebie zbliżyć żadnemu człowiekowi. Jest surowym sędzią i prawodawcą. Wszyscy, którzy mają taki obraz Boga, dzisiaj triumfują i stojąc pod krzyżem, mogą szydzić i ubliżać: „innych wybawiał, siebie nie może wy­bawić. Jest królem Izraela: Niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwie­rzymy w Niego” (Mt 27,42). Nachalne prośby tłumu nie zostają spełnione, a więc teraz są już wszyscy przekonani, że ten człowiek był po prostu oszustem i szarlatanem, jakich w historii było wielu.

Dlaczego nie zszedłeś z krzyża, dlaczego nie pokazałeś swojej boskiej potęgi, nie wezwałeś na pomoc zastępów anielskich? Praw­dziwa miłość musi być radykalna, musi być do końca, nie może się cofnąć, nie może istnieć tylko do pewnego momentu. Taka właśnie miłość do końca stanowi cenę naszego zbawienia, bo wolą Ojca było zmiażdżyć Go cierpieniem za grzechy człowieka. Jezus przy­jął na siebie to wszystko, czego może doświadczyć człowiek, wszys­tko - łącznie z cierpieniem. Krzyk opuszczenia: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuści?” (Mk 15,34), uczynił Go solidarnym z każdym ludzkim bólem i cierpieniem. Patrząc na krzyż, z całą pewnością można powiedzieć, że Bóg jest po stronie człowieka, szczególnie człowieka cierpiącego.

Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ra­nach jest nasze zdrowie” (Iz 53,4-5). Bóg wziął na siebie wszystkie konsekwencje ludzkiej słabości i grzechu. Tajemnica Wielkiego Piątku to kontemplacja słabości Boga. Boga, który staje się bez­radny wobec człowieka i jego wolności. Wielu to gorszy, a dla wielu jest głupstwem, jak powie św. Paweł. Nam zaś trzeba na wielkopiątkowe wydarzenia spojrzeć z perspektywy zmartwych­wstania. Wtedy ostateczna wymowa Wielkiego Piątku jest następująca: „człowieku, który sądzisz Boga, który każesz Mu się usprawiedliwiać przed Twoim trybunałem, pomyśl o sobie, czy to nie ty jesteś odpowiedzialny za śmierć Tego Skazańca, czy sąd nad Bogiem nie jest ostatecznie sądem nad tobą samym? Czy ten sąd i wyrok - krzyż a potem zmartwychwstanie - nie pozostanie dla ciebie jedyną drogą zbawienia?” (Jan Paweł II, Przekroczyć próg nadziei, Lublin - KUL, 1994, 66.)

Wielkopiątkowa liturgia przewiduje uroczystą adorację krzy­ża. Ma ona dzisiaj wyjątkową wymowę - przenosi nas na miejsce ukrzyżowania, na Golgotę. Mamy okazję stanąć pod krzyżem jakby twarzą w twarz z Chrystusem. Wpatrujmy się w krzyż i spróbujmy zobaczyć w nim znak zwycięstwa, nadziei, miłości i pojednania. Adorować niech zatem znaczy otworzyć swoje serca i przyjąć dar Jego bezinteresownej miłości, dar przebaczenia i zbawienia. Stańmy w postawie ludzi bezradnych, spragnionych po­mocy i zbawienia. Adorując, nie bójmy się wyznawać tego, co nas trapi i nęka, co jest naszym cierpieniem i bólem, a w szczególny sposób co jest naszym grzechem. W Jego ranach jest nasze uzdro­wienie, nasze zbawienie. A kiedy po adoracji krzyża będziemy przyjmować Komunię Świętą - Jego Ciało i Krew - owoce męki, wyznajmy w ciszy serca z pokorą: Panie, jestem tylko słabym i często błądzącym człowiekiem i dlatego pragnę zanurzyć się w Twojej męce i śmierci, przytulić się do Twojego krzyża, by spły­nęła na mnie uzdrawiająca moc Twojej wielkiej zbawczej miłości. Panie, okaż się jeszcze raz słabym i bezradnym z miłości do mnie. Amen.

Dział: WIELKI POST

w-czwartekW Bazylice św. Jana na Lateranie znajduje się nieco zapo­mniana relikwia. W ołtarzu Najświętszego Sakramentu (lewa strona transeptu) ponad tabernakulum umieszczono w dużym szklanym relikwiarzu kilka desek pochodzących, według tradycji, ze stołu, przy którym Chrystus wraz ze swoimi Apostołami spo­żywał Ostatnią Wieczerzę. Niewielu pamięta dziś o tej relikwii, a jeszcze mniej wierzy w jej autentyczność. Kilka niepozornych kawałków drewna, które może były naocznymi świadkami zbaw­czej miłości Chrystusa i równocześnie ludzkiej zdrady, przechodzi w niepamięć. Człowiek nie lubi świadków swojej małości. Lepiej o nich zapomnieć lub podać w wątpliwość.

Przyzwyczailiśmy się Wielki Czwartek przeżywać w atmo­sferze podniosłej, pełnej pogody ducha, wewnętrznego spokoju i nieukrywanego wzruszenia związanego z gestem „umycia nóg”. Uczyniliśmy ten dzień świętem Eucharystii, Kapłaństwa i brat­niej Miłości. I bynajmniej, nie popełniliśmy w tym żadnego błędu. Zapominamy jednak często o jednym małym epizodzie, który miał miejsce bezpośrednio po „umyciu nóg”, a poprzedził ustanowienie Eucharystii i przekazanie Apostołom władzy jej sprawowania. Tym „zapomnianym” epizodem była zapowiedź i ujawnienie zdraj­cy.

Tak, Wielki Czwartek, czy chcemy o tym pamiętać czy nie, naznaczony jest ludzką zdradą. Więcej, napiętnowany jest zdradą tego, który został przez Chrystusa wybrany na Apostoła, który z Nim przebywał od początku, który znał Go więcej niż inni, który miał otrzymać misję kapłańską w Chrystusowym Kościele. Czym więc była zdrada Judasza? Była i jest zapowiedzią i prototypem każdej ludzkiej zdrady miłości. Miłości pisanej małą literą i tej, którą nazywamy Miłością Wcieloną. Jest zapowiedzią, na pier­wszym miejscu, nie boję się tego powiedzieć, wszystkich zdrad kapłańskich. Tych wielkich, niosących ze sobą słuszne zgorszenie, ale niesłuszne zwątpienie. I tych małych, o których nikt nie wie, a które również ranią Kościół i osłabiają moc kapłańskiej posługi. Zdrada Judasza jest zapowiedzią każdej zdrady małżeńskiej. Nie tylko jako grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu, ile przeciwko miłości i jedności rodzinnej.

Echem judaszowej zdrady jest każde sprzeniewierzenie się swojemu życiowemu powołaniu i zaufaniu, jakim kogoś obdar­zono. W zdradzie Judasza tkwi każde niegodne przyjęcie funkcji czy godności, zwłaszcza społecznej.

Zdradą Judasza jest świętokradcze, czyli niegodne przyjmo­wanie Sakramentów. Ileż ludzkich zdrad, niewierności, de­fraudacji i oszustw kryje się w tym „zapomnianym epizodzie”.

Sprowadzić jednak Wielki Czwartek do wspomnienia tylko ludzkiej zdrady byłoby zdradą wobec Tego, kto został zdradzony. Człowiek bowiem zdradził Wcieloną Miłość. Wielkość owej Miłości tkwi w tym, iż mimo naszych ciągłych zdrad Bóg nigdy nie przes­tał i nie przestanie pochylać się nad naszymi brudnymi nie tyle stopami, co sercami. Nie przestanie ich nigdy obmywać, jeśli tylko Mu na to pozwolimy, nie wodą, ale swoją Krwią za nas wylaną. Nie przestanie do nas nigdy wyciągać ręki, nie z kawałkiem chle­ba umaczanym w gorzkich ziołach, ale ze swoim Ciałem zanu­rzonym w kielichu gorzkiej męki. Do końca świata nie przestanie powoływać na swoich apostołów zwykłych, grzesznych ludzi, wśród których znajdą się jednostki gotowe Go zdradzić za mniej niż trzydzieści srebrników i całe zastępy tych, którzy dla Niego i z Nim pójdą na ukrzyżowanie. O pierwszych będą pisały wszystkie gazety, imiona pozostałych zapisze jedynie Bóg w Księdze Życia.

W czym więc tkwi istota Wielkiego Czwartku? Istota Wiel­kiego Czwartku tkwi w tym, co św. Jan wyraził w słowach: „do końca ich umiłował” (J 13,1). „Do końca”, to znaczy takimi, jakimi są. Porywczymi i niestałymi jak Piotr. Spokojnymi i melancho­lijnymi jak Jan. Dociekliwymi jak Filip, nieufnymi jak Tomasz. Gotowymi zdradzić i sprzedać jak Judasz.

Każdy z nas zasiadł z Chrystusem do Ostatniej Wieczerzy. Każdy z nas wybrał sobie miejsce, bliższe lub dalsze, ale przy wspólnym stole. Każdego z nas obmył Chrystus w sakramencie Chrztu i karmi Eucharystią. Każdy z nas odciska znak swojej niepowtarzalnej obecności nie w drewnie wieczernikowego stołu, ale w żywym Ciele Chrystusa, którym jest Kościół. Każdy z nas może ten stół opuścić, ponieważ jest wolny, i udać się w noc obo­jętności, grzechu i niewiary. Opuściwszy jednak, może zawsze powrócić, bo Chrystus „do końca” będzie czekał ze swoją miłością miłosierną, gotową przebaczyć wszystkim Judaszom wszystkich czasów.

Oto „inny”, choć ciągle ten sam, wymiar Wielkiego Czwartku. Oto wielkość zdradzonej Miłości.

Dział: WIELKI POST
wtorek, 04 kwiecień 2017 15:39

Niedziela Palmowa (A) – Dramat Boga

krzyzOto nadchodzi godzina męki Jezusa, która, w przeciwieństwie do Zmartwychwstania, pozostaje wielkim dramatem. To jest - jak powiedział Paweł VI - dramat zbawienia świata. Z jedynym Akto­rem - Chrystusem.

Jak prolog tego dramatu brzmi szeroka uroczysta fraza trzy­nastego rozdziału Ewangelii św. Jana: „Było to przed Świętem Paschy. Jezus, wiedząc, że nadeszła Jego godzina, przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Ju­dasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał” (J 13,1-4). Umiłowany uczeń, który przed chwilą pod­niósł głowę z piersi Jezusa, słowami prostymi, ale pełnymi patosu opisuje wymowną scenę: „Potem nalał wody do misy i począł umy­wać nogi uczniom i wycierać prześcieradłem, którym był się prze­pasał” (J 13,5). Jedyna chwila w historii. Czas jakby się zatrzy­mał. Wszystko zostało zawieszone, mogłoby się wydawać, nawet władza Boga: „Ojciec wszystko oddał w Jego ręce” (J 13,3). „Umiło­wanie do końca” trzeba rozumieć: aż do śmierci na krzyżu i poza śmierć. Ten, który wkrótce umrze śmiercią zbrodniarza i niewol­nika, teraz pochyla się do stóp galilejskich prostaków, których uczynił swoimi przyjaciółmi i spełnia funkcję sługi lub niewolnika: umywa im i ociera nogi.

Wy wszyscy zwątpicie we Mnie tej nocy” (Mt 26,31). Tej nocy właśnie. Czyż mogło być inaczej? Tej nocy właśnie i dnia nastę­pnego zachowa się jakby chciał przekreślić wszelkie podstawy swej wcześniejszej wiarygodności. Tyle słabości, tyle poniżenia. Zabrał ze sobą trzech najbliższych, błagał ich o chwilę czuwania, obecności w tej godzinie próby. Przychodził do nich, budził, wresz­cie dał za wygraną. Judasz już wchodził do ogrodu.

Jezus wyszedł w noc. Dramat nocy. Dramat samotności. Dra­mat porzucenia i zdrady. Posnęli bliscy i nie czuwał nikt. Noc milczała i milczał Ojciec nad Człowiekiem porzuconym w grozie zdrady, pojmania i śmierci. A gdy Go pojmano, rozproszyli się wszyscy. I zanim minęła noc, Piotr zaparł się Go po trzykroć: że nie zna Człowieka. Stawiony przed trybunałem Świątyni, a potem również przed Piłatem, obity i ubiczowany, z trzciną w ręce wet­kniętą na pośmiewisko, wyznający, że jest Synem Bożym i królem nadchodzącego świata, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na prawicy mocy Bożej. Na żądanie ludu skazany na śmierć. Idący na miejsce kaźni i widzący grozę Dnia Ostatecznego, upadający z belką krzy­ża i powstający cierpliwie. Obnażony i przybity do krzyża po­między dwoma łotrami, z których jeden zbawiony został późną wiarą swoją i żalem u wrót śmierci. Kuszony przez ludzi, podobnie jak kiedyś przez szatana na pustkowiu. A gdy skonał, ciemności uczyniły się ciemniejsze niż owej nocy, gdy Go zdradzono. I setnik rzymski, który postawiony był dla pilnowania, aby Syn Boży umarł dokładnie i na pewno, wyznał wiarę w Niego: „Prawdziwie Ten był Synem Bożym” (Mt 27,54). Tak naprawdę uwierzyło tylko tych dwóch: zbrodniarz i poganin.

A stało się to wszystko poprzez człowieka. Powołano go jak innych, jak jego współtowarzyszy, ludzi prostych. Może nie ro­zumiał do końca drogi, którą go prowadzono, ale czy na pewno wszyscy pozostali rozumieli więcej? Dlaczego więc właśnie przez Judasza przyszła zdrada? Czy po to rodziła go matka, aby powie­dziano o nim: „Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził”? (Mt 26,24). Przyszedł doń żal, gdy rzucił srebrniki na po­sadzkę w świątyni. Żal zbyt słaby, by przeprowadzić go do zba­wienia? A może tak mocny, że poza nim pozostaje tylko rozpacz i sznur wisielca? Uciekli od Jezusa wszyscy uczniowie, zaparł się Go po trzykroć Piotr - i pozostał opoką Kościoła. W Ogrodzie Oliwnym powiedziano do Judasza „przyjacielu”. Dlaczego? Cóż było w tamtym słowie? Gorycz zdradzonego? A może właśnie to: „umiłował ich aż do końca”!... Są ludzie, którzy pozostają ślepi nawet na to. Może to jest właśnie istota tego, co Pismo Święte nazywa grzechem przeciw Duchowi Świętemu? Może tu właśnie tkwi owa tajemna granica dzieląca żal Piotra od żalu Judasza?

Jego imię stało się symbolem zdrady i poprzez wieki z jego imieniem iść będzie groza nawet tych, którzy tylko otarli się o zdradę. Nikomu nie będzie patronem, kto jest jednakże szczery odkryje w sobie samym cień Judaszowy. Może tylko da się powie­dzieć o nim: ten człowiek jest ogniskiem mroku. Jest w nim tajem­nica odejścia. A także żalu, który niczego już zmienić nie może, bo przychodzi za późno.

Mrok Judaszowy, mrok zdrady wołał ustami tłumu o wolność dla zabójcy i śmierć dla Niewinnego, i podał na ubiczowanie Syna Człowieczego, uplótłszy dlań szyderczą koronę z cierni. Mrok zdrady jest w ludzkich naigrawaniach i uderzeniach, nienawiści i głupocie. I wołali: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze” (Mt 27,25). I ten sam mrok jest w kuszeniu Syna Bożego: „niechże teraz zstą­pi z krzyża, a uwierzymy w Niego” (Mt 27,42). Nie zstąpił. Właśnie po to, by w Niego uwierzono. I by tych, którzy uwierzą, przepro­wadzić do Ojca.

My także jesteśmy wzięci z ziemi. I chociaż włóczy się po ką­tach świata pokraczny cień Judaszowy i pustka, chociaż i dziś pod krzyżem pełno dowcipnisiów z głupawym uśmiechem na twarzach - to także i nam ofiarowano tajemne przemienienie.

Może to będzie dopiero wtedy, gdy przyjdzie taki czas, kiedy naprawdę wchodzi się w noc. Usną bliscy i nie będzie czuwał nikt - i noc człowiecza będzie milczała. Zupełnie, jakby nikt nigdy nie powiedział: „Ojcze” (Mt 26,39). Może to będzie czas obnażenia, i czas przybitych rąk: kiedy już nic nie będzie do ukrycia i żadnego gestu już zrobić nie będzie można. Nie uciekniesz: On i tak będzie z tobą. Choćbyś się nie modlił. Choćbyś nie wydukał ani jednego z pięknych, wyuczonych słów. A poza wszystkimi możliwymi sło­wami chodzi właśnie o tę rzeczywistość: że od tamtych jerozo­limskich dni uciekać już nie trzeba.

...miejcie odwagę, Jam zwyciężył świat” (J 16,33). „Rozra­duje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać” (J 16,22).

Dział: WIELKI POST