Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
Artykuły filtrowane wg daty: marzec 2017

wskrzeszenie-lazarzaUmiłowani Bracia i Siostry,

Wielki Post powoli dobiega końca. Przeżyliśmy, bądź będziemy przeżywać wielkopostne rekolekcje. Tak bardzo pragniemy spotkać się z Bogiem we własnym sercu, zaczerpnąć wody wytryskującej ku życiu wiecznemu, nawrócić się w obliczu Miłosiernego Chrystusa, odprawić dobrą spowiedź świętą, pozwolić Panu otworzyć nasze oczy i nasze serca, zaufać i zawierzyć. On może nas uzdrowić z tego wszystkiego, co nie jest Bogiem i napełnić Sobą.

Wdzięczni za życie wieczne

Kościół w sposób niezwykle praktyczny rozpoczął dzisiejsze pouczenie od tematu śmierci, co dowodzi realizmu z jakim nas wychowuje. Mało jest ludzi, których by nie zasmucała perspektywa własnej śmierci, czy ukochanych osób. I nie ma się tu czemu dziwić, „bo śmierci Bóg nie uczynił… Śmierć weszła na świat przez zawiść diabła” (Mdr 1,13; 2,24). Syn Boży płaczący nad grobem przyjaciela Łazarza usprawiedliwia ten smutek, ale również, niestety, mało jest takich, którzy widzą związek przyczynowy między grzechem a śmiercią. Wielu utożsamia życie ze swobodą grzeszenia. Tymczasem „zapłatą za grzech jest śmierć, a łaska przez Boga dana – to życie wieczne w Chrystusie Jezusie, Panu naszym” (Rz 6,23).

Niech owocem wielkopostnej przemiany będzie nasza wdzięczność dla Boga za posiadanie w sobie daru życia, które zwycięża śmierć – dzięki Chrystusowi. W Chrystusie śmierć staje się życiem i to nie dopiero na końcu świata, lecz już teraz: staje się życiem nadprzyrodzonym.

Zmartwychwstanie brat twój” (J 11,23) – mówi Jezus do Marty. Ona odpowiedziała: „Wiem, że zmartwychwstanie w czasie zmartwychwstania w dniu ostatecznym” (J 11,14). Jezus zaś zapewnił ją: „Ja jestem Zmartwychwstaniem i Życiem, kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?” (J 11, 25-26). Marta odpowiedziała: Tak, Panie! Ja mocno wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat” (J 11,27). To była odpowiedź ewangelicznej Marty.

Odpowiedź człowieka

A jaka jest moja odpowiedź? Chrystus na nią czeka. Czy wierzę w to, że będę żył wiecznie?

Jakże często śpiewamy naszym solenizantom – Sto lat, dodając w drugiej zwrotce – jeszcze dłużej, lecz na dnie naszego serca kryje się pragnienie wieczności. Chciałoby się powiedzieć: dziękuję za te sto lat, lecz chciałbym żyć wiecznie.

Ja jestem Zmartwychwstaniem i Życiem. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11,25-26). Jaka jest Twoja odpowiedź, Siostro, Bracie złączeni z Chrystusem w cierpieniu?

W przyszłą niedzielę Palmową – niedzielę Męki Pańskiej, bę­dziemy słuchać Ewangelii o cierpieniu i śmierci Chrystusa. Dziś słuchaliśmy o chorobie, cierpieniu i śmierci Łazarza, którego Je­zus miłował. Kościół wiąże oba te wydarzenia, choć to drugie, z dzisiejszej Ewangelii, wydaje się bardzo małe wobec znaczenia i ogromu męki Pana Jezusa, a wskrzeszenie Łazarza, przywróce­nie go do życia ziemskiego, niknie niemal wobec zmartwychwstania Chrystusa w chwale wiecznego życia boskiego.

Łazarz i Jezus przeszli przez cierpienie i umarli. Przeszedł przez to Jezus, Jednorodzony Syn Boży, umiłowany Syn Ojca przedwiecznego. Przeszedł tę drogę, cierpienia i śmierci, Łazarz, którego, jak trzykrotnie podkreśla Ewangelia, Jezus kochał. „Je­zus – mówi ewangelista Jan – miłował Martę i jej siostrę i Ła­zarza” (J 11,5). „Panie, oto choruje ten, którego Ty kochasz” (J 11, 3) – donosiły siostry Chrystusowi. „Oto jak go miłował” (J 11, 36) – mówili ze zdumieniem Żydzi, widząc, jak Jezus pła­cze nad grobem Łazarza. Jezus Chrystus darzył wyjątkową mi­łością tego człowieka z Betanii, skupionego wewnętrznie i ciche­go – Ewangelia nie zapisała ani jednego słowa tego przyjaciela Chrystusa: człowieka dobrego i życzliwego dla ludzi: „Łazarz, przyjaciel nasz” (J 11, 11) – powie o nim Jezus.

A teraz zapytajmy: jak to zrozumieć? Bóg Ojciec miłuje Chrystusa, swego Syna i wydaje Go na śmierć i mękę. Jezus miłuje swego przyjaciela, Łazarza i zgadza się na jego śmiertel­ną chorobę. Miłość, która dopuszcza cierpienie? Miłość, która po­zwala, by umarł ten, kogo się kocha? Dla naszego ludzkiego my­ślenia są to rzeczy nie do pogodzenia. Miłość ratuje życie i pra­gnie ulżyć cierpieniom. Czyni wszystko, by ratować i pomóc. Taka jest nasza ludzka miłość. Czy tego samego nie powinna czy­nić miłość Boga? Boga, u którego nie ma rzeczy niemożliwych? To prawda, że cierpienie i śmierć weszły i wchodzą w nasz świat przez grzech człowieka. To, co mówi św. Paweł w Liście do Rzy­mian: „...przez jednego człowieka grzech wszedł na świat a przez grzech śmierć, i w ten sposób śmierć przeszła na wszystkich lu­dzi” (Rz 5, 12), sprawdza się i w naszym codziennym doświadcze­niu. Ogromna masa cierpień i śmierć milionów to bezpośrednie skutki ludzkich grzechów, łamania Bożego prawa przez nas i in­nych ludzi. Człowiek cierpi, bo zawinił; w cierpieniu i przez cierpienie nawracamy się do Boga, schodzimy z drogi grzechu. Ale też w cierpieniu i wobec śmierci można się załamać i zbun­tować przeciw Bogu. Iluż ludzi cierpi niewinnie, ilu cierpi prze­śladowania dla sprawiedliwości? Ileż jest tragicznych zgonów lu­dzi dobrych, świętych i potrzebnych?

Weszliśmy w sprawy najtrudniejsze i najbardziej bolesne dla umysłu, zagęszczają się wokół nas ciemności tajemnicy cierpie­nia i śmierci. I jak błyskawica rozświetla tę ciemność słowo Chry­stusa, wypowiedziane po otrzymaniu wiadomości o śmiertelnej cho­robie Łazarza, swego przyjaciela: „Choroba ta nie zmierza ku śmierci, ale ku chwale Bożej, aby dzięki niej Syn Boży został otoczony chwałą” (J 11, 4). To słowo dotyczy nie tylko choroby, udręki i śmierci Łazarza, lecz każdej choroby i śmierci. Ponie­waż Bóg tak umiłował świat – to znaczy wszystko, co stwo­rzył – że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy – każ­dy! – kto w niego wierzy, nie zginął” (J 3, 16). Każda choroba, każde cierpienie, nawet to zawinione, każda śmierć, zmierzają ku chwale Bożej, która im wychodzi naprzeciw, aby objąć sobą i wy­pełnić człowieka na zawsze. „Niewielkie utrapienia nasze obecne­go czasu gotują bezmiar chwały przyszłego wieku dla nas” – mówi św. Paweł (2 Kor 4, 17).

Każda choroba, każdy ból, każda śmierć – są skierowane ku otoczeniu chwałą, uwielbieniu potęgi Chrystusa, który ma moc nie tylko wskrzeszenia Łazarza do życia doczesnego, ale wskrze­szenia wszystkich ludzi do życia wiecznego w chwale Boga. Jest wszakże warunek, by się tak stało, by nasze cierpienia przemie­niły się w chwałę, a śmierć była bramą do królowania z Bogiem. Jest nim to, o czym Chrystus Pan powiedział w drodze do grobu Łazarza; Łazarza, którego miłował, jak każdego z nas, bo „u Boga nie ma względu na osobę” (Rz 2, 11). „Ja jestem zmar­twychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?” (J 11, 25–26).

Czy wierzysz w to, że Chrystus jest Zmartwychwstaniem i Życiem? Gdyby losy Jezusa skończyły się na Golgocie, nie byłoby chrześcijaństwa, nie byłoby naszych rekolekcji i nie byłoby naszego spotkania. Jezus zmartwychwstał.

Choroba może stać się szkołą miłością ale jeszcze częściej jest ona szkołą pokory: „Jeśli nie staniecie się jako dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Niebieskiego” (Mt 18,3). Istnieje wielkie podobieństwo między chorymi a dziećmi. Zarówno dyrektor i robotnik, ksiądz czy chłop, na łóżku szpitalnym staje się nieporadnym dzieckiem, zdanym na innych, często onieśmielonym. Dorośli mają swój świat i dzieci mają swój świat. W szpitalu „dorośli” to są lekarze i pielęgniarki. Oni są tymi, którzy wiedzą, rozumieją, kierują. Wszystko się na nich opiera. „Dzieci” to chorzy. Ich świat jest taki mały i taki ważny jak świat dzieci. W szpitalu nie ma miejsca na wielkości. Jedyne wartości, które mają cenę w życiu szpitalnym to dobroć, uczynność i wesołość.

Czy wierzysz w to, że Chrystus jest Zmartwychwstaniem i Życiem? Świata dzieci nie można zrozumieć bez matki. Prawie zawsze w szpitalu jest ktoś, do kogo chorzy zwracają się jak do matki: lekarka, pielęgniarka, czasem salowa. Jeśli tego miejsca nikt nie wypełnia, to los chorych jest smutny, jak smutny jest los dzieci bez matki. Kiedy wchodzi na salę, robi się jasno, pogodnie. Pielęgniarka poprawia poduszki, karmi, kładzie rękę na rozpalone czoło. Ważne zresztą jest nie to, co robi, ale że jest.

Czy wierzysz w to, że Chrystus jest Życiem i Zmartwychwstaniem? Jezus pyta i czeka na odpowiedź.

Eucharystia naszą odpowiedzią

Eucharystia, w której uczestniczymy jest przyjęciem ofiary Jezusa Chrystusa jako znaku najwyższej miłości Boga do człowieka. Jest miejscem objawienia się nieskończonej miłości Boga do człowieka. Każda miłość mierzy się darem. Miłość Boga jest nieskończona, gdyż wielkość daru jest nieskończona. Bóg w Jezusie Chrystusie daje nam siebie samego. Daje wszystko co ma! Czy wierzysz w to?

Kto spożywa Moje Ciało, ma życie wieczne…” (J 6,54) istotą tego życia jest osobiste, niezwykle bliskie spotkanie z Jezusem Chrystusem w Komunii świętej. Człowiek, który takie spotkanie przeżywa, potrafi mądrze rozegrać nawet najtrudniejsze sytuacje w swoim życiu. Nigdy bowiem nie jest sam, ale jest z nim Chrystus. Czy wierzysz w to?

Czy wierzysz w to, że Chrystus jest Życiem i Zmartwychwstaniem? A jeśli wierzysz, dlaczego nie bierzesz Chrystusowego Krzyża, by pójść za Nim? Dlaczego nie przyjmujesz łaski nawrócenia? Są tacy, którzy bez względu na cenę, pragną zdobyć pieniądze i władzę, nie biorąc za swoje postępowanie żadnej odpowiedzialności. Nawet w naszych kościołach jest wielu takich, którzy szukają w chrześcijaństwie dobrego samopoczucia, pociechy, pokoju bez miłości bliźniego. Lubimy słyszeć, że odpuszczone są nam nasze grzechy, ale nie lubimy słuchać wołania: „Nie grzesz więcej” (J 5,14). To wołanie wzywa nas do całkowitej zmiany życia, do przebaczenia bliźniemu.

Czy wierzysz w to?

Chrystus nie obiecał nam łatwego życia. Wszyscy musimy stanąć przed trudnym wyborem. Co mamy zrobić z życiem, które otrzymaliśmy od Boga. „Ja Jestem Zmartwychwstaniem i Życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki. Wierzysz w to?” (J 11,25-26).

Wiara w Chrystusa sprawia, że śmierć staje się życiem. Ale istnieje jeden warunek: trzeba zawierzyć Chrystusowi. Tego zawierzenia życzę z okazji zbliżających się dni Wielkiego Tygodnia, a zwłaszcza Świąt Zmartwychwstania Pańskiego. Zmartwychwstały Chrystus jest Życiem, którym obdarza każdego z nas. Jest pokojem i radością. Tego z całego serca życzę.

Dział: WIELKI POST

wskrzeszenie-lazarzaŚw. Jan, który opowiedział nam o pierwszym cudzie Pana Jezusa w Kanie Galilejskiej, pozwala przeżyć dziś ostatni znak Chrystusowej mocy: wskrzeszenie Łazarza. Podobnie jak wtedy, gdy przemienił wodę w wino „uwierzyli weń jego uczniowie” (J 2, 11) – tak i teraz „na widok tego, czego dokonał Jezus, wielu uwierzyło w niego” (J 11, 45). Bo był to wstrząsający dowód dla naocznych świadków, jak na słowa Jezusa, człowiek nieistniejący już dla świata – martwy, staje w otworze grobu – żywy. Jeszcze raz udowodnił Zbawiciel, że stan śmierci jest dla niego jakby snem. Tak było w domu Jaira: „Nie umarła dziewczynka ale śpi” (Mt 9, 24). I teraz też oznajmił uczniom: „Nasz przyjaciel Łazarz zasnął, lecz oto idę, żeby go obudzić” (J 11, 11).

Człowiek jest wobec śmierci bezsilny. Nic dziwnego, że obecni przy grobie Łazarza uznali to, co się stało, za interwencję Bożą. Ale jest i inna reakcja. Jeszcze tego samego dnia zapadła decyzja, żeby go zgładzić (J 11, 53), bo wszyscy w końcu w Niego uwierzą (J 11, 48). Niedługo potem, kiedy Łazarz został przywrócony życiu, będzie Pan Jezus mówił o swoim pogrzebie. Ten, który okazał się Panem życia, wychodzi naprzeciw swej własnej śmierci. Jest ona nieunikniona. Taki jest rytm przyrody: zasiew, kiełkowanie, wzrost, dojrzewanie. Przychodzą żniwa i smutno wyglądają ścierniska. Na krótko. Niebawem nowa orka i nowy siew.

Człowiek jest wpisany w ten cykl przemijania. Nie myśli o tym w latach młodości – jest niemal wtedy pewny, że to go nie dotyczy. Ale gdy lat przybywa, włos siwieje i zmarszczki żłobią twarz, ta pewność jest coraz mniejsza. Aż przychodzi moment, kiedy wiemy na pewno, że nikogo z nas śmierć nie ominie. Przyjdzie dzień ostatni, koniec naszego osobistego świata.

Tyle razy byliśmy na pogrzebie. Smutny to obrzęd, bolesny dla kochających, bardzo trudny, gdy śmierć przyszła nagle, jak złodziej. Kościół każe nam modlić się, aby nas Bóg od nagłej śmierci zachował. A Pan Jezus wzywa nas do czujności, byśmy byli przygotowani, jak słudzy oczekujący swego Pana, aby mu natychmiast otworzyć, gdy zakołacze we dnie, czy w nocy. „Błogosławieni, których Pan zastanie czuwających, gdy przyjdzie” (Łk 12, 37). Otwarte groby, które zobaczył Ezechiel, Łazarz opuszczający swój grobowiec – oto zapowiedź, że ci wszyscy, których ogarnia moc zbawcza Chrystusa, wejdą w śmierć jak w sen- Co więcej, nie będzie ona dla nich kresem, lecz początkiem nowego życia w Bogu.

Otwarte groby zwiastują nam życie. Paradoks? Tak, ale czy nie jest paradoksem wiary, gdy nad grobem człowieka, który żył i zasnął w Panu, brzmią otuchą słowa Chrystusa: „Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki” (J 11, 25–27). Nigdy nie umrze ... Czy wierzysz w to? To pytanie skierował Pan Jezus do Marty. Jej odpowiedź jest aktem wiary: „Wierzę, żeś Ty jest Mesjaszem” (J 11, 27), ale to nie jest odpowiedź dokładna. To pytanie kieruje Pan Jezus do każdego z nas. I czeka na odpowiedź nie wymijającą, dokładną. Bo W tej odpowiedzi weryfikuje się jakość naszej wiary.

Spotykamy dziś wielu ludzi, którzy wyrośli w środowiskach katolickich, rodzina wprowadziła ich bezkonfliktowo w świat wierzących. Od strony formalno-prawnej są w porządku. Zostali ochrzczeni, przygotowani do Sakramentu Pokuty i I Komunii Św., bierzmowani. Chodzili na katechizację. Zawarli śluby kościelne.

Nigdy nie wyrzekli się swej wiary, najczęściej nikt ich też o to nie pytał. Z roku na rok kontakt z Bogiem jest coraz słabszy. Msza święta wtedy, gdy czas pozwala – zresztą teraz można przez radio wysłuchać – modlitwa osobista sprowadzona do znaku krzyża, pacierzowe teksty zapomniane. Postępowanie moralne: bez zarzutu. Nie mają się z czego spowiadać. A jeśli są nieuczciwości, małżeństwo się rozsypuje, no cóż: takie jest życie, to nie moja wina, żyje się w takich układach ... Czują się tu na ziemi zameldowani na stałe – jakoś żyć trzeba. Są, co prawda, jakieś przykazania Boże, jakieś wymagania Kościoła, ale to wszystko obok. Dla mnie wystarczy, że jestem wierzący. Jedna z gazet krakowskich z połowy marca 1981r. (Dz. Pol. Nr 53, 1981) pisze: W jednym z wielkich zakładów produkcyjnych przyszła do dyrektora delegacja stwierdzając, że wolą olbrzymiej większości załogi jest postawienie na terenie zakładu dużych rozmiarów krzyża, który byłby wyrazem jej uczuć religijnych. Dyrektor propozycję przyjął, ale wygłosił przy tym następujące przemówienie: oczywiście, jeśli taka jest wola większości załogi, nie wyrażam sprzeciwu, ale uważam, że jest to w życiu naszej fabryki wydarzenie tak doniosłe, iż nie można go zbyć byle czym i byle jak. Podniesienie krzyża powinno się odbyć uroczyście, mam nadzieję, że biskup naszej diecezji zgodzi się na tę uroczystość przyjechać i krzyż poświęcić. A przy tej okazji cała wierząca i praktykująca część załogi uklęknie wokół krzyża i w obecności biskupa złoży przysięgę, że już nigdy nie będzie w czasie pracy pić alkoholu, nie będzie przywłaszczać sobie i wynosić z fabryki żadnych materiałów ani narzędzi, nie będzie w czasie pracy i z fabrycznych materiałów robić żadnych fuch, ale przeciwnie – będzie zawsze i wszędzie pracować, jak Pan Bóg przykazał”. Podobno na tym rzecz cała się zakończyła i o wzniesieniu krzyża nikt już więcej nie wspomniał. Fakt, czy anegdota? Mniejsza o to, ważne, że ogromnie pouczająca.

Bracia i siostry! Wielki Post jest czasem przygotowania do osobistego przeżycia zmartwychwstania Chrystusa. Teraz jest czas do powstania z grzechów, tzn. czas konfrontacji tego, co wyznajemy z tym, jak postępujemy. Teraz jest czas sposobny i nie wolno tej szansy marnować, gdy łaska i miłosierdzie Boże jest tak blisko. Teraz jest czas dobry, aby pomyśleć o tym spotkaniu, które przyjdzie, gdy staniemy przed Bogiem twarzą w twarz. Mamy uwrażliwić naszą czujność, aby ten moment nie zaskoczył nas jak złodziej: „Błogosławieni, których Pan zastanie czuwających...” (Łk 12, 37). Oby nie spotkało nas stwierdzenie zza drzwi zamkniętych: „Nie znam was” (Mt 25, 12). Albo jeszcze mocniej: „Idźcie ode mnie precz, przeklęci ...” (Mt 25, 41). Mamy być czujni ...

Jeśli jest w tej chwili choćby jeden z was, drogi bracie i siostro, który twierdzi, nie potrzebuje nawrócenia i nie musi Pana Boga przepraszać, nie ma grzechu, to radzę ci, abyś się jeszcze zastanowił. Amen.

Dział: WIELKI POST

światlo-chrystusaDzisiejsza Ewangelia mówi: „Idź, obmyj się w sadzawce «Siloe», co znaczy: «Posłany». On więc odszedł, obmył się i powrócił widząc...”

I oto powrócił człowiek nowy, zdrowy, bez kalectwa, stanął wśród sobie podobnych i mógł żyć zwyczajnie. Cały opis po­przedni, całe dochodzenie uczniów i nauczycieli było tylko tłem. Było mało ważne. Jest to niepojęty gest łaski, która spełnia dzieło ważne dla ziemi i nieba, ucząc ludzi pokory wobec miło­ści Boga. Jak dalekie stają się wszelkie ludzkie dociekania. Jak­że się to stanie, gdy on przyklęknie przy konfesjonale i coś po­wie, i jak się zachowa i co usłyszy... prawie dziecinne zagląda­nie do oczu dzisiaj nawróconego, czy rzeczywiście widzi, skoro my nie wiemy, jak się to stało. Jak dziwnie wyglądają rozważa­nia o samych sobie, gdy człowiek przemyśla, układa, próbuje, ocenia samego siebie, jakby konstruował dzieło jakieś z ludz­kich klocków. A Bóg ma tak inne drogi i prawa i decyzje, że tylko ci, którzy po prostu przyjmują Jego samego, mogą być coś warci i pogodni w wierze.

Jakże się to stanie, pytamy często. Co się stanie? Jak to się stanie? Tak, jak On uważa, że być powinno, gdyż Bóg znajdzie miejsce stosowne do swoich planów, tak jak je ma od początku stworzenia. Jak Bóg zachowa te wspaniałe wartości, o które drżymy, a przecież są tak obecne zagrożenie? Bóg zachowa to, co jest Nim, w Nim, i dla Niego, a przez to jest nieśmiertelne i niezniszczalne. Niech się nie trwoży serce wasze, bo to jest dzieło nie ludzi, nawet nie was. Może być niepokój bardzo oso­bisty, też zbyteczny, bo ci, którzy obmyli się w Nim samym, do Niego należą i On ich nie przeoczy.

Ileż prostej radości jest w zwyczajnym znalezieniu pieniąż­ka, drachmy, która zginęła ubogiej kobiecie. Ileż radości w owieczce, która zgubiła się pasterzowi, ile prostego odpo­czynku u Ojca, który doczekał się wreszcie syna, syna wracają­cego z ziemi ludzi marnotrawnych..., albo w prostym spotkaniu z faryzeuszami, którzy otworzyli przed Jezusem domy i byli wdzięczni, że nimi nie wzgardził..., bo lekarz przychodzi do chorych, którzy wiedzą, że jest im potrzebny, i przyjmują jego obecność z wdzięcznością...

A obmycie się w sadzawce, która nosiła nazwę „Posłany" jest zobowiązaniem, aby stać się posłańcem miłosierdzia Boże­go, które jest prawdą i zadaniem dla wszystkich, którzy sami je otrzymali, aby i oni zachowali się podobnie.

Prasa (grudzień 2000 r.) podała ciekawostkę religijną. Otóż, w jednym z kościołów katolickich w Niemczech umieszczono obraz Jezusa Miłosiernego takiego, jak Go widziała Siostra Fau­styna. Okazało się, że społeczność, - zresztą nieliczna, tamtej­szych katolików oburzyła się gwałtownie. Proboszcz wręcz zo­stał zmuszony do usunięcia obrazu. Był podobno zbyt reali­styczny, w swoim sercu otwartym w miłowaniu człowieka... A może rzeczywiście trzeba było najpierw wiele „obmyć” w życiu tych, którzy krytykowali realność? A może, aby wi­dzieć, trzeba mieć obmytą duszę, nie tylko oczy przetarte wodą?

Człowiek z dzisiejszej Ewangelii jest obrazem nas wszystkich. Ludzie ziemi, tego świata, widzimy część prawdy o życiu, o człowieku, o sobie. Reszta zostaje poza czasem. Reszta przyjdzie w chwili, gdy Pan Bóg sam dotknie naszych oczu, gdy zdejmie wymiar tej rzeczywistości.

Przeżycia człowieka dzisiejszej Ewangelii odsłaniają przeczucia wszystkich, wspólnych nam tęsknot do czegoś, do kogoś, do pełni, do prawdy, do wyjaśnienia ... W ustawicznym poczuciu, że dotykamy zasłony istnienia. Świadomość, że kształty, barwy i słowa osłaniają światy ważniejsze, że stanowią jakby pierwsze słowo, po którym następuje reszta, że niezniszczalne przeczucie człowieka, że zjawiska najbardziej fascynujące - życie, umieranie, miłość, szczęście - że tutaj otwierają się tylko jak początek drogi, która niknie w oddaleniu innego świata.

Temu przeczuciu przychodzi z pomocą Pan Bóg w swoim zapewnieniu: Tak, gdyby tak nie było, to bym wam powiedział ... (J 14, 2). Już teraz, w was żyje wieczność. W sakramentach wiary, szczególnie w chrzcie świętym, zostajemy obdarzeni tamtą pełnią, jak złotym ziarnem, które żyje trochę własnym życiem, jakby w tajemnicy przed nami samymi, w niepojętym uczestnictwie Boga. Staje się fundamentem pełnego widzenia, gdy Pan Bóg dopełni moc widzenia nowym „stań się” - i stanie się człowiek mądry dniem dzisiejszym i dniem jutra. Może właśnie ten fakt stanowi, że na twarzach ludzi, którzy już spojrzeli w wieczność jest tyle spokojnej mądrości, jakby już widzieli, już wiedzą, już posiadają Kogoś.

Właśnie ta prawda ułatwia rozumienie radości świętych. Ten, który był przedmiotem nadziei, przeczuciem, staje się bliski, odsłonięty. Właśnie wtedy ich drogi życia, nawet najdziwniejsze, znajdują wyjaśnienie. Wtedy już wiedzą: dlatego tędy prowadził ich Pan. Właśnie ta prawda pozwala zrozumieć dziwne niekiedy decyzje ludzi, którzy stają niemal w miejscu, jak rzucony pod bramę Damaszku Paweł; ktoś był blisko, ktoś olśnił i odtąd wszystko staje się inne. Nazwali wiele rzeczy marnością i odeszli w inne wartości. Nawet dla najbliższych takie wydarzenia są zaskoczeniem, choć zdają sobie sprawę, że padło światło wszechmocne, że ktoś odsłonił oczy.

Gdyby słuchacz dzisiejszej liturgii zechciał dopełnić rozważanie praktycznymi wnioskami:

- Jak cenne są wszystkie chwile w życiu, w których możemy przeżyć głębszy kontakt z Bogiem. Chwile, które sprawią, że w chwili przejrzenia wiecznego, spotkany będzie tym, który zawsze był blisko, ten sam, któremu się ufa i wierzy.

- Jak ważnymi w tym świetle stają się ludzkie modlitwy o łaskę wiary dla osób kochanych. Wręcz nadzieja cudu, że dobroć Boga odsłoni oczy na chwilę, na czas, który wystarczy, aby rozpoznać. Że będzie to już tutaj, zanim uderzy godzina wieczna.

- Jakże głęboką i ważną jest tajemnica życia, które Pan Bóg daje w sakramentach Kościoła, głównie w chrzcie Św., żeby już teraz życie było w Nim i z Nim.

Wielki Post to dobry czas, aby iść do sadzawek Bożego Miłosierdzia i wracać będąc już innymi ludźmi.

- Jakże mądra jest ta zwyczajność prostych ludzi w obcowaniu z Bogiem. Niemal opowiadali, niemal nieśli w ręce swoje życie, i składali bez drżenia, bez wahania, z najprostszą godnością, w ręce Opatrzności. ,

- Ileż prostej mądrości zamknęło się w zwyczajnym ludzkim spowiadaniu, gdy sami wracamy, opowiadamy się za dobrem, sami, marnotrawni, odważni miłością, stajemy przed Ojcem wszelkiego miłosierdzia.

- Jakże sensownym jest każdy wysiłek, który daje nadzieje radosnego otwarcia oczu, nadzieję ufnego spojrzenia w nieuniknionej chwili spotkania z Panem Bogiem.

Dopowiedzmy sobie jeszcze tyle: żyć tak, aby nauczyć swoje serce przebywania z Bogiem. Żyć tak, aby w tamtej chwili, nie wstydzić się własnego życia. Żyć tak, aby w chwili spojrzenia w Boga, nie odwrócić oczu w zawstydzeniu wiecznym.

Dział: WIELKI POST

wzrok-wiaryLiturgia słowa z niedziel Wielkiego Postu, mówiąc do nas ję­zykiem symboli i znaków związanych z tajemnicą chrztu, przypo­mina podstawowe prawdy o Bogu, aby odnowić w nas ducha wiary, nadziei i miłości, oraz by nam przypomnieć, skąd czerpie swe życiodajne moce nasza chrześcijańska egzystencja.

Symbol światła, łączący dziś treść Ewangelii z treścią jednej z prefacji wielkopostnych, stawia przed wzrokiem naszej duszy postać Chrystusa Pana, Zbawiciela człowieka – „Światło życia” i „Światło świata”: „W tajemnicy swojego wcielenia, On stał się przewodnikiem człowieka, który chodził w ciemnościach, by go doprowadzić do potężnego światła wiary. W sakramencie odrodze­nia wyzwolił niewolników od pradawnego grzechu, aby ich do­prowadzić do wolności dzieci Bożych”.

Św. Jan Ewangelista, któremu jest tak droga tematyka świa­tła, przedstawia Chrystusa jako samo źródło światła i oświecenia duchowego. Opisując wydarzenie cudownego przywrócenia przez Chrystusa wzroku niewidomemu, chce nam powiedzieć, że tym niewidomym był każdy z nas. Także my pewnego dnia znaleźli­śmy się u źródła chrzcielnego, zostaliśmy obmyci z grzechu i zo­stał nam wzrok już nie oczu, ale duszy – przywrócony.

Człowiek, przychodzący na świat, przynosi z sobą dziedzictwo grzechu: skłonność do egoizmu, lęku, kłamstwa, zła. Zapatrzony w ziemię, żyje w zamkniętym horyzoncie tego świata: świata, któ­ry nie może gwarantować mu szczęścia. Pogrążony w niepewności, a może w rozpaczy, szuka jakiegoś oświecenia – iluminacji, jak to przedstawia znany film K. Zanussiego; tęskni za światłem, które pochodzi z wysoka, a które jest pełną prawdą o nim samym.

Człowiek doświadcza również, że poprzez całe lata pozostają w nim ciągle nie otwarte jeszcze obszary życia duchowego, cze­kające wciąż na swoją godzinę przebudzenia; mogą one być wy­zwolone mocą samego Boga, jego łaską: życie wiary dojrzałej, miłości ofiarnej, nadziei twórczej. Odczuwamy te wartości jakąś niewypowiedzianą tęsknotą naszego bytu – pragnieniem, głodem. Człowiek jest i pozostanie istotą, w której głoduje także duch i serce; jest istotą, którą trapi głód sensu, prawdy, miłości, wolności, wieczności. Bez tych prawdziwie ludzkich, i jakże prawdzi­wie boskich darów, człowiek nie może żyć pełnią swojego czło­wieczeństwa.

Właśnie dzisiaj – choć brzmi to paradoksalnie – istnieje w świecie ogromna tęsknota za boskim darem wiary. Świat pla­nowania, kalkulacji, badań i eksperymentów nie wystarcza czło­wiekowi. Jeśli literatura jest wskaźnikiem świadomości społecznej, to daje ona niepokojącą diagnozę współczesnej sytuacji człowieka. Okrutne, przechodzące w obłęd wizje F. Dostojewskiego, wizje świata bez Boga, zaczynają się dziś weryfikować w nieoczekiwany sposób w literaturze współczesnej, w sposobie, w jaki przedstawia ona człowieka.

A jak wiele nam mówi księga życia społeczeństw, zapisana hi­storią ludzkich, pojedynczych i zbiorowych dramatów, za który­mi – jeżeli zabraknie Boga – kryje się bezsens życia, zwłaszcza życia naznaczonego cierpieniem i krzywdą.

Pytanie o pełną prawdę jest więc odwiecznym pytaniem czło­wieka. Stąd światło jest jednym z elementarnych prasymboli ludz­kości. Tylko tam, gdzie jest światło i gdzie jawią się rzeczy w sposób wyraźny, tam człowiek może odnaleźć swoje miejsce, może czuć się bezpiecznie. Dlatego światło jest symbolem zba­wienia, tak jak ciemność symbolem zła i grzechu. Gdzie jednak mamy szukać niezawodnego światła wśród rozlicznych błędnych ogników?

Stary Testament objawia nam Boga Jahwe jako Światło. Jego prawo jest lampą dla stóp i światłem na ścieżce życia. To prze­słanie podejmuje Nowy Testament. Chrystus Pan zostaje dany przez Ojca ludzkości jako Światło świata i Światło życia: jako Prawda, Droga i Życie. Duch Jezusa, Duch prawdy jest również Duchem wiary, mądrości i objawienia, który oświeca nasze serca, abyśmy mogli poznać nasze powołanie i nasze dziedzictwo. Według słów wypowiedzianych do Nikodema – Bóg daje światu swego Syna, aby wyzwolić człowieka od zła i grzechu, który niesie w sobie perspektywę cierpienia. Chrystus ma dokonać owego wyzwolenia przez swoje własne cierpienie. W tym wyraża się nieskończona miłość Boga, który w tym celu daje swego Syna. Jest to miłość do człowieka, miłość do świata cierpiącego, miłość zbawcza. „Mi­łość więc – pisze Jan Paweł II – jest najpewniejszym źródłem odpowiedzi na pytanie o sens cierpienia. Odpowiedzi tej udzielił człowiekowi Bóg w Krzyżu Jezusa Chrystusa” (Salivifici Doloris 13).

Niewidomy młodzieniec z dzisiejszej Ewangelii odnalazł powtórnie Chrystusa i wyznał swoją wiarę: „Wierzę, Panie” (J 9, 38). Te słowa wystarczają za wszystkie oświadczenia uzdrowione­go. Zaiste, Chrystus jest w stanie wyzwolić człowieka z nie­szczęścia.

Podobnie wydarzyło się w zaraniu naszego życia wiary – w Sakramencie Chrztu. Wówczas Boże życie zostało wlane do na­szej duszy. Wówczas coś z Bożej natury zostało przeszczepione do duszy i w wyniku tego staliśmy się dziećmi Bożymi. Otrzy­maliśmy tchnienie od Boga, Chrystus zamieszkał w sercu naszym przez Ducha Świętego. Bóg związał nas ze sobą na całą wiecz­ność. Otrzymaliśmy przedziwne światło, którym jest nasza wiara.

Ale rodzi się pytanie: co z ewangelicznego wydarzenia dotyczy naszej wiary dziś? Św. Paweł jakby uprzedzał naszą odpowiedź: „Bracia, niegdyś byliście ciemnością, teraz jesteście światłością w Panu!” (Ef 5, 8). Czy rzeczywiście jesteśmy wszyscy w pełni światłością? Dlaczego więc ten okrzyk końcowy, jakby pośród nocy, skierowany do nas przez Pawła?: „Zbudź się ty, który śpisz, powstań ze snu, a zajaśnieje ci Chrystus!” (Ef 5, 14).

Prawda wydaje się być ta, że my po części jesteśmy w świetle i po części jeszcze w cieniu. Otrzymaliśmy cnotę wiary, ale jako zaczyn, który ma wzrastać: jako możliwość, która ma się spełniać. Faktycznie żyjemy jakoby na granicy przedziału światła i cienia; dokądkolwiek się poruszamy zabieramy ze sobą ową linię zetknię­cia. Tą sferą cieni jest w nas jeszcze nie zewangelizowana część naszego człowieczeństwa, jeszcze nie otwarta w całości na Chry­stusa. Są to mroczne odruchy naszego ja, które Paweł nazwał „bezowocnymi czynami ciemności” (Ef 5, 11). Piętnuje on to, co dzieje się w tej sferze cieni: cudzołóstwo, nieczystość, bałwochwal­stwo, nienawiść, spory, gniewy, zazdrość, pijaństwo (Ga 5, 19–21). Światło i cienie odnoszą się do konkretnych wyborów naszych, dokonywanych z dnia na dzień.

Wiara więc poszerza sferę światła i daje człowiekowi jasną wi­zję życia. Czy dziwną jest przeto rzeczą, że człowiek, także dzi­siaj, w wierze szuka sensu życia i rozwiązań problemów moral­nych, jeżeli „świat” dać tego nie może? A nawet coś więcej, czło­wiek wiary chce wyjść poza sferę czysto prywatną i całe życie spo­łeczne rozświetlić światłem Chrystusowej prawdy. Może niekiedy chciałoby się życie wiary zamknąć w murach kościoła, w przysłowiowej zakrystii, zepchnąć w sferę myśli i uczuć. Chciałoby się widzieć wierzącego jako rozdwojonego: człowieka i obywatela z je­dnej strony i ostatecznie wierzącego prywatnie – z drugiej. Albo czy też sami wierzący nie ulegają czasami innemu rozdwojeniu, redukując wiarę do roli szaty świątecznej, którą przywdziewa się w niedzielę, idąc do kościoła?

Czy taka wiara nie jest zapaloną latarnią, schowaną pod przy­kryciem, zamiast z wysokości świecznika rozświetlać środowisko życia ludzkiego? A przecież chrześcijanin ma być świadkiem Światła. A właściwie kim jesteśmy? Młoda niewidoma Żydówka czyni chrześcijaninowi wyrzut: „Wy, któ­rzy widzicie, coście uczynili ze światłem?” (P. Claudel, Le pere humilie) Właśnie, my uczniowie Chrystusa, jaki użytek czynimy ze światła, które otrzymaliśmy na chrzcie?

Świat jest w mroku, ale przecież już jedna świeca wystarcza, by rozjaśnić najgorsze ciemności. Czyż Bóg nam nie dał na chrzcie świecy i ognia? Odważmy się zapalić świecę naszej cierpliwości, nadziei, miłości i ofiary; naszej pokuty. Zamiast rozpaczać w cie­mności nocy, która nas otacza, rozpalmy to światło, które otrzy­maliśmy z rąk Bożych – światło Chrystusa – mocniejszym przy­lgnięciem do Niego.

Z pewnością niełatwo unieść krzyż cierpienia, ale chrześcija­nin nie jest nigdy sam. Niektórzy chcą dziś uciec przed cierpie­niem, uciekając w złudny świat alkoholu, narkotyków, zmysłów – przez to rzeczywiście niszcząc siebie. Tylko przez „przecierpienie”, jak mówi poeta, i uwolnienie się od tyranii egoizmu odnaj­duje człowiek siebie samego, swoją prawdę, radość i szczęście. Człowiek będzie tym szczęśliwszy, im bardziej będzie gotów wziąć na siebie ciężar istnienia, które stało się krzyżem. Pragnie­nie ucieczki, łudzenie się, że i bez cierpienia, bez wyrzeczenia, bez trudu przezwyciężania siebie i dochowania wierności, że bez tego wszystkiego można stać się człowiekiem – oto istotna przy­czyna kryzysu duchowego naszych dni. A wszystko jest pochod­ną tego, że człowiekowi brakuje światła płynącego z Ewange­lii i mocy płynącej z krzyża Chrystusowego. Człowiek zbawia się nie inaczej, jak tylko przez krzyż: ten Chrystusowy i ten wła­sny.

Bóg daje łaskę przejrzenia także tym, którzy już nie mają nadziei. Do niewidomego z Ewangelii Chrystus podszedł pierwszy, gdy ów nie wiedział, kto go może uleczyć. Nie ma więc sytuacji beznadziejnych w moim życiu, nawet gdyby ono było najbardziej kalekie.

Siostry i bracia! Teraz, kiedy otwierając się na Boże słowo, staniesz u stóp krzyża, zwłaszcza w sakramencie pojednania, Duch Święty da ci świadomość, że jesteś grzeszny. Wiarę twą skieruje do Chrystusa, który umarł zamiast ciebie. Musisz otwo­rzyć Jezusowi swe serce i przyjąć Go. W talkim momencie Duch Święty dokona cudu nowego przebudzenia. Zostaniesz zaproszo­ny do stołu z Nim. On wie, że nie tylko światła potrzebujesz, aby widzieć, lecz także Bożego pokarmu, by nie ustać w drodze.

Dział: WIELKI POST
jezusOn pokazuje jak kochać, zmienia mnie, całą moją rodzinę, system moich wartości i to co robię w życiu począwszy od pracy, aż po to, co czytam. Konkretne życiowe cele: kasa, ludzka popularność, mądrość czy adrenalina – przy możliwości przebywania z Nim – to jakieś nędzne namiastki. Dlatego Go pragnę”. Tyle współczesny młody człowiek o postawie bohaterki dzisiejszej Ewangelii.

Ludzkie serce jest przepełnione pragnieniami i dążeniami: pragniemy tylu rzeczy, czasem nawet sprzecznych. Wiemy również, że nie możemy ani wszystkiego zrobić, ani wszystkiego mieć, zatem życie uczy nas, że trzeba dokonywać wyboru pomiędzy naszymi pragnieniami. Nie wszystkie są złe, ale też nie wszystkie są dobre. Trzeba więc cierpliwie uczyć się, za którymi iść, a które zostawić na boku. Postanowić, jakie dążenia postawić na pierwszym planie, bo Bóg mówi do nas także poprzez nasze pragnienia. My sami musimy rozpoznać Jego głos pośród tylu wewnętrznych głosów.

Dzisiejsza bohaterka – Samarytanka – uczy nas jak OBUDZIĆ W SOBIE PRAGNIENIE BOGA. Pismo Święte powie: „Kto odczuwa pragnienie, niech przyjdzie, kto chce, niech wody życia darmo zaczerpnie”. Tam gdzie pragnienie, nasza myśl biegnie do studni, bowiem akcja dzisiejszej Ewangelii przebiega przy niej. W historii zbawienia przełomowe wydarzenia dokonywał się właśnie przy studni.
To studnia w tradycji biblijnej jest symbolem ważnego spotkania, ważnego odkrycia, a woda jest symbolem życia. Słowo Boże dzisiejszej niedzieli prowadzi nas od zwykłej wody do odkrycia wody żywej, którą jest Jezus Chrystus.
Jak wielkie znaczenie dla życia ma woda chyba każdy z nas zdaje sobie sprawę. Nie ma życia bez wody. Woda jest konieczna do życia. Bez wody człowiek ginie. Jest to szczególnie aktualne w pustynnych i półpustynnych krajach Bliskiego Wschodu, zalanych słońcem, suchych i spragnionych deszczu. Na takiej ziemi naród wybrany kroczył za Mojżeszem. Gdy był spragniony, dopominał się wody. Mojżesz uderzył w skałę i wytrysnęła z niej woda. Ta woda, która dawała życie ziemskie jest symbolem innej wody, która daje życie duchowe, życie wewnętrzne. Tą wodą jest Jezus Chrystus – skała naszego zbawienia. Współcześnie można spotkać ludzi, którzy zewnętrznie są pięknymi gwiazdami, a wnętrza mają pustkę, są bez życia, wysuszeni jak pustynia, wegetują z dnia na dzień, bez sensu w życiu.
Zewnętrznie można wyglądać jak modelka, a wewnętrznie można być jak manekin na wystawie sklepu – pięknie ubrany, pięknie umalowany, ale martwy. Taki stan wnętrza można porównać do pustyni. Takie osoby i im podobne, potrzebują żywej wody, potrzebują Jezusa. Tylko On może ożywić serce i nadać życiu prawdziwy sens. Ona, która nosiła w sercu pustynię, była najlepszym przykładem na to jak Jezus Chrystus udziela nowego życia – wody żywej, dającej życie wieczne.
Chrystus Jezus ma moc przemienić każdą pustynię; każdą pustkę w sercu; Jeśli widzisz w sobie potrzebę takiej przemiany, jeśli odczuwasz pragnienie wody żywej, pragnienie ożywienia, wyznaj swoją winę Bogu, otwórz z pokorą całe swoje serce, wypowiedz wszystko Bogu w sakramencie pokuty.
Takie otwarcie i pragnienie Boga często znajdujemy w Biblii. Tak modlił się Dawid: „Boże mój, Ciebie szukam, Ciebie pragnie moja dusza, za Tobą tęskni moje ciało jak ziemia zeschła, spragniona, bez wody”. Dlaczego ja „pragnę Boga”– to pytanie zadano współczesnemu człowiekowi: „bo On daje mi poczucie bezpieczeństwa. Gdy czuję się blisko Niego, to jest we mnie spokój. Ja całe życie się boję, o dzieci, o mamę, o rodzinę, o jutrzejszy dzień, żeby się nie urwało, żeby się nie popsuło, w pracy się kręciło etc.. etc… Czuję się odpowiedzialna za to wszystko i gdyby nie modlitwa, gdyby nie obecność Boga w moim życiu chyba nie uniosłabym tego”.
Dlaczego pragnę Boga? „Przez parę lat zażarcie walczyłem z wszelkimi formami chrześcijaństwa, kłóciłem się, udowadniałem że to się nie klei i jest formą automanipulacji i ucieczką od rzeczywistości. I chyba właśnie dlatego teraz pragnę Boga: jest Osobą, żywą z którą można mieć relację i z którą można się kłócić. Kiedy wykrzyczałem Mu, żeby mi udowodnił, że jest i potem tego doświadczyłem, wszelkie gadanie i udowadnianie straciło wszelki sens. Jest kochający. Jest bliski i indywidualny. Jest wymagający, ale zawsze gra fair. Nigdy mnie nie zawiódł. Niczego nie żałuje i nie żałował, by mi pomagać. Można Go odkrywać całe życie i nigdy się nie znudzić. Dlatego Go pragnę”.
Samarytanka z dzisiejszej Ewangelii to nie tylko pewna konkretna kobieta, która miała szczęście spotkać się z Panem Jezusem. Jest to poniekąd cała ludzkość zagubiona w swoich grzechach i z tego powodu nieszczęśliwa.
Jezus proszący o łyk wody, oto Bóg, który daje w nadmiarze człowiekowi i światu, jawi się jako Bóg proszący. Dawać bowiem, to często umieć przyjmować od drugiego. Przy pulsującym źródle spotyka się wielorakie ludzkie pragnienia. Zapewne pragnienie szczęścia, jakiejś miłości, pragnienie jakiegoś sensu w życiu. Jednak są w człowieku pragnienia, których nie są w stanie wypełnić ani przyjemność, ani piękno. „Niespokojne jest nasze serce, dopóki nie spocznie w Tobie, o Boże” – mówi św. Augustyn. Jedynie Bóg jest w stanie nasycić głód mojego i twojego serca – tylko czy ty Mu na to pozwolisz?
 
Dział: WIELKI POST
samarytankaZdarzenie przedstawione dziś w Ewangelii, należy do najpiękniejszych fragmentów Nowego Testamentu. W tej pełnej subtelnego uroku rozmowie z kobietą samaryjską, Chrystus Pan okazuje się Mistrzem dialogu z człowiekiem. Rozmowa ta przeprowadzona przed wiekami przy studni, którą wykopał Jakub, choć pozornie przypadkowa, ma głębokie znaczenie zarówno dla Samarytanki przychodzącej po wodę jak i dla nas. Trzeba więc uważnie przypatrzeć się tej nieprzypadkowej rozmowie i rozmówcom.
Najpierw Chrystus — choć dla swej rozmówczyni zwykły, spragniony człowiek, nie posiadający nawet czerpaka na wodę, to jednak Zbawiciel świata, Droga, Prawda i Życie, Emmanuel — Bóg z nami, Źródło wody żywej. Chrystus umierający za nas, gdyśmy byli tylko bezsilnymi grzesznikami. Chrystus pochylający się nad człowiekiem, choćby tak jak nad Samarytanką, by pokazać pełnię prawdy o sobie. I wreszcie Chrystus zwycięzca zła, grzechu i śmierci, ukazujący korzenie zła, że człowiekowi pozostaje stwierdzenie, jak Samarytance: „Powiedział mi wszystko, co uczyniłam” (J 4, 29).
A potem Samarytanka — choć dla Żydów pogardy godna cudzoziemka, choć sama legitymująca się nieuporządkowanym życiem, to jednak dla Chrystusa człowiek godny dialogu podjętego w stwierdzeniu: „Gdybyś znała dar Boży…” (J 4, 10).
Pora zostawić studnię Jakubowa, miejsce i czas tej delikatnej rozmowy, bo jest ponadczasowa. Pozostał Jezus Chrystus „wczoraj i dziś, ten sam także na wieki” (Hbr 13, 8), choć przepłynęło tyle ludzkich istnień i pokoleń. Po to, by Chrystus mógł prowadzić dialog z tobą, stał się Kościół. Rozrósł się, karmiony mocą z wysoka, jak potężne drzewo, że ptaki niebieskie mogą spokojnie skryć się w jego gałęziach. Nieustannie płynie w nim źródło wody żywej jakim są dary Ducha Św. Nieustannie głoszone jest słowo.
To właśnie w Kościele Jezus mówi do mnie i do ciebie: „Daj mi pić” (J 4, 7). To znaczy: pokaż, co jest w tobie, czym żyjesz, czym się karmisz, jaka jest twoja wiara? Za chwilę, Kościołem będąc, wyznamy: Wierzę w Boga, ale stopnie tej wiary mogą być różne. Może wierzysz ogólnie, że Bóg jest, ale w trudnych momentach życia, przy pierwszej łub kolejnej próbie pytasz: „Czy Pan jest rzeczywiście pośrodku nas?” (Wj 17, 7). Lub wystawiasz Go na próbę żądając, by realizował twoje plany? Może jesteś w głębokich ciemnościach i nie rozumiesz Boga?
Mając tylko taką wiarę, ciągle pragniesz. I właśnie wtedy, gdy przychodzisz do źródła, by zaczerpnąć — otwórz oczy i zobacz, że Bóg czeka. Nie zostawia człowieka nawet w chwili buntu. Bóg ciągle cierpliwy posyła swoje słowo, ale „kiedy Bóg mówi, nie gardź Jego Słowem” (Ref. Ps 95). Słowo to dziś przypomina nam, ochrzczonym, że Jezus umarł za nas grzeszników, że nadzieja zawieść nie może, bo miłość Boża rozlana jest w naszych sercach, To słowo przychodzi do człowieka jako obietnica, którą Bóg chce zrealizować.
Jeśli chcesz wejść na wyższy stopień wiary, to uwierz, że prawdomówny Bóg może te wszystkie obietnice zrealizować, że możesz przez wiarę dostąpić usprawiedliwienia. Wtedy nawet grzech może być szczęśliwą winą, którą zgładził Chrystus — tak wielki Odkupiciel. Kiedy te prawdy spostrzegasz, to nie możesz pomieścić radości i dziękczynienia. Klękasz wtedy przed Bogiem, który nas stworzył i stajesz przed Jego obliczem z uwielbieniem. Bo wiara, przebaczenie i wszelka łaska od Boga jest darem, który otrzymujesz za darmo. A cóż dopiero wtedy* gdy przekonasz się, że możesz uzyskać dostęp do miłości, którą Bóg chce dać w całej pełni. Wszystko wówczas staje się łaską, dziękczynieniem i modlitewnym uwielbieniem Boga, który jest miłością.
Kościół pragnie, abyś w Wielkim Poście to wszystko odnowił i tak jak Samarytanka przy studni spotkał się osobiście z Chrystusem. Po to są rekolekcje, Gorzkie Żale, Droga Krzyżowa; po to wielkanocna spowiedź. Czeka nas w tym świętym czasie odnowy niejedna korekta życia osobistego, społecznego i narodowego.
Kiedy przed zmartwychwstaniem, podczas liturgii Wigilii Wielkanocnej poświęcać będziemy wodę do chrztu dla nowych pokoleń, trzeba, by nasze wyrzeczenie się zła i wyznanie wiary było w tym roku szczególnie mocne. Na tej ochrzczonej ziemi, ochrzczeni Polacy niech mówią swoje zdecydowanie: nie — wszelkiej niesprawiedliwości, bezprawiu i próbom skłócenia. Skoro naprawiać mamy wyłomy i zwaliska, to z listy narodowych grzechów musimy usunąć pijaństwo, pieniactwo, przerywanie ciąży, niesumienność i tyle innych. Mocni w wierze — musimy być z Bogiem i między sobą solidarni.
Niech więc nasze osobiste życie będzie miejscem ciągłego spotkania z Chrystusem. I takie również niech będzie życie naszej wspólnoty Kościoła i narodu.
 

Zapisz

Dział: WIELKI POST

krzyzSpotkania ludzi mogą przybierać różną postać, mogą budować i uszczęśliwiać, lub zabijać i niszczyć. Ale tylko te, które przebiegają w klimacie szczerej miłości i prawdy, są godne człowieka. Jakość wewnętrzna każdego z nas decyduje o jakości naszych spotkań, naszego bycia rzeczywiście razem, nie tylko obok siebie.

Historia zbawienia jest historią spotkań Boga z ludźmi, dziejami poszukiwań Boga, spragnionego przyjaźni człowieka. W tych spotkaniach Bóg nie ociera się tylko o kraj szaty naszego człowieczeństwa, nie zadowala się marginesem naszego życia, ale przechodzi zawsze przez środek duszy, przez świątynię ludzkiego serca.

Czy jednak te spotkania z Bogiem zmieniają bieg naszego życia, czy zawsze przynoszą zbawienie, to zależy od człowieka, od jego postawy wiary. Wierzyć bowiem, to spotkać się z Bogiem i być do Jego całkowitej dyspozycji, bez stawiania Bogu warunków. Ale to zakłada pewne ryzyko ...

To ryzyko wiary podjął Abraham, nie uchylając się od pełnego dialogu z Bogiem żywym, umiał zaufać Mu całkowicie i iść konsekwentnie za Jego głosem. Autor natchniony ukazuje nam w Abrahamie typ człowieka wierzącego Bogu na serio, a w jego drodze życia, charakterystyczne cechy drogi każdego wierzącego, jej etapy, dynamikę i prawa rozwoju. Konkrety życia Abrahama, jego decyzje i czyny, są w jakiś sposób wciąż aktualne w życiu każdego wierzącego.

Abraham otrzymuje bardzo trudną obietnicę, że stanie się ojcem wielkiego ludu, tymczasem rzeczywistość zdaje się całkowicie przeczyć temu, ponieważ żona Abrahama – Sara jest niepłodna. Obietnica Boża stoi w sprzeczności z czysto ludzką logiką wnioskowania, wymaga ryzyka zawierzenia Bożemu słowu. Abraham uwierzył jednak Bogu i poszedł drogą ukazaną przez Jego słowo, w zamian otrzymał Jego błogosławieństwo i przyjaźń, stał się ojcem wielkiego narodu. Odpowiedź Abrahama na słowo Boże, w konkretnej sytuacji życiowej, była wyrazem wiary, nadziei i posłuszeństwa. Wezwany przez Boga poszedł za głosem powołania.

Apostoł Narodów całe życie chrześcijańskie widzi w wymiarze powołania Bożego. Bóg zawsze jako pierwszy wychodzi na spotkanie człowieka. Odczytując to wezwanie Boże w konkretnej sytuacji swojego życia tu i teraz, człowiek wiary daje Bogu odpowiedź miłości. Słowo Boże staje się dla niego słowem życia, „wychodzi z ciemności”, a „przechodzi do światła”. Tak jak dobry artysta-malarz stara się zawsze w malowanym obrazie uchwycić właściwą perspektywę, wyrazić głębię, tak chrześcijanin widzi i ocenia świat i ludzi, wydarzenia codzienności w perspektywie zbawienia, oczyma wiary, w świetle prawdy Bożej. W tym sensie przeżywa wciąż trud własnego nawrócenia tak, by jego życie jaśniało Ewangelią i było czytelne jako „syna światłości”.

Ale prawdziwa przemiana jest możliwa tylko wtedy, kiedy bezwarunkowe posłuszeństwo wobec Boga będzie konsekwencją naszej żywej wiary w obecność uwielbionego Chrystusa Pana pod znakami liturgicznymi Kościoła, zwłaszcza w słowie i pod postaciami eucharystycznymi.

Jeden z Ojców Kościoła mówi, że na górze Tabor Zbawiciel nie przemienił się, nie zmienił wyglądu. To nie On się odmienił. Gdy przebywał wśród apostołów, nadprzyrodzony blask jaśniał zawsze z Jego oblicza, ale oczy ich były zatrzymane, nie widzieli Go takim, jakim był. Pewnego dnia uczniowie udali się z Jezusem na górę, z dala od tłumów. Tam, na tym szczycie tak pełnym spokoju, powoli uciszyli swój umysł, oczyścili swe spojrzenia, zaczęli zwracać uwagę na Jezusa zajęci Nim samym, podatni na Jego wpływ. Wtedy otworzyły się im oczy i ujrzeli Go takim, jakim był zawsze wśród nich.

Żyjemy w czasach prymatu tego, co widoczne, przybieramy często postawę giętkiego kręgosłupa i barwy ochronne, żyjemy na skraju, w cieniu Boga i Kościoła, wydziedziczamy Boga z naszego życia osobistego i społecznego, nasze chrześcijaństwo jest często chrześcijaństwem pomniejszonym, czujemy cierpki smak pustej wolności. Wiara przestaje być głównym punktem odniesienia dla współczesnego człowieka w dziedzinie myśli i czynu.

A tymczasem odpowiadanie na głos Boży obojętnością lub pogardliwym milczeniem jest smutnym przywilejem ludzi małych, lękających się wszelkich spotkań i dialogów, w których mogłoby paść słowo prawdy.

Jak Abraham, posłuszny słowu Bożemu musiał zerwać ze światem pogańskim, w którym żyła jego rodzina oraz ponieść szereg osobistych strat, tak chrześcijanin wyznaje dziś wiarę w świecie odrzucającym często Boga i niejednokrotnie w związku z tym musi ponosić pewne ofiary.

Szczere nawrócenie, wewnętrzna przemiana w ciągu tych świętych dni wielkopostnej odnowy, niech stanowią drogę na naszą górę Tabor, górę naszego przemienienia. Amen.

Dział: WIELKI POST

przemienienie_panskieBracia i Siostry!

Znamienny jest kontekst, w którym Ewangelia opisuje Przemienienie Pańskie. Bezpośrednio przedtem Jezus zapowiedział uczniom swoją mękę. Poucza, że „jeśli kto chce iść za mną niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech mnie naśladuje” (Mt 16,21-27).

Natomiast bezpośrednio po zejściu z Góry Przemienienia Jezus uzdrawia epileptyka i po raz drugi zapowiada swoją mękę. Dwie zapowiedzi męki stanowią jakby dwie klamry, które spinają wydarzenie na Górze Przemienienia. Jasno stąd wynika, że przemienienie Jezusa można zrozumieć tylko w świetle Jego męki.

Postawmy sobie proste pytanie. Dlaczego Pan Jezus zamierzając wejść na Górę Przemienienia wzywa nas do wzięcia krzyża i pójścia za Nim na Górę Kalwarii? Odpowiedź narzuca się sama. Bo Góra Przemienienia i Góra Kalwaria – biorąc rzecz duchowo, jest to ta sama góra jedności człowieka z Bogiem, tyle tylko że góra ta ma dwa wymiary. W swoim aspekcie trudnym i bolesnym ale na szczęście krótkim i przemijającym jest ona Górą Kalwarii. Natomiast w swoim aspekcie ostatecznym i wiekuistym jest to Góra Przemienienia; góra przepełniona światłem Bożej obecności i szczęściem przyjaźni z samym Bogiem.

Jezus nie musiał wchodzić ani na Górę Przemienienia ani na Górę Kalwarii. Góra Bożej Światłości jest jego miejscem naturalnym. Co więcej, On sam jest światłością prawdziwą i Stwórcą wszelkiej światłości – bo On jest Jednorodzonym Synem Bożym, który cały swoją boską osobą jest zjednoczony z Przedwiecznym Ojcem. To przecież o Nim powiada Pismo Święte, że nie skorzystał ze sposobności, aby być na równi z Bogiem, ale się uniżył przyjmując ludzką naturę i stając się jednym z nas. Stawszy się człowiekiem Jezus nie przestał być Bogiem; nadal pozostał cały w swoim Ojcu i nie potrzebne Mu było wchodzenie na Górę Przemienienia ani na Górę Kalwarię. Zrobił to dla nas!

To dla nas wziął krzyż na swoje ramiona. W straszliwym trudzie i męce wyniósł go na miejsce ukrzyżowania i przecierpiał całą torturę tej okropnej męki. Ewangelia dzisiejsza stanowi zaproszenie, żeby na krzyż Jezusa spojrzeć w światłach Góry Przemienienia.

To, że Jezus przeszedł na Kalwarii przez straszliwe cierpienie to tylko jedna strona prawdy o krzyżu. Trzeba nam jeszcze wciąż na nowo zauważać to boskie światło, jakie przenikało całą Jego mękę. Przecież Jezus przeszedł przez swoją mękę w pełnym zawierzeniu swemu Przedwiecznemu Ojcu. I to właśnie dlatego nawet tortury ukrzyżowania nie mogły Go doprowadzić do tego, żeby przestał kochać nas, których wybrał sobie na swoich braci i siostry! Nawet przekraczająca wszelką wyobraźnię udręka męki nie zagasza w Nim troski o nasze dobro. My zrozumielibyśmy jeszcze, że nawet w tamtych okolicznościach Jezus pomyślał o zabezpieczeniu swojej Matki dla nas, którą powierzył Janowi. Ale On potrafił z troską pomyśleć nawet o tych nieszczęśnikach, którzy Go zabijali, że oni przecież nie wiedzą co czynią. Aż trudno w to uwierzyć. Ale nawet w momencie, kiedy był zabijany – Jezus potrafił się modlić za morderców (za własnych morderców) – tak potężna w Nim była miłość.

To samo trzeba powiedzieć o Jego bezwarunkowym zawierzeniu się Ojcu. Przecież On nie zwątpił w swego Przedwiecznego Ojca nawet wówczas, kiedy ogarnęło go potworne poczucie – jak gdyby On Go opuścił. Był na samym dnie. Przeżywał straszliwe poczucie nieobecności Ojca. Ale przecież z tego dna potrafił zawołać; „Ojcze, w ręce Twoje oddaję ducha mojego”. Tak całkowite i bezwarunkowe było Jego zawierzenie się Ojcu. Jego miłość do Ojca i do nas, dla których przyszedł na naszą ziemię – okazała się większa niż cała potworność męki. I tak przede wszystkim trzeba nam patrzeć na krzyż Jezusa.

Było to wielkie niepojęte zwycięstwo miłości! Ukrzyżowany Jezus jest najlepszym świadkiem, że nawet niekorzystne warunki nie zniszczą w nas miłości, jeśli tylko ze wszystkich sił będziemy się trzymali Boga. Zatem również wezwanie Jezusa, abyśmy naśladowali Go w niesieniu krzyża, spróbujemy zobaczyć w świetle Góry Przemienienia.

Krzyżem my często nazywamy jakieś swoje cierpienia, czy znoszenie krzywdy. Spróbujemy to nasze spojrzenie pogłębić, bo cierpiętnicze rozumienie krzyża jest ujęciem uproszczonym. Nieść krzyż razem z Jezusem tzn. zachować w swoim sercu ufność do Boga i miłość do ludzi – nawet wtedy, kiedy przychodzi na nas choroba, nieszczęście lub jakaś krzywda.

Nieść krzyż razem z Jezusem to z pomocą łaski Bożej odebrać temu złu jakie na nas przyszło zdolność do zniszczenia nas. Wykorzystać to zło jako szansę ku dobremu, tzn. nieść krzyż z wiarą, że to wszystko może zostać przepromienione światłem z góry Przemienienia ufnością do Boga i życzliwością wobec ludzi. Koniecznie to sobie zapamiętajmy, że nie każde cierpienie jest krzyżem niesionym razem z Jezusem. Krzyżem jest takie cierpienie, które staramy się wypełnić nadzieją płynącą od Boga! Takie cierpienie przez które oczyszcza się i umacnia nasze zawierzenie Bogu i nasze pozytywne otwarcie się na bliźnich!

Ostatecznym wymiarem prawdziwego krzyża, niesionego razem z Jezusem jest radość, że na tym Bożym świecie nawet doznawane zło ostatecznie wyjdzie nam na dobre – jeśli się tylko Pana Boga trzymamy. Jak to mądrze napisał apostoł Paweł; „Bóg z tymi, którzy Go miłują współdziała we wszystkim dla ich dobra” (por. 2Tm 1,8b-10).

Niesienie krzyża jest to wierność dobru, wierność prawu, miłości, wierność Bożym Przykazaniom – nawet w przeciwnościach. Właśnie tędy, przez wierność Bożym Przykazaniom (nawet w przeciwnościach) prowadzi do Boga na Górę Przemienienia. Właśnie na tej drodze życie nasze nabierze największego sensu – bo sensu na życie wieczne. Kto idzie tą drogą ogarnia go pokój i radość – i to taka radość, która ma w sobie coś ponadziemskiego – bo przecież to zapowiada szczęście wieczne, obiecane tym, którzy idą za Jezusem.

Bracia i Siostry!

To niestety nie jest tak, że my wszyscy wzięliśmy swój krzyż i wchodziliśmy na Górę Przemienienia. Niestety tak nie jest. W każdym z nas jest kawałek człowieka nienawróconego, który nie chce porzucić swego egocentryzmu, który chętnie się zajmuje potępianiem innych – byleby nie zauważać swoich własnych grzechów; który gotów jest paktować ze złem i korygować Boże Przykazania.

Otóż po to jest Wielki Post, żebyśmy wszystkie te postawy fałszywe w sobie zauważyli i próbowali z nimi zerwać. Zbyt wielka jest nasza ludzka godność, żebyśmy się mieli pogodzić z różnymi naszymi powikłaniami bałwochwalczymi.

W czytaniu pierwszym przypomniano nam Abrahama – Ojca wszystkich wierzących. Abraham zawierzył całe życie i ruszył w drogę wskazaną mu przez Boga. Was Bóg wzywa na Górę Przemienienia.

Nie lękajmy się zawierzyć Bogu, że Jego przykazania są słuszne, że są możliwe do zachowania.

Uwierzmy Bogu, że prawo miłości nie jest idealną mrzonką - że jest realnym drogowskazem naszego życia.

Uwierzmy Bracia i Siostry, że to właśnie dzięki takim, którzy prawo miłości biorą na serio – nasz świat się jeszcze nie rozpadł.

Uwierzmy, że jeśli będziemy rzetelnie naśladować Chrystusa Pana, najwięcej przyczynimy się do tego, że nasz świat – choć trochę będzie zmieniał się na lepsze – a my sami napełnimy się pokojem, ufnością i radością.

I aby tak się stało!. Amen!

Zapisz

Dział: WIELKI POST

eucharystiaDotknęliśmy dziś bardzo bolesnej struny naszej codzienności. Pismo Święte czytane przed chwilą, każe nam myśleć o dramatycznym napięciu, które jest nieodłącznym towarzyszem naszego życia. Jesteśmy stworzeni przez Boga-Najwyższe Dobro, a w naszym życiu jest tyle zła... Jesteśmy powołani do istnienia, aby rozwijać się ku Bogu, który jest pełnią życia, a podlegamy nieubłaganemu prawu śmierci... Wzrastamy i rozwijamy się je­dynie przez miłość, a tyle jest wśród nas obojętności i nienawiści... Pozna­nie prawdy, wzrastanie w mądrości są naszym wewnętrznym pragnieniem, a otaczamy się zasłoną fałszu, błądzimy w drodze do prawdy... Nasze życie jest pełne szlachetnych pragnień, których nie może zaspokoić żadne stwo­rzenie, a jednocześnie szarpią nami żądze, o których wstydzimy się mówić nawet w gronie najbliższych przyjaciół... W miarę poznania siebie, własnej drogi życiowej i dążeń, które sobie wytyczamy, stajemy się dla siebie sa­mych coraz większą zagadką, tajemnicą.

Jesteśmy szeroko otwarci na wartości prawdy, piękna, sprawiedliwości, a potrafimy je oddać za kawałek chleba. Jesteśmy wierzący, wyznajemy na­szą wiarę, a potrafimy traktować Boga jako kogoś, kto ma spełniać nasze zachcianki. Jedynym naszym Panem jest Bóg, a potrafimy kłaniać się wielu panom, aby osiągnąć doraźny sukces osobisty. Oto tylko niektóre z boleś­nie napiętych strun naszej codzienności...

Nie dano człowiekowi nigdy odpowiedzi na pytanie, dlaczego jest zdany na to dramatyczne napięcie między pragnieniem dobra, jakie w nim tkwi, a smutną rzeczywistością jego myśli, słów i czynów, które są zaprzecze­niem tego pragnienia. Księga Rodzaju, której fragment słyszeliśmy przed chwilą, przekazuje nam bardzo sugestywny obraz. Człowiek sięgnął po owoc z drzewa wiadomości dobrego i złego. Chciał – tak jak Bóg – swą decyzją, wyborem, wolą stwarzać dobro, decydować o tym, co jest dobre, a co złe. Biblijny obraz wprowadza nas w istotę tego dramatu, jakim jest grzech. „Będziecie jak Bóg znali dobro i zło” (Rdz 3,5) – mówi kusiciel. U korzeni zła, które nas nęka, leży nieposłuszeństwo wobec Stwórcy. Od­najdujemy w sobie jego ślad, gdy popełniamy zło, gdy decydujemy się na zły czyn, wmawiając w siebie, że jest on dobry, korzystny dla nas, „jest rozkoszą dla oczu, nadaje się do zdobycia wiedzy” (Rdz 3,6) – jak mówi Księga... Oczy się nam otwierają na gorzki smak zła dopiero po czasie, gdy już wyciągniemy rękę po jego zatruty owoc. Grzech rodzi smutek, grzech zamyka człowieka, odbiera mu radość z dostrzegania dobra, które jako od­blask Boga Stwórcy otacza nas zewsząd. Dlatego dziś wołamy wszyscy:

Zmiłuj się Panie, bo jesteśmy grzeszni. Przywróć nam radość z Twojego zbawienia” (Ps 51).

Pan Jezus stawia czoło dramatowi grzechu, który nas wewnętrznie nisz­czy. Tylko On jest Zbawicielem człowieka. Bez Chrystusa nie jesteśmy w stanie zrozumieć siebie, bez Chrystusa nie możemy odnaleźć sensu naszego życia. Człowiekowi, który chce ograniczyć swe dążenia do materialnego dobrobytu, dostatniego życia mówi: „Nie samym chlebem żyje człowiek” (Mt 4,4). Temu, kto chce samego Boga podporządkować swoim egoistycz­nym pragnieniom, mówi: „Nie będziesz wystawiał na próbę Pana, Boga swego” (Mt 4,7). Człowiekowi, który chce za wszelką cenę wspinać się po drabinie osobistych sukcesów, odpowiada: „Tylko Bogu będziesz się kła­niał, i tylko Jemu będziesz służył” (Mt 4,10). Nieposłuszeństwo grzechu można przezwyciężyć jedynie posłuszeństwem Temu, który jest najwyż­szym Dobrem. Dlatego Apostoł Paweł przypomniał nam dziś: Przez niepo­słuszeństwo... staliśmy się grzesznikami (Rz 5,19). To nieposłuszeństwo, które miało miejsce u zarania dziejów, nosimy w sobie. Teraz zaś: „Przez posłuszeństwo Jednego (naszego Zbawcy) wszyscy staną się sprawiedliwi” (Rz 5,19). Chrystusowe posłuszeństwo, posunięte aż do ofiary z życia, jest naszym wyzwoleniem z niewoli zła!

To wszystko wydaje się tak trudne, tak dalekie od naszej codzienności. Ale przecież tak nie jest. Uleganie pokusom zła jest naszą codziennością. Tęsknota za dobrem, prawdą, miłością jest też na co dzień obecna w nas. Dzieło zbawienia dokonane przez posłuszeństwo Chrystusa, Nowego Ada­ma ma też być w nas na co dzień. Czyż nie dlatego dzieło zbawienia uobec­nia się wśród nas przy zwykłym stole, podczas świętej wieczerzy? Dzieło sztuki staramy się umieścić w godnym otoczeniu, cenny obraz umieszczamy we wspaniałych ramach. To samo uczyniliśmy z pamiątką naszego zbawie­nia. Ubraliśmy ją w dostojne szaty świętej liturgii. Dlatego umknęła nam z naszej codzienności – jest święta, od wielkiego dzwonu. Trzeba na nowo odkryć tajemnicę Eucharystii. Jest ona uobecnieniem najważniejszego wydarzenia w dziejach ludzkości. Ale jest ona przeniesieniem jego treści w na­szą codzienność. Trzeba więc odkryć na nowo prostotę stołu – ołtarza. Trzeba odczytać znaczenie postaci chleba i wina – znaków Boskiej obec­ności w zwykłym szarym dniu człowieka.

Codziennie stajemy wobec pokus oddania wszystkich naszych sił, aby kamienie zamienić w chleb. Ciężką pracą przemieniamy oporną materię, kształtujemy tak, aby służyła człowiekowi. I pod postacią materii, pod postacią tego chleba Chrystus przychodzi do nas. Uczy nas, abyśmy nie stali się sługami tych rzeczy, które zdobyliśmy codziennym wysiłkiem. Uczy nas, że nie samym chlebem żyje człowiek. Umacnia nas, abyśmy szukali na co dzień królestwa Bożego i jego sprawiedliwości.

Codziennie stajemy wobec pokusy uczynienia z własnych problemów i cierpień najważniejszego wydarzenia na świecie. Chcemy nawet Boga podporządkować swoim planom i marzeniom. A Chrystus przychodzi do nas. Daje nam swe ciało za nas wydane, krew swoją za nas przelaną. I tak nas wyzwala z naszego egoizmu, uczy, jak innych dostrzegać.

Codziennie stajemy wobec pokusy oddania pokłonu złu, aby zyskać po­zornie korzystną dla nas sytuację. Wydaje się nam, że nawet zdrada nie jest zła, jeśli będzie nam przez nią wygodniej żyć. A Chrystus przychodzi do nas ze swą miłością wierną, aż do ostatniego tchnienia na krzyżu, wierny aż do śmierci...

Bez Chrystusa nie jesteśmy w stanie zrozumieć siebie. Dlatego jest w naszym życiu obecny jak powszedni chleb. Bez Chrystusa nie jesteśmy w sta­nie odnaleźć sensu naszego życia. Dlatego jest On w naszym życiu obecny. Swoje życie nam ofiarowuje. Bez Chrystusa nie mamy sił, aby po ludzku żyć. Dlatego On stał się codziennym pokarmem, abyśmy nie ustali w dro­dze. Amen.

 

Dział: WIELKI POST

krzyzChrześcijanie pierwszych wieków nazywali siebie „crucis religiosi”, tymi, którzy wyznają religię krzyża. W niepomniejszonym chrześcijaństwie zawsze Golgota stanowiła miejsce zborne uczniów i uczennic Chrystusa w każdym czasie, a szczególnie w okresie Wielkiego Postu, wiedząc, że na krzyżu dokonało się nasze zbawienie.

W Tajemnicy Paschalnej spotykamy się ze Zbawicielem Ukrzyżowanym i Zmartwychwstałym.

Pismo Św., chociaż nie pomija nawet najmniejszej rzeczywistości, ale jest przede wszystkim listem Boga do ludzi o zbawieniu. „Zbawienie – przypomina nam to polska teologia – jest pojęciem kluczowym języka biblijnego” (Teologiczne rozumienie Zbawienia, Lublin 1979 s. 139).

Zbawienie jest obietnicą, projekcją przyszłości w Starym Testamencie, jest realizacją praewangelii i zapowiedzi proroków przez Jezusa Chrystusa, Syna Bożego. On jest Zbawicielem. „Narodził się wam dzisiaj Zbawiciel” – mówi anioł pasterzom na polu betlejemskim (Łk 2, 11); „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” – powie Jan Chrzciciel o Panu Jezusie nad Jordanem (J 1, 29).

Zbawienie w istocie swej polega na włączeniu człowieka w życie samego Boga” (K. Wojtyła, U podstaw odnowy, Kraków 1972 s. 54). To określenie, podane przez Ojca św. Jana Pawła II, wprowadza nas w wymiary nowe egzystencji: przybranych synów i córek Bożych.

Boży plan zbawienia urzeczywistnił się przez Tajemnicę Paschalną. Golgota i pusty grób Chrystusa stanowią punkt konwergencji planów Trójcy Przenajświętszej: wyzwolenia nas z grzechów i z sytuacji, w które wprowadza grzech, przywrócenie nam bliskości z Bogiem, powołania, byśmy się stali nowym Izraelem, „trzecim rodzajem ludzkości”, jak mówili o sobie chrześcijanie pierwszych wieków.

Golgota i pusty grób Chrystusa wprowadzają nas w zrozumienie sensu życia wszystkich ludzi i świata nawet w takich przypadkach, gdy życie nasze wydaje się być nieudane czy przekreślone, gdy historia świata idzie jak gdyby od katastrofy do katastrofy, jakby jego droga rozwoju nie była linią spiralną wznoszącą się do głoszenia chwały Bożej.

Czas Golgoty był godziną ciemności, bo świat skazał w niej na śmierć swego Pana, ale była to również godzina Chrystusa Zbawiciela (J 7, 30; 13, 1). Tyle razy Pan Jezus o tej swojej godzinie tmówił, do niej zmierzał, w niej oddał „swoją Krew na okup za wielu” (1 P 1, 19), przez nią oczyszczeni, „wybieleni w Krwi Baranka” – jak mówi Objawienie św. Jana (22, 14) – osiągają wierni udział w życiu wiecznym. „Śmierć druga nie będzie miała nad nimi władzy” (Ap 20, 6). To jest najwspanialszy wymiar historii jednostki i społeczności ludzkiej.

Te prawdy w języku symbolu ujęto niezwykle głęboko w jednej z realizacji filmu Ben-Hur. Kiedy Chrystus skonał na Golgocie i nastąpiło trzęsienie ziemi, a potem ulewa – z Golgoty z deszczem spływało cienkie pasemko Chrystusowej Krwi, z miasta zaś, z Jeruzalem, przewalały się rynsztokiem męty jakby całej ziemi. I u stóp wzgórza Męki Chrystusa spotkały się w jednym nurcie Krew Zbawiciela i fale brudów; płyną razem, jeszcze kilka metrów, jeszcze kilka metrów – i już płynie źródlana, czysta woda. Taka jest sytuacja, rzeczywistość zbawienia od strony Boga. Ale tylko tych Krew Syna Bożego oczyszcza, którzy się włączają w jej święty nurt. „Krew Chrystusa – pisze św. Augustyn – jeśli chcesz, jest za ciebie przelana, jeśli nie chcesz, nie jest przelana za ciebie”.

Chrystus – stwierdzi II synod z Orange – dostatecznie za wszystkich zadośćuczynił, ale każdemu z nas trzeba szukać środków własnego zbawienia”.

Znaleźliśmy je w chrzcie świętym, który dał nam udział w śmierci Chrystusa i w Jego zmartwychwstaniu przez dar łaski uświęcającej; znajdujemy je również w innych sakramentach, w słowie Bożym, w zjednoczeniu i przestawaniu ze wspólnotą Kościoła.

Ponieważ małe sprawy przesłaniają nam często Sprawę Jezusa, dzięki której rozumiemy kim jest Bóg, kim jest człowiek i czym jest świat, jak też z której wszystko bierze swój sens, dlatego więc przedzieramy się przez pajęczynę codzienności do samego źródła odkupienia: pod krzyż Chrystusowy, bo on jest światłem i siłą naszego życia. Warto wówczas zapytać się na samym wstępie spotkania tam z Matką Bożą, świętym Janem, z grupą niewiast stojącą pod krzyżem:

Czemu na krzyż patrzysz tak nieczule, jakbyś nie wiedział, co znaczą te rany, jakbyś nie słyszał, co znaczą te bóle i ten zhańbiony i ukrzyżowany?”

Przecież krzyż to „Drzewo życia”, a Ukrzyżowany – naszym Zbawicielem. Tutaj zaczyna się nasz rachunek sumienia, czy i w jakiej mierze włączyliśmy się w Tajemnicę Jezusa. Bo niekiedy bywa tak: „Chrystus ocieka krwawym potem w Ogrójcu, jedenastu śpi, dwunasty zmawia się z wrogiem. Kiedy? 1900 lat temu? I wtedy, i dzisiaj tak samo, jak wtedy”. Te słowa Stanisława Miłaszewskiego, zamordowanego przez hitlerowców, niestety, są wciąż aktualizowane.

Trzeba nam wziąć udział prawdziwie chrześcijański w męce Chrystusa. To uczestnictwo w tajemnicy krzyża jest dla chrześcijan oczywiste, chociaż tak trudno zrozumiałe, lecz przez nie przecież prowadzi nas droga do Chrystusa i do braci. Szczególnie cierpienie niezawinione jest specjalnym znakiem spotkania ze Zbawicielem, udziałem w zbawieniu świata; tworzy ono fundament budowania Kościoła.

Św. Jan Paweł II będąc w Ankonie, przechodząc przez szpital, spytał kalekę bez rąk i bez nóg: „Jak ci na imię?” – „Piotr". Papież odrzekł: „Ty jesteś Piotr, a na tej skale zbuduję Kościół mój” (Mt 16, 18). Wszyscy ukrzyżowani w cierpieniach duchowych i fizycznych – zjednoczeni z Chrystusem – są opoką, na której wspiera się cała owocna działalność naszej kościelnej wspólnoty: zbawienie ludzi.

Tego, najdrożsi, trzeba nam się nauczyć. Gdzie i jak? Mękę Chrystusową nazywano w chrześcijaństwie „szkołą wybranych”. Dobrze to ujął jeden z pisarzy zachodnioeuropejskich, Lang-beyn: „Moją szkołą podstawową były Ateny, moim gimnazjum – Wenecja, lecz moim uniwersytetem była Jerozolima ze swoją Golgotą” (Koch, Homiletisches Handbuch, I–II s. 438). Wiedziano, że u stóp krzyża rozpłomienia się w nas ten boski ogień, który Pan Jezus przyszedł rzucić na ziemię, co wypowiedział w modlitwie Karol Hubert Rostworowski: „Panie mój, choć zapalasz i gasisz gwiazd krocie, serce ludzkie zapalisz tylko na Golgocie”.

Wewnętrzne przeżycie Sprawy Jezusa, jeśli jest prawdziwe, winno się przejawić również w zewnętrznym wyrazie religijności, który je wzmacnia i nawet rozpłomienia. Znajduje to swoje odbicie w częstym żegnaniu się znakiem krzyża, w noszeniu krzyżyka na piersiach, co wskazuje na naszą miłość do Ukrzyżowanego i zarazem ma być oznaką nowego stylu życia, przekazanego nam przez Jezusa Chrystusa.

Takim wyrazem przeżywania Sprawy Jezusa, szczególnie w Wielkim Poście, może być również nabożeństwo Drogi Krzyżowej. Droga Krzyżowa rozsnuła się po całym świecie, gdy dla wielu chrześcijan przez tyle wieków – a także i teraz – pragnienie pielgrzymki, pójścia tymi samymi uliczkami, którymi Chrystus szedł na Golgotę, było niewykonalne. Jest to jedno z najpiękniejszych nabożeństw; łączymy w nim bowiem stacje Chrystusowe z sytuacjami codziennej naszej drogi krzyżowej, by je przeżyć według modelu podanego nam przez Zbawiciela.

Nie zapominajmy o przeżywaniu męki Chrystusowej również w Gorzkich Żalach. Gorzkie Żale, wyrosłe z misteriów świętego średniowiecza, śpiewamy w każdą niedzielę Wielkiego Postu, rozważając Mękę Pana. Zachwyciły one sobą wszystkich Polaków, a potem także Litwinów i stanowiły przez trzy już prawie wieki jeden z najwspanialszych wyrazów naszej pobożności, która rzutuje światłem na wszystkie nasze wielkie i małe sprawy, układając je jakby w żywą piątą Ewangelię, wzorowaną na stylu Ewangelii pisanych. Wtedy wszystko staje się łaską. Wszystko przypomina nam drogę i cel drogi. Epitafium Mikołaja Kopernika, gdzie wypisano słowa Eneasza Sylwiusza Piccolominiego, późniejszego papieża Piusa II, ujmuje to w modlitwę: „Nie proszę Cię o łaskę równą łasce Pawła, ani o przebaczenie, jakie Piotr otrzymał, lecz błagam Cię gorąco o tę łaskę, której udzieliłeś łotrowi na krzyżu”. „Dziś ze mną będziesz w raju” (Łk 23, 43).

Krzyż prowadzi nas do raju utraconego, jeśli jesteśmy jak św. Paweł, z Chrystusem do niego przybici, aby żyć z Chrystusem zmartwychwstałym, mając od Niego, naszego Zbawiciela, zadatek zbawienia w czasie, by mieć potem pełnię zbawienia w wieczności. Wyznając za św. Tomaszem: „Pan mój i Bóg mój” (J 20, 28), zapewniając z Piotrem: „Panie, Ty wiesz, że Cię miłuję” (J 21, 15), czynimy swoim Objawienie we wszystkich wymiarach życia i to zarówno jednostkowego jak i społecznego, zamieniając je prawdą Bożą oraz prawem Bożym w najpiękniejszą przygodę spotkań z Bogiem na ziemi i życia z Nim w niebie.

Za kilka dni – jak wszyscy wiemy – Dnień Kobiet. Jezus Chrystus w siedmiu krótkich zdaniach, wypowiedzianych z krzyża, wspomniał słowo: niewiasta i wymienił najbardziej urocze na ziemi nazwanie: MATKA. Niech Ona nam towarzyszy na drodze ku Zmartwychwstaniu przez ten cały Wielki Post. Amen.

Dział: WIELKI POST

droga do-nawroceniaUkochani Bracia i Siostry. Otworzyliśmy Wielki Post – od dawna zakorzeniony w tradycji chrześcijańskiej – czytaniami, które dotknęły najistotniejszych spraw człowieka. Ewangelia i Księga Rodzaju przedstawiły nam dwa kuszenia: kuszenie Chrystusa i kuszenie człowieka. Na tym tle kuszenia Chrystusa, naszego Pana i kuszenia pierwszego człowieka wciąż możemy odczyty­wać to, co się dokonuje w naszym życiu. Kto z nas żyje na tym świecie kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, wie, że wciąż jest kuszony. Można po­wiedzieć też inaczej: że wciąż stoi wobec wyboru, że wciąż musi decy­dować. A nie jest łatwo decydować wtedy, kiedy różnica między do­brem i złem nie jest wyraźna. Są sytuacje jasne i są sytuacje niejasne. Granica między dobrem a złem przebiega czasem bardzo krzywo.

Mając przed oczyma nasze własne życie wiemy, że momenty kusze­nia, wyboru i decyzji grawitują dokoła trzech pożądliwości wymienia­nych przez św. Jana Ewangelistę (por. 1 J 2, 16): pożądliwości oczu, pożądliwości ciała i pychy. Mając to przed oczyma popatrzmy przez chwilę na obraz kuszenia Chrystusa. Szatan uderza właśnie w Chrystu­sa jako człowieka – choć wie o tym, że jest On Bogiem. Uderza w te trzy pożądliwości, w te trzy zarzewia, które zna z ataków na człowieka. Nadto uderza w Niego w momencie Jego zasadniczej decyzji życiowej. On decyzję podjął dawno, ale po ludzku, jako człowiek podejmował ją w okresie czterdziestodniowego postu, kiedy przygotowywał się bezpo­średnio do swojej apostolskiej działalności, w której przez nauczanie i czynienie cudów miał ludzi uczulić na największy cud i zrozumienie największej prawdy, prawdy wielkanocnej: że trzeba przez śmierć dojść do życia. Miejmy ten kontekst przed oczyma, a za chwilę zrozumiemy to wyraźniej.

Otóż kusi Go – powiadam – w potrójny sposób. Każda z tych pokus jest bardzo charakterystyczna i każdą można długo analizować, w od­niesieniu do naszego życia. „Powiedz, żeby te kamienie stały się chlebem” (Mt 4, 3) – proszę sobie na ten temat przeczytać passus z Dostojewskiego Braci Karamazow: Wielki Inkwizytor stawia Chrystusa po kilku wiekach przed sądem i mówi: Trzeba było kamienie w chleb przemienić. Rozwiązałbyś wszystkie problemy społeczne. Ludzie byliby nakar­mieni, nie byłoby walki klas, wszyscy by mieli. Czemuś tego nie uczy­nił? A Chrystus powiedział: „Nie samym chlebem żyje człowiek, lecz każdym słowem, które pochodzi z ust Bożych” (Mt 4, 4). Propozycja Chrystusa była więc inna. Problemu głodu świata nie rozwiązuje się je­dynie przez zmianę kamieni w chleb. Chrystus dał koncepcję taką, że chleb przemienił w swoje Ciało i kazał to Ciało spożywać, i w wolności każdego człowieka kazał widzieć rozwiązanie problemów społecznych. Masz chleb – to go przełam i z miłości go daj. A nie przemieniaj jedy­nie kamieni w chleb. Każdy z nas może chleb łamać, gdy ma miłość. A może mieć pół świata i nie podzielić się z nikim źdźbłem słomy ani kawałkiem chleba. I to była koncepcja Chrystusa. Oczywiście jeszcze jej tu nie wyjawił w pełni, ale kto czyta Ewangelię do końca, aż do Ostatniej Wieczerzy, ten widzi, że do tego wszystko u Chrystusa zmie­rzało. Jezus Chrystus chciał, aby każdy człowiek w swojej wewnętrznej wolności decydował o tym, jak ma interpretować ten świat. I aby miłość, która z Niego się rodzi, z Jego życia – była główną zasadą działania człowieka.

W tym kontekście moi drodzy proszę spojrzeć teraz na tekst z Księgi Rodzaju, który przed chwilą przeczytaliśmy. Mówi nam on o stworzeniu pierw­szego człowieka i o kuszeniu człowieka. Otóż krótko przedstawia się sprawa tak: Bóg osadził człowieka w raju. W Raju było Drzewo Życia i Drzewo Poznania Dobra i Zła. Drzewo Życia, drzewo wkorzenione w środek raju, to symbol uczestnictwa w życiu Boga. Posadził Bóg rów­nież drugie drzewo (to wszystko jest język symboli) – Drzewo Znajo­mości Dobrego i Złego. I zawarł pakt z człowiekiem: Z tamtego drzewa zrywaj, nasycaj się Życiem – a kiedy się będziesz tym Życiem nasycał, poznasz to, co jest dobre. Schodź aż do korzeni. Wydobywaj życiodajne soki z korzeni tego drzewa. Nie sięgaj jednak do tego drugiego drzewa. Nie zrywaj jego owocu. Bóg proponując człowiekowi Przymierze posta­wił warunki.

Ale człowiek uległ kusicielowi, który przyszedł i powiedział: Nie słu­chaj Go, prawda życia leży w twojej własnej wolności i decyzji, możesz więc zerwać owoc z drzewa. I człowiek zerwał, ponieważ – jak mówi narrator z Księgi Rodzaju – „owoc był piękny i ponętny dla oczu” (por. Rdz 3, 6). Ale wtedy wszystko się skończyło. Wiedzy nie zdobył. Poznał tylko to, co przypomina dziesiąta stacja drogi krzyżowej, gdy Chrystusa z szat odarto: stanął nagi i biedny wobec szydzącej gawiedzi. W całej swojej prawdzie i w całkowitej bezsilności wobec sensu świata. Tak jest po dziś dzień, choć wydaje się człowiekowi, że jest Prome­teuszem, który sięga gwiazd; wspinając się na szczyty bez Boga, często kończy wspinaczkę przygnieciony bólem zżeranej wątroby.

I oto w historii zaczyna się powolna reedukacja człowieka, żeby z po­wrotem wrócił do tego Drzewa, które już nie jest zasadzone w raju, ale na tej – jak to kiedyś poeta powiedział – oskalpowanej ziemi. Drzewo zasadzone na oskalpowanej ziemi jest – jakby znowu filozof powie­dział – homogeniczne do jej krajobrazu: jest to krzyż, ogołocony z pięk­nych pociągających liści i owoców, który jednak dalej ma to samo: ma w sobie moc Życia. I trzeba ten krzyż „pić” aż do korzeni – bo wtedy z tego krzyża przychodzi moc życiodajna i rozeznanie dobra i zła. Widzieć te związki! Na tym dopiero buduje się pełnia chrześcijańskiej koncepcji życia. Adam uległ pokusie – i dlatego doprowadził do ruiny, której gorzkich owoców my po dziś dzień doświadczamy. Chrystus po­kusę jeszcze raz podjął i nie uległ jej. I zaproponował swoje rozwiązanie każdemu, kto na tym świecie żyje.

Chrześcijanie od początku czytali i opis kuszenia w raju, i opis kusze­nia Chrystusa – w odniesieniu do siebie. Podczas chrztu w każdym z nas – jak w raju – zostały zasadzone Drzewo Życia i Drzewo Poznania Dobra i Zła. Każdy od chrztu może sięgać do korzeni prawdy o ży­ciu, może się życiem nasycać. Życiem – ale nie tym, o którym ludzie najczęściej myślą w potocznym znaczeniu tego słowa: szaleć, spijać z ży­cia jak pszczoła wszystkie miody – a później gorzko żałować. Żyć od chrztu po chrześcijańsku, tak jak Chrystus chce, to żyć Jego życiem. Brać to życie w siebie, stwarzać mu warunki rozwoju, pozwalać działać. I dochodzić do pełni życia, która jest pełnią wolności. Z tą pełnią wolności wejść w świat – i żyć jak wszyscy inni ludzie. Ale wiedzieć, gdzie jest granica dobra i zła. Od chrztu jesteśmy też kuszeni jak Chrys­tus na pustyni pokusą oczu, pokusą ciała i pychą. Od chrztu możemy decydować. I wiemy, że niewielu z nas potrafi z własnych sił oprzeć się pokusie.

Tak są czytelne te pokusy dzisiejsze! Popatrz Bracie i Siostro: wszystkie krainy świa­ta przed tobą. Popatrz: awans. Popatrz: wszystko jest dla ciebie. Tylko jeden warunek: upadnij tu, oddaj mi pokłon, a dam ci to wszystko. Chcesz chleba? – dostaniesz chleba. Chcesz chleba z masłem? – dosta­niesz chleba z masłem. Wszystko! Tylko chodź tutaj. Nie tamtędy, tylko tędy. I ludzie idą – potem oczy im się otwierają: nie ma pełni prawdy i poznania. Jest tylko odarcie z tego, co ma człowiek. Odarcie, nędza, ogołocenie. Poznają, że nie tędy droga. Ale kto chce podjąć drogę krzyża, ukazaną i zaleconą przez Chrystusa?

W Wielkim Poście obchodzimy drogę krzyżową, rozpamiętujemy sens Męki, sens wyrzeczenia, sens tego – jak powiedziałem – dochodzenia do korzeni krzyża, aby poprzez krzyż nauczyć się mądrości. Tej mądrości, która jest mądrzejsza od wszystkich mądrości świata. Wtedy, kiedy wszelka mądrość staje u swego kresu i już nic nie wie – wtedy krzyż mówi najmądrzej. Każdy z nas już nieraz tego też doświadczył.

Ale krzyż – jak wiecie dobrze – jest związany z tym, co w tej chwili robimy. Msza święta jest uobecnianiem ofiary krzyżowej. Nie py­tajmy teraz j a k to jest. Jest tutaj wśród nas Chrystus. Ukrzyżowa­ny i zmartwychwstały. Jego ofiara i owoc tej ofiary. Dzięki Niemu otwarta jest droga do utraconego raju, za którym tęsknią nie tylko poeci i literaci, ale wszyscy ludzie. Droga poprzez spowiedź i Komunię świętą: oczyszczenie z grzechów, przyjęcie łaski – i życie w tej łasce.

Taki jest sens Moi Drodzy Wielkiego Postu. Taki jest sens rekolekcji, taki jest sens Świąt Wielkanocnych: do tego nas przygotować, abyśmy wrócili do naszego pierwotnego raju, jakim jest raj człowieka ochrzczonego – zjed­noczenie z Chrystusem w miłości – i abyśmy w nim pozostali na za­wsze, wierni aż do śmierci.

Rok 2017. Lat życia każdy z nas wie, ile ma. Już czas, żeby człowiek wreszcie był tym, kim ma być... A jest tym, kim ma być, kiedy jest z Nim razem, kiedy jest Chrystusowy.

 

Zapisz

Dział: WIELKI POST