Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
Artykuły filtrowane wg daty: kwiecień 2017

emausDwóch uczniów idzie drogą do Emaus. Niosą w sercu rozczarowanie i rozgoryczenie po tym, co się stało w Jerozolimie z Jezusem z Nazaretu. Nie jest trudno dostrzec w tych uczniach nas samych, nasze kryzysy, rozgoryczenia i utratę nadziei. Bóg jednak nie zostawia nas samym sobie. Jezus bowiem znajdował się blisko uczniów właśnie w momencie, w którym oni prowadzili rozmowę na temat swoich zawodów i rozczarowań związanych z Nim.

Wróćmy do Ewangelii: "Gdy tak rozmawiali i rozprawiali z sobą, sam Jezus przybliżył się i szedł z nimi. Lecz oczy ich były niejako na uwięzi, tak że Go nie poznali. On zaś ich zapytał: «Cóż to za rozmowy prowadzicie z sobą w drodze?» Zatrzymali się smu­tni. A jeden z nich, imieniem Kleofas, odpowiedział Mu: «Ty jesteś chyba jedynym z przebywających w Jerozolimie, który nie wie, co się tam w tych dniach stało»" (Łk 24,15-18). I opowiedzieli historię Jezusa z Nazaretu, który był ich nadzieją na lepszy los, nie tylko ich osobisty, ale i narodowy. I oto w ciągu trzech dni ich nadzieja została pogrzebana. Iluż i dziś spotykamy w Kościele uczniów Chrystusa, którzy utracili nadzieję. Możemy usłyszeć całą litanię lamentów i żali pod adresem Kościoła ze strony samych ochrzczo­nych, "a myśmy się spodziewali..." (Łk 24,21).

Jezus, zobaczywszy ich rozczarowanie i brak nadziei, mówi słowa twarde i stanowcze: "O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy!" (Łk 24,25). Niewiara jest głupotą, jest brakiem mądrości i chodze­nia z dala od Źródła mądrości. Jezus zachęca uczniów do czytania i rozważenia tego, co prorocy przepowiadali o Mesjaszu. Jezus i dzisiaj nas zachęca do czytania i rozważania Pisma Świętego Ro­man Brandstaetter, wspominając swój dom rodzinny, mówi, że Biblia w jego domu była czytana codziennie, że była zawsze w zasięgu ręki, jak chleb powszedni. A jakie miejsce zajmuje w na­szym domu?

Dwaj uczniowie, pod wrażeniem słów Jezusa, czuli jak powoli ich serca napełniają się nadzieją, ale jeszcze nie weszli na drogę wiary, jeszcze ich wątpliwości nie zostały rozwiane do końca. Dla­tego zapraszają Jezusa na wieczerzę i dopiero, gdy zasiedli do stołu, "poznali Go przy łamaniu chleba" (Łk 24,35). W tym mo­mencie, odzyskali wiarę w Jezusa Zmartwychwstałego, swoją nadzieję z Nim związaną i miłość ofiarną, która każe nieść Dobrą Nowinę braciom. Dlatego pomimo późnej pory chcą wrócić do Jerozolimy i świadczyć, że Jezus prawdziwie zmartwychwstał.

My wszyscy na mocy sakramentu Chrztu św. jesteśmy powo­łani do pójścia drogą tych uczniów z Emaus. Każdej niedzieli, każdego dnia to wydarzenie przypomina nam trzy niewidzialne, ale za to dobrze odczuwalne formy obecności Pana między nami: Jego obecność w słowie, którym nas poucza, Jego obecność w Chlebie, którym nas posila, a wreszcie Jego obecność w braciach i siostrach, w których oczekuje na naszą posługę. Wzywa nas też Chrystus, abyśmy otworzyli nasze serca na Jego słowo, oczy na cuda Jego mocy i dobroci, a usta dla rozszerzania Jego Dobrej Nowiny. Gdy nasze serca otworzymy na Słowo Boże, gdy zech­cemy słuchać jak uczniowie w drodze do Emaus i będziemy zasia­dać z Nim do stołu uczestnicząc w "łamaniu Chleba i modlitwie" (Dz 2,42), Pan sam da nam moc i tak jak św. Piotr będziemy mieli odwagę głosić Dobrą Nowinę.

W refrenie dzisiejszego psalmu responsoryjnego śpiewamy: "Ukaż nam, Panie, Twoją ścieżkę życia". W czasie każdej Mszy św. Pan to czyni, dlatego wołajmy, dziękując z radością: "Alle­luja!" - co znaczy "chwalmy Boga".

Chryste, spraw, aby miłość Twoja przynagliła nas do oddania się Tobie. Ty umarłeś dla nas, abyśmy już nie żyli dla siebie samych, ale dla Ciebie, który dla nas umarłeś i zmartwychwstałeś... Pomóż nam, Chryste, byśmy w Twoim imieniu spełniali posłannictwo samego Boga. Ty, którego za chwilę przyjmiemy do swojego serca.

Dział: WIELKANOC

emausZostań z nami, gdyż ma się ku wieczorowi i dzień się już nachylił” (Łk 24,29). Spełnił Jezus prośbę uczniów w Emaus i pozostał: „zajął z nimi miejsce u stołu, wziął chleb, odmówił błogosławieństwo, połamał go i dawał im. Wtedy otworzyły się im oczy i poznali Go, lecz On zniknął im z oczu” (Łk 24,31 n). Pozostał Jezus z nami w swoim Słowie i w Znaku Chleba - Eucharystii. „Ile razy ten chleb spożywamy i pijemy z tego kielicha, głosimy śmierć Twoją, Panie, oczekując Twego przyjścia w chwale” (aklamacja druga).

Zmartwychwstały Jezus jest z nami, ustawicznie składa Ojcu Niebieskiemu dziękczynienie, ponawia swoją Ofiarę pośród nas, towarzyszy nam w drodze naszego życia, rozmawia z nami, wyjaśnia nam Pisma, otwiera nam oczy i rozpala nasze serca, abyśmy poznali że nazywamy się dziećmi Bożymi i nimi jesteśmy, że zostaliśmy wykupieni nie czymś przemijającym, srebrem, lub złotem, ale drogocenną krwią Chrystusa, jako baranka niepokalanego i bez zmazy (1P 1,19).

Dzisiejsza, Niedziela Wielkanocna rozbrzmiewa radosnym Alleluja – radością, że Pan nasz, żywy i zwycięski jest pośród nas, że życiem swoim nieśmiertelnym wskazał nam drogę ku pełni życia. „On bowiem jest Barankiem prawdziwym, który zgładził grzechy świata. On przez swoją śmierć zniweczył śmierć naszą i zmartwychwstając przywrócił nam życie. Dlatego pełnią łask paschalnych radują się wszystkie ludy na całej ziemi" (1 Prefacja Wielkanocna).

To my - Siostry i Bracia - jesteśmy uczestnikami tej radości paschalnej, to my jesteśmy przedmiotem Bożej miłości, to myśmy zostali wykupieni drogocenną krwią Chrystusa... Dlatego modlimy się dziś z Kościołem: „Boże..., spraw, abyśmy ciesząc się z odzyskanej godności przybranych dzieci Bożych, z ufnością oczekiwali chwalebnego dnia zmartwychwstania" (Kolekta III Niedzieli Wielkanocnej). Umarliśmy dla grzechu, żyjemy zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie” (Rz 6,11). Radość paschalna to także żywe wspomnienie i ponowne przeżycie jedynego wydarzenia z naszego chrześcijańskiego życia - był nim nasz Chrzest: „Czyż wiadomo wam, że my wszyscy którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusie Jezusie, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć?... przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie - jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca” (Rz 6,3-4). Modli się Kościół nieustannie: „Boże zawsze miłosierny...,pomnóż łaskę, której udzieliłeś, abyśmy wszyscy głębiej pojęli jak wielki jest Chrzest, przez który zostaliśmy odrodzeni i jak cenna jest Krew, przez którą zostaliśmy odkupieni” (Kolekta II Niedzieli Wielkanocnej).

Chrzest, wszczepienie w Chrystusa, czerpanie zeń żywotnych soków, aby mieć życie w obfitości. Chrzest - źródło Życia, powołanie do wiary w Życie, to również - jak nas uczy Święty Jan Paweł II - źródło naszego powołania, najpierw powołania do dziecięctwa Bożego, do przyjaźni z Panem, a konsekwentnie do realizacji życia wedle Bożego zamiaru. Powie Apostoł Paweł: „Każdy otrzymuje własny dar od Boga: jeden taki, u drugi taki” (1Kor 7,7). „Wszystko zaś sprawia jeden i ten sam Duch, udzielając każdemu tak, jak chce” (IKor 12,11). „Wszyscyśmy bowiem w jednym Duchu zostali ochrzczeni,... wszyscyśmy też zostali napojeni icdnym Duchem” (1Kor 12,13) „ku zbudowaniu ludzi, ku ich pokrzepieniu i pociesze” (1Kor 14,3), aby budować Kościół, Ciało Chrystusa.

Każdy z nas przez przyjęcie Chrztu Świętego został powołany do budowania Ciała Chrystusowego, czyli żyjącego dziś Kościoła.

Każdy otrzymał swój dar, własne powołanie. Powołaniem jest macierzyństwo, powołaniem jest ojcostwo, powołaniem jest dziewictwo ze względu na Pana, powołaniem jest życie ludzi konsekrowanych Bogu, którzy wprost oddają swoje życie do dyspozycji Bogu i człowiekowi przez śluby czystości, posłuszeństwa, ubóstwa - naśladując w tym Chrystusa czystego, posłusznego Ojcu i ubogiego - służąc braciom: chorym, cierpiącym, ubogim, skrzywdzonym, niepełnosprawnym.zastępując im ojca, matkę... Jezusa, służąc wiedzą, nauką, kulturą, budząc chrześcijańskiego ducha, przygotowując do życia w społeczeństwie, wdrażając w umysły i serca młodych wartości chrześcijańskie, te ponadczasowe, ewangeliczne. Powołaniem jest służba kapłańska - to bycie „drugim Chrystusem” pośród braci i sióstr w posłudze Ołtarza, w konfesjonale, w szkole. Jest to życie oddane Chrystusowi w posłudze drugiemu człowiekowi, nawet temu, który nie wierzy lub krzywdzi Kościół. Jest to służba, której nauczył nas Jezus w Wieczerniku kiedy umył nogi uczniom i powiedział: „Dałem Wam przykład, abyście i Wy tak czynili..., sługa nie jest większy od swego Pana... Wiedząc to będziecie błogosławieni, gdy według tego będziecie postępować” (J 13,15-17). Tak - Chrystus jest obecny... w osobie odprawiającego, gdyż ten sam, który kiedyś ofiarował się na krzyżu, obecnie ofiaruje się przez posługę kapłanów... gdy ktoś chrzci sam, Chrystus chrzci,... gdy w Kościele czyta się Pismo Św., wówczas On sam mówi. Jest obecny wreszcie, gdy Kościół modli się i śpiewa psalmy, gdyż On sam obiecał: "Gdzie dwaj albo trzej są zgromadzeni w imię moje, tam i ja jestem pośród nich" (Mt 18,20, Konst. o Liturgii Św., 7).

Drodzy Chorzy! Jest też powołanie szczególne - uczestniczyć w drodze krzyżowej Jezusa, z krzyżem własnym wchodzić na Kalwarię i być uczestnikiem agonii duchowej Chrystusa w Getsemani i konać na krzyżu będąc opuszczonym jak On...

Jest to powołanie, które do przyjęcia cierpienia czerpie z Męki Zbawiciela i Jego zmartwychwstania w najgłębszym przekonaniu, że cierpienie to Ojciec Niebieski przyjmie i że ono zaowocuje, tak jak On nim zadysponuje.

Siostry i Bracia!

Od przyszłej niedzieli rozpoczynamy Tydzień Modlitw o Powołania Kapłańskie, Zakonne i Misyjne, ludzi konsekrowanych Bogu. Będziemy modlić się o Boży dar powołania człowieka do służby Bogu w Kościele, aby nie zabrakło „robotników Ewangelii”, którzy by podtrzymywali w nas życie Boże, rozwijali wartości ewangeliczne, prowadzili nas - także przez świadectwo swojego życia i apostolskie cierpienie - pewną drogą zbawienia.

Dziś raz jeszcze stawiamy sobie pytanie: Co to jest powołanie? Odpowiedź naszą pogłębia refleksja św.Jana Pawła II: „Powołanie jest wezwaniem, przychodzącym od Boga i trafiającym wprost do ludzkiego serca. Te wezwanie musi przeniknąć myśli i wolę młodego człowieka, do którego zwraca się, by mogło wpłynąć na jego postępowanie i nadać kierunek jego życiu. Dlatego młody człowiek potrzebuje odpowiedniego środowiska, przede wszystkim rodzinnego, aby uświadomić sobie swoje powołanie i na nie odpowiedzieć” (Jan Paweł II, Angelus 9 IX 1990). W jakim stopniu i przy pomocy jakich środków można się przyczynić do rozbudzenia powołania i do jego rozwoju? Jest to problem, wobec którego stają zwłaszcza wychowawcy... Trzeba przede wszystkim pamiętać, że źródłem powołania jest suwerenna inicjatywa Pana Boga. Decyzję Boga należy respektować, nie można jej ani forsować, ani próbować zastąpić decyzją ludzką... Dlatego właśnie jednym z głównych środków sprzyjających rozwojowi powołań jest modlitwa. Nasza modlitwa może sprawić, że wezwania Chrystusa będą coraz liczniejsze: „Proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo” (Mt 9,38).

Ta modlitwa zanoszona na polecenie Chrystusa, musi być skuteczna. Oprócz modlitwy także inne środki, pozostające w zasięgu człowieka, mogą przyczynić się do rozkwitu powołania. Sugestywnego przykładu dostarcza epizod opisany w Ewangelii. Andrzej, jeden z dwóch uczniów, którzy pierwsi przyłączyli się do Jezusa, opowiedział swemu bratu Szymonowi o tym, co

mu się przydarzyło „i przyprowadził go do Jezusa” (J 1,42). Oczywiście to Jezus powołał Szymona, który miał w przyszłości być głową Kościoła i nadał mu imię Piotr, ale do spotkania, podczas którego to nastąpiło, doszło dzięki inicjatywie Andrzeja. Jak widać, każdy z nas może stać się narzędziem łaski powołania. Czasem wystarczy tylko kilka słów lub proste pytanie, by obudzić w młodym człowieku myśl o powołaniu.

Szczególną rolę w ukazywaniu wartości kapłańskiego życia mogą spełnić wychowawcy. Jeśli są oni kapłanami (siostrami zakonnymi - katechetkami), „mogą budzić zapał do powołania... przede wszystkim poprzez świadectwo własnego życia” (Jan Paweł II, Angelus 4 II 1990).

Tak więc Łaska Boża, nasza modlitwa i świadectwo życia, przyjęte cierpienie i wyrzeczenia stoją - Bracia i Siostry - za każdym powołaniem. A jaką rolę pełnią nadal w życiu powołanych ich Rodzice, Chrzestni, Świadkowie Bierzmowania, Wychowawcy, Nauczyciele, Wy wszyscy - którzy towarzyszycie swoim duszpasterzom w ich posłudze kapłańskiej, zakonnej i misyjnej?

Siostry i Bracia!

Niech te dni, które poprzedzają najbliższą niedzielę, zwaną niedzielą Dobrego Pasterza, będą czadem refleksji i modlitwy nad darem powołania i o nowe powołania. Drodzy! Wpiszmy tę tematykę powołaniową w rytm naszej modlitwy. Trwajmy również na modlitwie w intencji powołań w Tygodniu Modlitw o Powołania. Amen

Dział: WIELKANOC

swieto-milosierdziaUmiłowani bracia i siostry! Dziś w ostatni dzień oktawy Zmartwychwstania Pańskiego jesteśmy zaproszeni jakby do podsumowania naszej refleksji nad tajemnicą zmartwychwstałego Chrystusa, szczególnie do wniknięcia w tę Bożą tajemnicę. Oglądamy Jezusa w Wieczerniku, jak wychodzi naprzeciw słabej, za­łamanej, a czasem nawet już nie istniejącej wierze swoich uczniów. Jezus liczy się z trudnościami, jakie ze swoją wiarą ma człowiek przyjmujący tylko to, co dotykalne, sprawdzalne, doświadczalne. Dlatego choć wypowiada błogosławieństwo o tych, którzy nie widzieli, a uwierzyli, to jednak nie rezygnuje z pokazania siebie uczniom. Nawet więcej, do najbardziej wątpiącego kieruje słowa zachęty, aby dotknął Jego boku i w ten sposób stał się człowiekiem wierzącym.

Scena z dzisiejszej Ewangelii pokazuje, jak bardzo Chrystuso­wi zmartwychwstałemu zależy na tym, aby spotkać się z każ­dym człowiekiem, a zwłaszcza z tymi, którzy wątpią, mają za­strzeżenia, załamują się. Chce rozwiać ich wątpliwości i zastrze­żenia, odbudować ich wiarę. Najbardziej wątpiącym chce pokazać swój bok, aby mogli wejść w tajemnicę Jego przebitego serca z którego na krzyżu wypłynęła krew i woda. Jest to bowiem tajemnica wielkiej Jego miłości, wielkiego Bożego miłosierdzia. Tego miłosierdzia, które jawi się w całej historii zbawienia. Te­go miłosierdzia, które głosi zarówno Stary jak i Nowy Testament. „Stary Testament — zauważa Ojciec św. Jan Paweł II w swojej Encyklice Dives in Misericordia — który ludziom pogrążonym w niedoli, a nade wszystko obciążonym grzechem… każe odwoływać się do tego Miłosierdzia” (21).

Miłosierdzie Boże to jeden z głównych tematów nauczania Jezusa i znak Jego mesjańskiego posłannictwa (Dives in Miseri­cordia 13). Jezus głosi, że Ojciec w niebie jest pełen miłosier­dzia, a sam o sobie powiada, że przychodzi szukać i zbawić przede wszystkim to, co było zginęło (Łk 9, 19), że nie przy­chodzi do sprawiedliwych, ale do tych, którzy się źle mają. Kulminacyjnym jednak momentem objawienia się miłosierdzia Bożego światu jest zmartwychwstanie Chrystusa. Zdaniem Ojca Św., zmartwychwstanie wieńczy „całokształt objawienia się Miłości Miłosiernej w świecie poddanym złu” (Dives in Misericordia 13). Bez zrozumienia tej tajemnicy właściwie nie znamy Boga, Bo­ga, który pochyla się nad człowiekiem, Boga, który karmi głod­nych, który uzdrawia chorych, który odpuszcza grzechy.

Według Ojców i teologów Kościoła, miłosierdzie to główna pobudka działania. „Wszystko, co Bóg czyni — powiada św. Jan Chryzostom — pochodzi z Jego Miłosierdzia” (Mignę, PI 55, 468). Miłosierdzie Boże, według św. Tomasza z Akwinu, to motyw wszelkiego Bożego działania (I q 21 a 3 c). Szczególnie widoczne jest ono w odpuszczeniu grzechów. Bóg sam zapewnia: „Choćby grzechy wasze były jak szkarłat, jak śnieg wybieleją” (Iz 1, 18). Dlatego to Jezus ku zgorszeniu faryzeuszów, staje się przy­jacielem grzeszników i celników (Mt 11, 19). Jako Dobry Pasterz zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, aby szukać jednej, któ­ra zginęła. Cieszy się z całym niebem, gdy człowiek się na­wraca. Im większa jest nędza człowieka, tym większe jest po­chylenie się Boga nad człowiekiem, tym większe Boże miłosier­dzie. Jeżeli jestem bardzo biedny, przybity do łoża boleści, poz­bawiony należnej opieki, opuszczony, bliski załamania, to Bóg wychodzi przede wszystkim do mnie, abym doświadczył Jego miłości i zmiłowania. Jakże często potrzebuję tej Bożej obec­ności! Jakże często potrzebuję tego znaku! Jakże często nie wy­starcza mi tylko słowo. Zwłaszcza gdy chwieje się moja wiara, potrzebuję, aby Jezus prawdziwie stanął przede mną, jak niegdyś’stanął przed Tomaszem. Gdy doświadczam obecności Boga wy­rywa się z serca wołanie: „Pan mój i Bóg mój” (J 20, 28). Rodzi się pragnienie, aby za miłość i miłosierdzie odpłacać miłością. Skoro On mnie tak umiłował, skoro zlitował się nade mną, to co ja powinienem uczynić dla Niego?

To prawda, że powinienem dziękować, że powinienem Go wielbić, że powinienem zaufać niezachwianie Jego dobroci! Ale moja wdzięczność byłaby niepełna, gdybym za miłosierdzie nie odwdzięczył się miłosierdziem. Nie dlatego, że Bóg potrzebuje mojego miłosierdzia, ale dlatego, że człowiek potrzebuje miło­sierdzia Bożego, że Bóg utożsamił się z najbardziej potrzebują­cymi i że każdą przysługę którą wyświadczam potrzebującym traktuje jako przysługę, którą wyświadczam Jemu samemu. Bóg chce, aby Jego miłosierdzie objawiło się światu poprzez Jego uczniów, a także przeze mnie. „Żebyście wiedzieli — zwierza się swoim uczniom — co znaczą słowa: miłosierdzia chcę” (Mt 9, 13). Właściwie mówiąc nie ma dla mnie ważniejszej sprawy. Nie mogę bowiem lepiej uczcić Boga. Nie mogę lepiej ukochać bliź­niego. Bóg pragnie ujrzeć we mnie obraz swojego miłosierdzia. Miłosierdzie decyduje o wartości mojego życia. Od jego pełnie­nia zależy moje zbawienie. Tych, którzy nie pełnili miłosierdzia, nic nie usprawiedliwi. Bo nie można kochać człowieka, nie okazując mu miłosierdzia. Bo nie ma sprawiedliwości poza mi­łosierdziem. Życie bez miłosierdzia praktycznie jest nie do uspra­wiedliwienia, ani przed Bogiem, ani przed ludźmi i praktycznie takie życie nie ma sensu. Bez miłosierdzia nie ma opieki nad chorymi, starszymi, ich istnienie uważa się za ciężar społeczny. Istniały i istnieją po dziś dzień ideologie, które traktują miło­sierdzie jako słabość ludzką. Wszystkie systemy siły i przemocy uważają miłosierdzie za wyraz słabości. Tak, rzeczywiście, miło­sierdzie to wielka „słabość” Boga do człowieka. Wskutek tej „słabości” istniejemy i ciągle doświadczamy Bożej dobroci, mimo naszych słabości i grzechów, tak jak niejednokrotnie małe i sła­be dziecko jest dla swoich rodziców bardzo wymagające. Wsku­tek tej „słabości” Bóg, mimo wciąż powtarzających się grzechów człowieka, lituje się, odpuszcza i troszczy się o człowieka, okazuje mu swoje miłosierdzie.

Bóg chce, abym postępował podobnie. Na Sądzie Ostatecznym zapyta mnie tylko o to jedno. Nic innego nie będzie Go inte­resowało. Być miłosiernym to dawać człowiekowi to, co mu jest najbardziej potrzebne. Niekoniecznie to, o co on prosi. Człowie­kowi proszącemu o jałmużnę odpowiada Piotr: „Nie mam złota ani srebra, ale co mam to ci daję: w Imię Jezusa Chrystusa Nazarejczyka, chodź” (Dz 3, 6). Czy jestem człowiekiem miło­sierdzia? Człowiekiem, który wychodzi naprzeciw ludziom naj­bardziej potrzebującym, człowiekiem, który wzorem Ojca Nie­bieskiego obejmuje swoją miłością nie tylko sprawiedliwych, ale i niesprawiedliwych? A może moja miłość, moje miłosierdzie odnosi się tylko do ludzi miłych, sprawiedliwych, pobożnych — tych, którzy mało lub wcale mnie nie potrzebują? „Być miło­siernym to czuć potrzeby drugiego człowieka jak swoje własne, to chcieć dobra dla innych, tak jak chcemy go dla siebie” (św. Tomasz z Akwinu, De molo q 10 a 2 c). W tym duchu pisze nasz poeta Jan Kasprowicz: „Pali mnie surdut niezdarty na ciele, gdy widzę łachman na ciele nędzarza, widok głodnego gasi me wesele, jeśli się kiedy w mym oku zajarzy”.

Czy czuję drugiego człowieka tak, jak czuję siebie, czy go rozumiem? Czy mam z nim wspólny język? Czy jestem wyrozumiały, cierpliwy, współczujący? Czy w razie konfliktów jestem gotowy do pojednania? Czy mam miłosierdzie w sercu; czy okazuję je w słowach i czynach? To są pytania, które stawia przede mną dzisiejsza liturgia, stawia Chrystus, który dziś mówi. do nas: „Jak mnie posłał Ojciec, tak i ja was posyłam” (J 20, 21). A świat, który jak podkreśla św. Paweł Apostoł: „…oczekuje z tęsknotą objawienia synów Bożych” (Rz 8, 19), czeka niecierpli­wie na tych Bożych wysłańców, czeka na ludzi miłosierdzia. Od tego, czy tacy ludzie się znajdą zależy, czy świat dziś ujrzy Boże zbawienie, czy ujrzy Boże miłosierdzie, czy ujrzy Zmartwych­wstałego. Amen.

Zapisz

Dział: WIELKANOC

jezus-milosiernyDzisiejsza Ewangelia św. Jana opisuje dwa spotkania Zmartwych­wstałego Pana z Apostołami. Obydwa spotkania odbyły się w Wieczerniku, tam gdzie miała miejsce Ostatnia Wieczerza, gdzie Pan Jezus ustanowił Sakrament Kapłaństwa i Eucharystii, gdzie pożegnał się ze swoimi uczniami przed męką. Pierwsze spotkanie Chrystusa Zmartwychwstałego z gronem apostolskim odbyło się w dniu zmartwychwstania. Wieczorem tego dnia, mimo drzwi zamkniętych Pan Jezus wszedł do Wieczernika, pozdrowił swoich uczniów i przekazał im władzę odpuszczania grzechów. Uradowali się uczniowie ujrzawszy Pana. Na tym spotkaniu nie było Tomasza. Osiem dni później Pan Jezus przychodzi ponownie do Wie­czernika, podchodzi do swojego ucznia pokazuje mu ręce i nogi i mówi: Tomaszu zobacz moje ręce i bok i nie bądź niedowiarkiem ale wierzącym. Co się wtedy działo w sercu Tomasza, który nie mógł uwierzyć, że Chrystus żyje? Dlaczego nie mógł uwierzyć w to co mówili świadkowie zmartwychwstania? Być może, że widział umęczone ciało Chrystusowe składane do grobu, widział rozerwany włócznią bok i jako racjonalista nie mógł przyjąć do wiadomości, że to ciało ożyło. Jednak kiedy zobaczył, dotknął Chrystusowych ran, stanął przed swoim Mistrzem z wyznaniem: Pan mój i Bóg mój. W odpowiedzi usłyszał słowa Pana Jezusa, słowa które brzmią jak wymówka „Uwierzyłeś, bo mnie ujrzałeś; błogosławieni, którzy nie widzieli a uwierzyli”.

A jednak jesteśmy wdzięczni Tomaszowi, że ujrzał, że dotknął, że sprawdzał. Dzięki temu doświadczeniu Tomasz nie tylko wierzy, ale po prostu wie, że jest to Chrystus, ten sam, który został postawiony przed sądem Piłata, a potem ukrzyżowany. A teraz żyje. Żyje prawdziwym życiem. Jesteśmy wdzięczni Tomaszowi za jego niedowiarstwo, a potem za jego świadectwo: Pan mój i Bóg mój. To umacnia naszą wiarę. Jest jakby pośrednim doświadczeniem dla nas i dla tych wszystkich ludzi, którym wypada żyć całe setki i tysiące lat później, a którym nie było dane, tak jak Tomaszowi, dotknąć Chrystusowych ran. Prawdę o zmartwych­wstaniu przyjęliśmy w porządku wiary i może czasem potrzeba nam takiego świadectwa, jak dzisiejsze, Tomaszowe świadectwo.

Apostołowie byli urzędowymi świadkami zmartwychwstania. Święty Piotr w domu centuriona z Cezarei mówił: z Nim jedliśmy i piliśmy po Jego zmartwychwstaniu, a On rozkazał nam dać świadectwo, że Bóg ustanowił Go Sędzią żywych i umarłych. Jeżeli świadkiem nazywamy człowieka, który brał udział w jakimś zdarzeniu i daje świadectwo temu co widział, to Apostołowie byli takimi świadkami. Ale czy chrześcijanin żyjący dzisiaj może być nazwany świadkiem Chrystusa zmartwychwstałego? Może! Chrześcijanin wierzący w Chrystusa to człowiek, u którego wiara zastępuje widzenie i taki człowiek może mieć takie doświadczenie wewnętrzne, wzmocnione łaską i mocą Ducha Świętego, że zdobywa pewność porównywalną z doświadczeniem fizycznym. Ta pewność pod­budowana wiedzą i doświadczeniem poprzednich pokoleń rodzi auten­tycznych świadków Chrystusa w dzisiejszym świecie. Historia Kościoła ciągle ukazuje nam takich nieustraszonych świadków męki Jezusa Chrystusa. Byli raczej gotowi ponieść śmierć niż sprzeniewierzyć się nauce, którą Chrystus przekazał swoim uczniom.

My także mamy być świadkami Chrystusa zmartwychwstałego w dzi­siejszym świecie. Więcej, Chrystus chce, byśmy byli Jego świadkami. To świadectwo ucznia Chrystusowego musimy składać wszędzie w szkole, w domu, w urzędzie, w pokoju szpitalnym, przy łóżku chorego, w przy­tulisku dla bezdomnych w więzieniu.

Mamy być świadkami Chrystusa zmartwychwstałego w dzisiejszym świecie. Czy rzeczywiście takimi świadkami jesteśmy? Na pewno wokół nas żyje wielu prawdziwych świadków Chrystusa. Dają oni świadectwo swoim życiem, swoją pracą, swoją modlitwą, że są uczniami Chrystusa. Ale niestety zdarza się i tak, że ktoś deklaruje, iż jest człowiekiem wierzącym, ale nie jest skłonny przyjąć całej nauki Chrystusa. Chciałby poprawiać niektóre przykazania, zmodyfikować niektóre normy moralne, zwłaszcza przykazanie miłości. Ich zdaniem jest ono niemożliwe do praktykowania w dzisiejszym zagonieniu za pieniądzem i zyskiem. Ale czy wtedy możemy nazywać się świadkami Chrystusa? Czy świadek może manipulować posiadaną informacją, czy może zniekształcać przekazaną mu wiedzę? Przyjmijmy siostry i bracia do siebie słowa Pana Jezusa z dzisiejszej Ewangelii: „Błogosławieni którzy nie widzieli a uwierzyli”.

Drodzy moi! Dzisiaj w Drugą Niedzielę Wielkanocy Kościół w Polsce obchodzi niedzielę Miłosierdzia Bożego. Ojciec Święty ustanowił święto Miłosierdzia Bożego, odpowiadając na list biskupów polskich, którzy zwrócili się do Niego o ustanowienie święta będącego integralnym elementem rozwijającego się u nas kultu Miłosierdzia Bożego. Dekretem Kongregacji Kultu Bożego i Dyscypliny Sakramentów z dnia 23 stycznia 1995 roku Ojciec Święty ustanowił to święto. W ten sposób została spełniona prośba Jezusa Miłosiernego, który objawił się św. Siostrze Faustynie Kowalskiej i zobowiązał Ją, aby nie ustawała w wysiłkach, by święto Miłosierdzia Bożego było obchodzone w drugą Niedzielę Wiel­kanocną. W Dzienniczku napisała: „W pewnej chwili usłyszałam słowa: Córko moja, mów światu całemu o niepojętym Miłosierdziu Moim. Pragnę, aby święto Miłosierdzia było schronieniem dla wszystkich dusz, szczególnie dla biednych grzeszników. Pragnę, aby święto Miłosierdzia obchodzone było w pierwszą niedzielę po Wielkanocy. Nie zazna ludzkość spokoju, dopokąd nie zwróci się do źródła Miłosierdzia Mojego” (Dz. 699). Te słowa zapisane w Dzienniczku nabrały szczególnego znaczenia po procesie kanonizacyjnym Siostry Faustyny i po wyniesieniu Jej do grona świętych.

Orędzie Bożego Miłosierdzia głosi, że Bóg nas kocha. Kocha każdego z nas, niezależnie od tego jakimi wielkimi jesteśmy grzesznikami. Chce byśmy zrozumieli, że Jego miłosierdzie większe jest niż nasze grzechy. Chce też, byśmy nauczyli zwracać się do Niego z ufnością. Byśmy przyj­mowali Jego miłosierdzie i przekazywali je innym. „Bądźcie miłosierni jak Ojciec wasz jest miłosierny” (Łk 6,36). Zachęcam do praktykowania nabożeństwa do Miłosierdzia Bożego, do odmawiania koronki do Bożego Miłosierdzia. W Warszawie Katolickie Radio „Józef” każdego dnia o go­dzinie 15.00, a więc w godzinie męki i zbawczej śmierci Chrystusa, transmituje nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego z kaplicy Sióstr Miłosierdzia. Do tego Zgromadzenia zakonnego należała błogosławiona Siostra Faustyna. Ciekawa rzecz, że nabożeństwo do Miłosierdzia Bożego toruje sobie drogę nie tylko w Polsce ale i w świecie i zdobywa wiele ludzkich serc. Jest to niewątpliwie jakiś znak czasów, znak naszego XXI wieku. U progu też XXI wieku pyta św. Jan Paweł II: Gdzież więc, jeżeli nie w Miłosierdziu Bożym świat znajdzie ocalenie i światło nadziei. Ludzie wierzący to doskonale wyczuwają. Dzisiaj w święto Miłosierdzia Bożego niech nam towarzyszy to krótkie zawołanie z obrazu miłosiernego Chrystusa - "Jezu ufam Tobie". Amen.

Dział: WIELKANOC

zmartwychwstanie-pana-jezusaO poranku pierwszego dnia tygodnia kobiety poszły do grobu Pana. Wyruszyły, aby dopełnić obrzędów pogrzebowych. Był to gest litości wobec umarłego. Tyle tylko mogły zrobić dla ukrzyżo­wanego Mistrza z Nazaretu. Tyle tylko ofiarować temu, który za życia uważał się za Syna Bożego i za obiecanego Mesjasza. Tyle tylko mogły zrobić dla tego, który mówił o sobie: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem" (J 11,25), a który teraz spoczywa w grobie. Jego śmierć z pewnością zachwiała ich wiarą w to wszys­tko, co przepowiadał. Któż mógłby dać wiarę temu wszystkiemu, co głosił, słowom Nauczyciela przypieczętowanym klęską? Czyj aż nadzieja byłaby tak mocna, aby nie ustąpić wobec oczywistości faktów? Szły więc pogrążone we wspomnieniach i smutne, jak dzieci, którym uczyniono wiele obietnic, a nie dotrzymano żadnej.

"I oto Jezus stanął przed nimi i rzekł: «Witajcie!»" (Mt 28,9). Jakże musiały być zdumione a zarazem przestraszone, skoro Zmartwychwstały zaraz dodał: "Nie lękajcie się!" (Mt 28,10).

Wczoraj i dzisiaj wielu idzie do Kościoła jak kobiety do grobu. Aby przekonać się, że On nie żyje! Idą, aby spełnić swój doroczny obowiązek, aby dokonać formalności, dzięki której można za­pewnić sobie dobre samopoczucie. Kobiety jednak zostały w spo­sób niespodziewany wyrwane ze świata własnych myśli. Olśnił je Pan żywy. Okazało się, że na próżno dźwigały wonne, pogrzebowe olejki. Spotkały Pana żywego. "One podeszły do Niego, objęły Go za nogi i oddały Mu pokłon" (Mt 28,9). Usłyszały Jego głos, dźwięczny, stanowczy, żywy.

Słuchając Ewangelii, mamy wrażenie, że Mateusz opowiada o tym spotkaniu Jezusa z kobietami o świcie, jak o rzeczy najnor­malniejszej w świecie. Opowiada spokojnie, jak kronikarz, który niczemu się nie dziwi, a jedynie się stara, aby nie pominąć istot­nych szczegółów. Tymczasem jest to świadectwo czegoś niezwy­kłego, jedynego w swoim rodzaju! Mówi o nieoczekiwanym spot­kaniu Zmartwychwstałego z kobietami. Kiedy mówimy o Jezusie, nie mówimy o Nim jak o bohaterze literackim, postaci z kart po­wieści szpiegowskiej czy gwieździe tasiemcowego serialu telewizyjnego. Mówimy o kimś, kto prawdziwie żył, którego na­uczanie dotarło do nas, którego czyny zostały uchronione przed zapomnieniem i wiernie nam przekazane. Nikt dzisiaj nie zaprze­cza temu, że Jezus z Nazaretu nauczał na palestyńskich placach, że był prorokiem i cudotwórcą. Nikt nie neguje świadectwa o ukrzyżowaniu na Golgocie. Kiedy więc słyszymy, że zmartwych­wstał, nie jest to tylko figura retoryczna!

Pójdźmy i my wraz z kobietami do tego grobu. Nie lękajmy się przyjąć prawdy o Zmartwychwstałym Chrystusie. To wydarzenie mówi nam o tym, że Bóg nas kocha. Dał nam swojego Syna, "aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne" (J 3,16). Nie jest więc tak bardzo ważne, z jakich powodów przy­szliśmy dzisiaj do kościoła. Ważne jest to, abyśmy pozwolili Chrystusowi odwalić kamienie, które zamykają nasze serce przed Nim. Abyśmy pozwolili, aby On mógł w nas zmartwychwstać żywy i prawdziwy! Oto On chce nas obdarzyć wolnością od grze­chu, radością z odnalezionej nadziei, ozdobić swoją łaską. Dzisiaj Zmartwychwstały mówi: "Nie lękajcie się! Jesteście wszyscy dzieć­mi Bożymi! Bóg, w swojej ojcowskiej miłości, nigdy o was nie za­pomniał - i nawet wtedy, gdy wydawało się wam, że jest daleko od was - On nie przekreślił swojej miłości".

Chrystus prawdziwie zmartwychwstał! Przychodzi, aby uwol­nić nas od wszystkiego, co nas zniewala, poniża, depcze. Wyzwala nas ze wszystkich zwątpień. On sam jest naszym życiem!

To prawda, trudno jest uwierzyć w zmartwychwstanie! Jakby lękamy się wziąć dosłownie to, o czym mówi treść tego święta. Dlatego właśnie słyszymy skierowane do nas słowa otuchy: "Nie lękajcie się!" (Mt 28,10). Od tego momentu śmierć nie jest już je­dynym słowem napisanym na ostatniej stronie naszego ziem­skiego życia. Bóg jest Bogiem żywych! Chrystus zmartwychwstał! Jest znakiem, który Bóg sam zostawił nam, aby nas sprowokować do rozszerzenia naszych horyzontów, do wyzwolenia nas z na­szych oczekiwań. Jest On cudownie i nieskończenie większy od naszych oczekiwań. Nie mieści się w narzuconych Mu przez naszą skończoność schematach. Staje ponad naszymi lękami, niepew­nością, niezdecydowaniem, ponad wszystkimi naszymi "tak, ale" i "może kiedyś...".

Ewangelia przekazuje relacje o spotkaniach z Chrystusem żywym, nad którym "śmierć nie ma już władzy". Widzimy, jak trudno było Chrystusowi przebić się przez skorupę niedowiarstwa samych uczniów. Jak trudno było Mu wyzwolić Apostołów z lęku. To nie oni, ale On musiał walczyć o to, aby prawda o zwycięstwie życia nad śmiercią dotarła do ich serc i umysłów.

Papież Jan Paweł II na początku swego pontyfikatu, zwra­cając się do wszystkich ludzi, wierzących i niewierzących, skie­rował ten sam apel: "Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi Chrystu­sowi!" Zapytajmy się dzisiaj siebie: co rodzi w nas lęk przed przy­jęciem prawdy o zmartwychwstaniu? Co nie pozwala nam uwie­rzyć w nieskończoną potęgę Pana Boga? Dlaczego nie idziemy do końca we wierze? Jakie skały zagradzają drogę Zmartwych­wstałemu do naszego serca?

Nie lękajmy się, że Zmartwychwstały odbierze nam naszą wolność - On, który wyzwala nas z największego i upadlającego zniewolenia, jakim jest grzech. On, który wyzwolił nas "ku wolności" (Gal 5,1).

Nie lękajmy się, że wierząc w Niego, utracimy jakiekolwiek dobro. On, który jest dobrem nieprzemijającym i wiecznym, prag­nie podzielić się z nami tym wszystkim, co jest autentyczną war­tością i pięknem. Jak mówi Apostoł: "ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują" (1 Kor 2,9).

Nie lękajmy się uwierzyć Temu, którego "jarzmo jest słodkie, a brzemię lekkie" (Mt 11,30). Świat nakłada na nas daleko wię­ksze ciężary i brzemiona.

Nie lękajmy się Odkupiciela, tego, że "poprowadzi nas tam, dokąd pójść nie chcemy" (por. J 21,18). On wie, czego nam potrze­ba, jest Dobrym Pasterzem, który troszczy się o każdego z nas.

Darem żyjącego na wieki Pana jest wyzwolenie od lęku. Pro­śmy dzisiaj o ten dar dla nas samych i dla wszystkich chrześcijan.

Jeśli uwierzymy w Ewangelię, jeśli przyjmiemy świadectwo tych kobiet i Apostołów, którzy potwierdzili je własnym męczeń­stwem, prawdziwie ten dzień stanie się dla nas świętem radości i zwycięstwa życia nad śmiercią, łaski nad grzechem, Boga nad szatanem. Ten "pierwszy dzień tygodnia" (Mt 28,1) stanie się pier­wszym dniem naszego nowego życia.

Prośmy o to, abyśmy, sami wolni od lęku i niewiary, pełni radości, poszli za wezwaniem Chrystusa: "Idźcie i oznajmijcie moim braciom" (Mt 28,10). Zanieśmy więc do naszych domów blask i pokój tego wielkanocnego poranka, który rodzi się w nas wraz ze świadomością, że Chrystus prawdziwie zmartwychwstał. Złóżmy wszystkim życzenia: Wesołych Świąt!

 

Dział: WIELKANOC

alleluja-zyje-panJezus Zmartwychwstał!

W Jego zbawczej obecności radujmy się i weselmy! Chrystus - nasza Pascha został wskrzeszony z martwych! Śmierć nad Nim nie ma już władzy!

Radosnym okrzykiem zwiastujmy tę Dobrą Nowinę całemu światu! Bądźmy uczestnikami Ewangelii Życia, której źródło jest w Chrystusie Zmartwychwstałym! Śpiewajmy hymn wdzięczności Temu, który przezwyciężając śmierć, ubogacił nas o nowy wymiar rzeczywistości, który ożywił naszą nadzieję wbrew nadziei!

Kobiety, które podążają do grobu, ku swemu zaskoczeniu napotykają grób pusty. Nie ma w nim ciała Jezusa! Również Apostołowie trwają w zadziwieniu i z nieufnością odnoszą się do rzeczywistości Zmartwychwstania. Bieg wydarzeń minionych dni i obfitość treści, które je wypełniła, sprawiły, że serca uczniów ogar­nął smutek i beznadziejność. Zbyt bogate, wręcz niewytłumaczalne jest zwycięskie misterium paschalne Chrystusa, które rozegrało się na ich oczach.

Potrzeba spojrzenia wiary i wrażliwości serca, aby dostrzec bliskość Pana! Ten, który był martwy, teraz jest żywy - zmar­twychwstał!

Ta Prawda, Prawda Zmartwychwstania i Życia, niech stanie się wraz z dzisiejszym świętem naszym udziałem!

Nie trwajmy już dłużej na uwięzi własnych wyobrażeń, nie bądźmy "sługusami" tego świata, który czyni z nas niewolników, który czyni nas umarłymi, pozostawiając w pesymizmie, beznadziejności i zapomnieniu! Wczytajmy się w ten świat oczyma wypełnionymi życiem, a nie śmiercią. Realizujmy Boże powołanie, jakim zostaliśmy ubogaceni w dniu Chrztu świętego! Realizujmy z entuzjazmem i w wiośnie ducha Boży zamiar względem nas!

Życie w perspektywie Zmartwychwstania jest takie cudowne i niepowtarzalne!

Żyć w kontekście Zmartwychwstania - to znaczy być wolnym od lęku w kontaktach z innymi, być wolnym od pesymizmu, od strachu, żeby wędrować przez ten świat z Bożą mocą, żeby czynić ten świat - pełnym nadziei i radości!

Żyć w kontekście Zmartwychwstania to znaczy miłować, ofia­rując siebie innym, to, kim jestem, jakim stworzył mnie Pan Bóg, aby nie pozostać na etapie egoistycznej postawy gromadzenia i posiadania, ale by dać siebie światu!

Żyć w kontekście Zmartwychwstania to znaczy walczyć prze­ciwko temu, co zniewala, rozdziela, druzgocze, aby móc tworzyć i jednoczyć! Żyć to nie znaczy wegetować, lecz otworzyć swe serce na przyjaźń, na obecność drugiego człowieka. To znaczy wierzyć i dojrzewać nieustannie poprzez radości i doświadczenia. To znaczy być twórczym w odkrywaniu piękna istnienia. To trwać w za­chwycie nad cudem dzieła stworzenia - stwarzając je nieustannie własnym wysiłkiem!

Dzisiejsza Pascha Chrystusa niech się stanie również naszą Paschą, naszym przejściem ze śmierci do życia, naszym wyjściem z grzechu i osiągnięciem zjednoczenia w miłości z Bogiem. Niech Zmartwychwstanie stanie się dla nas rzeczywistością konkretną! Zrezygnujmy ze świata fikcji i złudnych wyobrażeń! Niech nikt z nas nie usprawiedliwia siebie. Niech nie twierdzi, że nie jest w stanie tak przeżywać radości Paschalnej. Że nie ma siły, aby wyr­wać się z własnych słabości i niemocy, aby zerwać z grzechem, który zniewala swoim piętnem! Niech nikt z nas tak nie mówi!

Chrystus, nasza Pascha, zwyciężył naszą niemoc! On chce nam pomóc. Chce zburzyć, chce zdruzgotać skałę naszego grobo­wego zachowania, aby otworzyć nas na swoją obecność, aby nie pozostawić nas w ciemnościach i mrokach grzechu. Dlatego staje pośród nas i dobija się do naszego serca! Chce wejść! Otwórzmy się na Jego tchnienie! Z wrażliwością serca otwórzmy się na Jego obecność, na Jego bliskość!

On nie wymaga mocy i siły wyjątkowej, szczególnej! Niestru­dzenie jednak przypomina: "Kto we Mnie wierzy, choćby i umrze, żyć będzie. Każdy, kto żyje i wierzy we Mnie, nie umrze na wieki" (por. J 11,25-26).

To jest ten optymizm Zmartwychwstania! Blask, który oświe­tla nasze szare drogi, abyśmy nie tracąc nadziei, podążali ku światłu, abyśmy w zjednoczeniu ze Zmartwychwstałym darowali siebie światu!

Często wydaje się to trudne i wręcz niemożliwe, aby doświad­czając bolesnej rzeczywistości - uwierzyć słowom Chrystusa. W kim innym jednak powinniśmy pokładać nadzieję jak nie w Tym, który nawet śmierć pokonał?

Apostołowie też potrzebowali czasu, aby ich wiara stała się źródłem życia. Dlatego chociaż rodzą się nieraz wątpliwości w naszych sercach, nie ulegajmy pokusie! Wraz z pobożnymi niewiastami, wraz z Apostołami wyjdźmy naprzeciw Zmartwych­wstałego Pana! Biegnijmy z radością i odważnie, żeby przeżyć cud Zmartwychwstania! Biegnijmy do grobu, żeby zobaczyć go pu­stym, gdyż nie ma w nim już śmierci! Przemierzajmy tę drogę w naszych sercach i w naszych umysłach. Zastanówmy się nad prawdą o zmartwychwstaniu Pana, aby doświadczyć przemiany, aby wzrastać w jej świetle!

Skąd - myślisz Bracie i Siostro - czerpali siłę i moc w wyzna­waniu wiary pierwsi chrześcijanie? W kim znaleźli oparcie, aby dać świadectwo Prawdzie, pierwsi męczennicy? Kto obdarował świętych miłością względem nieprzyjaciół? Kto przemienił życie wielu grzeszników? Kto ludziom młodym dał moc, aby przetrwać próby walki z samym sobą, aby przezwyciężyć własny egoizm, pesymizm? Kto podtrzymywał jedność małżonków, nawet w ob­liczu sytuacji krańcowego wyczerpania i zniechęcenia samym sobą, kto dopomógł przezwyciężyć chwile próby, żeby znowu odro­dzić uczucie miłości i zrozumienia? Kto - jeśli nie Chrystus Pan - żywy i zmartwychwstały?

Dlaczego więc wątpliwości rodzą się w twoim sercu? Czyżbyś bał się spotkania z Miłością, która przemienia wszystko, która burzy porządek tego świata, aby nadać mu wymiar nadprzyro­dzony?

Podejmij wędrówkę szlakiem Zmartwychwstałego Pana i doświadczaj przejścia od nienawiści do miłości, od przemocy ku służbie! Przylgnij sercem do prawdy, uwolnij się od gwałtownego zachowania, aby pokój królował w twoim sercu! Świat potrzebuje ulepszenia i twojego świadectwa! W wolności serca nieś Ewan­gelię Życia, której ani śmierć, ani krzyż, ani ciemności grzechu nie są w stanie zniszczyć! Z Chrystusem Zmartwychwstałym przeżyj wiosnę ducha. Udaj się w podróż, której celem będzie szczęście spotkania z Nim w niebie! To jest prawdziwa Pascha!

Idźmy więc i głośmy światu, że Zmartwychwstał! Dzisiejszy świat potrzebuje tej Prawdy, aby przywrócić sens wszystkiemu: dobru i złu, wolności i przemocy, życiu i śmierci!

Jedynie w Zmartwychwstałym możemy czynić ten świat lep­szym i piękniejszym!

Dział: WIELKANOC
zmartwychwstalOtrzyjcie już łzy płaczący,
Żale z serca wyzujcie,
Wszyscy w Chrystusa wierzący
Weselcie się, radujcie".
Tak rozpoczął się dziś dzień, tak zaczął się nowy dzień świątecz­ny. Wielka noc i wielki dzień. Kościoły otworzyły się dzisiaj szeroko, gromadzą nawet mniej częstych gości. Zadzwoniły wcześniej niż zwykle dzwony na wieży, żeby mówić swoje niezwykłe kaza­nie: zmartwychwstał Pan, nadzieja nasza. Wielka noc – wielki poranek – przypomnienie, gdy smutne niewiasty szły do grobu Jezusa, bo jeszcze nie wiedziały, że On żyje. Drżąc z emocji uczniowie oglądali żałobne płótna. Uczyli się prawdy o bezsilności śmierci wobec życia, które się zmienia, ale się nie kończy. Wiel­ka noc – do kościoła idą ludzie skupieni, odświętni przeżyciem Wielkiego Postu, bliżsi sobie przez drogi krzyżowe i jedność wieczernika. Zatrzymają oczy na symbolach, które przywołują wzru­szenia od dzieciństwa: figura Zmartwychwstałego, świeca paschal­na, najładniejsza monstrancja z procesji rezurekcyjnej, dymy ka­dzideł i mądre wiarą pieśni: „Otrzyjcie już łzy płaczący”.

Wielka noc – po której przychodzi dzień wielkiej, jedynej na­dziei. Wieści najważniejszej o życiu wiecznym. Najważniejszej, bo jednak w życiu myślących ludzi, wszystko zależy od tego, czy się umiera, czy się tylko odchodzi w nowe życie. Jednak wszystko: decyzja dobra i zła, podjęcie sprzeciwu czy uległości, wysiłek budowania, czy niszczenia, służenie tu, czy służenie tam; ra­dość przyjęcia i odwaga odrzucenia... Inaczej wita się świat i inaczej ten świat żegna. Inaczej przyjmuje się kołyskę i ina­czej kupuje wieniec. Inaczej zabrzmi odpowiedź na każde z ludz­kich pytań.

Wielka noc – wielki dzień, gdy wiem, że nie tylko do śmier­ci, ale, że na zawsze; i na ten czas życia, i na dni wieczne. Jak inaczej w tym świetle rysuje się świadomość, że nagromadził i starczy „aż” do śmierci! Aż, a może „tylko” do śmierci? A po­tem, a poza progiem nowego życia? Zapewniłem im wszystko, do samej śmierci wystarczy, zabezpieczyłem, pomyślałem o wszystkim... a potem? A w życiu nowym? Czy i na tamto wystarczy? Ułożymy sobie życie, i będziemy szczęśliwi do śmierci samej? Do, a po śmierci także? Czy to co dzisiaj stanowi dar radosnej miło­ści, rzeczywiście wypełni całą wieczną resztę?

Wielka noc – wielki czas nadziei – nadziei uczniów, wier­nych, bliskich Jezusowi. On żyje, On jest, On nie zna umierania. Jeśli widzieliście, jak Piłat podpisał wyrok, umył ręce i wydał Go dozorcy, to prawda, tak było; ale jeżeli będą mówić, że to koniec sprawy, że wyrok oznacza zwycięstwo, nie, w to nie wierzcie. On jest nieśmiertelny. Jeżeli pamięć przypomni, że był krzyż, grób, uciekający uczniowie, tak, to było. Ale, że On nie żyje, temu nie wierzcie. Jeżeli powiedzą, że widzieli Jego krzyż porzucony w ziemi, żeby nawet śladu nie zostało, tak, tak się stało. Ale potem było podniesienie krzyża, uwielbienie, miłość i mądrość krzyża.

Wielka noc – święty czas nadziei – dla naszych wygasających lat życia. Zwyczajnie, zabiera nas czas, jak płynąca rzeka zbie­ra piasek przy brzegu. A przecież dzień Wielkanocy wie, że od­chodzi ciało, to ciało, aby człowiek pełny i bogaty, nowy i odro­dzony, żył w odnowieniu ciała Chrystusowego. Z prochu powołał Bóg nasze ciała, w proch się sypie w chwili wyznaczonej, ale Bóg cię wskrzesi, abyś żył z Nim i w Nim. Nie, nie zamykajmy dzisiaj serca na wielką wieść, nawet gdyby była wspaniała jak marzenie. Ostatecznie przed każdym świtem nowego dnia przy­chodzi noc, w której rodzi się inny. Przed każdym kwiatem umie­rają pąki, w których mizernym kształcie krył się już cały, peł­ny barw i nowych zadań – kwiat. Przed każdym owocem umiera kwiat, w którym utaiło się inne, nie podobne, ale przecież cał­kowicie w nim zawarte życie owocu. Przecież umierają owoce, aby wydać drzewa, jak umierają ciała aby rodziły się nowe, niewy­obrażalne dzisiaj, a całe stamtąd i stąd iz nieba i ziemi, pełne tożsamości człowieka.

Wielka noc – święty czas nadziei – dla tych, którzy odpro­wadzili na cmentarne drogi. To dzień, który głosi ich życie. Na czas tylko przechowani w urnie ziemi. Złożeni w relikwiarzu gro­bu. Prochy, znani i zapomniani z całej historii. Myślimy z na­dzieją o niepojętym przebywaniu życia. Przebaczcie nam, że nie potrafimy dzisiaj wyobrazić sobie, jak żyjecie; wy, którzy odeszliście. Czekamy na ożywiające słowo Boga. To nic, że na ziemi pozostały smutne ślady na cmentarzach, że przy jednej dacie człowiek postawił krzyżyk. Niestety, świat nie umie inaczej mó­wić o ostatnim widzeniu się na tej ziemi. Świat nie może nam nic o was powiedzieć, dlatego tak uważnie słuchamy dzisiejszego święta. Uczymy się być z bliskimi, mieszkańcami wieczności. Mó­wimy sobie znowu: Jeżeli oczy powiedziały, że oni umarli, tak, to prawda, ale jeżeli chcą powiedzieć, że oni nie żyją, nie, to nie jest prawdą, temu nie wierzymy. Jeżeli nasza pamięć mówi, że tam jest ich grób, tak, to prawda, znamy i pielęgnujemy ich mo­giłę, ale jeżeli powie, że tam są oni, wasi, moi, nie, nie wie­rzymy; to nie jest prawdą, nie tam ich należy szukać, nie tam ich będziemy czekać. Jeżeli powiedzą, że się modlą, aby wiecz­ność była szczęśliwa, tak, o to modlę się każdym słowem człowieczego pacierza; ale jeśli powiedzą, żeby im ziemia była lekką, wtedy wiem, że to tylko pobłądziły smutne słowa, bo ziemia nad nimi nie zapanuje, chociaż do niej złożyli ciało na czas wyznaczo­ny przez Stwórcę; pozostali z Nim, w życiu nowym, na zawsze własnym. Jeżeli rozpaczasz, wiem, co to znaczy i rozumiem gorz­kie słowa, ale gdy mówisz, że opuścili, że przestali żyć, wtedy mogę tylko milczeć i dzielić się braterską bliskością oczekiwania na światło, które Pan daje, które czasem można wymodlić, z po­korą nazbierać z tajemnic Bożych, żeby, gdy przyjdzie ten czas ziemi – mówić o życiu z nimi, którzy już doświadczają jego drugiej tajemnicy.

Wielka noc – wielki czas nadziei. Nie, nie bójmy się żyć wielkim przeczuciem. Otworzyć dusze na wieczność to tak, jak otworzyć światło dla życia. Cały człowiek żyje mocą nieśmiertel­ności, choćby wcale nie zdawał sobie z tego faktu sprawy. Odcię­ty od nieśmiertelności, traci życie, jak roślina odłączona od świa­tła, zamiera, niszczeje. Świat dzieł człowieka, cała kultura i cy­wilizacja, dzieje myśli i rąk, to uobecnienie życia, które trwa i nie umiera. Cała odwaga tworzenia wyrasta z przeczucia, że żyje w rodzinie ludzkiej, chociaż zmienia się sposób istnienia tej ro­dziny. Tylko wtedy, gdy człowiek uwolni się od bezsensu umie­rania na zawsze, tylko wtedy potrafi miłować na zawsze, cier­pieć dla wiecznych treści, tworzyć dla życia ludzi. Nieśmiertel­ność, którą żyje człowiek, prowadzi myśli i ręce i serce ludzi. Jeżeli stracić, jeżeli zatrzeć w duszy ludzkiej tę świadomość wie­czną, wtedy rodzi się świat, który zamiast służyć człowiekowi, po­sługuje się człowiekiem. Wtedy, wcześniej czy później, rzeczywi­stość staje się ziemią znękania i zagrożenia, przychodzi cywiliza­cja umierania.

Najmilsi! Na starym obrazie średniowiecznego mistrza, pusty grób Jezusa Chrystusa oświetla jasny słup światła – grób pu­sty! Straże zasłaniają oczy. Światło jest zbyt jasne. Nie, my dzi­siaj nie bójmy się otworzyć oczu, nie osłaniajmy serc na światło laski. Żyje Pan – Nadzieja Nasza. Zmartwychwstał na świadec­two zmarlwychwstania ludzi. „Otrzyjcie już łzy”! Życie zwyciężyło śmierć i tak już będzie zawsze. Światło zwyciężyło noc – i tak już będzie. Pokój zwyciężył przemoc – i tak będzie. Prawda zwycięża szatana – i tak zostanie. Niech nadzieja Boża zwycię­ży wasze przygnębienie. Niech do waszych serc wejdzie Wiel­kanoc.

Zapisz

Dział: WIELKANOC

krzyzUkochani Bracia i Siostry! Co możemy dodać do usłyszanych przed chwilą słów? Dziś chyba szczególnie czujemy w głębi serca, że trzeba zamilknąć, bo każde słowo może okazać się wielkim nietaktem. Wszyscy bowiem czujemy się jakoś niezręcznie wobec opisanych wydarzeń. Z jednej strony przebija żal i smutek, a z drugiej strony pojawia się niepo­kojąca myśl, że mamy w tym swój udział, i to nie tylko symbo­liczny, ale bardzo konkretny i bezpośredni.

Wraz z poetą, autorem pasyjnej modlitwy „Gorzkich Żali”, możemy zapytać:

Cóż jest, pytam, co się dzieje? - Wszystko stworzenie tru­chleje.

Słońce, gwiazdy omdlewają - żałobą się pokrywają.

Płaczą rzewnie Aniołowie - A któż żałość ich wypowie.

Opoki się twarde krają - Z grobu umarli powstają”.

Cóż się stało? Dokonało się najdziwniejsze wydarzenie w his­torii świata i w historii ludzkości - człowiek skazał na śmierć Boga, albo mówiąc inaczej - Bóg oddał się pod sąd człowieka, czyli oddał się w jego ręce. Wydaje się to wprost niemożliwe. Jednak fakty są nieodwracalne, przed nami stoi krzyż - dowód odbytego sądu, dowód naszej winy. Nie możemy się wyprzeć, że to nie my.

Jaką winę w Nim znaleźliśmy, za co Go skazaliśmy? Gdy byliśmy głodni, rozmnożył chleb, a kiedy doświadczaliśmy cier­pienia i choroby, przyszedł, aby nas uzdrowić. Kiedy czuliśmy się przerażająco samotni, opuszczeni i smutni, pojawiał się nagle i pocieszając, mówił - „Odwagi! Ja jestem, nie bójcie się!” (Mt 14,27). Do Zacheusza, do Magdaleny, do kobiety przyłapanej na cudzołóstwie, do wielu z nas powiedział: „Twoje grzechy są odpuszczone” (Łk 7,48). Odważył się kochać, kochać miłością bezwarunkową, do końca, do szaleństwa krzyża. Właśnie miłość i zaufanie do człowieka zaprowadziły Go na krzyż.

Jak odpowiedzieliśmy albo jak odpowiadamy dzisiaj na tę niepojętą miłość? - „Ukrzyżuj Go! [...] Chcemy Barabasza!” (por. Łk 23,21.18).

Jak wielu osłupiało na jego widok, tak nieludzko został oszpecony jego wygląd i postać jego była niepodobna do ludzi [...], wzgardzony i odepchnięty przez ludzi [...], wzgardzony tak, iż mie­liśmy go za nic” (Iz 52,14. 53,3). Czyż można dostrzec w skazańcu wiszącym na krzyżu Syna Bożego? Brzmi to niemal jak bluźnierstwo. Przecież Bóg jest kimś potężnym, mającym nieskoń­czoną władzę, nie pozwalającym się do siebie zbliżyć żadnemu człowiekowi. Jest surowym sędzią i prawodawcą. Wszyscy, którzy mają taki obraz Boga, dzisiaj triumfują i stojąc pod krzyżem, mogą szydzić i ubliżać: „innych wybawiał, siebie nie może wy­bawić. Jest królem Izraela: Niechże teraz zejdzie z krzyża, a uwie­rzymy w Niego” (Mt 27,42). Nachalne prośby tłumu nie zostają spełnione, a więc teraz są już wszyscy przekonani, że ten człowiek był po prostu oszustem i szarlatanem, jakich w historii było wielu.

Dlaczego nie zszedłeś z krzyża, dlaczego nie pokazałeś swojej boskiej potęgi, nie wezwałeś na pomoc zastępów anielskich? Praw­dziwa miłość musi być radykalna, musi być do końca, nie może się cofnąć, nie może istnieć tylko do pewnego momentu. Taka właśnie miłość do końca stanowi cenę naszego zbawienia, bo wolą Ojca było zmiażdżyć Go cierpieniem za grzechy człowieka. Jezus przy­jął na siebie to wszystko, czego może doświadczyć człowiek, wszys­tko - łącznie z cierpieniem. Krzyk opuszczenia: „Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuści?” (Mk 15,34), uczynił Go solidarnym z każdym ludzkim bólem i cierpieniem. Patrząc na krzyż, z całą pewnością można powiedzieć, że Bóg jest po stronie człowieka, szczególnie człowieka cierpiącego.

Lecz On się obarczył naszym cierpieniem, On dźwigał nasze boleści, a myśmy Go za skazańca uznali, chłostanego przez Boga i zdeptanego. Lecz On był przebity za nasze grzechy, zdruzgotany za nasze winy. Spadła nań chłosta zbawienna dla nas, a w Jego ra­nach jest nasze zdrowie” (Iz 53,4-5). Bóg wziął na siebie wszystkie konsekwencje ludzkiej słabości i grzechu. Tajemnica Wielkiego Piątku to kontemplacja słabości Boga. Boga, który staje się bez­radny wobec człowieka i jego wolności. Wielu to gorszy, a dla wielu jest głupstwem, jak powie św. Paweł. Nam zaś trzeba na wielkopiątkowe wydarzenia spojrzeć z perspektywy zmartwych­wstania. Wtedy ostateczna wymowa Wielkiego Piątku jest następująca: „człowieku, który sądzisz Boga, który każesz Mu się usprawiedliwiać przed Twoim trybunałem, pomyśl o sobie, czy to nie ty jesteś odpowiedzialny za śmierć Tego Skazańca, czy sąd nad Bogiem nie jest ostatecznie sądem nad tobą samym? Czy ten sąd i wyrok - krzyż a potem zmartwychwstanie - nie pozostanie dla ciebie jedyną drogą zbawienia?” (Jan Paweł II, Przekroczyć próg nadziei, Lublin - KUL, 1994, 66.)

Wielkopiątkowa liturgia przewiduje uroczystą adorację krzy­ża. Ma ona dzisiaj wyjątkową wymowę - przenosi nas na miejsce ukrzyżowania, na Golgotę. Mamy okazję stanąć pod krzyżem jakby twarzą w twarz z Chrystusem. Wpatrujmy się w krzyż i spróbujmy zobaczyć w nim znak zwycięstwa, nadziei, miłości i pojednania. Adorować niech zatem znaczy otworzyć swoje serca i przyjąć dar Jego bezinteresownej miłości, dar przebaczenia i zbawienia. Stańmy w postawie ludzi bezradnych, spragnionych po­mocy i zbawienia. Adorując, nie bójmy się wyznawać tego, co nas trapi i nęka, co jest naszym cierpieniem i bólem, a w szczególny sposób co jest naszym grzechem. W Jego ranach jest nasze uzdro­wienie, nasze zbawienie. A kiedy po adoracji krzyża będziemy przyjmować Komunię Świętą - Jego Ciało i Krew - owoce męki, wyznajmy w ciszy serca z pokorą: Panie, jestem tylko słabym i często błądzącym człowiekiem i dlatego pragnę zanurzyć się w Twojej męce i śmierci, przytulić się do Twojego krzyża, by spły­nęła na mnie uzdrawiająca moc Twojej wielkiej zbawczej miłości. Panie, okaż się jeszcze raz słabym i bezradnym z miłości do mnie. Amen.

Dział: WIELKI POST

w-czwartekW Bazylice św. Jana na Lateranie znajduje się nieco zapo­mniana relikwia. W ołtarzu Najświętszego Sakramentu (lewa strona transeptu) ponad tabernakulum umieszczono w dużym szklanym relikwiarzu kilka desek pochodzących, według tradycji, ze stołu, przy którym Chrystus wraz ze swoimi Apostołami spo­żywał Ostatnią Wieczerzę. Niewielu pamięta dziś o tej relikwii, a jeszcze mniej wierzy w jej autentyczność. Kilka niepozornych kawałków drewna, które może były naocznymi świadkami zbaw­czej miłości Chrystusa i równocześnie ludzkiej zdrady, przechodzi w niepamięć. Człowiek nie lubi świadków swojej małości. Lepiej o nich zapomnieć lub podać w wątpliwość.

Przyzwyczailiśmy się Wielki Czwartek przeżywać w atmo­sferze podniosłej, pełnej pogody ducha, wewnętrznego spokoju i nieukrywanego wzruszenia związanego z gestem „umycia nóg”. Uczyniliśmy ten dzień świętem Eucharystii, Kapłaństwa i brat­niej Miłości. I bynajmniej, nie popełniliśmy w tym żadnego błędu. Zapominamy jednak często o jednym małym epizodzie, który miał miejsce bezpośrednio po „umyciu nóg”, a poprzedził ustanowienie Eucharystii i przekazanie Apostołom władzy jej sprawowania. Tym „zapomnianym” epizodem była zapowiedź i ujawnienie zdraj­cy.

Tak, Wielki Czwartek, czy chcemy o tym pamiętać czy nie, naznaczony jest ludzką zdradą. Więcej, napiętnowany jest zdradą tego, który został przez Chrystusa wybrany na Apostoła, który z Nim przebywał od początku, który znał Go więcej niż inni, który miał otrzymać misję kapłańską w Chrystusowym Kościele. Czym więc była zdrada Judasza? Była i jest zapowiedzią i prototypem każdej ludzkiej zdrady miłości. Miłości pisanej małą literą i tej, którą nazywamy Miłością Wcieloną. Jest zapowiedzią, na pier­wszym miejscu, nie boję się tego powiedzieć, wszystkich zdrad kapłańskich. Tych wielkich, niosących ze sobą słuszne zgorszenie, ale niesłuszne zwątpienie. I tych małych, o których nikt nie wie, a które również ranią Kościół i osłabiają moc kapłańskiej posługi. Zdrada Judasza jest zapowiedzią każdej zdrady małżeńskiej. Nie tylko jako grzechu przeciwko szóstemu przykazaniu, ile przeciwko miłości i jedności rodzinnej.

Echem judaszowej zdrady jest każde sprzeniewierzenie się swojemu życiowemu powołaniu i zaufaniu, jakim kogoś obdar­zono. W zdradzie Judasza tkwi każde niegodne przyjęcie funkcji czy godności, zwłaszcza społecznej.

Zdradą Judasza jest świętokradcze, czyli niegodne przyjmo­wanie Sakramentów. Ileż ludzkich zdrad, niewierności, de­fraudacji i oszustw kryje się w tym „zapomnianym epizodzie”.

Sprowadzić jednak Wielki Czwartek do wspomnienia tylko ludzkiej zdrady byłoby zdradą wobec Tego, kto został zdradzony. Człowiek bowiem zdradził Wcieloną Miłość. Wielkość owej Miłości tkwi w tym, iż mimo naszych ciągłych zdrad Bóg nigdy nie przes­tał i nie przestanie pochylać się nad naszymi brudnymi nie tyle stopami, co sercami. Nie przestanie ich nigdy obmywać, jeśli tylko Mu na to pozwolimy, nie wodą, ale swoją Krwią za nas wylaną. Nie przestanie do nas nigdy wyciągać ręki, nie z kawałkiem chle­ba umaczanym w gorzkich ziołach, ale ze swoim Ciałem zanu­rzonym w kielichu gorzkiej męki. Do końca świata nie przestanie powoływać na swoich apostołów zwykłych, grzesznych ludzi, wśród których znajdą się jednostki gotowe Go zdradzić za mniej niż trzydzieści srebrników i całe zastępy tych, którzy dla Niego i z Nim pójdą na ukrzyżowanie. O pierwszych będą pisały wszystkie gazety, imiona pozostałych zapisze jedynie Bóg w Księdze Życia.

W czym więc tkwi istota Wielkiego Czwartku? Istota Wiel­kiego Czwartku tkwi w tym, co św. Jan wyraził w słowach: „do końca ich umiłował” (J 13,1). „Do końca”, to znaczy takimi, jakimi są. Porywczymi i niestałymi jak Piotr. Spokojnymi i melancho­lijnymi jak Jan. Dociekliwymi jak Filip, nieufnymi jak Tomasz. Gotowymi zdradzić i sprzedać jak Judasz.

Każdy z nas zasiadł z Chrystusem do Ostatniej Wieczerzy. Każdy z nas wybrał sobie miejsce, bliższe lub dalsze, ale przy wspólnym stole. Każdego z nas obmył Chrystus w sakramencie Chrztu i karmi Eucharystią. Każdy z nas odciska znak swojej niepowtarzalnej obecności nie w drewnie wieczernikowego stołu, ale w żywym Ciele Chrystusa, którym jest Kościół. Każdy z nas może ten stół opuścić, ponieważ jest wolny, i udać się w noc obo­jętności, grzechu i niewiary. Opuściwszy jednak, może zawsze powrócić, bo Chrystus „do końca” będzie czekał ze swoją miłością miłosierną, gotową przebaczyć wszystkim Judaszom wszystkich czasów.

Oto „inny”, choć ciągle ten sam, wymiar Wielkiego Czwartku. Oto wielkość zdradzonej Miłości.

Dział: WIELKI POST
wtorek, 04 kwiecień 2017 15:39

Niedziela Palmowa (A) – Dramat Boga

krzyzOto nadchodzi godzina męki Jezusa, która, w przeciwieństwie do Zmartwychwstania, pozostaje wielkim dramatem. To jest - jak powiedział Paweł VI - dramat zbawienia świata. Z jedynym Akto­rem - Chrystusem.

Jak prolog tego dramatu brzmi szeroka uroczysta fraza trzy­nastego rozdziału Ewangelii św. Jana: „Było to przed Świętem Paschy. Jezus, wiedząc, że nadeszła Jego godzina, przejścia z tego świata do Ojca, umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował. W czasie wieczerzy, gdy diabeł już nakłonił serce Ju­dasza Iskarioty, syna Szymona, aby Go wydać, wiedząc, że Ojciec dał mu wszystko w ręce oraz że od Boga wyszedł i do Boga idzie, wstał od wieczerzy złożył szaty. A wziąwszy prześcieradło, nim się przepasał” (J 13,1-4). Umiłowany uczeń, który przed chwilą pod­niósł głowę z piersi Jezusa, słowami prostymi, ale pełnymi patosu opisuje wymowną scenę: „Potem nalał wody do misy i począł umy­wać nogi uczniom i wycierać prześcieradłem, którym był się prze­pasał” (J 13,5). Jedyna chwila w historii. Czas jakby się zatrzy­mał. Wszystko zostało zawieszone, mogłoby się wydawać, nawet władza Boga: „Ojciec wszystko oddał w Jego ręce” (J 13,3). „Umiło­wanie do końca” trzeba rozumieć: aż do śmierci na krzyżu i poza śmierć. Ten, który wkrótce umrze śmiercią zbrodniarza i niewol­nika, teraz pochyla się do stóp galilejskich prostaków, których uczynił swoimi przyjaciółmi i spełnia funkcję sługi lub niewolnika: umywa im i ociera nogi.

Wy wszyscy zwątpicie we Mnie tej nocy” (Mt 26,31). Tej nocy właśnie. Czyż mogło być inaczej? Tej nocy właśnie i dnia nastę­pnego zachowa się jakby chciał przekreślić wszelkie podstawy swej wcześniejszej wiarygodności. Tyle słabości, tyle poniżenia. Zabrał ze sobą trzech najbliższych, błagał ich o chwilę czuwania, obecności w tej godzinie próby. Przychodził do nich, budził, wresz­cie dał za wygraną. Judasz już wchodził do ogrodu.

Jezus wyszedł w noc. Dramat nocy. Dramat samotności. Dra­mat porzucenia i zdrady. Posnęli bliscy i nie czuwał nikt. Noc milczała i milczał Ojciec nad Człowiekiem porzuconym w grozie zdrady, pojmania i śmierci. A gdy Go pojmano, rozproszyli się wszyscy. I zanim minęła noc, Piotr zaparł się Go po trzykroć: że nie zna Człowieka. Stawiony przed trybunałem Świątyni, a potem również przed Piłatem, obity i ubiczowany, z trzciną w ręce wet­kniętą na pośmiewisko, wyznający, że jest Synem Bożym i królem nadchodzącego świata, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na prawicy mocy Bożej. Na żądanie ludu skazany na śmierć. Idący na miejsce kaźni i widzący grozę Dnia Ostatecznego, upadający z belką krzy­ża i powstający cierpliwie. Obnażony i przybity do krzyża po­między dwoma łotrami, z których jeden zbawiony został późną wiarą swoją i żalem u wrót śmierci. Kuszony przez ludzi, podobnie jak kiedyś przez szatana na pustkowiu. A gdy skonał, ciemności uczyniły się ciemniejsze niż owej nocy, gdy Go zdradzono. I setnik rzymski, który postawiony był dla pilnowania, aby Syn Boży umarł dokładnie i na pewno, wyznał wiarę w Niego: „Prawdziwie Ten był Synem Bożym” (Mt 27,54). Tak naprawdę uwierzyło tylko tych dwóch: zbrodniarz i poganin.

A stało się to wszystko poprzez człowieka. Powołano go jak innych, jak jego współtowarzyszy, ludzi prostych. Może nie ro­zumiał do końca drogi, którą go prowadzono, ale czy na pewno wszyscy pozostali rozumieli więcej? Dlaczego więc właśnie przez Judasza przyszła zdrada? Czy po to rodziła go matka, aby powie­dziano o nim: „Byłoby lepiej dla tego człowieka, gdyby się nie narodził”? (Mt 26,24). Przyszedł doń żal, gdy rzucił srebrniki na po­sadzkę w świątyni. Żal zbyt słaby, by przeprowadzić go do zba­wienia? A może tak mocny, że poza nim pozostaje tylko rozpacz i sznur wisielca? Uciekli od Jezusa wszyscy uczniowie, zaparł się Go po trzykroć Piotr - i pozostał opoką Kościoła. W Ogrodzie Oliwnym powiedziano do Judasza „przyjacielu”. Dlaczego? Cóż było w tamtym słowie? Gorycz zdradzonego? A może właśnie to: „umiłował ich aż do końca”!... Są ludzie, którzy pozostają ślepi nawet na to. Może to jest właśnie istota tego, co Pismo Święte nazywa grzechem przeciw Duchowi Świętemu? Może tu właśnie tkwi owa tajemna granica dzieląca żal Piotra od żalu Judasza?

Jego imię stało się symbolem zdrady i poprzez wieki z jego imieniem iść będzie groza nawet tych, którzy tylko otarli się o zdradę. Nikomu nie będzie patronem, kto jest jednakże szczery odkryje w sobie samym cień Judaszowy. Może tylko da się powie­dzieć o nim: ten człowiek jest ogniskiem mroku. Jest w nim tajem­nica odejścia. A także żalu, który niczego już zmienić nie może, bo przychodzi za późno.

Mrok Judaszowy, mrok zdrady wołał ustami tłumu o wolność dla zabójcy i śmierć dla Niewinnego, i podał na ubiczowanie Syna Człowieczego, uplótłszy dlań szyderczą koronę z cierni. Mrok zdrady jest w ludzkich naigrawaniach i uderzeniach, nienawiści i głupocie. I wołali: „Krew Jego na nas i na dzieci nasze” (Mt 27,25). I ten sam mrok jest w kuszeniu Syna Bożego: „niechże teraz zstą­pi z krzyża, a uwierzymy w Niego” (Mt 27,42). Nie zstąpił. Właśnie po to, by w Niego uwierzono. I by tych, którzy uwierzą, przepro­wadzić do Ojca.

My także jesteśmy wzięci z ziemi. I chociaż włóczy się po ką­tach świata pokraczny cień Judaszowy i pustka, chociaż i dziś pod krzyżem pełno dowcipnisiów z głupawym uśmiechem na twarzach - to także i nam ofiarowano tajemne przemienienie.

Może to będzie dopiero wtedy, gdy przyjdzie taki czas, kiedy naprawdę wchodzi się w noc. Usną bliscy i nie będzie czuwał nikt - i noc człowiecza będzie milczała. Zupełnie, jakby nikt nigdy nie powiedział: „Ojcze” (Mt 26,39). Może to będzie czas obnażenia, i czas przybitych rąk: kiedy już nic nie będzie do ukrycia i żadnego gestu już zrobić nie będzie można. Nie uciekniesz: On i tak będzie z tobą. Choćbyś się nie modlił. Choćbyś nie wydukał ani jednego z pięknych, wyuczonych słów. A poza wszystkimi możliwymi sło­wami chodzi właśnie o tę rzeczywistość: że od tamtych jerozo­limskich dni uciekać już nie trzeba.

...miejcie odwagę, Jam zwyciężył świat” (J 16,33). „Rozra­duje się serce wasze, a radości waszej nikt wam nie zdoła odebrać” (J 16,22).

Dział: WIELKI POST