Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: lipiec 2018
Artykuły filtrowane wg daty: lipiec 2018

eucharystia-chleb-zyciaPan Jezus uczy nas prawdy. Ze stron Ewangelii przemawia do nas swym słowem. Również ważną wymowę mają Jego czyny. Chrystus poucza nas całym swym życiem: prawda zawarta jest w Jego pouczeniach. Wydarzenia z Jego życia mają moc znaków i niosą w sobie bogatą treść.

Szukając prawdy, nie znajdziemy w Ewangelii oderwanych od życia teorii. Chrześcijaństwo w swej istocie, nie jest systemem filozoficznym, nie jest również teorią moralności. Chociaż chrześcijanie stworzyli różne teorie, filozoficzne i etyczne systemy. Pan Jezus mówi do człowieka zajętego codziennością, do człowieka który może zbliżyć się do prawdy tylko w oparciu o codzienność. Chrystus Pan jest Mistrzem ludzi prostego serca. Przypowieści, które przekazują najbardziej subtelne prawdy wzięte są z życia codziennego. Dlatego słuchacze nie mogą się oprzeć wdziękowi słów, które płynęły z Jego ust.

Gdyby dziś do nas przemawiał, miejsce siewcy zająłby pewnie człowiek spieszący do pracy. W Jego przypowieściach znalazłaby się zatłoczona miejska ulica, pełna huku fabryka, rolnik posługujący się współczesnym sprzętem, człowiek badający przestrzeń kosmiczną. Bo do człowieka zagubionego w codzienności można mówić o wielkich Bożych sprawach tylko przez zrozumiałe dla niego wydarzenia, tylko dostępnym dla niego językiem.

Dziś Mistrz z Nazaretu wyprowadza nas za Jezioro Tyberiadzkie. To wydarzenie, w którym uczestniczymy na porosłych zieloną trawą zboczach, ma moc znaku. Przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ale nasze doznania nie kończą się dziś na tym. Mając w dłoni kilka chlebów jęczmiennych, wyznajemy z całą prostotą: „cóż to jest dla tak wielu” (J 6, 9). To jest nasze doświadczenie, to my wypowiadamy słowa, o naszej ludzkiej bezradności. My, którzyśmy byli tyle razy pouczani o tym, że bez Niego nic nie uczynimy. Tyle razy Chrystus mówił nam, że domu naszego życia nie możemy budować na piasku. Ale dopiero teraz, pod wpływem dzisiejszych przeżyć, gdy tu nad jeziorem Genezaret poczuliśmy głód, wyznajemy z pokorą, że ograniczone są nasze możliwości. Patrzymy bezradnie na pięć chlebów, na zgłodniałą rzeszę... i teraz to już my sami mówimy: „Cóż to jest dla tak wielu!” (J 6, 9).

Taka jest nasza codzienność! Takie jest nasze doświadczenie! Na nim dziś Chrystus buduje swoje pouczenie. Nasze przeżycia są dla Chrystusa Pana punktem wyjścia. Opierając się na nich, prowadzi nas do prawdy. Z całym spokojem każe ludziom usiąść. „Wiedział bowiem, co miał czynić” (J 6, 6).

Popatrzmy na nasz ludzki niedosyt, aby lepiej zrozumieć, co to znaczy, że Chrystus nas karmi i że tylko w Nim znajdziemy wypełnienie naszych ludzkich pragnień. Co oznaczają dla nas słowa św. Pawła, czytane przed chwilą, że jesteśmy jako jeden lud powołani do spełnienia się naszej nadziei (Ef 4, 4). Jakie są te nasze nadzieje, które tylko On może spełnić? Jesteśmy stworzeni do życia, pragniemy żyć. Jednocześnie doświadczamy, jak bardzo wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do życia. Bo jak inaczej określić nieuchronnie postępujący proces starzenia? Czymże jest doznanie kruchości naszego życia? Jak pogodzić się z nieodłącznym towarzyszem naszego życia, z chorobą? Przecież jesteśmy stworzeni do życia, powołani do pełni życia ...! Ludzkość podejmuje wielki wysiłek walcząc z chorobą, cierpieniem, śmiercią. Osiągnięcia w tej dziedzinie są niewątpliwie ogromnym dorobkiem człowieka, który pragnie żyć. A jednak...

Wobec pragnienia pełni życia, stajemy z garścią lęków bardziej bezradni niż uczniowie, pokazujący Mistrzowi pięć jęczmiennych chlebów. Może nam o tym powiedzieć dziś każdy chory, samotny, znadujący się w tudnej sytuacji człowiek. Dlatego wyznajemy, że Bóg jest naszym Ojcem. Jest bowiem pełnią życia. Tylko on może zaspokoić ludzką tęsknotę, ludzki głód życia. Tu, na ziemi, jednoczymy się z Bogiem, źródłem istnienia, aby w Nim odnaleźć życie, które się nie kończy. Chrystus nas karmi, to znaczy prowadzi nas do udziału w swoim zwycięstwie nad śmiercią.

Pragniemy prawdy jak chleba. Jednocześnie doświadczamy, jak wielu ograniczeniom podlega nasz pęd do prawdy. Bo jak inaczej określić towarzyszący ludzkiemu życiu – fałsz. Jak pogodzić się z ograniczonością naszego ludzkiego poznania? Z jak wielkim trudem odróżniamy dobro od zła? A przecież chcemy żyć prawdą, nikt nie chce być okłamywany; chcemy właściwie oceniać wartości czynów... Chełpimy się osiągnięciami ludzkiego umysłu. Mamy do tego prawo... Dorobek myśli człowieka jest naszym skarbem. A jednak ...

Wobec tajemnicy życia, istnienia, wobec moralnych wartości dobra i zła stajemy bezsilni. Nasze najwspanialsze odkrycia nie mogą nabrać rangi klucza do pełni poznania i prawdy, nie zawsze prowadzą do mądrości. Ten, który z takim spokojem nakazał głodnej rzeszy usiąść na trawie, jest Prawdą i Mądrością: i po to się narodził, aby dać świadectwo prawdzie, każdy kto jest z prawdy, słucha Jego głosu (J 18, 37). Jak chlebem karmi nas Nauczyciel z Nazaretu – prawdą.

Nie możemy żyć bez miłości. Ale czy nasz głód miłości może być w pełni zaspokojony? Cóż powiedzą nam ci, którzy doznali bolesnych rozczarowań? Co usłyszymy od tych, którzy nie osuszyli jeszcze łez po stracie najbliższych? Co czują ci, którzy są skazani na bolesną rozłąkę? Potrzeba miłości jest jednym z tych ludzkich głodów, który najtrudniej zaspokoić. Wobec niego stajemy bardziej bezradni niż uczniowie wobec pięciotysięcznej rzeszy łaknących. Nic nie straciły na aktualności słowa Apostoła, że „Bóg jest Miłością” (J 4, 16). W Bogu odnajdziemy pełnię miłości. Przecież po to stajemy dziś przy ołtarzu, aby usłyszeć raz jeszcze, co to znaczy, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego nam dał (J 3. 16).

Dziś, nad jeziorem Genezaret, przeżywamy jedno z najbardziej ludzkich doznań. Odczuwamy niedosyt, jesteśmy po prostu głodni. Ten niedosyt będzie nam zawsze towarzyszył. Jest bowiem wpisany w ludzką codzienność. Jest on wyzwaniem, które Stwórca rzucił człowiekowi, wyzwaniem, na które odpowiadamy naszym wysiłkiem. Nie wolno nam bowiem czekać z założonymi rękoma na to, że Bóg, który jest pełnią życia, prawdy i miłości, nasz głód zaspokoi. Nasze podobieństwo do Boga w Trójcy Jedynego mamy w naszej codzienności rozwijać. Trzeba czynić wszystko, aby usuwać zagrożenia ludzkiego życia, trzeba mozolnie przebijać się przez tajemnice otaczającego nas świata i światłem prawdy zwyciężać fałsz. Trzeba podejmować wiele wysiłku, aby wbrew nienawiści i obojętności zwyciężała miłość. Nie wolno dopuścić do tego, by podobieństwo do Stwórcy uległo w nas zatarciu.

Dziś, nad jeziorem Genezaret, nauczyliśmy się również tego, że nasze ludzkie wysiłki nie są w stanie w pełni zaspokoić naszego głodu. Pomimo wielkiego dorobku pokoleń stajemy dziś przed Chrystusem bezradni i stwierdzamy, że to wszystko nie wystarcza, aby człowieka zaspokoić. Stworzony bowiem na obraz i podobieństwo Boga w Trójcy Jedynego, tylko w Nim może odnaleźć pełnię życia, prawdy i miłości. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY

jezus-nauczaPierwszym naszym odruchem podczas słuchania dzisiejszej ewangelii była zapewne wdzięczność wobec Pana Jezusa, że miał tyle zrozumienia dla zwyczajnych ludzkich potrzeb. „Pójdźcie gdzieś z dala od ludzi i wypocznij­cie nieco” (Mk 6,31) — mówił do uczniów. Żal Mu się bowiem zrobiło apo­stołów, przemęczonych nieustannym natłokiem ludzi, tak — że jak zazna­cza Ewangelista — „nawet na posiłek nie mieli czasu”.

Ale od razu pojawia się w nas niepokój. Przecież wraz z uczniami rów­nież sam Jezus oddalił się od tych ludzi, którzy chcieli się z Nim spotkać! Tyle razy czytaliśmy w Ewangelii coś dokładnie odwrotnego: że Syn Boży pierwszy wychodzi na spotkanie człowieka, aby podać mu rękę. Samą na­wet tajemnicę Wcielenia Ewangelia przedstawia jako wyjście Syna Bożego naprzeciw ludziom. „Przyszedłem nie po to, aby świat sądzić, ale by świat zbawić” (J 12,47) — mówił Pan Jezus. I wielokrotnie mówił o tym, że chce szukać każdego, nawet najbardziej zagubionego grzesznika. Jak dobry pa­sterz zostawia dziewięćdziesiąt dziewięć owiec, które są bezpieczne w ow­czarni, ażeby szukać tej jednej owieczki, która się zabłąkała. A kiedy od­najduje wielkiego krzywdziciela biedaków — Zacheusza i wprowadza go na drogę sprawiedliwości, tak powiada: „Albowiem Syn Człowieczy przy­szedł szukać i zbawić to, co zginęło” (Łk 19,10).

Kiedy sobie to wszystko przypomnimy, tym bardziej intryguje nas pyta­nie: Co znaczy to, o czym czytaliśmy w dzisiejszej ewangelii, że oto ludzie przychodzą do Pana Jezusa, a On się od nich oddala? Owszem, rozumiemy, że przeszedł spokojnie przez tłum i oddalił się, kiedy w Nazarecie próbo­wano Go strącić w przepaść, albo kiedy na terenie świątyni chciano Go ukamienować. Podobnie Jezus może oddalić się ode mnie, jeśli wyrzucam Go z mojego życia swoim egoizmem albo jakimiś złymi czynami. Ale przecież tłum, o którym czytaliśmy w dzisiejszej ewangelii, szukał Jezusa w dobrej woli. Dlaczego więc On się od tych ludzi oddalił? Pytanie to dla nas bardzo ważne, bo przecież my sami czujemy czasem, jakby Pan Jezus się od nas od­dalał. Co to znaczy? Jak się wtedy zachować?

Otóż wystarczy uświadomić sobie to pytanie, żeby odpowiedź nasuwała się sama. Mianowicie w sposób jednostronny można szukać takich czy in­nych rzeczy. Jeśli szukam osoby, jeśli szukam jej naprawdę, znajdę ją tylko wówczas, kiedy dam jej szansę, żeby również ona mogła mnie szukać. Jednostronne narzucanie się osobie, którą kocham, zdradza jakiś egocentryzm, jakiś niedostatek mojej miłości. Choćby to był mój własny współ­małżonek, choćby to było moje rodzone dziecko — moja miłość powinna zostawić przestrzeń, aby ta bardzo bliska mi osoba mogła się ubiegać rów­nież o mnie. Bo jeśli ja kocham naprawdę, to pragnę serdecznie, aby ten, kogo kocham, nie był egocentrykiem, aby ukształtowała się w nim bezinte­resowność wobec innych. Fałszywa to miłość, jeśli osobę, którą kocham, czynię jednostronnym odbiorcą moich usług i poświęceń. Czasem w ten fał­szywy sposób kochamy nasze własne dzieci i jeszcze rozczulamy się nad sobą, że z miłości do dziecka nie oszczędzamy samych siebie. Tymczasem trzeba by raczej zauważyć, że fałszywą miłością wychowuję moje dziecko na egoistę i człowieka nieszczęśliwego. Bo człowiek, który nie nauczy się prawdziwie kochać, nie może być człowiekiem szczęśliwym.

Ale wróćmy do obrazu Jezusa, który niekiedy się od nas oddala. Już w Pieśni nad Pieśniami miłość między Bogiem a człowiekiem jest przedsta­wiona jako rozkochane poszukiwanie się wzajemne. „Szukałam umiłowa­nego mej duszy — woła Oblubienica — szukałam go, lecz nie znalazłam”. Po wielogodzinnych perypetiach i niepokojach, Oblubienica odnajduje wreszcie swego Ukochanego i tak powiada: „Znalazłam umiłowanego mej duszy, pochwycił am go i nie puszczę, aż go wprowadzą do domu mej matki, do komnaty mej rodzicielki” (Pnp 3,1-4).

Drodzy Bracia i Siostry! Myślę, że każdego z nas po trosze odnosi się ten obraz. Nie­którzy z was w trudnościach, w chorobie odnaleźli Pana Jezusa na nowo, może nawet wprost rozkochali się w Nim jako w najbardziej Umiłowanym swojej du­szy. Człowiekowi wówczas tylko żal, że tyle lat upłynęło mu w oziębłości, a może nawet w oddaleniu od Pana Jezusa: gdybym to dawniej wiedział o miłości Bożej to, co wiem teraz, zupełnie inaczej ułożyłbym swoje życie!

Ale zapewne są wśród was również tacy, którzy czują, jakby Pan Jezus ich w tych trudnościach, w tej chorobie opuścił, jakby porzucił, jakby się oddalił. Moi drodzy, nie wierzcie tym odczuciom. Czyż serce wam nie podpowiada, że Pan Jezus wzywa was w ten sposób, abyście tym bardziej rzucili się w Jego ramiona i Jemu zaufali? Właśnie teraz, właśnie w waszym utrapieniu, próbujcie zro­zumieć wielką prawdę zawartą w modlitwie Psalmisty: „Choćbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną (...) Pan światłem i zbawieniem moim, kogóż mam się lękać? Pan obroną mego życia, przed kim mam się trwożyć? Chociażby stanął naprzeciw mnie obóz, moje serce bać się nie będzie. Choćby wybuchła przeciw mnie wojna, nawet wtedy będę pełen ufności” (Ps 23,4; 27,1-3).

Zobaczmy jeszcze, jak pozorne było to oddalenie się Pana Jezusa, o któ­rym mówi dzisiejsza ewangelia. Mianowicie wielu zauważyło, że Jezus od­płynął i brzegiem pobiegło na miejsce, do którego łódź zmierzała; kiedy Jezus przybił do brzegu, oni już na Niego czekali. Niezwykłe jest to, że w tym właśnie momencie Ewangelista przedstawia Jezusa jako dobrego pa­sterza. Bo pozornie oddalając się, On w ten sposób właśnie szukał owiec. Można bowiem być blisko Pana Jezusa, można nawet z wielkim zaintereso­waniem słuchać Jego nauki, a jednak być owcą zbłąkaną. Żeby naprawdę Go odnaleźć, trzeba odnaleźć Go jako pasterza. Nie wystarczy słuchać Jego nauki, trzeba się nią żywić. Trzeba żywić się Jego wolą, Jego mocą zbawiającą człowieka, Jego Ciałem. Właśnie po to, żeby nas odnaleźć i wyprowadzić na te wspaniałe pastwiska, Jezus niekiedy pozornie się od nas oddala. Chce nas sprowokować, abyśmy szukali Go więcej niż dotychczas.

Dowodem szczególnym, że znaleźliśmy Jezusa, jest pokój panujący w naszych sercach. Mówi o tym dzisiejszy fragment Listu do Efezjan. Dopóki serce nasze rozproszone jest różnymi ciemnymi pożądaniami i niepokoja­mi, dopóki nas wzajemnie rozdziela niezgoda, jesteśmy daleko od Jezusa. Ktoś może na to powiedzieć: Pokój z drugim człowiekiem zależy nie tylko ode mnie; ja bardzo chciałbym zgody, ale ten drugi człowiek robi wszystko, żeby zgody między nami nie było. Otóż wiara chrześcijańska dostarcza bar­dzo ważnego kryterium, czy ja naprawdę chcę zgody z tym drugim czło­wiekiem, z którym jestem skłócony. Apostoł Paweł powiada: „Powinniś­my znosić słabości tych, którzy są słabi, a nie szukać tylko tego, co dla nas dogodne” (Rz 15,1). Zatem dopiero wówczas mogę rzetelnie powiedzieć, że szukam zgody w naszym konflikcie, jeśli staram się myśleć kategoriami dobra tego drugiego człowieka. Trudne to kryterium, nigdy też nie może­my być pewni, że realizujemy je bez zarzutu — ale na tym właśnie polega miłość, że ja chcę dobra dla tego drugiego człowieka. Taka postawa naj­skuteczniej rozbija mury niezgody. Ale nawet gdyby to się na razie nie uda­ło, przecież pokój Boży będzie mieszkał przynajmniej we mnie.

Bracia i siostry, szukajmy zatem Jezusa, aby Go odnaleźć jako naszego pasterza. Wsłuchujmy się w Jego słowo, wzmacniajmy swoją za Nim tęsknotę. Ale nade wszystko szukajmy Jezusa poprzez budowanie wzajem­nej miłości i pokoju. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY