Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: styczeń 2018
Artykuły filtrowane wg daty: styczeń 2018

homilia-na-6-niedziele-zwykla-rok-bTrąd, to w tamtych czasach choroba nieuleczalna, trudny problem społeczny! Na miarę czasów i wiedzy medycznej próbowano stosować środki zaradcze. Dzisiejsze pierwsze czytanie, wyjęte z Księgi Kapłańskiej Starego Testamentu mówi nam jak postępowano z chorymi. Jak próbowano ograniczyć zasięg choroby (Kpł 13).

Zdarzyło się pewnego dnia, że do Jezusa przyszedł trędowaty człowiek. Przed chwilą byliśmy świadkami jego dialogu z Chrystusem: „Jeżeli chcesz, możesz mnie oczyścić”. I oto pada odpowiedź z ust Zbawiciela: „Chcę, bądź oczyszczony”. Człowiek dotknięty chorobą, która była plagą tamtych czasów, natychmiast doznaje uzdrowienia. (Mk 1,40-42). Nie dziwimy się ludziom, że wszędzie rozgłaszali o tym, co zaszło, czego byli świadkami.

Ale, czy w nas, dzisiejszych świadkach wydarzenia, nie budzi się refleksja – pytanie: jakie znaczenie ma uzdrowienie jednego trędowatego człowieka wobec choroby o zasięgu społecznym? Jeden uzdrowiony wobec tysięcy chorych odizolowanych od życia społecznego! Co chce Chrystus powiedzieć nam przez to dzisiejsze spotkanie z chorym, który został dotknięty takim nieszczęściem?

Gdy słuchamy ostrzeżeń Księgi Kapłańskiej wobec choroby – dramatu tamtych czasów – budzą się w nas skojarzenia z chorobami, wobec których bezsilna jest nasza medycyna. Budzą się skojarzenia z ostrzeżeniami, które formuje człowiek bezsilny wobec nowych chorób społecznych. I stawiamy niepokojące pytanie: jakież znaczenie mógłby mieć dziś dialog jednego chorego z Bogiem wobec bezmiaru bólu i cierpienia, z jakim nie może poradzić sobie współczesna medycyna? Jakie więc znaczenie ma to wydarzenie, które rozsławiło Imię Jezusa po całej okolicy?

Na pewno uzdrowienie trędowatego nie jest rozwiązaniem problemów społecznych, nie jest propozycją stosowania jakiejś niekonwencjonalnej medycyny. Jest to znak mówiący o mocy Boga, która się przejawia tam, gdzie człowiek jest zupełnie bezsilny, niezależnie od tego, w jakiej epoce żyje.

Nieuleczalna choroba była zawsze symbolem zła, która niszczy człowieka wewnętrznie, wypacza sumienie i jest ciężarem, z którego nikt nie potrafi człowieka wyzwolić. Zło posiada dużą siłę atrakcyjną, ale pozostawia w człowieku spustoszenie, które czasem graniczy z zaprzeczeniem człowieczeństwa: w wyniszczeniem obrazu Boga w człowieku. Wobec tej najistotniejszej choroby wszechczasów człowiek staje zupełnie bezsilny. Myślę, że my, żyjący u progu XXI wieku, jesteśmy tego świadomi w sposób szczególny.

Jezus, Zbawca człowieka, jest z nami po to, aby człowiek żył pełnią ludzkiego życia (por. J 10, 10), aby człowiek był rzeczywiście człowiekiem, aby wypełnił swe najistotniejsze powołanie do ludzkiego życia. Mówimy, że człowiek jest chwałą Boga. Jest nią rzeczywiście wtedy, gdy żyje po ludzku, gdy osiąga cel swego powołania do pełni człowieczego istnienia. Tę pełnię osiąga w zjednoczeniu z Bogiem, oczyszczony z trądu zła. Dlatego tak ważne są słowa św. Pawła Ap. dziś do nas skierowane „Bracia, czy jecie, czy pijecie, czy cokolwiek innego czynicie, wszystko na chwałę Bożą czyńcie” (1 Kor 10, 31). To znaczy bądźcie ludźmi w swoich codziennych poczynaniach. Człowiek żyje na chwałę Boga, nie tylko wtedy, gdy się modli i uczestniczy w nabożeństwach. Zawsze jesteś powołany do spełniania swego człowieczeństwa. Spełnianie powołania do człowieczeństwa w szarej codzienności powszedniego dnia jest najpiękniejszym oddawaniem chwały Bogu.

„Pewnego dnia przyszedł do Jezusa trędowaty padł na kolana i prosił Go: Jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić!” (Mk 1, 40) Niedziela to właśnie ten dzień. Msza św. to właśnie to spotkanie.

Tylko czy ty jesteś przekonany o tym, że On może cię oczyścić? Czy ty jesteś w ogóle przekonany o tym, że ciebie dotknął trąd zła? Że potrzebne jest tobie oczyszczenie? A może jesteś przekonany, że teraz jedynie spełniasz swój obowiązek niedzielny, że teraz uczestnicząc we Mszy św. spełniasz gest uprzejmości wobec Pana?

Ile jest w tobie świadomości, że twoja codzienność nie jest chwałą Boga?, że jest dotknięta trądem zła i słabości, że zło dokonuje w tobie groźnego spustoszenia? że twoje sumienie już nie reaguje właściwie na zło, które ciebie otacza i wkrada się do twojego sposobu myślenia?

Dlatego to każdy z nas ma paść na kolana i z ufnością prosić Jezusa: „Jeśli zechcesz, możesz mnie oczyścić”. Msza św. jest Jego odpowiedzią na naszą prośbę. Jest znakiem zwycięstwa nad złem świata, jest przecież uobecnieniem Pańskiego Zmartwychwstania. Jest znakiem miłości, która przewyższa zło grzechu. Dziś więc słyszymy nad sobą Jezusową odpowiedź pełną mocy: „Chcę, bądź oczyszczony”.

Po tej Mszy św. wróćmy do swojej codzienności. Będziemy nadal dźwigać jej ciężar. Staniemy znowu wobec siły i przemocy zła. Uderzy w nas najgroźniejsza choroba wszystkich czasów, choroba, która odbiera człowiekowi jego godność. Choroba, która sprawia, że stworzenie nie żyje zgodnie z wolą Stwórcy, nie żyje na Jego chwałę.

Będziemy jednak mocniejsi przez wiarę w to, że Jezus jest Zbawicielem każdego człowieka. Jest więc Zbawicielem naszym. Dialog trędowatego z Chrystusem staje się od tej chwili naszym dialogiem ze Zbawcą: „Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić(…) Chcę, bądź oczyszczony”. Wsłuchajmy odpowiedź Chrystusa.

Dział: OKRES ZWYKŁY

jezus-uzdrawia-chorych

 

Ukochani Bracia i Siostry. W przeczytanej przed chwilą Ewangelii widzimy, że Jesus poprostu odwiedza i leczy ludzi. Wiele razy Ewangelia o tym wspomina. W chwili, gdy minął już szabat, gdy zaszło słońce i pojawiły się pierwsze gwiazdy na niebi, wielkie mnóstwo ludzi udało się do domu, w którym On się znajdował. Ludzie są bardzo zmęczeni, cierpiący i szukają uzdrowienia, ulgi, szukają rozwiązania dla swoich problemów. Jezus oczywiście czeka na nich i odrazu zaczyna działać - leczy ich, uwalnia z kajdan zła i Złego, który ich zniewolił.

Moi drodzy!

Misją Jezusa na ziemi było ogłaszanie bliskości królestwa niebieskiego. Czynił to przez przepowiadanie Dobrej Nowiny, która była i pozostaje do dnia dzisiejszego nauką z mocą. Jego głoszeniu słowa towarzyszyły znaki. Jednym z takich znaków było uzdrowienie. Niejednokrotnie to właśnie przez znak uzdrowienia, ludzie otwierali się na wiarę i nawrócenie.

Tak jak za czasów ziemskiego życia Jezusa, tak również dzisiaj Bóg dokonuje znaków i uzdrawia. Czy spotkałeś w swoim życiu kogoś, kto został cudownie uzdrowiony z jakiejś choroby? A może nawet są tutaj osoby, które zostały uzdrowione?

W moim doświadczeniu pracy kapłańskiej spotkałem wielu ludzi, którzy zostali uzdrowieni przez Jezusa w czasie modlitwy. Ostatnio spotkałem kobietę, która została uzdrowiona z kaszaka na głowie. Miała iść na zabieg, ale gdy ponownie przyszła do lekarza, narośli na jej głowie już nie było. Z wielkim zdziwieniem lekarz stwierdził, że jest zdrowa i nie potrzebuje zabiegu. Ona wiedziała, że jest to uzdrowienie dokonane przez Jezusa.

Możemy także spotkać ludzi, którzy wiele się modlą, błagają wręcz Boga o cud i niestety nie otrzymują upragnionego uzdrowienia. Może się nawet zdarzyć, że takie osoby po czasie intensywnej modlitwy, gdy nie zostaje ona wysłuchana tak jak chcą, buntują się przeciw Bogu, przeżywając kryzysy wiary.

Choroba, cierpienie i śmierć, są częścią naszego życia. Sam Jezus doświadczał przytłaczającej mocy bólu i cierpienia zarówno duchowego, jak i fizycznego, gdy został niesprawiedliwie skazany na śmierć, a następnie ukrzyżowany. Jego oprawcy szydzili z Niego i wystawiali Go na próbę, aby – dając im w ich mniemaniu dowód swojej boskości – zbawił siebie samego, aby zszedł z krzyża. On jednak tego nie uczynił.

Jeżeli uważnie czytamy Pismo Święte, to możemy dowiedzieć się, że przyczyną cierpienia i śmierci jest grzech, za którym stoi szatan. Tym, który zwyciężył śmierć i szatana, jest Jezus. Uzdrowienia, których dokonywał i dokonuje dzisiaj, są znakami tego zwycięstwa i zapowiedzią życia wiecznego. Bóg jest tym, który daje życie i pragnie, abyśmy żyli szczęśliwi tutaj na ziemi oraz osiągnęli życie wieczne.

Niejednokrotnie jest tak, że Bóg nie wysłuchuje naszej modlitwy o uzdrowienie fizyczne, lecz przemienia nasze serce i ożywia wiarę, dzięki której jesteśmy w stanie przeżywać trudy życia bez goryczy czy buntu. Słyszymy o takiej postawie w dzisiejszym pierwszym czytaniu i w psalmie:

Dni moje lecą jak tkackie czółenko, i kończą się, bo braknie nici.
Wspomnij, że dni me jak powiew.
On leczy złamanych na duchu i przewiązuje ich rany.

Tak było w życiu pewnej kobiety, której mały synek po szczepieniach dostał porażenia i nie powrócił do zdrowia. Modliła się wiele lat o cud, ale ten nie następował. Zaczęła wątpić w Bożą opatrzność. Była jednak wytrwała. Uzdrowienie syna nie nastąpiło, ale to ona została uzdrowiona wewnętrzne. Przebaczyła lekarzowi. Bóg wlał w jej serce wielką miłość do swojego dziecka, a ona sama przylgnęła do Boga, pomimo że nie otrzymała takiego uzdrowienia, jakiego chciała. Jezus uzdrowił jej serce z goryczy, smutku i żalu, a w zamian dał jej siłę do życia i nadzieję. Dzisiejsza Ewangelia ukazuje nam, że uzdrowienie nie zależy od nas, lecz od Boga.

Jezus uzdrowił teściową Piotra na prośbę swoich uczniów. Po uzdrowieniu kobieta ta z wdzięczności zaczęła posługiwać. Widzimy jednak, że nie chodziło tu o samo uzdrowienie fizyczne. Jezus uzdrawia w kontekście głoszenia Ewangelii. Jezus mógł dokonywać uzdrowień tam, gdzie znalazł otwarte serca na Jego naukę.

Warto dzisiaj zapytać się, o co poprosiłbym Jezusa, gdyby przyszedł do mojego domu, tak jak przyszedł do domu Piotra. Czy na przykład byłbym w stanie prosić o zdrowie dla swojej teściowej albo swojego teścia?

Trzeba także postawić sobie dzisiaj pytanie o to, na ile wierzę i przyjmuję naukę Jezusa. Na ile żyję zaangażowany jako uczeń Jezusa we wspólnocie Kościoła? Czy może chcę tylko korzystać z „uzdrawiających usług” Jezusa, lecz nie przyjmuję Jego nauki jako normy mojego życia? Jest bowiem wielu chrześcijan, którzy oczekują, że Jezus spełni ich potrzeby, lecz nie zdają sobie sprawy, że Jezus też czegoś od nich potrzebuje.

Św. Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu mówi nam o tej potrzebie: Biada mi, gdybym nie głosił Ewangelii. On też doświadczył uzdrowienia. Było to uzdrowienie i nawrócenie – z faryzeusza na ucznia Jezusa. Jezus oczekuje od nas, abyśmy świadczyli o Nim. Jeżeli bowiem doświadczam mocy działania Jezusa w moim życiu, to nie mogę zatrzymać tego dla siebie.

Módlmy się dzisiaj o uzdrowienie dla nas samych i dla naszych bliskich. Nie zatrzymujmy jednak dla siebie tego, co otrzymaliśmy od Boga. Bądźmy świadkami Ewangelii i działania Jezusa w naszym życiu, a także – tak jak teściowa Piotra po uzdrowieniu – zaangażujmy się w służbę w Kościele.

Dział: OKRES ZWYKŁY

homiliaKochani moi,

Wczytując się w słowa dzisiejszej Ewangelii, w widzimy, że przy boku cierpiącego człowieka stanął Jezus Chrystus, „który wziął na siebie nasze słabości i nosił nasze choroby” (Mt. 8, 17). Pochyla się z miłością nad biednymi i potrzebującymi. Uzdrawia teściową Szymona Piotra i wielu dotkniętych rozmaitymi chorobami. Służy chorym słowem i czynem. I wielu ludzi szło za Nim. O sobie zaś powie, że został posłany do chorych, aby im służyć.

Radością dzisiejszej Ewangelii jest to, że Ci, którzy doświadczyli dobra od Chrystusa, sami zaczęli postępować dobrze. Teściowa Szymona, którą uzdrowił Chrystus, gdy tylko opuściła ją gorączka, wstaje i usługuje swoim dobroczyńcom.

Od czasów Chrystusa wrażliwość na potrzeby drugiego człowieka i spiesznie mu z pomocą, wniosło w dzieje ludzkości chrześcijaństwo. Całe wieki charytatywnej działalności chrześcijan sprawiły, że nowoczesne społeczeństwa europejskie przejęły na siebie tę działalność, zaś ludzie naszego kręgu kulturowego ponieśli ją na wszystkie kontynenty i do wszystkich cywilizacji. I w tym zakresie Ewangelia dokonała wielkiej przemiany ludzkich serc.

Ustanowienie przez Ojca Świętego, św. Jana Pawła II, Światowego Dnia Chorego, jest skierowaniem do Kościoła powszechnego wezwania do tych wszystkich, którzy stają u boku cierpiącego, o poświęcenie jednego szczególnego dnia w roku modlitwie i refleksji.

Właśnie w najbliższą niedzielę – 11 lutego we Wspomnienie Matki Boskiej z Lourdes, będziemy przeżywać Światowy Dzień Chorego. Celem tego dnia jest uwrażliwienie nas wszystkich na cierpienie drugiego człowieka . Ma także przywrócić należne miejsce tym, którzy cierpią. Kościół przez wieki pojmował służbę chorym i cierpiącym jako istotną część swojej misji.

Cierpienie jest nieodłącznym od człowieka. Każdy, kto chorował na cokolwiek, wie, że choroba stanowi pewien brak. Człowiek chory sam sobie nie wystarczy. Potrzebuje pomocy, poczynając od podania lekarstwa, przez wykonanie potrzebnego zabiegu czy operacji aż do podjęcia dłuższego leczenia. Musi tego dokonać drugi człowiek, inni ludzie. W takiej sytuacji jest potrzebny lekarz, pielęgniarka.

Choremu towarzyszy także cierpienie natury psychicznej. Poczucie winy, świadomość potępienia czy odrzucenia przez skrzywdzone przez siebie osoby, a także świadomość zaniedbania, lekceważenia czy odrzucenia przez najbliższą rodzinę, niemożność wynagrodzenia wyrządzonego zła, świadomość zmarnowanego życia, czy niewykorzystanych możliwości dobra, które bywają trudniejsze do opanowania niż cierpienia fizyczne.

W takiej sytuacji jest potrzebna wspólnota chrześcijańska u boku cierpiącego. Cierpienie jest trudne. Każdy człowiek jest przecież tajemnicą. I tajemnicą jest również cierpienie. A chory człowiek jawi się jako zwielokrotniona tajemnica, którą wprawdzie można opisać w jej przejawach, ale której treści do końca, nie sposób przeniknąć. I chorzy są niesłychanie wyczuleni na prawdę, chcą wyczytać ją z naszych oczu, z naszego zachowania. Ta prawda nie może być bezduszna, niepotrzebnie obciążająca, bo taka może zabić chorego. Trzeba samemu wierzyć w to, co się mówi i robi. Nawet w sytuacjach najtrudniejszych musi gdzieś tlić się iskra nadziei – niekoniecznie na usunięcie schorzenia, ale na to, że choremu będzie lepiej. Dla niego bardzo cenna jest świadomość, że jest blisko ktoś, kto chce i potrafi pomóc. Można wobec cierpienia drugiego człowieka przejść obojętnie, tak jak się przechodzi nieraz obojętnie obok pijanego, czy narkomana, osoby niesprawnej fizycznie, opuszczonej…

Można wobec cierpienia także zatrzymać się, można je zauważyć, można o nim napisać, można nawet powiadomić odpowiednią instytucję, można w całej Polsce urządzić orkiestrę świątecznej pomocy, ale można również, jak kiedyś powiedział Prymas Wyszyński: „dać bardzo dużo – i serce zranić, a można bardzo malutko – i serce rozradować, jakby skrzydła przypiąć komuś do ramion”.

Może trzeba było kogoś wysłuchać albo na niego spojrzeć, albo, po prostu, być. Być blisko, darować mu swoją obecność, choćby oznaczało to jedynie udział w jego bezsilności, swoją – modlitewną obecność, swoją własną krew.

I dlatego, gdy już nie gra „Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy” , to cała rzesza w cichości śpieszy z pomocą setkom tysięcy potrzebujących w naszej Ojczyźnie: są to lekarze, pielęgniarki, pracownicy domów opieki społecznej, domów starców, stowarzyszenia miłosierdzia, szeroka działalność charytatywna – caritas – siostry zakonne, bracia, kapłani, i biskupi, Bonifratrzy i Kamilianie, opiekunowie domowi przy swoich chorych krewnych… Czynią to na miarę swych możliwości i tak jak potrafią, tak zwyczajnie, bez rozgłosu i reklamy, bowiem dobroczynność i wszelkie działanie charytatywne jest wielką wartością, którą trzeba bronić przed próbami manipulacji.

I chociaż Kościół prowadzi tyle działań charytatywnych, wspiera tylu potrzebujących – to o tym mało się mówi. A Kościół nie umie i nie chce się reklamować. Ma jednak prawo do rzetelnej informacji o swej charytatywnej działalności. Mają prawo chorzy całego świata do informacji – na płaszczyźnie narodowej – przeżyć ten dzień we wspólnocie kościoła, poprzez modlitwę i refleksję religijną. W tym dniu Służba Zdrowia zatrzymuje się przy każdym chorym. Obojętnie jakiego jest wyznania i światopoglądu, bo cierpienie dotyczy wszystkich ludzi. Dlatego jest potrzebna odpowiednia postawa wobec ludzkiego cierpienia: postawa życzliwego współczucia i czynnej pomocy ze wszystkich sił. Na taką pomoc oczekuje każdy chory.

W przysiędze Hipokratesa sprzed 2400 lat czytamy: „chorych dla ich dobra leczyć będę, podług sił moich i zdolności, pilnie bacząc, by nie doznali z tego powodu jakiejkolwiek krzywdy”.

Tak jakoś jest na świecie, że szpital i miejsca opieki są słusznie uważane za: „najczęściej uczęszczaną świątynię na świecie”.

Dlatego owocem Światowego Dnia Chorego powinno być scalenie Służby Zdrowia przy boku cierpiącego. Różnie to bywa i nie chciałbym snuć negatywnych wniosków. Ale nie może być innej sprawiedliwości, jak tylko ta oparta na miłości i przez nią ożywiana. I ta zasada dotyczy opieki nad wszystkimi bez wyjątku chorymi, bowiem chorym jest, albo może być każdy człowiek.

Tego wymaga również nowa ewangelizacja. Ludzie cierpienia nie mogą otrzymywać okruszyn, ale muszą mieć pierwszeństwo na wzór Pana Jezusa, który stał się Samarytaninem człowieka potrzebującego, Lekarzem serc i ciał.

Światowy Dzień Chorego niesie owoc nadprzyrodzony – jest to najważniejszy czynnik naszego posługiwania cierpiącym. Można oddać ludziom czas, pieniądze, można poświęcić swe zdolności, wrodzony geniusz – i to dobrze – ale chodzi o coś więcej: trzeba dać siebie.

Dać siebie, to znaczy dać swoje serce. Kiedy dajemy swoje serce, to odtąd nosimy w sobie ranę drugiego. Jego rana staje się raną mojego, naszego serca, tak byśmy byli jedno. Teraz rozumiemy słowa Pana Jezusa: wziął na siebie nasze rany i nasze cierpienia…

W rozumieniu chrześcijańskim, każde ludzkie cierpienie może mieć charakter zbawczy. We współczesnym nauczaniu Kościoła, człowiek cierpiący zajmuje kluczowe miejsce. Jezus Chrystus utożsamia się z każdym cierpiącym. Jeśli człowiek cierpiący zechce złączyć swe cierpienie z cierpieniem Chrystusa, to wówczas Chrystus własną mocą każdemu takiemu cierpieniu człowieka nadaje wartość nadprzyrodzoną – znaczy to, że poprzez cierpienie jesteśmy włączeni w cierpienie samego Jezusa i z Nim pomagamy Mu w dziele zbawienia całego świata.

Cierpienie jest również po to, aby wyzwalało w innych ludziach braterską miłość, aby skłaniając innych ludzi do pełnienia uczynków miłosierdzia – pozwalało im się w pełni samorealizować przez bezinteresowny dar z siebie samego.

W Liście Apostolskim Salvifici doloris – Jan Paweł II pisze: „I prosimy Was wszystkich, którzy cierpicie, abyście nas wspierali. Właśnie Was, którzy jesteście słabi, abyście stawali się źródłem mocy dla kościoła, dla ludzkości, dla lekarzy. W straszliwym zmaganiu się pomiędzy siłami dobra i zła, którego widownią jest nasz współczesny świat – niech wasze cierpienie w jedności z Krzyżem Chrystusa przeważy”.

Kochani moi, razem z Maryją stojącą pod Krzyżem zatrzymajmy się w zadumie obok krzyży współczesnego świata, współczesnego człowieka. Niech w tym tak bardzo drogim ludowi chrześcijańskiemu „Sanktuarium maryjnym” dokona się owoc przyjęcia i ofiarowania zbawczego cierpienia. Amen!

Dział: OKRES ZWYKŁY

ofiarowanie-jezusaDrodzy Bracia i Siostry! Dzisiejsze Święto Ofiarowania Pańskiego jest wspomnieniem spotkania się Chrystusa ze swoim Ludem. Oto Mesjasz przychodzi do świątyni i spotyka się z Ludem Bożym w osobach Symeona i Anny. Ofiarowanie Jezusa w świątyni jest także wypełnieniem wymogów Prawa, które wówczas obowiązywało w Izraelu.

Ale jest to jednocześnie coś więcej: Jezus przybywa do świątyni nie tylko by wypełnić Prawo. On przychodzi do świątyni jako jej Pan. Z Księgi Proroka Malachiasza usłyszeliśmy właśnie tę prawdę: „Oto Ja wyślę Anioła mego, aby przygotował drogę przede Mną. A potem nagle przybędzie do swej świątyni Pan, którego wy oczekujecie i Anioł Przymierza, którego pragniecie – oto nadejdzie – mówi pan Zastępów”. A Symeon rozpoznaje w tym małym Dziecięciu Tego, który jest Zbawieniem Izraela i wszystkich narodów, za zatem także i nas.

Obok tej myśli, bardzo ważny jest również sam fakt ofiarowania Jezusa, który wypływa z dzisiejszego święta. Już w Starym Testamencie polecił Bóg Mojżeszowi: „Poświećcie Mi wszystko pierworodne. U synów Izraela do Mnie należeć będą pierwociny łona matczynego – zarówno człowiek jak i zwierzę”. Dlatego w Starym Przymierzu wszystko, co pierworodne, składano w ofierze Bogu. Chodziło tutaj o pierwociny zbóż, inwentarza żywego, przynoszono też do świątyni pierworodne dziecko, za które składano ofiary zastępcze. Właśnie to usłyszeliśmy przed chwilą w Ewangelii: „Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: «Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu»”.

Jakie nasuwają się stąd dla nas wnioski?

Ukochani. Maryja przynosi Dziecię Jezus do świątyni. Dlatego bardzo dobrze czyni każda matka, gdy już w stanie błogosławionym ofiaruje swoje dziecko Bogu. Kościół ma nawet specjalne modlitwy na tę okoliczność. Warto więc prosić kapłana o takie błogosławieństwo. A po urodzeniu dziecka, zwłaszcza podczas chrztu św., warto dokonać takiego aktu ofiarowania. Istnieje piękna formuła takiego ofiarowania przy chrzcie – oto jej fragment: „Teraz przynosimy do Ciebie, Boże, nasze dziecko, Twój dar, aby to, co nam dałeś, Tobie znowu ofiarować. Prosimy, przyjmij nasze dziecko pod Twoją opiekę; obdarz je zdrowiem ciała i ducha, wspieraj je mocą Twojego Ducha, uświęcaj światłem z niebios i obdarzaj prawdziwą miłością”.

Taki akt ofiarowania dziecka, a także ofiarowania siebie samych, ponawiajmy często w naszym życiu. Możemy to także czynić prostymi słowami modlitwy. Starajmy się również wpatrywać we wspaniałe wzory ludzi znanych i świętych, którzy umieli ofiarowywać siebie Bogu, np.: św. Maksymilian Kolbe oddanie to ujmuje w słowach: „Abym w Twoich niepokalanych rękach stał się narzędziem Twojej miłości”. Sługa Boży, Stefan Kard. Wyszyński, ofiarowanie się Bogu dokonuje przez ręce Matki Najświętszej w niewolę miłości, za wolność Kościoła w Polsce i na świecie. Papież, Jan Paweł II, ujmuje to w słowach: „Cały Twój”.

Dzisiejsze święto, w naszej tradycji, nazywamy Świętem Matki Bożej Gromnicznej. Jakże wielka jest wymowa świecy, trzymanej dzisiaj w naszych rękach – to symbol Chrystusa-Światła, ale też symbol naszej wiary. Zanieśmy to światło i wprowadźmy je w nasze życie; niech ono strzeże naszych domów i mieszkań; niech nas chroni od wszelkich złych mocy.

Maryjo, Matko Boża, przynosząca do świątyni Dziecię Jezus, wypraszaj nam światło żywej wiary, gdy przytłaczają nas pokusy, gdy przygniatają cierpienia, gdy zło zdaje się być większe i zwyciężać, a zwłaszcza wypraszaj nam to światło w godzinie naszej śmierci”. AMEN.

slowo-na-niedzieleNa wstępie zatrzymajmy się przy słowach, które słyszeliśmy podczas śpiewu przed Ewangelią: „Lud, który siedział w ciemno­ści, ujrzał światło wielkie, i mieszkańcom cienistej krainy śmier­ci – wzeszło światło” (Mt 4, 16). Te słowa, wzięte z proroctwa Izajasza, stawia Ewangelista na początku swojej relacji o Jezusie Chrystusie. Tymi słowami otwiera opis publicznej działalności Tego, który mając władzę nad światem, zbawił świat służąc wszy­stkim jak sługa. Te słowa – o wielkim świetle rozpraszającym mroki ludzkiego życia – i nam mają otworzyć szeroko to orędzie, jakie dziś w liturgii słowa, tej wielkiej mowie Kościoła, głosi z mocą Pan.

Trzy dzisiejsze czytania – to jakby wspaniały tryptyk, ukazu­jący Mesjasza, który ma władzę nad człowiekiem i światem. Litur­gia czytań ukazuje Go na przestrzeni olbrzymiej połaci czasu – od Mojżesza, który zapowiada przyjście proroka o nadzwyczaj­nym znaczeniu – widzimy w nim właśnie Chrystusa, poprzez Ewangelię – do św. Pawła, który udzielając wskazówek uczniom Chrystusa, chce ich przysposobić do „godnego trwania przy Pa­nu” (1 Kor 7, 35). Patrząc na ten ponadczasowy obraz Chrystusa, nakreślony przez czytania, nie znajdziemy bardziej trafnego tytu­łu, wyrażającego Jego władzę, majestat i chwałę nad ten, który za św. Pawłem powtarzali z upodobaniem pierwsi chrześcijanie – „Jezus jest Panem” (Rz 10, 9). Jest to najważniejszy element dzi­siejszego orędzia, jakie głosi nam liturgia Kościoła – „Jezus jest Panem”.

Spójrzmy raz jeszcze w tekst Ewangelii św. Marka: w mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką; „uczył ich bowiem jak ten, który ma wła­żę, a nie jak uczeni w Piśmie” (Mk 1, 21). Głoszone przez Jezusa słowo ma przedziwną moc. Otwiera przed słuchaczami nie spoty­kane dotąd głębiny prawdy i staje się, w jedynie Jemu znany sposób, źródłem światła, nowego życia, nowych wartości. To słowo Jezusa – Pana, budzi w ludziach przez swoją moc dwojaki od­ruch; u jednych wywołuje bezgraniczny podziw; u drugich staje się źródłem trwogi i niepokoju. Popatrzmy na jednych i na dru­gich. Pierwszych znamy po imieniu. Piotr, Andrzej, Jan ... i tylu innych, których imiona pozostaną na zawsze zapisane na kartach Ewangelii. Zapatrzeni w Jezusa jak w głębokie źródło. Zafascyno­Porwani nie tylko Jego słowem, ale nade wszystko mocą emanującą z Niego. Bo to On, ich Mistrz, mocą swej nadzwyczajnej władzy sprawia, że człowiek, jak owych dwunastu, zostawia wszystko i idzie za Nim, by choć w części mieć udział w wielkim procesie przemiany świata, by choć trochę światła zanieść ludziom, miesz­kańcom cienistej krainy śmierci. Drugich też widzimy w Ewangelii od początku. U nich także słowo Chrystusa dociera do najgłębszych pokładów duszy. Porusza nimi równie gwałtownie, bo jakże może być inaczej, ale powoduje zdecydowany bunt. Patrzmy na nich przez opis wydarzenia z dzisiejszej Ewangelii. Słyszymy złowrogie i pełne bólu: „Czego chcesz od nas Jezusie Nazarejczy­ku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś ...” (Mk 1, 24). Uwa­żaj, bo taki gotów opluć wszystko i pokrętnie pod szyld nienawi­ści podciągnąć nawet przejawy najwyższej, heroicznej miłości. Tak było od początku, od narodzin Tego, który jest samą Miłością. Uklękli przed Nim pasterze, rybacy, celnicy, grzesznicy i nierządnice; kłaniali Mu się Mędrcy, pokonując szmat drogi, a doznali panicznej trwogi ludzie pokroju Heroda, pracowników jego kan­celarii i funkcjonariuszy jego aparatu. Ale również im głoszona jest Ewangelia, bo Jezus jest Panem wszystkich i z nikogo nie rezygnuje. Takim widzimy Jezusa w dzisiejszej Ewangelii. Uzdra­wia i oczyszcza, bo ma władzę nad człowiekiem. Nawet łotr i zbrodniarz mocą tej władzy mają możliwość powrotu w ramiona Ojca. To najbardziej mocna mowa Jezusa, którą próbujemy wciąż czytać i przekładać na język życia poszczególnych ludzi. To naj­bardziej przekonujące orędzie – Jezus jest Panem człowieka.

Uzupełnieniem tej wspaniałej prawdy ewangelicznej jest treść pierwszego czytania, zaczerpniętego z Księgi Powtórzonego Pra­wa. Dobiegający kresu swych dni Mojżesz zapowiada ludowi na­dejście niezwykłego proroka. A potem – pamiętamy z dalszych wydarzeń – jak ten doświadczony naród – wśród niepowodzeń, niewoli, i Bóg wie jeszcze jakiego utrapienia, potrafił odczytać myśl Bożą i czekać ... Czekać, by mówił Ten, który jest Panem historii, czasów i narodów; czekać wśród wydarzeń, które mają również moc prorockiej mowy. Dlatego na dzisiejsze czasy po­wtórzmy sobie za narodem wybranym: „Obyśmy dzisiaj usłyszeli głos Jego, niech nie twardnieją nasze serca” (Ps 95, 7). Ta mięk­kość i podatność serca, wyczulony słuch i wzrok, i czujność w czytaniu wydarzeń sprawią, że lud, który siedzi w ciemności, ujrzy światło wielkie (Mt 4, 16). Takiej wrażliwości chrześcijańskiej bardzo nam dzisiaj potrzeba. Trzeba, byśmy – jak mówi dziś św. Paweł – „godnie i z upodobaniem trwali przy Panu” (1 Kor 7, 35).

Zakilka dni będziemy trzymać mocno światło w swoich dłoniach – będzie to w dniu Matki Gromnicznej. I stańmy wówczas razem, bliżej Światłości – wtedy wilk ucieka i Herod przestaje być straszny. Ten, który ma władzę – Chrystus, niech będzie nam Panem. Prośmy o to wraz z dziewiętnastowiecznym poetą:

Niechaj życie pod śmiercią nie miota się dłużej,
Niech pęknie nad twym ludem dusząca go warstwa
Ze skorup samolubstwa, z mózgów niedowiarstwa,
Z umysłów najeżonych żądzą górowania [...]
Wybaw ducha polskiego, ziemię polską od niej,
Strzaskaj tę warstwę, przeorz choćby Twoim gromem,
Rozmiękcz Twoją miłością, Twym słowem zapłodnij
I sam już odtąd władaj Twoim polskim domem”.
Dział: OKRES ZWYKŁY

niedzielaNierzadko pytamy samych siebie o sens swojego życia: Właściwie, po co ja żyję? Do czego mnie, Boże, stworzyłeś? Jakie znaczenie ma moja praca, mój czas, moje poświęcenie

Jeśli tylko pracujemy „na życie” i „żyjemy po to, by żyć”, to czy naprawdę warto żyć? – pytają mnie nastolatki. A ja odpowiadam: Jeśli nie ma czegoś znacznie ważniejszego od życia, to nie da rady pięknie żyć.

Podczas wizyty papieża w Polsce w roku 1999 doszło do niecodziennego spotkania. Kiedy Jan Paweł II zwiedzał jezioro Wigry, przypomniał sobie rodzinę Milewskich, która przed czterdziestu laty podczas wyprawy kajakowej ugościła go i poczęstowała szklanką mleka. Jedno tylko wspomnienie papieża wystarczyło, aby odnaleźć tę rodzinę. Pewnego przedpołudnia samochody z biskupami z Rzymu oraz z papieżem podjechały piaszczystą drogą do położonego na uboczu gospodarstwa. Telewizja nie poinformowała, o czym rozmawiał papież z rolnikiem i jego rodziną. Tydzień po tym wydarzeniu pan Milewski opowiedział dziennikarzowi, że od czasu tej wizyty coś się w nim zmieniło:

Zrozumiałem, że zostałem powołany dokładnie do takiego życia, jakie wiodę – a nie do innego, jak myślałem do tej pory. Dawniej przeklinałem moje ubóstwo, wydawało mi się, że mojemu życiu brakuje sensu. A teraz Ojciec Święty przybył do naszej rodziny i docenił nasze trudy. Od tego dnia coś się dla mnie zmieniło. Teraz idę z radością do obory, aby troszczyć się o zwierzęta. Do tej pory robiłem to tylko z poczucia obowiązku. Teraz już nie wyrzucam sobie, że moje dzieci noszą tylko używane ubrania.

Zobaczmy, jak bardzo spotkanie z papieżem odmieniło życie rolnika. Jak to spotkanie wpłynęło na jego myślenie czy przeżywanie. Jak to spotkanie sprawiło, że jego zwyczajność, szarość życia nabrała kolorów, smaku, wartości, słowem, nabrała nadzwyczajności.

O spotkaniu, które potrafi przemienić człowieka, które potrafi nadać sens życiu, nadać mu właściwy kierunek, przypomniała dzisiejsza Ewangelia. Widzimy Jezusa, który przychodzi do prostych rybaków, którzy są utrudzeni swoją pracą. Jedni zarzucali sieci w jezioro, a drudzy naprawiali swoje sieci. Jezus pragnie włączyć rybaków w swoją misję głoszenia Ewangelii:

Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi.

Ewangelista zaznacza, że natychmiast zostawili wszystko – sieci i ojca – i poszli za Jezusem. Czy wiedzieli, na jak trudną drogę życia zdecydowali się wejść? Ile czeka ich na tej drodze trudu i cierpienia? Czy przewidywali, że skończy się ona – podobnie jak życie Tego, który ich powołał – męczeńską śmiercią? Uwierzyli Jezusowi i dali się Jemu poprowadzić przez życie. To Bóg nadał sens i wartość ich całemu życiu.

I dziś, każdego z nas, Bóg powołuje, abyśmy wypełnili swoje życiowe zadanie. Ilu jest ludzi, tyle jest powołań, tyle jest życiowych zadań. Nasze życie na tej ziemi to nie przypadek, ale to wielki dar Boży. I dlatego każde życie ludzkie trzeba szanować, od poczęcia aż do naturalnej śmierci.

I dziś Bóg przychodzi, aby nadać naszemu życiu sens, właściwy kierunek. Okazuje się bowiem, że prawdziwy sens życia jest poza nami, przed nami, nad nami... Tylko Bóg może wypełnić treścią i znaczeniem wszystko, nawet to, co wydaje się prozaiczne. Potrzeba tylko żywej wiary i wspaniałomyślnej współpracy z Bożą łaską.

Opowiadał pewien kapłan, że wyjechał z młodzieżą na wycieczkę do Zakopanego. Młodzi zaczęli pić zaraz po wejściu do pociągu. Podczas przesiadki do autobusu uzupełnili zapasy. Sam stał przy ołtarzu i modlił się. Opiekunka, która była pomysłodawcą tej wycieczki, siedziała w pokoju i płakała. Wreszcie trzeciego dnia udało się wyprowadzić młodych na wycieczkę. Miał wielkie obawy, czy dojdą na szczyt. Udało się. Szczyt pokryty był pierwszym, jesiennym śniegiem. Powietrze przeźroczyste. Dolina skąpana w słońcu. W dali wyraźne rysy tatrzańskich grani. Usiadł i zapatrzył się. Nagle poczuł dłoń na ramieniu i usłyszał za sobą potężny głos:

Stary, czemu nie powiedziałeś, że tu jest tak pięknie. Przecież byśmy nie pili te trzy dni, tylko od razu tutaj przyszli”.

Wspomniany kapłan po blisko piętnastu latach szedł ulicą miasta, w którym kiedyś pracował. W pewnej chwili usłyszał wołanie. „Proszę księdza, proszę księdza!” W jego kierunku biegł potężny mężczyzna, ciągnąc za sobą syna.

Pamięta ksiądz? No, tam na górze… Ta ręka na ramieniu… Stary, czemu nie powiedziałeś, że tu jest tak pięknie”.

Kapłan przypomniał sobie tamto wydarzenie. I wtedy przeżył jedną z piękniejszych chwil w swoim życiu. Bo mężczyzna powiedział do swojego syna:

Widzisz tego księdza! To dzięki temu księdzu twój tata jest człowiekiem”.

Tylko Pan Bóg, mimo ludzkich słabości, potrafi nadać prawdziwy sens i wartość naszemu życiu. Każda Eucharystia staje się uprzywilejowanym miejscem udzielania pozytywnej odpowiedzi na nasze powołanie. Życie jest jedno, można je przegrać, ale można je wygrać! Tego uczą dzisiejsi rybacy, którzy stali się apostołami Jezusa!

Dział: OKRES ZWYKŁY

homilia1. Chociaż minął już czas adwentowego prostowania ścieżek dla nadchodzącego Pana, a jeszcze nie nadszedł Wielki Post, który wprowadzi nas w tajemnicę męki, śmierci i zmartwychwstania Chrystusa – słyszymy dziś w liturgii wezwanie do nawrócenia; wezwanie naglące, albowiem „czas jest krótki”. Nieustanne nawo­ływanie do nawrócenia wydawać się może nużące i przygnębia­jące, każe bowiem wciąż zmieniać w życiu to, co nie jest zgodne z Ewangelią, a od czego tak trudno nam odejść. Czasami zmiany takie wymagają nie mniej surowych środków niż te, które za­stosowali pokutujący mieszkańcy Niniwy. A przecież właśnie hi­storia Niniwitów pokazuje, jak wyzwalające jest prawdziwe na­wrócenie. Celem jego bowiem nie jest płacz, lecz oczyszczenie serc i uczynków z tego, co przeszkadza nam przyjąć błogosła­wieństwo i szczęście, którym Bóg nas obdarza.

2. Nawrócenie jest trudne. Nie chodzi w nim bowiem tylko o poprawność zewnętrznego zachowania, ale przede wszystkim o gruntowne oczyszczenie myśli i pragnień; o odnalezienie. praw­dy o sobie wobec Boga i wobec świata. O tę właśnie praw­dę jako fundament naszego życia dopomina się św. Paweł dając nam nieco zaskakujące polecenie: „Trzeba, aby ci, którzy naby­wają, jak gdyby nie posiadali; ci, którzy używają tego świata, tak jak gdyby z niego nie korzystali. Przemija bowiem postać te­go świata” (1 Kor 7, 30–31).

Świat jest piękny – zarówno świat przyrody, jak i świat ludz­kiej kultury. Jest bogaty, różnorodny, żywy; ciągle niezgłębiony w swych tajemnicach, niewyczerpany w tym, co może nam jeszcze przynieść. Nic dziwnego, że się nim zachwycamy, że chcielibyśmy go poznać i w nim się zadomowić. Ale ta właśnie łatwość zafa­scynowania się światem jest niebezpieczna. Niebezpieczna już choćby dlatego, że świat jest również nieobliczalny. Bywa, że na­gle pozbawi człowieka wszystkich dóbr i radości, sponiewiera go i przygniecie na długie lata biedą lub chorobą, samotnością lub niesławą. I wtedy temu, kto tylko z tym światem wiązał swą nadzieję, zagląda w oczy już nie przygnębienie, ale rozpacz. Ale zwodnicze jest także powodzenie tych, których ominęły takie bóle i klęski. Przemija bowiem postać tego świata. Nie jest on w sta­nie zmieścić w sobie arcydzieła Stwórcy: ludzkiej osoby uczynionej na obraz i podobieństwo samego Boga i przeznaczonej do wiecznego życia. Jakże więc małym czyni siebie i jak Bogu ubliża ten, kto mierzy siebie tylko miarą tego świata; kto gromadzi so­bie skarby na ziemi, gdzie mól i rdza niszczą i gdzie złodzieje włamują się i kradną! I jak doprawdy wyzwala od męczących nie­pokojów i złudnych nadziei pamięć o tym, że Bóg nikogo z nas nie opuścił, o nikim nie zapomniał, ale poprzez Jemu tylko, wiadome koleje naszego lesu przybliża do nas Boże królestwo i da­je nam szansę coraz pełniejszego uczestniczenia w nim!

3. Tę podstawową prawdę, że jesteśmy stworzeni, aby być oby­watelami królestwa Bożego, a nie tylko ziemskiego, trzeba nam wciąż przypominać. Toteż Pan Jezus nie tylko sam ją głosi, ale powołuje Apostołów. I nadal przez długie dzieje Kościoła wzywa coraz to nowych wyznawców, którzy życiem i słowem ukazują ewangeliczne fundamenty jedynej godnej człowieka nadziei, której przemijający świat ani zniszczyć ani spełnić nie może. Wzy­wa ich bodaj szczególnie wyraźnie w czasach ciężkich.

Taki był z pewnością dla Polaków koniec XVII w., gdy kraj był zniszczony, a naród zdziesiątkowany przez liczne wojny i zarazy. I wtedy właśnie św. Stanisław Papczyński zakła­da – jako pierwszy polski zakonodawca – Zakon Marianów, po­święcony szerzeniu czci Maryi Niepokalanej, Orędowniczki naszej w czasie utrapienia, modlitwie za zmarłych, tak wówczas wielu oraz pomocy w zaniedbanej pracy parafialnej. Niełatwy też był dla Polaków czas na początku naszego stulecia, gdy niewola trwa­ła już ponad wiek, a życie Kościoła pod zaborami było trudne i coraz trudniejsze. Wówczas to postanawia bł. ks. Jerzy Matulewicz, w owym czasie profesor Akademii Duchownej w Pe­tersburgu, odrodzić życie zakonne, które w carskiej Rosji było wtedy zabronione. Między innymi odnawia więc niemal już umar­ły po kasacie z 1864 r. Zakon Marianów, a także zakłada Zgroma­dzenie Sióstr Eucharystek. Ale też wie o. Jerzy, że jedyną szansą przezwyciężenia panującego zniechęcenia, jedyną szansą odrodze­nia życia zakonnego, a z jego pomocą życia Kościoła, jest radykal­ne oddanie się Bogu w służbie Kościołowi Chrystusowemu, hasłem Zgromadzenia Marianów czyni zawołanie „Dla Chrystusa i Kościoła!”, a w swym Dzienniku duchowym tak pisze: „W tym widzę sens i istotę naszego powołania: należy dobrowolnie i chęt­nie zaprzeć się siebie, wyrzec się tego świata: jego bogactw, dóbr, jego próżnej chwały, siebie samego zaś zupełnie i całkowicie po­święcić i oddać Kościołowi”. Dalej zaś ostrzega swych duchowych synów: „Kto chce zbytnio zabezpieczyć swoje życie przed wszel­kiego rodzaju niepowodzeniami i kłopotami, ten nie nadaje się do naszego Zgromadzenia. Czyż możesz być, człowiecze, w gor­szym więzieniu i na surowszym zesłaniu, niż wtedy, gdy opa­nowany strachem ukrywasz się jak robak wciśnięty do własnej norki, śpisz i nic nie robisz? Obawiasz się, by cię inni nie wtrą­cili do więzienia lub nie skazali na wygnanie, a sam się zamykasz w gorszym węzieniu, które otoczone jest ciemnością senności, bez­czynności, gdzie człowiek zaczyna psuć się i rozkładać. Sam siebie skazujesz na zesłanie, ponieważ odłączasz się od grona prawdzi­wych, czynnych pracowników Kościoła”.

Zdumiewające, z jak żywym odzewem spotkała się ta – wy­magająca przecież – inicjatywa o. J. Matulewicza. Złożył on swe śluby zakonne w sierpniu 1909 r. jako pierwszy członek odnowio­nego Zgromadzenia, a w chwili śmierci, dn. 27 I 1927 r. żegnało go już 319 współbraci. A nie jest to jedyny ani najdobitniejszy dowód Bożego błogosławieństwa dla tych, którzy na przekór wszy­stkim trudnościom nawracali siebie i innych, Boga czyniąc jedyną swą, niewzruszoną nadzieją. O. Jerzy nawiązał wszak do dzieła bł. o. Honorata Koźmińskiego, fundatora wielu żyjących w ukryciu zgromadzeń żeńskich; w tym samym też czasie i w tym samym Petersburgu działała bł. Urszula Ledóchowska, zało­życielka nowej wielkiej gałęzi urszulańskiej rodziny zakonnej.

4. Niech i nam dziś te postaci dodają otuchy. Bóg jest Panem również naszej trudnej historii. Nie obiecuje nam życia łatwe­go, ale tego nie obiecywał również swoim Apostołom. Nie zapo­minajmy, że dziesięciu z nich, idąc śladami swego Mistrza, zgi­nęło śmiercią męczeńską – a przecież nie nazywamy ich z tego powodu nieszczęśnikami, lecz męczennikami: szczególnie przeko­nującymi świadkami Jezusa Chrystusa i prawdy Jego Ewangelii. Także ci, którzy dziś giną za głoszenie prawdy i sprawiedliwości, nie stracili bezsensownie swojego życia, lecz oddali je umiłowane­mu nade wszystko Bogu, dla naszego wyzwolenia z pomniejszają­cych nas i rodzących nieustanny niepokój kurczowych więzów z tym światem; dla naszego nawrócenia na drogę prawdy i miło­ści. Nie wiemy jeszcze, jaki ostateczny kształt będzie miało na­sze świadectwo: jakieś jednak ono być musi, jeśli wiara nasza nie ma pozostać pustym słowem. I na takie świadectwo wiary już teraz i ciągle trzeba nam się przygotowywać, czas bowiem jest krótki i rychło przeminie postać tego świata. Jest on nam dany po to, byśmy – w zdrowiu czy w chorobie, w powodzeniach czy ucisku – budowali krok po kroku królestwo Boże; królestwo sprawiedliwości, radości i pokoju w Duchu Świętym. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY
sobota, 13 styczeń 2018 11:51

2. Niedziela Zwykła (B) - Czego szukasz?

powolanie-apostolow

Słowa Ewangelii według Świętego Jana

Jan stał wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś, odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?» Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» – to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus, wejrzawszy na niego, powiedział: «Ty jesteś Szymon, syn Jana; ty będziesz nazywał się Kefas» – to znaczy: Piotr.

Oto słowo Pańskie.

 

Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem...

Spróbujmy sobie wyobrazić taką sytuację: idzie za tobą dwóch ludzi i nie bardzo wiesz, czego chcą od ciebie. Może okradną, może pobiją? Może śledzą? Zatem warto zgubić ten „ogon”! Ale jak? Nigdzie nie można się schować, nie ma gdzie wejść, bo wszędzie ogrodzone osiedla albo pustkowie!

Andrzej i Jan pewnie trzymali pewien dystans, bezpieczną odległość, by w razie czego uciec albo udawać, że Ten idący przed nimi niezbyt ich interesuje. I oczywiście w razie gdyby coś się działo, to ... „my nie jesteśmy z Nim” (przydarzy się to Piotrowi po latach).

Być może Jezus miał już dość tych podchodów, skoro:

... odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?».

Teraz już nie mogą być z daleka. Ich wizja dyskretnych obserwatorów upadła. Nie mogą być incognito! Pewnie zaskoczyła ich ta bezpośredniość Jezusa. Lekko zdezorientowani zdołali wydukać: Gdzie mieszkasz? Dziwna odpowiedź pytaniem na pytanie. Albo można powiedzieć – dziwne pytanie na pytanie!

Jezus nie zniechęca się – wręcz przeciwnie, składa propozycję! Od tego momentu idą już jawnie. Jezus nie boi się „obcych facetów” łażących za Nim. On zaprasza ich do siebie.

Chrystus stawia dziś każdemu z nas to pytanie: „Czego szukasz?”.

Niejeden odpowiada...

nie wiem. Nawet nie mam czasu zastanawiać się nad tym. Pracuję od świtu do nocy. Mam na utrzymaniu rodzinę. Sam już chyba niczego nie potrzebuję. Pragnę jedynie, by moim dzieciom żyło się lepiej.

Jakiś młody biznesmen z ironicznym uśmiechem odpowiada...

szukam konkretów. Wymierne wyniki pracy, inwestowanie w siebie umożliwią mi osiągnięcie osobistego sukcesu. Chcę być kimś, zrealizować własne ambicje i pomysły.

Trochę smutna dziewczyna po chwili namysłu mówi nieśmiało…

chciałabym spotkać prawdziwą miłość, bym poczuła się naprawdę kochana i komuś potrzebna. Żeby ten ktoś zaakceptował mnie taką, jaką naprawdę jestem. Wspólnie moglibyśmy iść przez życie, przeżywać radości i smutki. Móc zawsze liczyć na kogoś, to wielkie szczęście.

Jakże wielu emerytów odpowiedziałoby…

szukam jakiejś pewności mojego przyszłego bytu? Nawet nie dobrobytu, ale by spokojnie starczyło na chleb i na leki. No i na jakiś drobiazg dla wnuków.

Ktoś rzekłby...

chciałbym znaleźć odpowiedź, dlaczego akurat mnie się to przydarzyło. Tylu jest innych i na pewno gorszych, a Pan Bóg się na mnie uwziął! I mam wciąż pod górkę w moim życiu. A wydawało mi się, że skoro jestem wierzący, skoro do kościoła chodzę, to nic złego nie powinno mnie spotkać!

Tak żaliła się pewna babcia, której 17-letnia wnuczka zginęła w wypadku: A przecież codziennie modliłam się za swoich bliskich, aby im nic złego się nie stało… To jak to jest?

Czy to już wszystkie możliwe odpowiedzi? Na pewno nie, bo każdy z nas może coś innego odpowiedzieć.

Andrzej i Jan poszli i pozostali u Jezusa, widzieli Jego mieszkanie, pewnie podwórko, może sąsiadów, zapewne rozmawiali i jedli. Być u Jezusa… Co wtedy zauważyli? Tego nie wiemy, ale musiały to być przeżycia tak dalece intymne, mocne, że później Andrzej woła do Piotra: Znaleźliśmy Mesjasza! A św. Jan nawet godzinę spotkania zapamiętał. 

Czy to jest jedyna możliwość i sposób postępowania? Niewątpliwie nie.

Czy nie jest tak, że chodzę za Jezusem i chodzę, ale jakoś tak bez przekonania, trochę tak na dystans, od czasu do czasu przybliżając się nieco, ale gdy pada konkretna propozycja – Chodź i zobacz! – uciekam! Dlaczego tak jest? Być może obawiamy się, że On za dużo będzie od nas wymagał. Być może ktoś nam już nagadał, że nie warto zadawać się z tym Nieznajomym, bo on potem chce stać się domownikiem. Mało tego, zaprasza nas do swojego domu na wieczność!

  

Możemy też odwrócić sytuację. Wyobraź sobie, że Jezus przyszedł i zapytał: Gdzie mieszkasz? Czy odpowiedziałbyś mu zaproszeniem? Chodź, zobacz! A może byś szybciutko pomyślał, ile w twoim domu nieporządku i raczej byś Mu powiedział, żeby przyszedł potem.

Wciąż winno nas niepokoić to pytanie: Czego szukam, idąc za Jezusem?

Po spotkaniu Jezusa historia życia Andrzeja i Jana, a także Piotra już nie będzie taka sama jak przedtem. Zaczyna się ich wielka przygoda, gdzie nie zabraknie cudów, pięknych doświadczeń, ale i krzyża, cierpień, a w końcu oddania życia męczeńską śmiercią.

Dzisiejszą niedzielę przeżywamy jako Światowy Dzień Migranta i Uchodźcy. Doskonale wiemy, jak wielu ludzi dziś przemieszcza się po świecie w poszukiwaniu lepszego, czasem tylko łatwiejszego życia. W takim kontekście kilka lat temu pisał papież Benedykt XVI w orędziu na ten dzień:

Znamienne dla naszych czasów są próby usunięcia Boga i nauczania Kościoła z horyzontu życia, podczas gdy szerzą się zwątpienie, sceptycyzm i obojętność, usiłujące nawet wyeliminować wszelkie przejawy społeczne i symboliczne wiary chrześcijańskiej. W takiej sytuacji migranci, którzy poznali Chrystusa i Go przyjęli, nierzadko skłonni są nie uznawać Go już za ważnego w ich życiu, zagubić sens wiary, nie uważać się już za część Kościoła i często prowadzą życie, w którym nie ma już Chrystusa i Jego Ewangelii.

Czyż nie jest tak z wieloma naszymi rodakami gdzieś tam na Wyspach Brytyjskich, w Italii, w Hiszpanii czy gdziekolwiek indziej? Czasem jeszcze przyjeżdżając tu do rodziców – dla świętego spokoju idą do kościoła, ale tam prowadzą życie zupełnie pogańskie.

Ich i nas wciąż pyta Jezus – Czego szukacie?

Dział: OKRES ZWYKŁY

powolanie-uczniowMoi drodzy! Właśnie dzisiaj, w tę niedzielę, zaprasza nas św. Jan Ewangelista do początku chrześcijań­skiej rodziny - jakby pod wspólny dach domu, gdzie zrodził się Kościół, jakby do kolebki więzi rodzinnej i źródła jedności. Nauczyciel, który chrzcił nad Jordanem, powiedział do swoich ucz­niów: Oto On! Zbawiciel! Uwierzyli i poszli za Jezusem. Potem patrzyli, nasłuchali się, nasycili Bogiem obecnym z nimi i uwie­rzyli, na dobro i zło, na życie i na śmierć.

Jakże to podobne do wejścia na drogę Chrystusową większości nas, gromadzących się na modlitwie i liturgii. Na początku był ten ktoś bliski i zaufany: matka, ojciec, nauczyciel, ksiądz, przy­jaciel, czy po prostu tradycja domu i środowiska. Potem własne uczestnictwo. Wrastał człowiek stopniowo w rzeczywistość, którą się bogacił. Z czasem stworzyła się własna więź, określona for­ma życia, praktyki wiary, nastrój domu. A trochę później, rozglądając się po świecie, zauważamy, że tamta rodzina, tamten na­ród, inny człowiek, też religijny, wypowiada swoje serce innym gestem, inną formą modlitwy, inaczej. I pojawiły się pierwsze pytania, których nikt nie nazwał ekumenicznymi, ale które doty­czyły innych religii, innych wyznań, z którymi szedł niepokój i oczekiwania, wątpienie i nadzieje, przyjaźnie i antypatie. W mia­rę jak upływało życie, przychodziło zdumienie bezmiarem Boga, w którym jest dla wszystkich dość szukania, myślenia, nawet przestrzeni na błądzenie całych pokoleń. Jak przepastne są głę­biny wieczne, gdzie światło jedyne nie oślepia, nie porazi oczu, nie niszczy radości znalezienia, i pozwala się odnaleźć, rozpo­znać tym, którzy w pokorze serca i mądrości myśli szukają Jego, bożego imienia. I chociaż na przestrzeniach historii gubili się uczniowie w wielu szczegółach, budowali odmienne świątynie, spo­tykali się w różnych nastrojach, to jednak ustawicznie szukali jednej Owczarni i jednego Pasterza.

W takim duchu, z takiej mądrości człowieczej, wyrosły wspól­ne spotkania, dni modlitwy, ekumeniczne księgi, mądrzy ludzie poświęcili wiele czasu, aby pielgrzymi ziemi, poznali się i wza­jemnie sobie zaufali. W tym nastroju zostajemy zaproszeni dzi­siaj, w niedzielę szczególnej modlitwy o jedność chrześcijan rozdzielonych. Właśnie modlitwa ludzi chorych, cierpiących fizycz­nie lub duchowo, niepełnosprawnych, a więc wyjątkowo bliskich tajemnicy krzyża, przez który dokonało się odkupienie, stanowi fundament budowania dzieł najtrudniejszych. Człowiek chory, cierpiący, lepiej rozumie wartość ludzkiej solidarności, wyraźniej widzi bezsens dzielenia, wykłócań, złudnych satysfakcji, którymi czasem tylu ludzi zdrowych dręczy się wzajemnie. Jeżeli taki czło­wiek modli się o jedność, jeżeli daje własny krzyż na okup za ludzkie zgubienie, to dzieje się rzecz ważna, cenna wobec ludzi i przed Bogiem.

W tym roku Kościół daje szczególny tytuł naszej modlitwie: „Ze śmierci do życia razem z Chrystusem”. Ze śmierci - to tyle co z zagubienia, z niepewności, tyle co z grzechu. Do życia - to znaczy do prawdy, do drogi zbawienia, do Boga. Wspólnie, czyli w poczuciu wzajemnej więzi i solidarności ludzi wezwanych. Z Chrystusem, to tak, jakby w gronie uczniów, którzy już widzą, już się rozpoznają, chociaż pozostają jeszcze we własnym zdzi­wieniu. Jeżeli podzieleni jeszcze murami różnych wyznań, to tyl­ko na tyle, jakby słyszeć ten sam dźwięk, choć jeszcze w różnych tonacjach i rozmaitym natężeniu. Jeżeli jeszcze oddzieleni, to już wspólni w modlitwie i marzeniu o jednym Kościele wyznawców Chrystusa.

Taki tydzień, jaki każdego roku przeżywamy w dniach od 18-25 stycznia, jest podtrzymaniem Chrystusowej modlitwy o jedność umiłowanych uczniów: „Aby wszyscy byli jedno, jako Ty, Ojcze, we Mnie, a Ja w Tobie, aby i oni byli jedno w Nas, aby świat uwierzył, żeś Ty Mnie posłał” (J 17, 21). Takie wydarzenie, to udział w modlitwie w trudach ekumenicznych naszego Papie­ża, św. Jana Pawła II. Posłuchajmy: „Braterskie pozdrowienia miłości i pokoju kie­ruję do obecnych na dzisiejszym spotkaniu przedstawicieli ośmiu Kościołów zrzeszonych w Polskiej Radzie Ekumenicznej ... pozdra­wiam również obecnych tutaj przedstawicieli: Wspólnot Żydow­skich i Muzułmańskich, z którymi łączy nas wiara w Jednego Boga, Wszechmocnego, Miłosiernego i Sprawiedliwego ... złączeni więzią braterskiej miłości i pokoju ...” (Warszawa 17 VI 1983). świadectwem słów jest zawsze modlitwa i osobista życzliwość. Taka postawa - to wyjście naprzeciw tęsknocie podzielonego i zmęczonego świata. Podkreśla Papież: „W epoce, w której różne programy walki o człowieka niejednokrotnie przybierają ów gro­źny kształt walki przeciw człowiekowi, nieodzowny jest wysiłek zmierzający do przybliżenia sobie ludzi, do ich zjednoczenia w oparciu o poszanowanie tego, co istotowo ludzkie, co najgłębiej ludzkie. Niech ruch ekumeniczny staje się coraz wyraźniejszym wzorem takiego wysiłku!” (21 II 1979).

Taki czas, wysiłek ku jedności - to nadzieja świata. Tego na­szego, skołatanego świata. Gdy ludzie idą po wygodnych ścieżkach i bezpiecznych drogach, mogą sobie pozwolić na beztroskie mija­nie, na brak uwagi, nawet na obojętność. Prawdopodobnie wtedy mniej jesteśmy innym potrzebni. Ale na trudnych ścieżynach, na śliskich krawędziach należy iść uważnie, troskliwie widzieć współ-idących. Szybciej ubywa sił. Łatwiej przeoczyć chwile, gdy trze­ba podać rękę. A przecież drogi, na jakie wszedł nasz świat, sta­ły się wyjątkowo ryzykowne, trudne, niebezpieczne. Bracia w Chrystusie, bracia w Bogu, trzeba nam iść bliziutko, czujnie, aby wzajemnie sobie służyć.

Taki czas modlitwy ekumenicznej - to nadzieja naszej polskiej jedności. Na terenie obozu zagłady w Majdanku powstał projekt wybudowania świątyni ekumenicznej. Wymowa wielkiego symbo­lu. Budynek otoczony wieńcem kaplic, jakby wielu drzwiami, które prowadzą do wspólnej nawy głównej, do miejsca Euchary­stii, do modlitwy i pojednania ludzi w Bogu. Chrześcijanie będą wchodzili z różnych stron i chociaż mogą to miejsce opuścić róż­nymi drzwiami, już mają należeć do siebie i do Boga. Ta płasz­czyzna ornej ziemi, na którą upadło tyle łez i krwi, chce pozostać symbolem serca, które gromadzi w swoich przedsionkach i ko­morach to, co słabe, zniszczone, zmęczone, co wymaga oczyszcze­nia, aby znowu rozesłać nowe życie do najdalszych zakątków oj­czyzny. Ta świątynia chce być protestem przeciwko wszystkiemu, co może wzniecać nienawiść, różnice, rzucać złe iskry, z których trudno przewidzieć, jakie zapłoną ognie. I coś z takiego symbolu świątyni budujemy w naszych sercach. W nas, którzy schodzimy się pod wiatr podziałów i w mrozie niechęci. Gotowi uczyć się miłości heroicznej, czyli tej, która nawet nie ma satysfakcji, gdy daje dobro, ale nie ustaje nieść życie i światło w bólu rąk i prze­ciw naturalnym odruchom niechęci.

Taki czas modlitwy, która jednoczy, jest ważnym świadectwem wobec świata pogan. Gdy odszedł do Boga przed paru laty czło­wiek wielkiej troski o zjednoczenie chrześcijan w Polsce - pastor Zygmunt Michelis, było coś bardzo wspólnego w pogrzebie i po­czuciu straty we wszystkich chrześcijańskich wspólnotach. Gdy że­gnaliśmy kapłana katolickiego księdza, dziś już błogosławionego, Jerzego Popiełuszkę, były z nami w żałobie wspólnoty wszystkich wyznań chrześcijańskich. Gdy Papież, św. Jan Paweł II, mówił o smutkach i doświadczeniach, jakie przeży­wają wspólnoty prawosławne na Rodos i gdzie indziej, mówił z najgłębszym smutkiem i braterskim rozżaleniem. Wzajemna jedność w radości i smutku, pomoc w sytuacjach zagrożenia, była cież w pierwszych wiekach chrześcijaństwa podstawowym argumentem wiarygodności Ewangelii. „Patrzcie, jak oni się mi­łują” - decydowało o odwadze bycia z nimi. I pomyślmy, jeżeli dar dany nam do przekazania następnym pokoleniom zaciem­nia nasze zwady, małe ambicje, bezmyślność, niewiedza, leni­stwo ... jeżeli to utrudni przyjęcie Chrystusa, to zaciągamy winę wobec Ojca, który ustawicznie szuka tego, co zginęło. A przecież przekazywanie, apostolstwo, dokonuje się właśnie przede wszy­stkim w codzienności, w zaufaniu. Zanim wypowiedzą się wielcy tego świata, muszą być dobre słowa ludzi dobrych i bliskich. Za­nim jedność zrodzi się, i wyda owoc w księgach, musi począć się i dojrzeć w duszy wyznawców. Zanim napełni i ubogaci duszę człowieka, musi być w tęsknocie i modlitwie. Zanim obudzi się i',sknota świętej jedności, musi człowiek być święty, boży, bogaty Duchem Świętym. Stąd konieczność modlitwy o wzajemną świę­tość wyznawców. Oby świętymi byli ludzie, którzy gromadzą się w cerkwiach, w zborach, w kościołach i kaplicach. Oby święty­mi byli katolicy, prawosławni i protestanci, aby poganom było łatwiej rozpoznać Chrystusa.

Modlitwa o jedność - to wielki dar na rzecz życia narodu. Wnętrze całe, nie podzielone, złączone poczuciem wspólnoty, wza­jemnie ufne, życzliwe, wewnętrznie zwarte, jak owoc zdrowego drzewa. Jak ów egzotyczny owoc granatu, który zamyka w swo­im wnętrzu wiele małych ziarenek, osobnych, oddzielonych, a przecież otwartych dla siebie, i stanowiących jedno. Jakby wie­działy, jakby rozumiały, że być albo nie być - to pozostać w nie­podzielnej symbiozie. Tak naród, choćby był rodziną wielu wyznań i religii, musi być jeden, pozostać jednością. Jak ciało, które choć składa się z wielu komórek, jakże od siebie różnych funkcjami, musi stanowić całość, jedność, bo to jest warunkiem przeżycia.

Siostry i bracia! Jesteście Chrystusowi w krzyżu odkupienia i domownikami Jego miłości. Czy pracujecie wspólnie, czy obok stoją wasze domy, czy los wy­znaczył wspólny pokój w szpitalu, czy wspólną celę ... Jeżeli Chry­stus jest w was, wy jesteście w Nim. Zabierzmy ze sobą wezwanie naszego Papieża: „Każdy zatem wezwany jest, aby dał swój wkład życia, działania, nauki, modlitwy. Wzywam was do tego usilnie i z ufnością” (18 I 1981). Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY

chrzest-panskiTak rozpoczął swą działalność mesjańską Jezus z Nazaretu. Przyszedł nad Jordan do Jana i jak wszyscy wyznający swe grze­chy przyjął z jego rąk chrzest - obmycie wodą, które oznaczało, że grzesznik przestaje być grzesznikiem, bo rozpoczyna pokutę, wraca do Boga. Wiemy z Ewangelii Mateuszowej, że „Jan po­wstrzymał Go mówiąc: To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?” Ale „Jezus mu odpowiedział: Pozwól teraz, bo tak się godzi nam wypełnić wszystko, co jest sprawiedli­we” (Mt 3, 14). Tajemnicza sprawa. Jedno jest pewne: Jezus po­dobny nam we wszystkim, prócz grzechu, rozpoczyna swą misję od aktu pokuty, jakby chciał pokazać, że bierze grzech ludzi na sie­bie. Upokorzenie i akt zbawczy - zgodnie z wolą Ojca, który daje znak swego upodobania. Ten obrzęd oczyszczenia, obmycia, przyj­mie Chrystus Pan także jako znak wejścia w krąg tych, którzy Jezusa uznają za Syna Bożego, a więc uwierzą w niego.

Jezus ż Nazaretu żądał wiary. „Czy wierzycie, że mogę to uczy­nić?” - pytał Jezus niewidomych, którzy błagali go o litość (Mt 9, 28). Lub też w inny sposób wystawiał proszących na próbę wiary. Ojca, który prosił: „Przyjdź zanim umrze moje dziecko” - zapewnia: „Idź, syn twój żyje” (J 4, 50). Uwierzył człowiek sło­wu ... i szedł z powrotem. Jedno miał tylko pytanie, gdy spotkał swoich: kiedy się dziecku polepszyło. Upewnił się, że była to ta godzina, gdy Jezus mu powiedział: „Syn twój żyje”. Wtedy już nie potrzebował wierzyć, już wiedział na pewno ... I tam, gdzie Zbawiciel wiary nie znalazł, był jakby bezradny. „I niewiele zdziałał tam cudów z powodu ich niedowiarstwa" (Mt 13, 58). Pan Jezus posłał swych Apostołów na cały świat, kazał im głosić Ewangelię zapewniając, że „kto uwierzy i przyjmie chrzest będzie zbawiony” (Mk 16, 16). Ten porządek jest nienaruszalny: najpierw wiara - potem chrzest. Tak było od początku.

Wracał z Jerozolimy dworzanin egipski. W czasie podróży czy­tał księgę Izajasza. Niewiele z tego rozumiał. Spotkał ucznia Pań­skiego - Filipa, jednego z siedmiu diakonów, który mu tekst wyjaśnił i opowiedział Dobrą Nowinę o Jezusie. Razem już po­dróżując „przybyli nad jakąś wodę. Oto woda — powiedział dwo­rzanin — cóż przeszkadza abym był ochrzczony. Odpowiedział Fi­lip: Można, jeśli wierzysz z całego serca. Odparł mu: Wierzę, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym. I ochrzcił go” (Dz 8, 36n). Na taki akt wiary może się zdobyć człowiek myślący.

I prawdą jest, że w pierwszych stuleciach udzielano chrztu przede wszystkim dorosłym. Ale nie wyłącznie. Jeśli czytamy w Dziejach Apostolskich, że Apostoł Piotr ochrzcił Korneliusza set­nika i jego rodzinę, to według wszelkiego prawdopodobieństwa także i dzieci, bo „był on pobożny i bojący się Boga wraz z ca­łym swym domem” (Dz 10, 2). Ale prawda, to był wyjątek. Nor­malnie kandydaci do chrztu przechodzili przez formację przygo­towania, tzw. katechumenat, który trwał niekiedy kilka lat. Brali udział w katechezach, uczestniczyli w liturgi słowa (zwanej daw­niej mszą katechumenów), byli wprowadzani we wtajemniczenie prawd chrześcijańskich, aby z całą świadomością mogli odżegnać się szatana i wszystkich spraw jego i wyznać wiarę w Boga Oj­ca i Syna i Ducha Świętego. I dopiero wtedy stawali przed bi­skupem lub kapłanem - przedstawicielem Kościoła, który ich w imię Trójcy Przenajświętszej obmywał wodą chrztu, przyjmu­jąc do społeczności wierzących. Często tego samego dnia przyj­mowali Sakrament Bierzmowania i Ciało Pańskie. Stąd w kata­logu sakramentów pozostała taka kolejność: Chrzest - Bierzmo­wanie - Eucharystia. Sytuacja zaczęła się zmieniać dopiero wte­dy, gdy środowisko rodzinne żyło już wiarą i mogło zapewnić, że wychowa dzieci pobożnie, nauczy modlić się, przekaże pierwsze prawdy wiary. Chrzest dzieci stał się wtedy praktyką częstszą, potem powszechną.

Aż do naszych czasów był tylko jeden obrzęd, mianowicie dla dorosłych. I tym rytem posługiwano się także w odniesieniu do niemowląt. Szafarz chrztu zwracał się do dziecka, za niego odpo­wiadali chrzestni. Dopiero Sobór Watykański II polecił zrefor­mować obrzędy chrztu dzieci znajdujące się w Rytuale Rzymskim, mianowicie „dostosować obrzędy do rzeczywistej sytuacji niemo­wląt, jaśniej uwydatnić i udział i obowiązki rodziców ... ułożyć obrzęd, który by wskazywał, że dziecko ... zostało przyjęte do Ko­ścioła”. Zacytowałem fragment dekretu Świętej Kongregacji Kul­tu Bożego, który wprowadził nowe obrzędy chrztu dzieci i pole­cił je stosować w Kościele Powszechnym od dnia 8 września 1969 r. Istotna zmiana: dialog toczy się już nie z niemowlęciem, ale z tymi, którzy za ten chrzest i jego dalszy ciąg biorą odpo­wiedzialność - a więc rodzicami dziecka. Oni to przygotowując się do chrztu swego dziecka odnawiają swoje przymierze z Bo­giem, przystępują do Stołu Pańskiego i w ten sposób dają gwa­rancję, że niemowlę wszczepione przez Sakrament Chrztu w Chry­stusa i przyjęte do Jego Świętego Kościoła zacznie żyć od począt­ku i rozwijać się w religijnej atmosferze, naśladując ojca i mat­kę nauczy się modlitwy, otrzyma pierwsze podstawowe informacje religijne, wejdzie w tradycje i zwyczaje ludzi żyjących Bogiem.

Można powiedzieć, że chrzest dziecka to w dużym stopniu pro­blem wiary rodziców, gdyż - powtórzmy to jeszcze raz: najpierw wiara - potem chrzest. Tego porządku zmienić nie można, gdyż każdy sakrament - to Chrystus udzielający siebie człowiekowi, który z wiarą wychodzi na spotkanie. Tej wiary, jak kredytu, udzielają dziecku rodzice. Prawda, są jeszcze chrzestni. I dobrze, że są. Powiększają krąg zapewniających, 'że dziecko wchodzi w społeczność Kościoła. A więc i oni powinni być obiema nogami w Kościele. Wzmacniają świadectwo wiary rodziców, gdy sami rów­nież odnawiają swe przymierze z Bogiem przez Sakrament Po­kuty i Komunię św. Ale przecież wiadomo: ich wpływ wychowa­wczy jest najczęściej drugoplanowy. Pozostają więc rodzice. To oni są pytani na początku obrzędu chrzcielnego: „Prosząc o chrzest dla waszego dziecka przyjmujecie na siebie obowiązek wychowa­nia go w wierze, aby zachowując Boże przykazania, miłowało Bo­ga i bliźniego, jak nas nauczył Jezus Chrystus. Czy jesteście świa­domi tego obowiązku?” Owszem, dla większości rodziców jest to oczywiste i z całym przekonaniem odpowiadają: „Jesteśmy tego świadomi”. Ale zdarza się i tak, że zapytanie ich o wiarę tyl­ko przy chrzcie nie może wystarczyć, gdyż rodzice dziecka by­wają niekiedy nieprzygotowani do obrzędu chrztu lub proszą o ochrzczenie swych dzieci, ale nie wychowują ich później po chrze­ścijańsku. Dlatego Konferencje Biskupów mają wydać jako pomoc dla proboszczów instrukcje duszpasterskie, które by ustanawiały dłuższy okres na przygotowanie rodziców do chrztu dziecka. Dobrze wiedzą o tym duszpasterze, jakie to są problemy, kiedy trzeba przesunąć termin chrztu. Bo przecież żaden rozsądny ksiądz chrztu nie od­mówi. Ale też rozsądek i odpowiedzialność decydują o tym, że trzeba poczekać, aż powstaną takie warunki, kiedy wychowanie w wierze stanie się faktem.

Znam parafię, gdzie dzieci pochodzące z rodzin zupełnie obo­jętnych religijnie, otrzymują chrzest w połowie drugiego roku katechizacji. Same już wtedy wyznają wiarę, często w gronie ko­legów i koleżanek swej grupy, która je radośnie przyjmuje do wspólnoty wiary. Razem pójdą za kilka miesięcy do I Komunii św. Może rzeczywiście tak lepiej, gdyż traktować tej sprawy czy­sto formalnie nie wolno. Jeśli rodzice ich na katechizację nie przy­prowadzą - trzeba czekać jeszcze dłużej. Bo chrzest jest sakra­mentem dla tych, którzy chcą być naprawdę uczniami Chrystu­sa. Z jaką wdzięcznością trzeba nam dzisiaj wspominać naszą ro­dzinę - „mały kościół domowy”, który zadbał dla nas o chrzest we wczesnym dzieciństwie, a potem długo i cierpliwie uczył żyć wiarą. W tej mszy św. serdecznie się pomódlmy za tych wszy­stkich, którym zawdzięczamy tę łaskę, że tu dzisiaj przed ołta­rzem Boga żywego stoimy jako uczestnicy tego świętego miste­rium. Amen.

trzech-kroliPasterzom powiedziano: „Znajdziecie Dziecię, owinięte w pie­luszki, położone w żłobie” (Łk 2, 12). Poszli aż do Betlejem, po­tem wracali z radością, że znaleźli wszystko tak, jak im to było zapowiedziane.

Jakże wymowna prostota wydarzeń, które miały miejsce w Mieście Dawidowym, w dniach pamiętnego spisu ludności, zarzą­dzonego przez cezara Oktawiana Augusta! Małe, bezbronne Niemo­wlę! Nawet ściany domu nie chronią Matki i Jej Dziecka przed tymi, którzy przybiegli, aby złożyć pokłony Grota betlejemska otwarta na cały świat! Gdy wraz z pasterzami patrzymy na małe­go Jezusa, wiara wydaje się nam tak prosta. Wystarczy przyjąć to Niemowlę, złożyć Mu pokłon tak, jak to uczynili pasterze. Wszyscy jesteśmy ogarnięci tajemnicą Jego Narodzenia. Nie ma żadnych ścian ani barier, które od Niego dzielą. To Narodzenie dotyczy każdego człowieka. Chrystus narodził się dla każdego z ludzi. Słyszeliśmy to już tyle razy! Może właśnie dlatego nie umiemy tej prawdy odnieść do siebie. Chrystus narodził się dla każdego z ludzi, a więc narodził się dla mnie! Narodził się dla ciebie! Stajnia betlejemska jest otwarta, abyś mógł zobaczyć Sło­wo, które stało się Ciałem.

Gdy Jan Paweł II po raz pierwszy stanął na polskiej ziemi, to w sercu Warszawy powiedział te pamiętne słowa: „Chrystus w jakiś sposób zjednoczył się z każdym człowiekiem”. Trzeba więc teraz za Papieżem powtórzyć: Chrystus zjednoczył się ze mną. Bronisz się przed przyjęciem tej prawdy. Mówisz: „Przecież ja jestem tylko słabym człowiekiem”. Popatrz, jak słabym i bez­bronnym jest On. Mówisz: „Moje życie jest pasmem cierpień, jest przepełnione bólem”. Popatrz, jakim bólem jest naznaczone życie Tego, dla którego nie było miejsca w gospodzie. Mówisz: „Moje życie jest tak bardzo szare, nie ma w nim nic godnego czyjejkol­wiek uwagi”. Popatrz, o latach, które przeżył w Nazarecie, nie napisano prawie nic, tak były szare i zwyczajne. Mówisz: „W mo­im życiu jest tyle grzechów, noszę przytłaczający mnie ciężar wła­snych czynów”. Zobacz, że Jego miłość jest większa niż zło przez nas popełnione.

U progu naszej wiary odnajdujemy prawdę, która mówi, że Betlejem jest w nas. Trzeba odbyć z Mędrcami długą wędrówkę, trzeba czasem wiele ksiąg przestudiować, trzeba wielu o drogę py­tać, aby pewnego dnia zobaczyć, że gwiazda tu się zatrzymała, że Chrystus narodził się w nas; że rozwalone są mury wątpliwości, niewierności, że od Jezusa nic nas nie dzieli, że Syn Człowieczy jest pośród nas. Wpatrujemy się więc wraz z pasterzami w grotę betlejemską, aby na co dzień żyć obecnością Jezusa. Teraz, dziś, gdy razem z Mędrcami stajemy przed Maryją i Dzieciątkiem, aby złożyć Mu pokłon, uczymy się, co to znaczy, że nasza wiara speł­nia się w codzienności.

Próbujemy sobie wyobrazić kim był On dla swojej Najświęt­szej Matki w ciągu tych trzydziestu lat przeżytych wspólnie w za­ciszu Nazaretu. Jak ważną osobą, i to ważną w każdej chwili, stał się Ten, którego musiała złożyć w żłobie. Może matki pochy­lone nad kołyską dziecka mogą to zrozumieć. Dziś, w uroczystość Objawienia Pańskiego, trzeba siebie zapytać, kim jest Chrystus dla mnie na co dzień? Czy liczę się z Jego obecnością? Czy jest w mojej codzienności ważną Osobą? Chrystus jest obecny w życiu każdego człowieka. Wiara jest odkryciem tej obecności! Syn Czło­wieczy jest w każdym, kto podejmie trud tworzenia swego czło­wieczeństwa. Nie mówmy już o odmawianiu modlitw, umiejmy każdego dnia w domu naszego serca składać Mu pokłon. Nie mówmy już o ciężarze przykazań, umiejmy każdego dnia w do­mu naszego serca składać mu skarby naszej wierności. Gdy uwie­rzymy, że w stajni naszego życia jest Syn Człowieczy,/ob jawi się On nam jako Syn Boży. Powtórzmy: Sam Bóg objawia się w życiu człowieka! Bóg objawia swą moc w moim życiu! U progu naszej wiary odnajdujemy prawdę, która mówi, że Betlejem jest w nas, a w tym Betlejem narodził się z Maryi Ten, którego my ludzie przyjęliśmy, bo jest Synem Człowieczym, Ten, który się nam ob­jawił jako Syn Boży.

Wokół nas jest tyle niepokoju, ale Ten, który jest źródłem po­koju, pokoju, jakiego świat dać nie może, jest w nas. Wokół nas jest tyle fałszu, ale Ten, który jest Prawdą, zamieszkał wśród nas. Wokół nas jest tyle nienawiści i obojętności, ale w Nim ob­jawiła się Miłość. Wokół nas i w nas również jest tyle zła, ale On jest przebaczeniem -naszych grzechów. Boleśnie nas dotyka śmierć, ale w nas zamieszkał Ten, który jest życiem i zmartwych­wstaniem.

Przyjmujemy Syna Człowieczego, a On nam się objawił jako Syn Boży. Wróćmy jeszcze na chwilę do słów Ojca świętego, wy­powiedzianych na placu Zwycięstwa. „Chrystus - mówił Jan Paweł II - jest kluczem do zrozumienia tej wielkiej i pod­stawowej rzeczywistości, jaką jest człowiek. Człowieka bowiem nie można do końca zrozumieć bez Chrystusa. A raczej: człowiek nie może sam siebie do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest ani jaka jest jego właściwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostateczne przeznaczenie. Nie może tego wszystkiego zrozumieć bez Chrystusa” (Warszawa, 2 VI 1979). Człowiek przyjmując Syna Człowieczego nie jest już skazany na życie w niepokoju, na dźwiganie ciężaru win, bez nadziei prze­baczenia, na niewolę fałszu i nienawiści, bo przyjął Syna Bożego, który jest Drogą, Prawdą, Życiem.

Dziś, w święto Objawienia Pańskiego, stajemy z pokorą przed tajemnicą Syna Człowieczego i Syna Bożego w jednej Osobie, na­szego Zbawiciela Jezusa Chrystusa. Byli w historii Kościoła tacy, którzy w Chrystusie widzieli tylko Boga, który ukazał się nam w ludzkiej postaci. Jakże ubogie stało się ich życie, zabrakło w nim tej istotnej dla chrześcijaństwa prawdy, że w ludzkiej co­dzienności, że w człowieczej codzienności jest rzeczywiście obecny Ten, który naprawdę dla nas stał się człowiekiem. Byli też w historii Kościoła i tacy, którzy w Chrystusie widzieli jedynie pro­roka potężnego w mowie i czynie. Widzieli szlachetnego czło­wieka, twórcę nowej moralności. I chociaż Chrystus stawał się dla nich wzorem człowieka, to tracili z pola widzenia moc Boga, a w Nim zamieszkała. Cóż mogły dla nich znaczyć słowa Zbawiciela: „Ja jestem drogą, prawdą, życiem” (J 14, 6). Dziś w dniu Objawienia Pańskiego z pokorą wyznajemy, że wśród nas jest ten, którego ciągle na nowo poznajemy - Jezus Chrystus, syn Maryi, w którego Osobie są dwie natury: ludzka i boska - Bóg i Człowiek. Dlatego nie bójmy się odnieść do siebie słów proroka: „Oto ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija narody, a ponad tobą jaśnieje Pan i Jego chwała jawi się nad to­bą” (Iz 60, 2).

Podziwiamy dziś wiarę Mędrców. Szukali Króla, szukali Zbaw­cy świata, szukali Tego, który był wyczekiwany przez narody. Upadli w pokłonie na progu zwykłego domu, upadli na twarz przed Dzieciątkiem i Jego Matką. Z prostotą złożyli swe dary Sy­nowi Człowieczemu. Bo właśnie tak, w ten sposób odwieczne Słowo Ciałem się stało. Dziś imiona Mędrców, przekazane nam przez tradycję, wypisujemy na drzwiach naszych domów, aby sobie przypomnieć, że to w nas przebywa Bóg, że to tak, w ten .sposób, odwieczne Słowo Ciałem się staje w naszym życiu!

Śmiertelny, grzeszny człowiek, uwikłany w codzienność, czło­wiek podlegający cierpieniu, każdego dnia konający - staje się silny Bogiem, do którego należy zwycięstwo. Człowieka silnego Bogiem można zabić, ale nie można zwyciężyć. Dlatego z wdzięcz­nością wołamy za św. Pawłem: jesteśmy współdziedzicami, współ­uczestnikami Bożych obietnic, w Chrystusie Jezusie (Ef 3, 6). Amen.