Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: luty 2017
Artykuły filtrowane wg daty: luty 2017

homilia-niedzielnaDrodzy, siostry i bracia w Chrystusie! Jak każdej niedzieli, spotykamy się i dzisiaj przy stole Pańskim, tworząc wspólnotę, którą jednoczy Eucharystyczny Chrystus. W spotkaniu tym uczestniczą przede wszystkim osoby ochrzczone, wszczepione przez Chrystusa w ów winny krzew, jakim jest On sam.. Ale są z nami nie tylko chorzy. Są wśród nas także ci, którzy - jak ewange­liczny Nikodem - przychodzą do Jezusa, ale nie chcieliby być przez nikogo widziani, stają więc gdzieś tam, w kąciku, pod chórem, albo i poza świętynią. Każdy z nas przynosi na to spotkanie swój dar, swoją ofiarę. Zatem składamy dziś na ołtarzu Pańskim zarówno ból chorych i cierpiących, modlitwy potrzebujących i przygnębionych, jak i intencje tych, którzy tęsknią za Jezusem, choć brakuje im jeszcze odwagi, by spotkać się z Nim wprost - otwarcie i jawnie. Wszyscy więc - mniej lub bardziej świadomie - zdą­żają ku Eucharystii, będącej źródłem łaski, zbawienia, pokoju, siły i jedno­ści. Chrystus karmi nas w tym spotkaniu swoim słowem i swoim Ciałem - pokarmem nieśmiertelności.

Od najbliższej środy rozpoczyna się w Kościele okres Wielkiego Postu, czyli czas wewnętrznego skupienia, przygotowujący nas do przeżywania centralnej prawdy chrześcijaństwa - tajemnicy naszego odkupienia. Już dziś liturgia słowa skłania do refleksji nad własnymi postawami, nad warto­ściami, którym zawierzyliśmy w życiu. Św. Paweł Apostoł w czytanym dzi­siaj Pierwszym Liście do Koryntian - wyjaśniając pewne nieporozumie­nia, jakie miały miejsce wśród wiernych korynckiej gminy charakteryzu­je postawę prawdziwego apostoła, świadka Chrystusa, szafarza - jak to określa - tajemnic Bożych. W ocenie tej postawy nie mają znaczenia żad­ne względy ludzi, ich opinie, werdykty ludzkich trybunałów a nawet su­biektywne odczucie sumienia, bowiem - jak stwierdza z naciskiem Apo­stoł - „Pan jest moim sędzią" (1 Kor 4,4). Za najważniejszą zaś cechę po­stawy szafarza Bożych tajemnic uważa wierność. Oczywiście, wypowiada­jąc te słowa, św. Paweł ma przede wszystkim na myśli - jak to wynika z kontekstu - siebie i Apollosa. Ale pouczenie to odnosi się w równym stop­niu do każdego z nas, bowiem jako ludzie ochrzczeni związaliśmy swoje losy z Chrystusem na zawsze i zobowiązaliśmy się głosić Jego tajemnice wobec świata. Zatem jako świadkowie, jako apostołowie (także świeccy) jesteś­my w jakimś sensie także szafarzami Bożych tajemnic. Być świadkiem - znaczy być wiernym! A wierność Chrystusowego świadka dotyczy każdego ochrzczonego bez względu na jego wiek, zawód, narodowość, płeć, pozyc­ję społeczną czy stan, w jakim żyje.

Są jednak we wspólnocie Kościoła kategorie osób, które wierność Bo­żym tajemnicom i głoszenie ich światu uznały za podstawowy cel swego ży­cia, za swoje główne zadanie. Są to kapłani, Siostry zakonne i Bracia zakonni - osoby, które dokonały w swoim życiu pewnego szczególnego wyboru. Porzucając możliwość osiągania zaszczytów, ofiarowali swoje życie Chrystusowi, by stać się anonimowymi sługami dla innych. Ich decyzja wyraziła się złoże­niem ślubów czystości, ubóstwa i posłuszeństwa — czyli konsekracją, uświęceniem życia według rad ewangelicznych. Służą oni Kościołowi pełniąc wiele funkcji i czynności. Opiekują się chory­mi i osobami sędziwymi; prowadzą pomoc charytatywną potrzebującym; pracują jako misjonarze; opiekują się świątyniami; pracują w zakrystiach i kancelariach kościelnych, w drukarniach i redakcjach; są katechetami, wy­kładowcami, rekolekcjonistami i animatorami świeckich wspólnot apo­stolskich. Wykonują wreszcie niezliczone ciężkie i czasem mało widoczne prace fizyczne. Poprzez te wszystkie zadania pragną czynnie pokazać chrześcijańską prawdę o braterstwie wszystkich ludzi, chcą pokazać swoją wierność w służbie Bożych tajemnic. Chcą też uratować, ożywić, ocalić od zapomnienia piękne chrześcijańskie określenie „brat w Chrystusie”.

Przeczytana dzisiaj Ewangelia św. Mateusza, podobnie jak pouczenie św. Pawła, mówi o bezwględnym obowiązku wierności Bogu jako jedyne­mu Panu. Nie może z tą wiernością konkurować troska o wartości ziemskie, służba - jak mówi Ewangelista - mamonie. Wierność Bogu - to zaufa­nie Mu we wszystkim, to ufność, że nie będziemy pozbawieni niczego, co jest nam potrzebne do życia nawet doczesnego. Ewangelista jak gdyby per­swaduje nam tę prawdę, używając do tego celu pięknych obrazów. Skoro ptaki, które nie sieją, nie orzą, Bóg utrzymuje przy życiu; skoro lilie polne przyodziewa królewską pięknością - to ileż więcej troski poświęca czło­wiekowi i jego potrzebom... Zatem nie troszczcie się o to, co będziecie jedli, co będziecie pili, w co się będziecie ubierali. Wasza troska jest godna większej sprawy. A w każdym razie nie troszczcie się o to nadmiernie, by zabieganie o codzienny chleb, ubranie, zaszczyty, dobrobyt nie przysłoniło wam tych wartości, bez których naprawdę żyć nie możecie. „Starajcie się naprzód - mówi Ewangelista - o królestwo Boga i Jego sprawiedliwość, a to wszystko będzie wam dodane” (Mt 6,33).

Życiowy wybór, jakiego każdy z nas dokonuje, jest także pewną odpowiedzią na wezwanie zawarte w dzisiejszej Ewangelii. Bracia i Siostry zakonne przez ślub posłuszeństwa obiecali Bogu bezwzględną wierność, oddali się do dyspozycji Boga wszędzie, gdzie zostaną posłani. Przez śluby czystości i ubóstwa zaufali Bogu, że naprawdę „wszystko inne będzie” im dodane. Mógłby jednak ktoś sądzić, że tak dosłowne potraktowanie ewangelicznego wezwania jest możliwe jedynie dla osób, które wybierają życie konsekrowane. Ewangelia jest dla wszystkich i do wszystkich się odnosi. Ewangelia wszystkich wzywa do uświęcenia życia, do swoistej jego konsekracji, chociaż na czym innym polega uświęcenie w życiu zakonnym czy kapłańskim, na czym innym w życiu samotnym czy rodzinnym. Ale jest to ta sama wierność, ta sama ufność, ta sama jednoznaczność w opowiedzeniu się po stronie Bożych wartości.

Zbliża się Wielki Post - czas wyjścia na pustynię, popatrzenia na siebie i swoje życie, stanięcia w prawdzie wobec Boga. To czas błogosławionej ucieczki od wciąż osaczającego nas chaosu nadinformacji, wieloznaczności i anonimowości. Na pustkowiu, w ciszy, z daleka od wszystkiego co nas na co dzień całkowiecie pochłania, przyjdzie nam znów postawić pytanie o na­sze przywiązania do różnych wartości, o ich hierarchię w naszym życiu. Ma­jąc w myślach pouczenie dzisiejszej Ewangelii, zjednoczmy się wokół ta­jemnicy Eucharystii. Dołączmy do ofiary Chrystusa swoje pytania i niepo­koje. Zaczerpnijmy świętej ciszy, która promieniuje z tej tajemnicy. Wśród tej ciszy, pożywieni eucharystycznym chlebem, prawdziwym Cia­łem Chrystusa, codziennym pokarmem nieśmiertelności - będziemy zdol­ni właściwie rozpoznać wartości przynależące do „królestwa Boga i Jego sprawiedliwości”, a wszystko inne będzie nam dodane.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

krolestwo-bozeCzłowiek, doświadczając losu ludzkiego na ziemi, powtarza nieraz, tylko w innej formie, słowa proroka Izajasza: „Pan mnie opuścił, Pan o mnie zapomniał” (Iz 49, 14). Iluż to ludzi mówi niekiedy: „chyba Bóg mnie opuścił, chyba Bóg o mnie zapomniał”.

Tak mówią czasem ci, których choroba, cierpienie przykuły na długie miesiące i lata do łoża. Tak mówią ci, którym los pokrzyżował uczciwe plany życiowe, rozbił szczęście małżeńskie, zabrał najdroższą osobę. A zdarza się nawet, że człowiek na widok tryumfującego zła nad dobrem, kłamstwa nad prawdą, przemocy nad miłością, niesprawiedliwości nad uczciwością, wątpi i woła wprost: chyba Boga nie ma!

Tymczasem słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii zapewniają nas, że jest Bóg, Bóg wszystkowiedzący. Bóg wszechmocny. Jest Bóg, który troszczy się o lilie polne, ptaki w powietrzu …. bez woli którego nawet włos z głowy nam spaść nie może! Tego Boga Chrystus każe nam nazywać Ojcem. Wie Ojciec wasz, czego potrzebujecie.

Izajasz, prorok tych, którzy wołają: Pan o mnie zapomniał, nie pamięta o mnie – pyta: Czyż może matka zapomnieć dziecięciu swego…? A choćby matka o tobie zapomniała – to Bóg o tobie nie zapomni! (Iz 49, 15). Nie dziwimy się więc. że Kościół w każdą niedzielę, a nawet codziennie każe nam przypominać sobie tę prawdę, gdy mówimy: wierzę w Boga Ojca wszechmogącego!

Istnienie Boga-Ojca, nie chroni nas jednak – jak wiemy o tym z doświadczenia – od choroby, bólu, cierpienia, od troski o chleb codzienny i odzienie. W pocie czoła pracować będziecie… (Rdz 3, 19). I Chrystus, choć mówi o troszczącym się o nas Ojcu, nie zwalnia nas z obowiązku pracy i troski o chleb. Ze słów Chrystusa: przypatrzcie się liliom na polu (Mt 6, 28), nie wolno nam wyciągać fałszywego wniosku. Mamy się troszczyć. On nas jedynie przestrzega przed zbytnią troską, przed tym, abyśmy w swej zapobiegliwości o potrzebne nam dobra nie zapomnieli o Bogu, nie nabywali ich kosztem innych ludzi, byśmy nie stali się niewolnikami pracy i dóbr tej ziemi. Tych ludzi, którzy odwrócili hierarchię wartości i w gromadzeniu i konsumowaniu dóbr ziemskich chcą widzieć sens życia ludzkiego, Jezus nazywa ludźmi małej wiary.

I poucza nas: „Szukajcie naprzód królestwa Bożego, … a to wszystko będzie wam dane” (Mt 6, 33). To wszystko, czego potrzebujemy, będzie nam dane, jeśli będziemy budowali na podstawowych prawach królestwa Bożego, na poszanowaniu godności człowieka, sprawiedliwości, uczciwości, prawdzie i miłości. Zbyt dobrze wiemy, że na niewiele się zdadzą bogactwo, pieniądze, dom. samochód, jeżeli są zdobyte nieuczciwą drogą…, jeżeli w rodzinie zabraknie miłości, a w stosunkach społecznych uczciwości. Znamy przecież te głosy:wolałabym nie mieć samochodu,byle mąż mnie kochał, byle dzieci miały ojca, byle w domu panował spokój, miłość. Ileż niepokoju, napięcia i nienawiści, spowodowały nieuczciwość, zakłamanieinie, sprawiedliwość, nie trzeba udowadniać. Ileż zaoszczędzilibyśmy sobie zdrowia, o ileż bylibyśmy bogatsi, gdyby w życiu społecznym panowały sprawiedliwość, poszanowanie człowieka, gdyby w zakładach pracy była uczciwość, gdyby w rodzinach panowały wierność i miłość!

Szukajcie naprzód królestwa Bożego.Szukać królestwa Bożego i jego sprawiedliwości – to budować na fundamencie prawdy, gdzie białe znaczy białe, czarne – czarne, gdzie słowa łączą, a nie dzielą; gdzie prawda, nawet bolesna, budzi nadzieję na lepszą przyszłość, bo wiemy, że płynie z miłości i kryje się za nią braterska pomoc.

Szukać królestwa Bożego – to spędzać noce i dni nad wspólnym znalezieniem wyjścia z kryzysu, nad odbudowaniem wzajemnego zaufania w stosunkach społecznych, to trudzić się poraz któryś nad odrodzeniem wzajemnej miłości i szczęścia w rodzinie. Szukać królestwa Bożego – to kierować się najważniejszym przykazaniem Chrystusa – przykazaniem miłości, które każe widzieć w drugim człowieku nie wroga, nie piekło – jak chce J.P.Sartre, ale Chrystusa. Obojętne, kto jest tym człowiekiem, czy jest nim obłożnie chory, matka staruszka, zniedołężniały ojciec, niemiły sąsiad, czy poczęte w łonie matki dziecko. Dziecko to – to nie agresor, który wyciąga rękę po z trudem zdobyty chleb, ale potrzebny obywatel naszego narodu, dziedzic nieba. Szukać królestwa Bożego – to żyć, jak uczy św. Paweł, zgodnie z sumieniem człowieka wierzącego w Boga Ojca wszystkich ludzi, to żyć jak człowiek, który wie,że stanie przed Chrystusem – Sędzią i usłyszy: cokolwiek uczyniliście… Mnieście uczynili (Mt 25, 40).

W tym szukaniu i realizowaniu królestwa Bożego w nas i dokoła nas nieraz będziemy ponosić rany, boleć i cierpieć, bo świat wykorzysta naszą dobroć i miłość, bo ludzie nadużyją naszego zaufania, bo czasem, będziemy świadkam i jak zatryumfuje zło i nienawiść, jak podłość i zakłamanie wezmą górę. Ale niewolno nam wtedy wołać: „Boga nie ma”, „Bóg o mnie zapomniał”. W chrześcijańskiej ekonomii zbawienia cierpienie i ból też mają sens – jeśli są podjęte z Chrystusem dla zbawienia.

Gromadzimy się w każdą niedzielę przy ołtarzu, na którym, jak kiedyś na krzyżu, ofiaruje się Chrystus. Ten krzyż, po ludzku biorąc, jest przecież wyrazem tryumfu zła nad dobrem, kłamstwa i obłudy nad prawdą, ludzkiej podłości i nienawiści nad miłością. Ale ten krzyż – w świetle wiary – jest równocześnie znakiem, że szerzenie królestwa Bożego ma sens, bo życie Chrystusa nie skończyło się krzyżem i śmiercią, ale zmartwychwstaniem i życiem bez końca!

A więc, ostateczne zwycięstwo należy do dobra, prawdy, miłości. Niech dzisiejsze wezwanie Chrystusa: „Szukajcie naprzód królestwa Bożego” zachęci nas do pełniejszej realizacji tego królestwa w nas i dokoła nas wiedząc, że nie jesteśmy sami, ale że zawsze towarzyszy nam niewidoczna obecność Tego, o którym mówimy: wierzę w Boga Ojca wszechmogącego.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

jezusPowiedział nam dziś Pan Jezus, że mamy nadstawić policzek, gdy nas ktoś uderzy. Nie pierwszy raz słyszymy to polecenie, jest ono jednoznaczne, wyraźne. I chyba za każdym razem budzi nasz wewnętrzny sprzeciw, czy naprawdę tak trzeba uczynić. Gotowi jesteśmy zapytać: „Panie, a gdyby Ciebie ktoś uderzył w twarz?” Nie pytajmy. Wiemy, że uderzył... W czasie pierwszego przesłuchania, natychmiast po aresztowaniu, jeden ze sług Annasza „spoliczkował Jezusa, mówiąc: ...tak odpowiadasz arcykapłanowi?”... (J 18, 22). Nadstawił mu Jezus drugi policzek? Nie! Ale zatrzymał nadgorliwca słowami, które do niego skierował: „Jeżeli źle powiedziałem, udowodnij, co było złego. A jeżeli dobrze, to dlaczego mnie bijesz?” (J 18. 23). A jednak: sługa już go więcej nie uderzył, przesłuchanie zostało zakończone, Annasz wysłał Jezusa związanego do Kajfasza.

To zestawienie zasady słownej sformułowanej w sposób budzący kontrowersję z sytuacją faktu nie zostawia wątpliwości żadnej: Chrystus Pan przekreśla zdecydowanie prawo odwetu, zemsty, rewanżu. Od wszystkich, którzy chcą być jego uczniami, żąda więcej - każe miłować nawet nieprzyjaciół. Można znać chrześcijaństwo powierzchownie, mieć trudności z określeniem zasad doktrynalnych, ale z tym nie ma wątpliwości: Chrystianizm jest religią przebaczenia. To jest właśnie to novum, które różni naukę

Chrystusa od wszystkich dotychczasowych systemów prawnych i religijnych. Ono też jest i dzisiaj kamieniem probierczym pozwalającym stwierdzić, ile w każdym z nas jest nowego, a ile starego człowieka.

Wielu z nas przeżyło wojnę, przeszło przez udręki i cierpienia tamtego czasu. Zapomnieć o nich nie sposób. Wspomnienia żyją w nas tak, jakby się to działo przedwczoraj. Gdy je nazwano po imieniu, próbowano nawet po ludzku wymierzać sprawiedliwość zgodnie z literą prawa, zastosowano odszkodowania. Choć, jak można wynagrodzić ofiarę krwi, ofiarę życia... Ale może wtedy rzeczywiście tępieje ból, rośnie nadzieja na przebaczenie. Trudniej, gdy krzywda straszna, a winnego nie ma. Nikt nie bierze odpowiedzialności, nikt się przyznać nie chce, nie potrafi powiedzieć jednego słowa: „Przebaczcie”...

Przed paroma laty pośredniczyłem w załatwianiu formalności w związku z wyjazdem mojego znajomego. Od dawna marzył, by pojechać do Katynia. Tam pogrzebano jego ojca, zamordowano tylko dlatego, że był oficerem polskim. Pamięta go słabo, był małym chłopcem, gdy się z ojcem pożegnał latem 1939. Chciał dotknąć ziemi, w której spoczywa. Przywiózł grudkę tej ziemi stamtąd i wiersz, który na tym strasznym cmentarzu napisał.

Gdy życia dali za Włochy
To ziemia włoska ich tuli.
Tu spoczywają prochy
Ofiary alianckiej kuli.
Przybyliśmy, gdy los dał bilet
My podstarzałe sieroty
Poświęcić krótkie choć chwile
Ofiarom stalińskiej hołoty.
Wieźliśmy kwiaty i znicze
i w sercach blizny po ranach
Nie pomożemy zmarłym w niczym
Jeno westchnieniem do Pana.
I choć złoczyńców zgraja
Pewna swej bezkarności
Chciała śmierć waszą zatajać
Staje przed sądem ludzkości.
Niech Bóg o dobrym sercu
Przyjmie do swojej chwały
Ofiary, ich morderców
I sierot zastęp cały.

(Bolesław Włodarczyk)

Ofiary, ich morderców i sierot zastęp cały... w jednym szeregu, jednym tchem poleceni Bogu... Może więc nie jest z nami tak źle, reagujemy jeszcze ewangelicznie, choć to przecież takie trudne.

Sporadyczny wypadek? Nie! Dziś pielgrzymują tam już krewni i przyja­ciele. Modlą się pod krzyżem, sprawują Eucharystię, polecają Bogu ofiary tej masowej zbrodni, a także oprawców. Wielu z morderców żyje jeszcze. Może im te modły wyjednają nawrócenie...

Może więc nie jest z nami jeszcze tak źle. Zdajemy egzamin przed światem z naszego chrześcijaństwa. Zdajemy egzamin dzisiaj w życiu politycznym i społecznym, odnosząc sukcesy, o których przed kilku laty można było tylko marzyć. Odnosimy zwycięstwa po długich zmaganiach. Pomyślmy, jak nierówny był rozkład sił. Po jednej stronie ludzie starego systemu wyposażeni we wszystkie środki przemocy. I wszystkie zastoso­wano do użycia broni ciężkiej włącznie. Tylko, że czołgi nie miały do kogo strzelać: nie było oporu! Zapełniły się więzienia i obozy internowania. Interwencja militarna niczego nie rozwiązała. Trafiła na prze­szkodę naprawdę ewangeliczną: „Nie stawiajcie oporu złemu”... tą samą metodą, jak ją zadano.

Tak trudno jest uwierzyć, że to nie ludzkie kalkulacje, ale Pan Jezus ma rację. Uwierzmy więc teraz, gdy rozlegają się glosy, że trzeba się rozliczyć, natychmiast postawić przed komisjami i sądami ludzi odpowiedzialnych za bałagan, w którym musimy żyć.

Rozwiązać, wyprowadzić, odebrać... Spokojnie, bez nerwów - sami się rozwiązują, wyprowadzają, oddają. Skoro już jesteśmy we własnym domu porządkujmy go rozsądnie i zgodnie z Ewangelią: bez. nienawiści i rewanżu. To zadanie stoi przed nami, przed każdym z nas.

Zwróćmy uwagę: Pan Jezus zaczął mówić do uczniów swoich w liczbie mnogiej: Słyszeliście, że powiedziano... a ja wam powiadam... nie stawiajcie... Ale zaraz do każdego oddzielnie: nadstaw mu drugi... odstąp i płaszcz... idź dwa tysiące... daj... nie odwracaj się.

To nie przypadek. To zamierzona stylistyka. Społeczeństwo jest takie i tak reaguje, jak większość jego członków, które tę zbiorowość tworzą. Znów więc można by mieć nadzieję, że nie jest z nami tak źle. Z nami. którzy jako wierzący często spotykamy się z Chrystusem nauczającym, Jego słowo jest w nas. A także z tymi, którzy wyznając moralność laicką, próbują żyć po ludzku. Ale jak to zauważył znany współczesny publicysta (A. Małachowski, KULTURA 10.3.74) do zduszenia w sobie nienawiści potrzebne są silniejsze motywacje niż te, jakie może nam dać kultura. Bo można mówić o konieczności rozwijania kultury współżycia, ale grozi to tym, że będzie się nienawidzić po cichu, kulturalnie.

Na taką postawę, jakiej od nas dziś domaga się Chrystus, można się zdobyć tylko wtedy, gdy pozwolimy, aby On sam w nas działał. Otóż właśnie nie ominiemy tego pytania, które jest skierowane do każdego z nas, czy pozwalam, by Chrystus działał we mnie zwłaszcza wtedy, gdy z takim trudem zdobywam się na wysiłek przebaczenia.

Jeżeli Pan Jezus nas uprzedził: „Beze mnie nic nie możecie uczynić”, to wiedział, że przede wszystkim nasz trud jest daremny, gdy sami o własnych siłach próbujemy darować winy i zastosować prawo miłości nawet osobis­tych wrogów.

A to najtrudniejsza sprawa. Może dlatego polecił nam Pan Jezus modlić się za naszych prześladowców. On też uzależnił darowanie naszych win od tego, czy odpuszczamy winy naszym winowajcom. I te właśnie słowa modlitwy, której On nas nauczył: „Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy”... powiedzmy dziś ze szczerym pragnieniem, aby naprawdę tak się stało. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY

kazanie-na-gorzeUmiłowani Bracia i Siostry!

W tych dniach zabawy karnawałowe osiągają swój szczyt. Wiemy o tym lepiej niż w przeszłości, dzięki środkom społecznego przekazu - zwłaszcza telewicji. A co zaleca nam Kościół w tej sytuacji - dzisiaj w 7 Niedzielę Zwykłą Roku Pańskiego 2017?

Mówi o tym bez żadnych dwuznaczności odczytane przed chwilą Słowo Boże. „Mów do całej społeczności Synów Izraela - usłyszał Mojżesz od Pana - bądźcie świętymi, bo ja jestem święty Pan Bóg wasz” (por. Kpł 19). Tymi słowami Pan Bóg żąda od swego ludu świętości. Żądanie to uzasadniają słowa: „Ja jestem Pan wasz Bóg”. Lub w pełnym brzmieniu: „Ja jestem Pan wasz Bóg, który was wywiódł z ziemi egipskiej z domu niewoli” (Kpł 19,1-2). Lud izraelski jest święty, jak wynika z tych słów, ponieważ w szczególności należy do Boga i został przezeń uświęcony. Fakt ten ma swoje konsekwencje dla wspólnoty życia w Izraelu. „Nie będziesz żywił nienawiści w sercu do brata; nie będziesz szukał pomsty; będziesz kochał bliźniego swego jak siebie samego” - zostało zapisane w pierwszym czytaniu z Księgi Kapłańskiej. Nienawiść do nieprzyjaciół w Starym Testamencie - wyrażenie to nigdzie nie jest zalecane. Można wszakże o niej tam stąd wnioskować, że przykazanie miłości bliźniego stanowi zobowiązanie tylko względem bliźnich braci lub złorzeczeń pod adresem wrogów.

Takie złorzeczenia jak wiemy znajdują się w Psalmach. Przeciwieństwem bowiem miłości jest nienawiść. Jednakże w Ewangelii Pan Jezus kładzie kres na dzielenie ludzi na bliźnich i wrogów - co mogło być dozowlonew przeszłości dla wybranego narodu, a mimo to niekiedy opornego Izraela. Nie może być aktualne w Nowym Testamencie i nie może być uznawane za wolę Bożą.

Świadczą o tym radykalne słowa skierowane do uczniów. Słyszeliście, że powiedziano: „Będziesz miłował bliźniego swego jak siebie samego” (Mt 5,43). A ja wam powiadam: „Miłujcie swoich nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują” (Łk 6,27). Chrystusowe uzasadnienie tego rodzaju postawy brzmi: „Bądźcie więcej doskonali, jak doskonały jest wasz Ojciec Niebieski” (Mt 5,48). „Ponieważ On sprawia, że słońce jego wschodzi nad złymi i dobrymi i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych”.

A co można z tak sformułowanego przykazania miłości do człowieka odnieść do współczesnych uwarunkowań jego życia? Nie ulega wątpliwości, że każdy człowiek ma podstawowe prawo do obrony przed niesprawiedliwością. Niemniej jest rzeczą bardzo wątpliwą moralnie, sięganie do zemsty, jako dobrego i skutecznego środka obrony. Można bowiem do jednej nieprawidłowości dodać inną. Pan Jezus chwali tych ludzi, którzy nies stosują zemsty, ponieważ „błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię”. (Mt 5,5)

A Św. Paweł upomina wiernych Rzymu: „Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj” (por. 1Kor 3,23).

Dochodzić swego prawa za wszelką cenę nie jest zawsze rzeczą najlepszą. Jeśli ktoś potrafi bez rozgoryczenia zrzec się własnego prawa uzyskuje coś o wiele większego - pokój i wolność! Dzisiejsze Słowo Boże w II czytaniu naucza o jeszcze innym rodzaju świętości, tej świętości, która jest absolutnym darem miłości Boga ku człowiekowi. Słyszeliśmy słowa Św. Pawła: „Bracia, czyż nie wiecie, że jesteście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w was?” (IKor 3,16). Tą świątynią Boga jest każdy człowiek żyjący w łasce uświęcającej - miłością Boga i bliźniego i zarazem cała wspólnota wierzących w Chrystusa. Obecność Ducha Świętego czyni tę wspólnotę świętą.

Jeżeli ktoś niszczy wspólnotę Ludu Bożego rozbijając jej jedność, tego - zdaniem Apostoła - zniszczy Bóg. Tam bowiem, gdzie jest obecny Bóg nie wolno ubóstwiać ludzi, albo ich nawzajem sobie przeciwstawiać. Tylko w Chrystusie posiadają ono Bożą mądrość i Bożą moc. Tylko dzięki Niemu samemu stanowią Bożą rzeczywistość w świecie. Słyszeliśmy inne słowa tegoż Apostoła: „Wszystko bowiem jest wasze: czy świat, czy życie, czy śmierć, czy te rzeczy teraźniejsze, czy przyszłe - wszystko jest wasze - wy zaś Chrystusa - a Chrystus Boga”.

Inaczej mówiąc poza Chrystusem nie istnieje autentyczna moralność chrześcijańska i autentyczne wychowanie chrześcijańskie. Chciałbym jeszcze w kontekście refleksji na temat świętości dopowiedzieć parę słów, że uczelnia, w której pracuję (Papieska Akademia Teologiczna) w Krakowie, szczyci się wśród polskich uczelni akademickich - jako jedyna - świętymi wyniesionymi na ołtarze.

Należy do nich wśród wielu (nie licząc studentów) św. Jadwiga Andegaweńska - królowa Polski, która ufundowała pod koniec XIV w. Wydział Teologiczny w Akademii Krakowskiej. To ona wypowiedziała słynne słowa odnotowane przez dziejopisarza Ks. Jana Długosza: „o skrzywdzonych przez żołnierzy królewskich wieśniakach - a kto im łzy przywróci?”;

Św. Jan Kanty - profesor teologii tejże uczelni. W XV w. przeszedł do historii hagiografii polskiej przede wszystkim jako mąż miłosierdzia. Takim go chwali liturgia Kościoła. Oraz św. Józef Sebastian Pelczar, z przełomu XIX i XX stulecia profesor Wydziału Teologicznego, a zarazem rektor UJ - a później bp przemyski i założyciel zgromadzenia Sióstr NSJ - by niosły pomoc różnorodnej biedzie ludzkiej.

To ta uczelnia dała Kościołowi i Polsce świętego papieża Jana Pawła II, którego w świecie powszechnie nazywa się Ojcem Świętym.

Bracia i Siostry w Chrystusie! W podstawowym swoim dokumencie, Konstytucji o Kościele Sobór Watykański II stwierdza o świętości: „wszyscy ludzie niezależnie od tego czy należą do hierarchii, czy są przedmiotem tej funkcji pasterskiej, powołani są do niej zgodnie ze słowami Apostoła” (por. KK 10,5). Albowiem wolą Bożą jest uświęcenie wasze. Oczywiście ta świętość Kościoła wyraża się rozmaicie u poszczególnych ludzi, którzy we właściwym sobie stanie życia dążą do doskonałej miłości.

Jednakże to, co chciałbym szczególnie podkreślić w nauczaniu soborowym, to sprawa ludzi dotkniętych przez los różnego rodzaju nieszczęściami. Sobór powiada: „Niech wiedzą, że szczególniej jednoczą się z Chrystusem cierpiącym dla zbawienia świata ci ludzie, których gnębi ubóstwo, choroba i rozmaite troski; albowiem, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości (KK 10,5). Ich to Pan w Ewangelii nazywa błogosławionymi. Ich Bóg wielkiej łaski, który wezwał nas do wiecznej chwały w Chrystusie Jezusie - po niewielkim utrapieniu udoskonali, utwierdzi i ugruntuje”. Amen!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

kazanie-na-gorzeUkochani Bracia i Siostry! To już trzecią niedzielę lud Nowego Przymierza gromadzi się przy stole sło­wa Bożego, by słuchać i rozważać tekst Chrystusowego kazania na Górze. Dziś otrzymaliśmy fragment dłuższy z piątego rozdziału św. Mateusza. Po­rusza on wiele problemów. Mówi więc Pan Jezus, że pragnie wypełnić Pra­wo i Proroków. Mówi o sprawiedliwości swoich uczniów. A potem w anty­tezach komentuje stare przykazania: „Nie zabijaj”, „Nie cudzołóż”, „Nie mów fałszywego świadectwa”. I stawia wymagania większe, niż powiedzia­no przodkom...”.

Zatrzymajmy się przy jednym temacie, związanym z przykazaniem szó­stym. Ma on dwa zasadnicze – choć nie jedyne – aspekty: cudzołóstwa i rozwodu. Każdy, kto trudził się w katechizacji, wie, jak trudno jest to przykazanie przybliżyć dzieciom. W jaki krąg problemów wchodzimy i jakiej delikatności trzeba, także w zakre­sie terminologii, aby nie naruszyć tej wrażliwości, która jest zwłaszcza w młodym człowieku. Ale wtedy dla słuchaczów Jezusa sprawy układały się – zda się – prościej. Według orientalnego prawa małżeńskiego, które wy­wierało wpływ na lud Starego Przymierza, kobieta zamężna jest własnością swego męża. Przez „cudzołóstwo” rozumiano wtedy kontakt seksualny mężatki z innym mężczyzną. Oboje naruszają prawa małżonka. Ale on, ten obcy, nawet gdyby był żonaty, nie łamie jedności swego małżeństwa. Dziś nawet trudno nam zrozumieć ten rodzaj rozumowania prawnego. Od wielu pokoleń jesteśmy wychowani w innym klimacie, który bierze swój począ­tek w korekcie Chrystusowej: „Każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę”. (Mt 5,28). Dziś trzeba by także dodać: „Każda, która pożądliwie patrzy na mężczyznę”. I tak jednym zdaniem zaostrza Jezus szóste przykazanie, przenosząc problem z płaszczyzny prawa i faktu w sferę zamiarów, prag­nień, marzeń. Nie podlegają one kodeksowi karnemu, ale decydują o mo­ralnej postawie człowieka. Wszystko bowiem, co człowiek uczyni, poczyna się w jego wyobraźni, myślach, projektach. I to, czym karmimy naszą wyo­braźnię, na co i jak patrzymy, czego i jak słuchamy, czym nasycamy nasze serca, decydować będzie o działalności na zewnątrz. „Światłem ciała jest oko. Jeśli więc twoje oko jest zdrowe, całe twoje ciało będzie w świetle. Lecz jeśli twoje oko jest chore, całe twoje ciało będzie w ciemności” (Mt 6,22n).

Jak można sobie radzić z niepokojem swego ciała, gdy nie panuje się nad pierwszą pokusą, która przychodzi łatwo jak film w telewizji. Czasem zja­wi się plansza, że tylko dla dorosłych, ale i dorośli żałują, że oglądali, bo ani wartości artystycznych, ani piękna; zostały tylko skojarzenia, które siedzą w wyobraźni jak zadry, wyciągnąć je trudno. Jeśli człowiek dorosły ulega tym sugestiom, to co się dzieje w duszach dzieci, młodzieży dorastającej? Niedawno zapytałem na mszy św. dla dzieci, kto z nich oglądał sobotnie nocne kino. Podniosło się kilkadziesiąt rąk. Dzieci z młodszych klas szkoły podstawowej. Pomyślałem sobie tak brzydko o ich rodzicach, że powtórzyć się nie da. Ale pomyślcie sami: pojękuję teraz po kaznodziejsku, czy też mam podstawy do obaw? Jak w tym klimacie wychować młodego chłopca, by patrzył na dziewczynę jak na człowieka, a nie jak na rzecz godną pożą­dania. Trzeba mieć bardzo krótki rozum, by tego nie dostrzegać. Bo nieda­leko stąd do pornografii, którą się przemyca i rozpowszechnia różnymi dro­gami coraz szerzej. A to już katecheza szatana w całej pełni.

A teraz aspekt drugi: rozwody. Ile tu jest narzekania, że Kościół jest za­cofany; że to nie na dzisiejsze czasy stawiać takie wymagania, żądać przy­sięgi wytrwania w związku małżeńskim, aż do śmierci. Wystarczy się rozej­rzeć w kręgu znajomych. Mało kto żyje w tym związku, który przed laty był budowany na miłości, wierności i uczciwości. Ci, którym się nie udało, musieli się rozejść. Trochę kłopotów w sądzie, trochę kosztów, ale wreszcie się udało. Oboje są na zasadzie prawa cywilnego wolni, mogą zawrzeć pow­tórne związki. A za czasów Pana Jezusa nawet nie trzeba było rozprawy są­dowej. Wystarczyło, że na podstawie Prawa Mojżeszowego mąż wręczył swojej żonie list rozwodowy, to jest pisemną deklarację, że z dniem dzisiej­szym nie uważa już swojej połowicy za żonę, aby ona była natychmiast sta­nu wolnego i mogła sobie wyjść powtórnie za mąż, za kogo tylko zechce. Nie przesadzam ani trochę, tak było naprawdę. Różnili się tylko uczeni w Piśmie, jakie są wystarczające powody do takiej decyzji. Ale i tu były szko­ły tak liberalne, że aż trudno uwierzyć. I teraz temu społeczeństwu, które z przymrużeniem oka traktowało trwałość małżeństwa i miało po temu pod­stawy prawne, temu społeczeństwu mówi Chrystus: Ja wam powiadam: unieważniłem tę zasadę, dotyczącą listów rozwodowych – „Każdy, kto od­dali swą żonę... naraża ją na cudzołóstwo, a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa" (Mt 19,9). Czy słuchacze zrozumieli, co zna­czyło to uroczyste: a ja wam powiadam? Problem ten powróci w innej sytu­acji, gdy faryzeusze pytaniem: „Czy wolno oddalić swoją żonę?” (Mt 19,3) – starać się będą wystawić Chrystusa na próbę. Tak mocno i jednoznacz­nie pouczy wtedy Pan Jezus, że Stwórca od początku stworzył ludzi jako mężczyznę i kobietę. „Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem. Co więc Bóg złączył, niech czło­wiek nie rozdziela” (Mt 19,4). Nie pozostawił cienia wątpliwości co do jed­ności i nierozerwalności małżeństwa, tak że uczniów Pańskich ogarnął lęk: „Jeśli tak ma się sprawa człowieka z żoną, to nie warto się żenić” (Mt 19,10). Odpowiedź Chrystusa: „Nie wszyscy to pojmują, lecz tylko ci, któ­rym to jest dane” (Mt 19,11).

Odwiedził mnie niedawno jeden z dawnych uczniów, od kilku lat żonaty. – Proszę księdza, przeprowadziłem się do matki. – Masz zamiar teraz mieszkać u mamusi? – Nie, po tygodniu wróciłem do żony. Zrozumiałem, że moje miejsce jest przy niej; Pana Boga wzywałem na świadka, że mówię prawdę, iż jej nie opuszczę aż do śmierci. Zdecydowaliśmy, że wynajmie­my mieszkanie, które jest norą, bez żadnych wygód. Ale chcemy być ra­zem. – No właśnie. Może dopiero teraz wasz związek zacznie zrastać się w jeden organizm, którym jest prawdziwe małżeństwo, gdy zostaniecie sami, uwolnieni od tych wszystkich ingerencji rodzinnych, które niczego dobrego nie wnoszą. Ale najważniejsze, że pojąłeś, iż twoje życie nie istnieje bez niej, że ona jest twoją drugą połową. I tak ma być do końca. A na razie całe życie przed wami. Trzeba je budować wspólnie.

Prawda: nie wszyscy to pojmują. Ale są tacy! To nadzieja Kościoła i społeczeństwa. To oni stworzą warunki, że ich dzieci będą wzrastać na zdrowych i normalnych ludzi, bo mieć będą ojca i matkę. To oni są żywym przy­kładem, że Ewangelia Chrystusa, nawet gdy jest trudna, wskazuje jedyną drogę do zbawienia, bo pomaga żyć po ludzku. I gdy się to pojmie, to także warto się żenić. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY

homilia-na-niedzieleUkochani Bracia i Siostry! Pan Bóg dziś przypomina nam przykazania, które ustanowił i dał człowiekowi. Nikogo to nie dziwi; trudno wyobrazić sobie życie bez prawa, bez jakichkolwiek zasad, nakazów i zakazów. Ludzie zawsze mieli normy moralności i postępowania. W ich świetle układali swoje życie i osądzali swoje czyny. Jezus Chrystus również nie zniósł prawa moralnego Starego Testamentu, ale je udoskonalił i uświęcił wskazując na ich wewnętrzną wartość.

Wprawdzie I czytanie mówi, że człowiek otrzymał wolność i od jego woli zależy zachowanie Bożych Praw, ale Panu Bogu nie jest obojętne czy żyje się zgodnie z Jego prawem - czy nie. Dlatego człowiek woła do Boga słowami Psalmu: „Naucz mnie, Panie, drogi Twoich ustaw” (Ps 119).

Podstawowym środowiskiem, w którym człowiek poznaje Prawo Boże i uczy się go przestrzegać - jest rodzina. W rodzinie, każdy w sposób naturalny wchodzi w życie Boże. Dziecko obserwuje modlących się rodziców - rozwijając się w domu (gdzie widzi i święty obraz i krzyż Chrystusa), w sposób naturalny pojmuje, że nie ma niczego ponad Boga; że Imię Boże wymawia się z szacunkiem. A dziś, w niedzielę, jako Dzień Pański z Bogiem przeżywa. Właśnie rodzina pierwsza wzbudza lub nie szacunek wzajemny; uczy czcić rodziców; szanować życie i własność drugiego; żyć w szacunku do siebie i innych.

I to właśnie prawo - jako norma moralności zostało w sposób naturalny przekazany człowiekowi. Nikt się z tej wartości chrześcijańskiej nie śmieje, nikt jej nie wykpi. Nie chciałby być nieuszanowany w swoim własnym dziecku, okradziony przez swoich najbliższych, zniesławionym czy zabitym. Rodzina chrześcijańska (powiedzmy i ludzka) - powinna w swych kolejnych pokoleniach doskonalić się w życiu Bożym; w zachowywaniu przykazań. Źle jest, jeżeli zauważymy na polu rodziny dekadencję. Historia nieraz dostarczyła przykładów negatywnych, kiedy to wskutek niezachowania przykazań wyginęły niegdyś potężne rody.

Przed ponad 100 laty mówił Kierkegaard o epoce w której żył. Doba dzisiejsza - pisał - „przypominała rozkład państwowości greckiej. Wszystko istnieje nadal, ale mimo to nie ma nikogo, kto by w to wierzył”. Niewidoczne więzy duchowe, które jej nadawały charakter i znaczenie znikły i tym samym cała ta epoka jest zarazem komiczna i tragiczna. Tragiczna -bo ginie; komiczna - bo istnieje nadal. Na tym chyba polega rozkład całej epoki, że coś istnieje nadal; ale nie istnieją tacy, którzy by jeszcze w to wierzyli. Rozkład epoki zaczyna się od rozkładu jakiejś dotychczasowej winy, która podtrzymywała instrukcje owej epoki. Rozkładowi takiemu zawsze towarzyszy głęboki niepokój i rozbicia.

Czy niepokój rozbicia nie jest dzisiaj naszym udziałem? Pękają jakieś dotychczasowe więzi między ludźmi. Rosną odstępy, przeciwieństwa, piętrzą się jakieś nieokreślone podejrzenia; pogłębiają skłócenia bez powodu.

Rozkłada się wiara. Ale jest w tym jakiś paradoks. Wcale nie chodzi tu o wiarę w Boga. Wręcz przeciwnie, wiara w Boga jakby się umacniała. Chodzi o wiarę w życie - w zwykłe normalne życie. Nam łatwiej dzisiaj przychodzi uwierzyć w Boga niż w normalną codzienność. I powstaje niepokojące pytanie. Czy można jeszcze zachować wiarę w Boga nie tracąc wiary w życie, które jest przecież darem Bożym?

Hegel pisał kiedyś, że naród, który posiadł, złe pojęcie o Bogu ma także złe państwo, zły rząd, złe prawa. Dlatego może cała ta nasza niewiara w wartości życia chrześcijańskiego, bierze się stąd, że mamy złe pojęcie o Bogu.

Ewangelia mówi dzisiaj o Bogu Objawienia, który przekazuje ludziom Boże Przykazania. Mamy zapytać o Boga Objawienia. To bardzo ważna sprawa. Powiedzmy nawet, że to klucz do wszystkiego; bo dopóty dopóki nie będziemy mieli wiary w Prawdziwego Boga, nigdy nie wyjdziemy z naszego wewnętrznego i zewnętrznego nieporządku.

Mówimy - Bóg Objawienia - ale musimy zaznaczyć, że słowo „Objawienie” znalazło się w języku chrześcijańskiej religii przede wszystkim pod wpływem myśli greckiej. Biblia pierwotnie (zwłaszcza Stary Testament) zamiast Objawienie mówiła „wybranie”. Istnieje subtelna różnica między Objawieniem a wybraniem. Najpierw jest wybranie a potem objawienie.

Wybranie stwarza w człowieku poczucie odpowiedzialności. Dopiero dzięki poczuciu odpowiedzialności człowiek może pojąć Objawienie.

To poczucie odpowiedzialności potrzebuje wyrazić się w dziele, które mogłoby oglądać siebie; siebie rozumieć i siebie podziwiać. Przepięknym (a zarazem i głębokim) obrazem wybrania jest imię. Kto mówi po imieniu, ten wybiera. Znamy przecież to niezwykłe drżenie duszy, kiedy ktoś umiłowany powiedział do nas po imieniu. Było to także imię, które się nigdy nie powtarza. Dotknęło naszej intymności, naszego wnętrza. Jestem wybrany. Stało się coś niezwykłego. Dopiero teraz jestem.

Właśnie przez chrzest dokonałem zasadniczego wyboru między dobrem a złem. Jestem chrześcijaninem. Są to rzeczywistości tak przeciwstawne sobie jak woda i ogień; jak życie i śmierć.

Cała wartość życia ludzkiego zależy od tego wyboru. Na horyzoncie tego wyboru, gdzieś błyszczy doświadczenie wolności - tzn., że mogę wybierać gdzieś między dobrem a złem. Nie mam jednak najmniejszej wątpliwości, co do tego - że Bóg chce dla mnie dobra i dlatego chce bym w wolny sposób wybrał dobro. Każdy wybór (nawet najmniejszego dobra) skierowuje mnie ku płynącemu dobru; tak jak każdy wybór zła kieruje mnie ku coraz większemu złu. Mój codzienny wybór moralny jest zawsze za lub przeciw Bogu. Potrzeba więc tego obiektywnego sprawdzianu wartości.

Stąd też wypowiedź częsta dzisiejszej Ewangelii „Ja wam powiadam” (Mt 5,25). Wiemy kto mówi i możemy Mu zaufać! Chrystus ukazuje życie moralne w całym bogactwie, na wszystkich płaszczyznach - gdzie dokonuje się w nas wybór.

Jak niesłusznie zacieśniliśmy naszą moralność tylko do czynów. Zapominamy o tym, że dobro i zło jest czymś wewnętrznym i głęboko ukrytym w nas; w naszych myślach, pragnieniach, nastawieniach, motywach. One zasadniczo decydują o wartości człowieka. Zewnętrzny czyn jest tylko nastawieniem tego, co tkwi wewnątrz nas - owocem, po którym poznaje się drzewo.

I tutaj wybranie zespala się z Objawieniem. Ci, którzy są wierni Bogu, sprawiają, że Bóg jest między ludźmi.

Trzeba odróżnić Boga Stworzenia od Boga Objawienia. Bóg Stworzenia -to Bóg, który na początku stworzył niebo i ziemię. Bóg Objawienia - to Bóg, który wybrał - aby mógł być wybrany. Bóg Stworzenia był, jest i będzie; ale Bóg wybrania inaczej; nie będzie wśród ludzi - jeśli ludzie sami tego Boga nie wybiorą.

Religia to jest więź. Aby była więź musi być wybranie. I to jest wartość - wybranie Boga - Chrystusa w chrześcijaństwie. Rodzi się dziś lęk przed przymiotami - chrześcijańskie w kontekście służby i pielęgnowania wartości ludzkich. I jest obawa (nawet się to spostrzega u niektórych), że sami chrześcijanie zaczęli się pod wpływem ataków lękać swego własnego chrześcijaństwa - a więc samych siebie.

W kraju, gdzie jest przeważająca liczba katolików; gdzie są chrzty, bierzmowania, małżeństwa; w kraju, w którym zaprotestowano z całą ostrością antyludzkie prawa - czyżby teraz były antychrześcijańskie? Nie wolno się bać w tym kraju w którym Zygmunt August powiedział: "Nie jestem królem ludzkich sumień".

W kraju, gdzie walczono o wolność prawdy - w tym kraju to co ludzkie nie może być przeciwstawne temu co chrześcijańskie. Chodzi nie o to ażeby znaleźć - ale ażeby Go stworzyć między nami; bo Bóg chce być między nami stworzony.

Jeśli między mną a tobą nie będzie Boga - będą między nami demony i wtedy nie odejdzie nigdy od nas niepokój rozbicia. A jeśli między nami jest wiele niepokoju, rozbicia tzn., że jest to znak - abyśmy znowu powtórzyli wybór i aby Słowo znów stało się Ciałem i mieszkało między nami. Stąd ta niewiara i odrzucenie wartości moralnych. Bierze się ona najczęściej stąd, że mamy złe pojęcie Boga.

Z tego wewnętrznego pokoju rozbicia płynie dziś nasze pragnienie religii -jako wspólnej odpowiedzialności za obecność Boga wśród nas; w naszej historii i w naszych domach. Jesteśmy wspólnie odpowiedzialni za wybranie tego, który nas wybrał. Na tym polega dziś nasza religia.

A słowem, które wskazuje dziś na te nasze "religio" jest słowo wierność. Jest to kluczowe słowo Objawienia Bożych Przykazań. Właśnie wierność. Zaś przeciwieństwem wierności (wiemy o tym dobrze) jest zdrada, która polega na tym, że wybrani wydają w ręce nieprzyjaciół tych, którzy ich wybrali. Kto zdradza powierza swoje życie w ręce fatum. Śmieszą mnie te liczne dyskusje na temat wartości chrześcijańskich. Stały się sloganami - jak sloganem była przyjaźń polsko-radziecka. Nie ma w tych dyskusjach teologii, tylko polityka. Teraz rozumiem dlaczego politycy boją się religii - bo religia mówi o prawdziwej więzi z Bogiem. Gdy jej nie będzie powstaną demony - nowe bogi roztaczające miraże wolności; stwarzające pozory dobra tj. ubóstwianie przyjemności, używania -stąd eksponowanie seksu i czynienie z niego wartości pierwszej; ubóstwianie posiadania; konsumpcjonizm (mieć nawet kosztem innych); manipulacje bankowe, handel bronią, narkotykami - wszystko dozwolone.

Człowiek wierzący winien pytać o miarę sprawiedliwości - w górze u Boga. Niestety każde pokolenie ma swoich uczonych w piśmie i własnych proroków, którzy ustalają pewne normy działania.

Jest to styl życia moralnego stosowany od dołu.

Jedno sumienie trzeba uśpić, drugie trochę przestraszyć, trzeciemu coś obiecać, czwarte znieczulić, piąte pochwalić i ustawić w jeden szereg. Wszyscy tak mówią, wszyscy dzisiaj tak postępują. Na ten rekrucki wyrównany szereg uciszonych i uspokojonych sumień rzuca Chrystus Pan swoją przestrogę. A jednak brat twój ma coś przeciwko tobie; coś stoi między tobą a ołtarzem. I jeżeli nie wyjdziesz naprzód z tego szeregu, jeżeli nie dasz z siebie więcej sprawiedliwości, niż dajesz dotychczas i nie wypowiesz prawdzie tak - tak!; nie - nie!; - nie wejdziesz do królestwa Niebieskiego.

Z tej dzisiejszej niedzieli zapamiętaj, że Bóg istnieje wśród nas jako najwyższa wartość. Dokonałeś wyboru Boga tak, aby On zamieszkał w domach waszych, szkołach, rodzinach i w miejscach pracy. Strzegąc tej obecności strzeżemy zarazem tego co stanowi podstawową wartość naszych ojczystych dziejów. Strzeżemy wolności i także tego, co jest w nas. Amen!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

homiliaCzłowiekowi przyszło żyć w świecie, w którym toczy się od­wieczna walka między Bogiem a Szatanem, dobrem a złem. Każdy z nas jest w jakiś sposób zaangażowany w tę walkę, nikt z nas nie może być tylko jej biernym obserwatorem. Niemal codziennie spotykamy ludzi, którzy opowiadają się za Bogiem, jednocześnie występując przeciw Szatanowi. Pośród nas żyją ci, którzy przyczyniają się do budowania Królestwa Bożego tu, na ziemi, i ci, którzy robią wszystko, aby je zniszczyć. Można powie­dzieć, że życie ludzkie jest rozpięte między dwoma biegunami, między dobrem a złem; między przestrzeganiem Bożych przy­kazań a ich łamaniem. Człowiek jest skazany na ciągłe doko­nywanie wyboru. Bóg w swojej wspaniałomyślności i dobroci akceptuje wolność człowieka. Dlatego z wielką troską i delikat­nością mówi: „Przed ludźmi życie i śmierć, co ci się podoba, to bę­dzie ci dane” (Syr 15,17). Człowiek musi być wewnętrznie wolny i dojrzały, aby mógł dokonać tego wyboru, który pozwoli mu partycypować w tym, czego „ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują” (1 Kor 2,9).

Wydaje się, że świat chce nam podpowiedzieć, żebyśmy się nie opowiadali ani za Bogiem, ani za Szatanem, ani za dobrem, ani za złem. Świat pragnie nam wmówić, że szczęście człowieka znajduje się gdzieś pośrodku między jednym a drugim. Niestety, wielu ludzi w to uwierzyło. Potrzeba czasem wielu miesięcy, a nawet lat, aby człowiek zauważył, że jego świat stał się bezbarwny, nijaki i nudny.

Człowiek, żyjąc na granicy dobra i zła, nie potrafi odróżnić: Boga od Szatana; miłości od nienawiści; radości od smutku; da­wania od brania; prawdy od kłamstwa; czystości od cudzołóstwa; wojny od pokoju; życia od śmierci; dobra od zła... Budujemy świat, w którym nie ma wyraźnych praw i zakazów. A człowiek nie po­trafi już promieniować radością życia, ale idąc przez świat, jest ciągle niezadowolony, zgorzkniały i smutny. Każdego dnia spoty­kamy wielu ludzi sfrustrowanych i rozgoryczonych. Wielu popada w rozpacz. Przyczyn tego stanu rzeczy dopatrujemy się w zew­nętrznych układach społecznych. Jednak zasadniczą i najgłębszą przyczyną zaniku radości w sercach ludzkich jest zamazany obraz Boga i Jego przykazań. Człowiek tak bardzo wypaczył przyka­zania Boże, że poczuł się zagrożony w tym świecie, który miał być dla niego drogą do osiągnięcia pełnego szczęścia.

Ludzie lubią burzyć zastany porządek niejednokrotnie nie dając nic w zamian. Od czasu do czasu słyszymy o "reforma­torach" tego świata, którzy próbują zmienić stary porządek, ne­gując wszelkie prawa, obalając autorytety i reinterpretując Boże przykazania. Może tego samego oczekiwali Żydzi od Jezusa? Jed­nak Chrystus rozwiał te wątpliwości w sposób jednoznaczny i zdecydowany mówiąc: „Nie sadźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić” (Mt 5,17). Chrystusa nie interesowało wprowadzanie zmian tylko dlatego, aby być popularnym, aby zabiegać o względy ludzkie, aby przypo­dobać się władcom tego świata. Jezus nie tylko nauczał Dekalogu, który otrzymał Mojżesz na górze Synaj, ale własnym życiem po­kazał i zaświadczył, że zawarte tam przepisy i prawa są osta­teczne i jedyne. Obowiązują one każdego człowieka i są drogą do osiągnięcia prawdziwego i nieprzemijającego szczęścia. Należy więc powrócić nie tyle do litery tych praw, ile przede wszystkim do ich istoty i "ducha".

Chrystus kieruje ostrzeżenie do swoich uczniów mówiąc: „Je­śli wasza sprawiedliwość nie będzie większa niż uczonych w Piś­mie i faryzeuszów, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego” (Mt 5,20). Czyżby uczeni w Piśmie nie znali Prawa? Czy może faryze­usze byli laksystami? Z pewnością nie można zarzucić im igno­rancji czy nieznajomości Prawa. Dlaczego więc zostali tak surowo potraktowani przez Jezusa? Bo Jezusowi nie chodziło tylko o formalne zachowanie Prawa. Sprawiedliwość, o której mówi Jezus, można sprowadzić do tego, że wola Boża wyrażona przez Prawo i Proroków wymaga, aby człowiek nie zatrzymał się tylko na zew­nętrznym zaakceptowaniu przykazań, ale aby myśl i wolę Bożą zaakceptował we własnym myśleniu, aby odnalazł ją we własnym sercu i aby ją wyraził w działaniu. Chodzi o to, aby zapanowała doskonała jedność między myśleniem a działaniem.

W dzisiejszej Ewangelii Jezus zwrócił uwagę na trzy przyka­zania, które ludzie wypaczyli. On wymaga od swoich uczniów doskonałego zachowywania Bożych przykazań, aby skonfrontować je ze sprawiedliwością faryzeuszów.

Słyszeliście, że powiedziano przodkom: «Nie zabijaj»” (Mt 5,21) . Kiedy Prawo mówi, aby nie zabijać, ma na myśli nie tylko zakaz pozbawienia życia kogokolwiek, ale również wszelką prze­moc materialną czy duchową, która wykracza przeciw temu Pra­wu. Łamiemy to przykazanie, kiedy w naszym sercu odnajdujemy: nienawiść, gniew, pogardę, lekceważenie, zniewagę, odrazę... To wszystko zabija w naszym sercu miłość do Boga i do człowieka.

Słyszeliście, że powiedziano: «Nie cudzołóż»” (Mt 5,27). Wykraczają przeciw temu przykazaniu nie tylko ci, którzy dopuszczają się fizycznej zdrady względem swej żony czy męża. To przykazanie wzywa nas również do tego, abyśmy uporządkowali nasze myśli, słowa i czyny. Przeżywamy głęboki kryzys moralny, głęboką dewaluację słowa miłość. Potoki słów płyną na temat miłości i wolności seksualnej, ale człowiek człowiekowi nie wierzy, nie ufa. Chrystus zachęca nas do tego, aby nasze serce wolne było od pożądliwości, lubieżności i niewierności.

Słyszeliście również, że powiedziano przodkom: «Nie będziesz fałszywie przysięgał»” (Mt 5,33). Przykazanie to nie tylko ostrzega przed kłamliwą mową i krzywoprzysięstwem, ale uwrażliwia nas, abyśmy byli odpowiedzialni za każde słowo, które wypowiadamy. Słowa chrześcijanina muszą wyrażać to, co on naprawdę czuje wewnątrz. Kto jest szczery wobec Boga, który mu spogląda w serce, musi być szczery również wobec drugiego człowieka.

Przestrzeganie przykazań Bożych ma prowadzić do nie­ustannego pogłębiania naszej wiary. Pan Bóg pragnie być obecny w naszym życiu, abyśmy nie zagubili się pośród grzechów tego świata. Każdy z nas mógłby przedstawić swoją własną historię szukania szczęścia poza przykazaniami Bożymi. Ile nieraz ludzie poświęcają wysiłku, czasu, a nawet pieniędzy dla znalezienia i zachowania złudnej radości. Ile zgubnych pomyłek popełniliśmy i my sami. Nie ma jednak prawdziwej radości poza Bogiem i bez przestrzegania Jego przykazań! Na żadnej innej drodze człowiek nie znajdzie prawdziwej radości!

Francois Mauriac w jednej ze swych książek wyznaje: „Cho­ciażbym żył cały wiek i chociażby wszyscy filozofowie i wszyscy uczeni wyparli się Chrystusa i gdyby nawet nikt przy Nim nie został, ja trwałbym nadal: nie po to, aby służyć bliźniemu, jak prawdziwi chrześcijanie, lecz po to, że potrzebne mi jest to koło ratunkowe, bym mógł utrzymać się na fali tego okrutnego świata” (F. Mauriac, Młodzieniec z dawnych lat).

Słowa wielkiego pisarza wyrażają przeogromne zaufanie do Boga, któremu warto się powierzyć, gdyż On nie zawodzi. Wybie­rajmy Boga i Jego przykazania, abyśmy „utrzymali się na fali tego okrutnego świata”. Bo chociaż nasz postarzały świat coraz częściej zapewnia, że nie wierzy w Boga, w Jego naukę i że nie chce już przestrzegać Jego przykazań, człowiek ciągle pragnie i szuka prawdziwych wartości.

Przed Tobą życie i śmierć, co ci się podoba, to bę­dzie ci dane” (Syr 15,17). Wybieraj – Bracie i Siostro – życie, Boga, abyś żył...

Zapisz

Dział: OKRES ZWYKŁY

wy-jestescie-swiatlemNie tak dawno jeden z moich przyjaciół opowiadał mi, że podczas któregoś z długich oczekiwań na lotnisku postanowił zmówić różaniec, na co jego żona zareagowała słowami: Możesz przecież odmawiać różaniec, trzymając go w kieszeni. Będą się z nas śmiać. A on wtedy odpowiedział: Jeśli tamtym dwojgu w fotelu naprzeciwko nie wstyd publicznie się całować i obściskiwać, to dlaczego ja miałbym się wstydzić, że się modlę?

Dzisiejszy świat wmawia nam, że jako chrześcijanie mamy być ukryci i nie wychylać się, nie afiszować się z naszą wiarą, z naszymi przekonaniami, z naszą pobożnością i religijnością. Dziś chce się zamknąć wiarę w czterech ścianach kościoła, zmusić do milczenia, rozbić nasze życie na to na co dzień i na to od święta i na niedzielę. Cały współczesny świat próbuje nam udowodnić, że wiara to zacofanie, średniowiecze, kołtuństwo, coś, czego należy się wstydzić, z czym nie należy się pokazywać ani obnosić. Udowadnia się, że państwo, społeczeństwo, życie codzienne, szkoła, nauka, praca, odpoczynek, rozrywka, wszystko to, co jest naszym życiem, ma być a-wyznaniowe, a-religijne, świeckie. Czy przypadkiem nie miał racji filozof Kierkegaard, kiedy mówił, że nasze chrześcijaństwo to „zabawa w chrześcijaństwo”, to znaczy: piękne poglądy, pogańskie życie, ale z pozorami chrześcijaństwa.

Dzisiejszy świat nie chce walczyć z naszą religijnością, chce tylko, abyśmy ją przystosowali do jego wymogów. I jakże często przyłapujemy się na tym, że i my sami chcemy nagiąć nawet Ewangelię do tak zwanych czasów współczesnych, a tymczasem czymś co najczęściej i najlepiej się przystosowuje, są pasożyty i wirusy. One niemal w każdych warunkach potrafią się odradzać i niszczyć tego, na kim żerują. Pasożyty są mistrzami w przystosowaniu się, bo im chodzi tylko o własną korzyść, a nie o dobro wspólne i dobro drugich. Te refleksje o przystosowaniu może na pierwszy rzut oka nie mają nic wspólnego z dzisiejszą Ewangelią, ale czy na pewno. Bo tak czasem jest, że ktoś nie chciał się przystosować i zaczął nazywać rzeczy po imieniu. Wyleciał za to z posady, dostało mu się za to, że ośmiela się zło nazwać złem i jeszcze otwarcie z nim walczyć. A przecież mógł się przystosować. A i w naszym życiu często jest tak, że w niedzielę przychodzimy do kościoła, a w codziennym życiu, w naszych domach brakuje miejsca dla Boga. Na naszych szyjach zamiast krzyżyka (medalika), nosimy nic nieznaczące wisiorki. Na ścianach naszych domów nie ma miejsca na krzyż, bo jest on znakiem niemodnym, nienowoczesnym. Często w towarzystwie innych ludzi wstydzimy się pomodlić, uczynić znak krzyża albo w piątek zachować post.

Kiedy w Polsce pod kościołami zbierano podpisy przeciw wprowadzeniu ustawy aborcyjnej, poproszono starszą kobietę, która wychodziła z Kościoła, aby złożyła swój podpis. Ona wtedy stanowczo powiedziała: Nie! Wolontariusze byli zdziwieni. Zapytali: Przecież jest Pani katoliczką, wychodzi pani z kościoła, dlaczego więc pani nie chce podpisać, dlaczego pani nie chce bronić bezbronnych dzieci? Ona wtedy odpowiedziała: Mam młodą wnuczkę, nie wiem, co ją w życiu czeka, a jak by zaszła w niechcianą ciążę. Przecież przez mój podpis ona może mieć potem zmarnowane życie.

A chociażby ostatnie batalie na temat In vitro i konsekwencji z takiej czy innej postawy…

Świat chce, byśmy się przystosowali do jego rytmu myślenia, działania, funkcjonowania, wartościowania. Ale my nie możemy być jak Piłat, który umywa ręce. Nie możemy bać się stanąć po stronie Prawdy, nie możemy bać się opowiedzieć po stronie Boga. Nie możemy bać się żyć Bożymi przykazaniami, nie możemy bać się żyć Ewangelią – Dobrą Nowiną. Wiemy, jak nieraz wielkim problemem jest wielka przepaść między wyznawaną wiarą a życiem, zwłaszcza życiem moralnym. Aż żal słuchać opowieści rodziców, dziadków zaniepokojonych życiem bez ślubu, na próbę swoich dzieci i wnuków. Aż żal nieraz mieć świadomość, z jakimi grzechami idą chrześcijanie przez życie, odwlekając sakrament pokuty. Jeden z księży – duszpasterzy młodzieży mówi czasem, że gdyby grzechy śmierdziały, to obok niejednego domu nie dałoby się przejść. Nie sądzę, żeby było tak aż źle, ale moglibyśmy wszyscy popracować nad zapachem naszych chrześcijańskich domów. Wiem, że niekiedy jest to trudne wyznanie wiary, zwłaszcza gdy mąż lub żona, dziecko lub kolega nie ma najmniejszej ochoty na modlitwę, pójcie do kościoła. Ale dziś jesteśmy zaproszeni słowami: Wy jesteście światłem świata. Czyli wy macie być tymi, którzy pokażą innym Boga.

Na stacji benzynowej w kolejce przede mną stała młoda kobieta. Kiedy podeszła do bufetu, poprosiła o kanapkę, ale zaznaczyła, aby była bez mięsa. Kasjer uśmiechnął się i zapytał: Wegetarianka? On bez namysłu odpowiedziała: Nie, chrześcijanka! Dziś piątek, zapomniał pan?

Czy stać by mnie było na taką odpowiedź w miejscu publicznym. Katolikiem nie jest się tylko w kościele, mamy nimi być także w życiu codziennym. W naszych decyzjach, słowach, w relacjach z drugim człowiekiem. Dla chrześcijanina taka postawa powinna być oczywista, a życie z Bogiem – naturalne jak oddychanie. Okazywanie wierności Bogu w dziesiątkach codziennych spraw, nawet jeśli czasem wydaje się to trudne, krok po kroku prowadzi do zbawienia. Obserwując dzisiejszy świat, w którym widzimy rozwój zła i niemoralności, słysząc kolejne informacje o popełnionych zbrodniach, czasami możemy czuć się bezradni. Ale rodzi się też pytanie: czy ty i ja możemy mieć wpływ na ten świat? Według tekstu z Ewangelii Mateusza możemy zobaczyć, że Jezus oczekiwał i oczekuje, że taki wpływ będziemy mieć. Kiedy Jezus skierował do uczniów słowa jesteście solą ziemi, to tak jakby inaczej powiedział: jesteście ludźmi, którzy mają mieć wpływ. Uczono mnie, że sól jest tym produktem, który konserwuje, sprawia, że dany produkt nie ulega zepsuciu. Czy to nie ciekawe? Jezus mówi, że jesteśmy tymi, którzy mogą wpłynąć na ten proces zepsucia ludzkości. Gdybyśmy się przyjrzeli tabeli wpływów, to jest to podobne do łańcucha pokarmowego. Mąż ma wpływ na żonę. Żona ma wpływ na męża. Rodzice mają wpływ na dzieci. Dzieci mają wpływ na rówieśników. Rówieśnicy staną się tymi, którzy będą wywierać pozytywny lub negatywny wpływ na świat. Tak czy inaczej, zawsze ktoś na nas wpływa. Może to być Bóg, mogą być ludzie, rodzina, bo żyjemy w świecie wpływu. Patrząc na rolę, którą daje nam Jezus, wróćmy do pytania: Jaki jest mój wpływ na ten świat? Jezus mówi: Jeśli sól zwietrzeje, to czymże ją nasolą? Jeśli ty i ja zwietrzejemy, nie będziemy żyć według Bożych standardów, to kto nasoli ten świat.

Jest takie określenie w języku religijnym czy też w języku opisującym dobre życie, życie moralne, życie przyzwoite – dobry przykład. Oczywiście, że jest to coś niesamowicie ważnego – dobry przykład dawany własnym życiem, zwłaszcza gdy jest się rodzicem, gdy jest się kimś wystawionym na widok publiczny – żeby nie gorszyć, ale dawać dobry przykład. Ale to jest droga mająca mnóstwo niebezpieczeństw, ponieważ można chcieć się popisywać swoją dobrocią, można chcieć udawać dobry przykład właśnie po to, żeby zyskać poklask. Jest to wszystko bardzo możliwe. Na szczęście jest jeszcze jedno wyzwanie, które jakby uwiarygadnia i które jest sercem do dobrego przykładu, mianowicie coś, co kryje się za słowami JEZUSA: Wy jesteście solą ziemi. Niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre czyny – nie piękne słowa i bombastyczne pochody i procesje, ale wasze dobre czyny! Nie chodzi o bigoterię i fanatyzm, ale o jasne i klarowne świadectwo. Nie wstydźmy się być wierzącymi. Co to właściwie znaczy? Otóż możemy być w naszych środowiskach takimi ludźmi, o których niewiele wiedzą inni, ale jeśli jesteśmy ludźmi radykalnie wiernymi, wiernymi swojemu powołaniu, to wtedy nawet bez tego zachwytu – jakiż to wspaniały przykład! jak ja bym też chciał tak żyć! – coś naprawdę się zmienia wśród ludzi, gdzie my żyjemy, a czasem wystarczy tak niewiele.

W tym roku, w czasie odwiedzin kolędowych – kolędowej wizyty duszpasterskiej, słyszę przy pożegnaniu:

Do sąsiadki pójdę razem z księdzem.

Dziękuję – powiadam – trafię sam.

Tak, ale ja mam klucz do niej, ona sama nie otworzy, bo ledwie chodzi.

Rzeczywiście: jedna ręka na lasce, druga na poręczy krzesła. Powłóczy bezwładnie nogami. A w mieszkaniu posprzątane, czyściutko.

Jeszcze dużo mogę zrobić sama, tylko już nie wychodzę. Ale mam sąsiadkę.

Ma sąsiadkę: nie ogłasza alertów, nie zgłasza gotowości, nie przystępuje do akcji – tylko ma klucz do mieszkania niedołężnej kobiety, aby wejść do niej we dnie czy w nocy, kiedy będzie potrzeba.

Ta postawa to bycie solą ziemi, w której króluje znieczulica społeczna i człowiek często zostawiony sam sobie, i taka postawa jest jak świeży powiew Ewangelii, który dostaje się do duchowych płuc ludzi, którzy są wokół nas. I wtedy jakaś fikcja czy takie życie na pół gwizdka zostaje przewietrzone, przedmuchane przez świeżość Ewangelii, którą w sobie nosimy, dlatego że coś zaczerpnęli od nas: …jesteście solą ziemi…, czasem to bycie …solą ziemi i światłem świata... może kosztować wiele trudu i wyrzeczeń…

Do proboszcza przyszedł mężczyzna w sile wieku i poprosił o Mszę św. z okazji srebrnego jubileuszu małżeństwa. W oznaczonym dniu przywiózł na wózku swoją żonę, zaniósł na rękach jak dziecko przed ołtarz. Dziwny to był widok.

Kobieta spostrzegła, że jej obecność zrobiła na księdzu ogromne wrażenie, zwróciła do niego rozpromienioną ze szczęścia twarz i powiedziała:

– Ksiądz zapewne się dziwi temu, co w tej chwili widzi. Już 24 lata jestem sparaliżowana. W rok po naszym ślubie stało się nieszczęście, zostałam kaleką i ciężarem dla męża. Nic nie miał ze mnie w ciągu tych 24 lat. A jednak z dumą muszę powiedzieć, że mój mąż przez te wszystkie lata tak był mi wierny, jak w pierwszym dniu naszego małżeństwa.

Tu sprawdzają się słowa: wy jesteście solą ziemi... Kroczymy za Jezusem i bez Niego nie damy sobie rady. Nie chodzi o to, by być doskonałym, lecz doskonalącym się, bo przecież jesteśmy powołani nie po to, aby odnieść sukces, ale by być wiernymi – mówiła św. Matka Teresa.

Wisława Szymborska kiedyś pisała: Nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy. Zatem każdy dzień traktuj jak jedyną okazję do czynienia dobra. Bo on się już nie powtórzy. Żebyś nie zapomniał o tym, że Jezus cię zaprasza, byś był solą ziemi i światłem świata… Świat dziś oczekuje dobrego, przykładnego życia, modlitwy.

Kilka miesięcy temu jeden ze starszych panów mówi mi: Proszę ojca, kiedyś to było łatwiej pokazać swoją wiarę. Szliśmy z krzyżem albo obrazem Matki Bożej na manifestację i komuniści się bali, a dziś to już na nikim nie zrobi wrażenia.

Moi drodzy, nie chodzi o to, byśmy powrócili do okazywania na zewnątrz dumy z tego, że jesteśmy katolikami, ale żebyśmy po prostu byli z tego dumni i spontanicznie w naturalny sposób to wyrażali. Nie chodzi oto, by z chrześcijan zrobić kibiców piłki nożnej, którzy nie potrafią mówić o niczym innym tylko o swojej drużynie, lecz żeby uczynić z nich ludzi, których wiara obecna jest w tym, co robią, tak jak w żyłach krąży krew, którą tłoczy serce. Oczywiście, żeby dobrze mówić o Bogu, żeby o nim świadczyć, to trzeba najpierw mieć Go w sercu. Chrześcijanin jest apostołem, nie jarmarcznym kuglarzem. I warto by w tej sprawie posłuchać niejakiego Von Hugla, który mówi:

…kiedy świat żywi do chrześcijaństwa nienawiść, chrześcijaninowi nie przystoi dowodzić mową, lecz wielkością duszy. Dlatego nie mów zbyt wiele o sprawach wielkich, pozwól by w tobie wzrastały. A kiedy już dostatecznie wzrosną, wiara pojawi się w twoich słowach tak, jak na różanym krzewie rozwijają się pąki róż.

Być solą ziemi, światłem, świata to być chrześcijaninem z całym bogactwem i zadaniami tego słowa. Być solą ziemi to kochać, modlić się i pracować, i marzyć o świętości i do niej dążyć całe życie. I przez to możesz mieć wpływ na otaczających cię ludzi i świat. A więc – żyj tak, abyś jak sól zmieniał smak i oblicze tej ziemi.

o. Piotr Podraza CSsR

Dział: OKRES ZWYKŁY