Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: grudzień 2017
Artykuły filtrowane wg daty: grudzień 2017

swieta-boza-rodzicielkaWydarzenia nocy Bożego Narodzenia wywołały u pasterzy, którzy pierwsi nawiedzili betlejemską stajnię, zrozumiałe zdziwienie. Wpatrywali się zapewne, jeden przez drugiego, w tajemnicze Dziecko i całą scenerię, jaka Je otaczała. Objawienie przyniesione przez anioła, blask chwały Pańskiej, śpiew zastępów niebieskich, to wszystko spowodowało u pasterzy strach, wielką zadumę i zapewne pierwsze komentarze, w których być może nie brakowało zarówno zachwytu jak i niedowierzenia.

Ludzie od wieków tak reagowali na cudowne wydarzenia. Św. Łukasz z całą wyrazistością jednak podkreśla odmienność, z jaką przyjmowała przyjście na świat Mesjasza Jego Matka. Ewangelia mówi: "Lecz Maryja zachowała wszystkie te sprawy i rozważała je w swoim sercu". To jest właśnie cała głębia macierzyńskiej postawy - rozważać w sercu tajemnicę narodzonego potomstwa.

Opiekę nad każdym dzieckiem roztaczają różne instytucje. Troszczą się o to, by było ono zdrowe, by miało dobre warunki rozwoju, edukacji. Prowadzi się w tym celu badania naukowe, opracowywuje programy, lecz jedynie matka, prawdziwa matka, zachowuje i rozważa w sercu tajemnicę swojego dziecka.

Dziś wiele kobiet boi się macierzyństwa. Niejeden mężczyzna lęka się odpowiedzialności bycia ojcem. Wiedzą, że narodzone dziecko będzie wymagać miłości. Trzeba będzie się z nim podzielić swoim życiem i sercem. Nie wystarczy rzucenie dzieciom hojnej ofiary w czasie hucznie zorganizowanej akcji, po której wracamy do domu, w którym chcemy mieć święty spokój. Wiemy o tym i boimy się potrzebujących prawdziwej, wielkiej miłości dzieci.

Kobieta, u której badania prenatalne wykazały zespół Downa u nienarodzonego dziecka, mówi eufemistycznie: "Muszę zdecydować się na zabieg, bo to dziecko będzie nieszczęśliwe". Dziecko nieszczęśliwe? Powtarzają to posłowie, lekarze, działacze, naukowcy, a czy ktoś zapytał takie właśnie dzieci czy one są nieszczęśliwe?

Jeden z kleryków warszawskiego Seminarium Duchownego poszedł na lekcję religii do dzieci z zespołem Downa. Temat katechezy brzmiał: "Powtórne przyjście Pana Jezusa". Młody katecheta powiedział dzieciom: "Kiedy Pan Jezus przyjdzie na końcu świata, to wtedy wszyscy będziemy bardzo szczęśliwi". Na to dzieci odpowiedziały: "Ale my już jesteśmy bardzo szczęśliwe". Kleryk nie dawał za wygraną: "Ach, co wy tam wiecie, jak przyjdzie Pan Jezus to wtedy będziemy tak bardzo, bardzo szczęśliwi, że tego nie da się opisać!" A dzieci mu na to: "Ale my już jesteśmy tak bardzo szczęśliwe, że tego nie da się opisać". I złożył kleryk swoje notatki i nie udała się lekcja, bo po raz pierwszy w życiu spotkał tak szczęśliwe dzieci. Dzieci z zespołem Downa.

Boimy się dzieci. Trzeba oddać się im do końca. A to przeszkadza niekiedy w realizacji zawodowych, życiowych ambicji. Wiele kobiet nie chce, marnować życia przy nieustannym praniu pieluch. "Chcę być jeszcze młoda i od życia coś mi się jeszcze należy!" - mówią.

Sprawa jest na pewno wieloaspektowa ale jakże często tak spłycone podejście wynika z braku rozważania w sercu tajemnicy macierzyństwa, które nie niszczy młodości, a wręcz przeciwnie, ocala ją. To właśnie prawdziwa przyjaźń z dzieckiem czyni nas młodymi nawet w latach jesieni życia. Świadomie podkreślam tutaj słowo "przyjaźń", aby wskazać, że w relacji rodziców i dzieci potrzeba czegoś więcej niż tylko materialnej opieki. Kiedy spotykam zbolałe matki, poruszone do głębi niewdzięcznością swoich dzieci, słyszę jak mówią: "Moje dziecko jest takie niedobre, a przecież miało wszystko i uprane i ugotowane. "Czy rzeczywiście uprać, ugotować, przypilnować lekcji, zaprowadzić do lekarza, to już wszystko?

Jakże często rodzice zupełnie nie interesują się tym, czym żyją ich dzieci. Brakuje chęci do rozmawiania o tych dziecięcych spraw, które nudzą dorosłych. Zbywa się dziecko słowami "daj mi teraz spokój, masz tu parę złotych, idź pograć na automatach". Potem przychodzi zdziwienie, żal. "Mój nastoletni syn, moja dorastająca córka o niczym nie chce mi mówić, zamyka się w pokoju, ma przede mną tajemnicę, nie odpowiada na pytania". Czy niekiedy nie jest to konsekwencją tego, że w dzieciństwie nam też nie chciało się rozmawiać z dziećmi?

Ktoś powiedział, że nasze dzieci potraktują nas na starość tak, jak my traktowaliśmy je przed laty. Jeżeli wieszaliśmy dziecku klucz na szyi, jeżeli podrzucaliśmy je nieustannie babci, pozbywaliśmy się go z domu różnymi sposobami, "bo nie mam czasu, bo moja praca, bo teraz nie mogę", to może za kilkadziesiąt lat usłyszymy od dzieci to samo. "Nie mam czasu, nie mogę, bo moja kariera, moja praca".

Spotkałem w ośrodkach opieki społecznej, takich wiekowych rodziców, dla których nie było miejsca w domach dzieci. Nie mówię, że to na pewno oni sami zawinili. Chcę tylko powiedzieć, że z dziećmi trzeba się po prostu zaprzyjaźnić.

Pewni rodzice opowiadali mi, że kiedy ich syn zapowiedział, iż pragnie wyprawić w domu swoje osiemnaste urodziny, zgodzili się chętnie, deklarując jednocześnie, że pojadą sobie gdzieś tego wieczoru, by nie krępować młodego towarzystwa. "Nie ma mowy" usłyszeli w odpowiedzi. "Całe życie, we wszystkich sprawach jesteśmy razem i nie wyobrażam, sobie tego przyjęcia bez was".

Na tym właśnie między innymi powinna polegać rodzinna przyjaźń. Kiedy jej nie ma, rodzice starają się nadrobić jej brak tanimi chwytami. Można pozwolić małemu dziecku na obejrzenie filmu dla dorosłych, pozwolić na wypicie kieliszka szampana w noc Sylwestrową. I wtedy dzieci mówią: "Mam fajną matkę, fajnego ojca". Tak mówią dzieci. Ale słowo "fajny" nie zawsze znaczy "dobry". Kiedyś w przyszłości, zabraknie fantów do przekupywania i dorastający chłopak i dziewczyna powiedzą rodzicom: "Nie jesteście nam potrzebni, sami zdobędziemy to, na co mamy ochotę".

Nie wszystkie jednak tragedie rodziców spowodowane są ich błędami w wychowaniu. Tajemnica zła i grzechu jest o wiele bardziej skomplikowana. Niekiedy ci sami rodzice mają dziecko dobre i łagodne, a drugie brutalne i wulgarne. Wtedy żadne słowa nie opiszą przeżywanych tragedii, zwłaszcza w sercach matek. One szczególnie doświadczają bólu, patrząc na złą postawę własnych dzieci, na to jak marnują swoje życie. Ile łez wylanych, ile słów napomnienia, próśb, tak często zupełnie nieskutecznych. Bo szatan, który jest zawsze źródłem zła w życiu człowieka, nie boi się naszych krzyków i gróźb.

Opowiadał mi pewien pan, jak to po powrocie z wojska zamieszkał ze swoją matką i zamiast rozejrzeć się za pracą, pomyśleć o przyszłości, zaczął pić. Pierwsze dni matka tłumaczyła sobie - "Chłopak musi się po wojsku wyszumieć" ale mijały tygodnie, a ja nadal piłem - opowiadał mi. Matka zaniepokojona zaczęła mnie błagać: "Synu opamiętaj się, trzeba pomyśleć o życiu, dosyć już tej zabawy" ale ja mimo tych słów piłem dalej. Matka zaczęła mi grozić: "Z domu cię wyrzucę jak się nie poprawisz, milicję wezwę, na leczenie cię oddam". Nic nie robiłem sobie z tych słów i bawiłem się dalej.

Aż pewnego dnia matka przyszła do mego pokoju, usiadła na krawędzi łóżka i kiedy myślałem, że znów zacznie mnie prosić albo straszyć, ona powiedziała: "Synu, ty już nie jesteś mój. Ktoś mi ciebie zabrał. Nic ci już nie będę mówić, będę się za ciebie tylko modlić". Ja wybuchnąłem na te słowa śmiechem, powiedziałem: "Niech mamusia nie panikuje" i poszedłem się upić, ale kiedy wróciłem, ona rzeczywiście nic mi nie mówiła, tylko widziałem jak siedzi w kuchni wciśnięta w kąt między oknem a lodówką. Następnego dnia, kiedy wróciłem do domu, znowu ją tam zastałem. I trzeciego i czwartego, ciągle ten sam widok, aż w końcu nie wytrzymałem. Poszedłem do kuchni, uklęknąłem przed nią i powiedziałem: "Mamusiu, pomóż mi, ja chcę się zmienić, ale nie mogę sobie dać ze sobą rady".

Jaka mądra matka. Uratowała swoje dziecko. Zrozumiała, że syn nie boi się naszego krzyku. On boi się modlitwy i postu. W ilu polskich domach trwają wieloletnie kłótnie matek i dzieci? Kłótnie, które nic a nic nie dają. A gdyby tak zacząć modlić się i pościć w intencji dzieci, które zagubiły swoją drogę? Matka Jezusa wiedziała, że na krzyżu jej Syn toczy walkę ze złem i że krzyk i protesty niewiele by pomogły. Dlatego modliła się i współcierpiała z Jezusem. Tak pomogła Mu zwyciężyć.

Kiedy rozważamy te bolesne sprawy, jakie przychodzi przeżywać wielu matkom w związku z postawą swoich dzieci, to chciałbym wyznać wam Bracia i Siostry, że w tych ostatnich latach i miesiącach, szczególnie mocno dotarła do mnie prawda mówiąca, że właśnie Kościół jest Matką nas wszystkich.

Otóż spotkałem się w swojej pracy duszpasterskiej z takimi szczególnie bolesnymi, nawet chyba tragicznymi sytuacjami, kiedy to dzieci wprost nienawidziły swoich matek i tę nienawiść wyrażały na zewnątrz. Skąd się to brało? Na pewno sprawa jest bardzo złożona, ale zauważyłem tu jeden chyba, istotny element. Otóż taki młody człowiek, który potrafił powiedzieć swojej matce, "głupia jesteś", "odczep się ode mnie", wiedział, że mimo to matka i tak następnego dnia zrobi mu śniadanie, upierze koszulę, wezwie lekarza gdy zajdzie taka potrzeba. Koledze by tak nie powiedział, znajomego by tak nie potraktował, bo ten mógłby się obrazić i odejść. Ale matce można było powiedzieć wszystko. Ona i tak była, jak to ktoś brutalnie ale chyba słusznie powiedział, uwiązana na smyczy miłości.

I w tym kontekście widzę, jak Kościół jest przez wielu traktowany jak ta stara matka. Można o nim powiedzieć wszystko. W kabarecie, na łamach prasy, na spotkaniu towarzyskim, w biurze i w pracy. Można wyśmiać i wykpić. Ale każdy wie, że kiedy zajdzie taka potrzeba, to Kościół jak stara matka nie opuści. Ksiądz przyjdzie, gdy się go wezwie do umierającego w szpitalu, w konfesjonale odpuści grzechy, jeżeli się za nie szczerze żałuje. Siostry zakonne zaopiekują się opuszczonym dzieckiem, starszym człowiekiem, i nie będą się pytać czy ten ktoś wyśmiewał się z religii czy duchowieństwa.

Maria stojąc pod krzyżem na pewno cierpiała widząc zmasakrowane ciało Jezusa, Jego przybite do krzyża ręce. Ale może jeszcze bardziej sprawiało Jej ból, kiedy słyszała jak ci, których Jezus uzdrawiał i karmił, szydzili z Niego i pluli potrząsając głowami.

I w naszym kraju Kościół ocierał łzy wielu sponiewieranym udręką komunizmu. Teraz ci sami ludzie mówią mu, żeby się nie wtrącał w ich życie.

Drodzy bracia i siostry.

W pierwszy dzień roku modlimy się szczególnie o pokój w świecie i oby Bóg całemu światu i naszej Ojczyźnie tego pokoju udzielił. Ale wydarzenia w świecie, dalekim i bliskim, stają się dla nas niepokojącym sygnałem. I mocno wierzę w to, że gdyby stało się jakieś nieszczęście, to nie wiem czy autorzy kabaretowych tekstów, muzycy zespołów rockowych ale na pewno Kościół, jak stara matka, znowu pochyli się nad każdym potrzebującym pomocy człowiekiem. Człowiekiem lewicy i prawicy, Polakiem, Żydem, Rosjaninem, intelektualistą i prostym człowiekiem.

Nie mówię, że Kościół zawsze wszystko robi idealnie. W swoim ludzkim wymiarze on też się nieraz przestraszy, niedopatrzy czegoś, służy

nieraz nieporadnie jak i nasze matki. Ale tak jak one nigdy nie zdradził, nie obraził się, nie zostawił. I tak będzie do końca.

Maryjo, rozważająca w sercu tajemnicę swojego Syna, dodaj odwagi niewiastom, które boją się kochać swoje dzieci.

Święty Józefie, człowieku prawy i sprawiedliwy, wyproś u Boga dla mężów i ojców, łaskę zrozumienia tajemnicy, która mówi, że największa siła leży w prawdziwej miłości i dobroci.

Święci Rodzice, wstawcie się u Boga za dziećmi, malutkimi i dorosłymi, by za miłość ojców i matek, miłość jakiej na ziemi nigdy i nigdzie nie spotkają, na kolanach potrafili dziękować. Amen.

swieta-rodzinaUkochani Bracia i Siostry!

Odczytane przed chwilą słowa z Listu św. Pawła do Kolosan wyrażają istotę świętości chrześcijańskiej, do której powołane są nasze rodziny, do której powołany jest każdy człowiek: "Jako wybrańcy Boży - powiada św. Paweł - święci i umiłowani, obleczcie się w serdeczne miłosierdzie, do-broć,pokorę, cichość, cierpliwość, znosząc jedni drugich i wybaczając sobie nawzajem (...). Na to zaś wszystko przyobleczcie miłość, która jest więzią doskonałości".

Chrześcijaństwo zatem to nie ideologia. To nie zespół twierdzeń i ocen powiązanych z programem działania, a służących jakiejś grupie społecznej czy jakiejś partii. Chrześcijaństwo to życie według wskazań Ewangelii, życie zgodne z wolą Bożą zawartą w Dekalogu, w obowiązkach stanu i obowiązkach zawodu; to życie przepełnione miłością.

I na tym polega świętość, do której wezwany jest każdy człowiek. Nie tylko na modlitwie i życiu sakramentalnym.

W mentalności współczesnego człowieka ciągle się utrzymuje obraz życia świętych z barwnych opowieści średniowiecznych, życia samotniczego, przepełnionego nadzwyczajnymi praktykami pokutnymi, długotrwałymi postami, biczowaniem, Włosienicą, oderwanego od rodziny, społeczeństwa i normalnego toku zdarzeń. Nie do takiej świętości Pan Bóg wzywa współczesnego człowieka.

Dzisiejszemu światu bardziej niż pustelnicy i biczownicy potrzebne są święte rodziny, święci ojcowie i święte matki, święci rolnicy i robotnicy, święci inżynierowie i dziennikarze, święci aktorzy i kapłani. Święci, to znaczy rozumiejący swoje zadania życiowe i spełniający je najlepiej jak potrafią dla dobra swoich najbliższych i dla dobra społeczeństwa, w którym żyją. Spełniający je w duchu miłości. Każde ludzkie serce tęskni za rajem. Ale na ziemi raju już nigdy nie będzie. Każdy, kto go tutaj obiecuje, kłamie.

Bo zawsze będzie człowiekowi towarzyszyło cierpienie, śmierć, trud i niedostatek.

Bo zawsze będą ludzie starzy, biedni, chorzy, słabi, obcy, bezdomni, ułomni fizycznie, kalecy moralnie - po prostu bliźni potrzebujący naszej pomocy; ci, w których w sposób szczególny objawia się nam sam Chrystus.

We wstrząsającym opisie Sądu Ostatecznego, Chrystus wypowiada tak dobrze znane nam wszystkim słowa:

"Byłem głodny, a wy nie daliście mi jeść, spragniony - a nie daliście mi pić, nagi - a nie odzialiście mnie; w więzieniu - a nie odwiedziliście mnie. Dlatego idźcie precz w ogień wieczny.

- Panie - zawołają odrzuceni - gdzież to widzieliśmy Cię głodnym, spragnionym, nagim, chorym? A Chrystus Sędzia odpowie - w bliźnich waszych, w każdym potrzebującym pomocy człowieku byłem ja. Odtrącając go, odtrąciliście mnie".

To bardzo trudne, wzbudzające trwogę słowa. Zwróćmy uwagę na to, że Chrystus nie mówi - idźcie precz w ogień wieczny, bo byliście złoczyńcami, zbrodniarzami, złodziejami, bo na waszych rękach jest niewinna krew, bo w waszych oczach odbijają się cienie tych, których skrzywdziliście przez wasz egoizm, waszą chciwość, wasze nałogi i wasze zbrodnie. Chrystus tego nie mówi, bo są to rzeczy oczywiste i nie warto o tym mówić. Chrystus w tej scenie mówi o wiecznym odrzuceniu tych wszystkich, którzy być może nie popełnili żadnej wielkiej zbrodni, ale którym obca była czynna miłość bliźniego, uczynki miłosierdzia chrześcijańskiego; którzy zamknęli się w skorupie własnego egoizmu.

Współczesny świat potrzebuje jak powietrza, autentycznej, przepełnionej miłością bliźniego świętości - chociaż ją programowo odrzuca. Potrzebuje jej i podświadomie wyczuwa, że bez niej przepadnie na pewno. Wyparł się już Ewangelii - ustanawiając sprzeczne z nią prawa, które sankcjonują zabijanie nienarodzonych, eutanazję, rozkład rodziny i przeciwne godności natury ludzkiej eksperymenty naukowe.

W imię nieopanowanego, zabójczego dla samego człowieka i jego środowiska naturalnego konsumpcjonizmu - zrezygnował z najdrobniejszych nawet form ascezy i samodyscypliny.

Ze swoim bałwochwalczym kultem wiecznej fizycznej młodości i urody - zepchnął na odległy margines życia starość, chorobę i kalectwo, jakby nie należały do ludzkiego losu.

Bojąc się panicznie śmierci jako kresu ziemskiego używania - postanowił przestać o niej mówić i myśleć.

Aby uniknąć myśli o pozagrobowej odpowiedzialności za występne czyny - wmówił w siebie naukowy rzekomo światopogląd, który wyklucza nieśmiertelność ludzkiej duszy.

Odrzucając istnienie Boga - bóstwem uczynił samego człowieka, stawiając go ponad moralnością i ponad Dekalogiem, i wmawiając w niego, że to tylko od jego decyzji zależy co jest dobrem a co złem.

Teoretycznie deifikując człowieka - praktycznie sponiewierał jego godność jak nigdy w historii.

Głosząc, że człowiek jest jedynym panem wszechświata - uczynił go jednocześnie niewolnikiem najniższych, zwierzęcych instynktów.

Aby pozbyć się jakichkolwiek aluzji o swej zależności od Boga - wyrzuca ze swej kultury język religijny, a do ludzi wierzących w Chrystusa woła z irytacją - zamknijcie się ze swoją Ewangelią w kościołach, przestańcie ją pokazywać w gazetach, książkach, w radiu, w telewizji, w szkołach i parlamentach. Skończcie z tym, bo was oskarżę, że mącicie moją pewność siebie; że ograniczacie moją wolność, że wprowadzacie teokra-tyczny totalitaryzm.

Taki jest współczesny świat. A mimo wszystko ten świat pragnie żyć inaczej, pragnie świętości, pragnie Boga, bo pragnie zrozumienia sensu swojego istnienia.

Na przekór temu co czyni, i co woła, pragnie pójść za Chrystusem. Ten zdawać by się mogło apokaliptyczny już, przepełniony zbrodniami, wojną, kłamstwem, przemocą, egoizmem świat, pragnie odrodzenia i uświęcenia. Opatrzność sprawiła, że to jest nasz świat i że my chrześcijanie jesteśmy za niego odpowiedzialni; i że to właśnie my mamy Go uratować - dla siebie, dla naszych rodzin i dla przyszłych, niezliczonych pokoleń dzieci Bożych.

I możemy to zrobić przez świętość, do której wezwał nas Bóg. Przez świętość naszego życia. Świętość uczciwie spełnianych obowiązków. Przez świętość najpełniej wyrażającą się w trudnej niezmiernie, ale bezwzględnie koniecznej miłości do bliźnich, której przykładem jest św. Szczepan i św. Maksymilian Kolbe, i Matka Teresa z Kalkuty, i miliony anonimowych chrześcijan, którzy składali i składają swoje życie w ofierze dla innych.

Krytyczni obserwatorzy życia współczesnych chrześcijan wygłaszają tezę, że chrześcijaństwo już umarło i że nie ma wpływu na moralność swoich wyznawców. Ten zarzut krzywdzi miliony ludzi, którzy ze względu na Chrystusa dochowali sobie wierności, uszanowali cudzą rodzinę i miłość, cudzą własność i dobre imię, schylili się nad nędzą bliźniego, przebaczyli mu największą nawet krzywdę, podzieli się z nim ostatnim kawałkiem chleba, narazili dla Niego swoje zdrowie, a czasem - tak jak Chrystus na krzyżu - uchronili go od śmierci własną śmiercią.

Czy jednak zarzut, że wielu współczesnych chrześcijan prowadzi życie niezgodne z wyznawaną wiarą jest całkiem bez racji? Ze wstydem musimy przyznać, że niestety nie. W jakże wielu duszach ochrzczonych ludzi życie Boże całkowicie zamarło. Uważają się za chrześcijan, a żyją tak jakby Boga nie było; jakby nie było Jego przykazań; jakby nie było śmierci i Bożego Sądu.

Z czym staną przed tym Sądem, gdy nadejdzie?

To pytanie było zawsze aktualne, ale aktualne jest zwłaszcza dziś, gdy trzeba się zdecydowanie określić - czy jesteśmy z Chrystusem, czy przeciw Niemu. Określić nie przez słowa i hasła, ale przez życie, przez każdy czyn. Jesteśmy słabi i upadamy. Taka jest nasza ludzka natura, ale starajmy się ciągle powstawać, ciągle na nowo. Bo chrześcijaństwo nie polega na tym, by nigdy nie upadać. Chrześcijaństwo znaczy ciągle powstawać.

Bracia i Siostry!

Niech przykład rodziny z Nazaretu będzie się dla każdej rodziny zachętą do życia z Chrystusem! Jest on także posłannictwem nadziei dla wszystkich małżeństw chrześcijańskich, że jeśli opierać się będą w swym postępowaniu o pedagogikę, przykład Bożej Rodziny, Jezusa, Mari i Józefa - Bóg poprowadzi je mocną ręką do pełni szczęścia w niebie. Amen.

boze-narodzenie"Świat cały taki zajęty, nie widzą, nie czują ślepcy, że znów śpi Dzieciątko Święte, w ubogiej jak co rok Stajence" (K. Iłłakowiczówna)

W zajęty tylu sprawami świat pada dziś jak potężny głos dzwonu radosne wołanie: "Bóg się rodzi, moc truchleje", zwiastując nam święto radości i wesela.

Zabrzmiały nasze piękne i dla serca tak miłe kolędy, pojawił się żłóbek Zbawiciela, a po domach wystrojone choinki jarzące się światłem. Przy wieczerzy wigilijnej łamaliśmy się wczoraj opłatkiem, składając sobie wzajemnie życzenia.

Święto dzisiejsze pełne nastroju wzniosłego przenosi nasze serca i myśli do odległego Betlejem, do żłóbka w którym złożony był Syn Boży zrodzony z "Przeczystej Dziewicy".

Co roku obchodzimy Święta Bożego Narodzenia, a zawsze na samą myśl o tym święcie mimo woli radośnie uderzają nasze serca, tak jakbyśmy to święto obchodzili po raz pierwszy.

Kto sprawia ten cały urok, kto powoduje to wzniosłe nastawienie duszy, - to Boże Dziecię.

Przypominamy sobie, że w tę Świętą Noc, gdy aniołowie zanucili nad uśpioną ziemią hymn chwały i zbudzili pasterzy wołaniem: "Zwiastuję wam radość wielką... Że się wam dziś narodził Zbawiciel" - "Słowo stało się Ciałem i mieszkało między nami".

Właśnie Bóg zszedł do ludzi, aby ich zbliżyć do siebie, aby im niebo otworzyć. Tu leży źródło radości dla ludzi wierzących. Radość z tego, że Bóg stał się człowiekiem i przemówił do nas: już nie przez proroków, nie wśród błyskawic i gromów, ale widokiem najsilniej pociągającym - dziecka, tym głosem, na który nie może zostać nieczułym żadne serce ludzkie. Przy żłóbku Jezusowym nic nie trwoży, nie budzi leku, ale wszystko pociąga, podbija dobrocią Zbawiciela.

Bóg stał się Człowiekiem. Druga osoba Boska do swej natury Boskiej przyjęła naturę ludzką, by się na ziemi narodzić. Jeszcze raz - Bóg stał się człowiekiem, a więc w jednej osobie zjednoczone są dwie natury: boska i ludzka - czyli że Jezus Chrystus jest jednocześnie prawdziwym Bogiem i prawdziwym Człowiekiem.

Nie rozumiesz tego - powiesz. Ja też nie rozumiem, bo to wielka i niezgłębiona tajemnica. Nie rozumiem, ale wiem, że tak jest. Zapewnia mnie o tym wiara święta, a rozum nie widzi w tym żadnej sprzeczności i niemożliwości. Szukam podobieństwa i jakże blisko je znajduję - w sobie samym. Mam przecież duszę i ciało, zupełnie dwa różne pierwiastki - to jednak jestem jeden, stanowię jedną osobowość (mam swoje osobiste "ja" -jakby chciała powiedzieć filozofia). Choć to niedoskonałe porównanie - pozwala mi jednak zbliżyć się do jaśniejącej ponad słońce tajemnicy Wcielenia Syna Bożego.

Syn Boży - stając się Człowiekiem - nie przestał być Bogiem. Nie! Jezus Chrystus pozostał tym, kim był od wieków, zapowiadanym Emmanuelem - Bogiem z nami!

"Chrystus narodził się nam, pójdźcie, oddajmy Mu cześć" - śpiewamy dzisiaj w kolędach polskich. Narodził się nam! Z nieba, które jest Jego tronem, zstąpił na ziemię, która jest podnóżkiem nóg Jego. On na którego anieli patrzeć nie mogli od blasku i świętości, pozwolił patrzeć na siebie grzesznym ludziom.

Tak urodził się Bóg - Człowiek. Nie w nowoczesnym pałacu za bramą triumfalną. Urodził się bez straży, rakiet, bez salwy, ale za miastem, w polu, w nędznej szopie.

Umysł ludzki jest osłupiały tą Bożą bezpretensjonalnością, miłosnym pospolitowaniem się Boskiego Dzieciątka - a zdziwienie nasze wyraża się między innymi zwrotką pieśni kolędowej: "Czyżeś nie mógł sobie, W największej ozdobie Obrać pałacu drogiego Nie w tym leżeć żłobie?" Zamiast tronu - zimna grota, zamiast baldachimu - dziurawy dach. Tak oto wyglądała główna kwatera chrześcijaństwa - a w niej Małe Dziecię - to główny wódz, bez sztabu, bez doradców i dyplomacji. Ale dlatego właśnie tak się stało, że człowiek przez pychę chciał być równy Bogu. Dlatego teraz Bóg naprawia zło przez pokorę i ubóstwo Nowonarodzonego. Teraz w wielkiej biedzie rodzi się ogień, który miłością obejmie cały świat.

I właśnie, przyszedł mały, a zmalało przy Nim wszystko, co było wielkie. Runął świat pogański (świat panów i niewolników) - przed żłóbkiem betlejemskim. I tu u progów betlejemskiej stajenki przyszło zrównanie pasterzy z królami w hołdzie Bogu i braterskiej jedności wszystkich ludzi. Nie miecz położył kres wybujałej starożytności pogańskiej, lecz miłość reformowała wtedy świat. Nie w duchu przemocy i nienawiści, ale niewinności i ukochania ludzi.

Tak zakładał Chrystus podwaliny chrześcijańskiej rzeczywistości. Królestwo Chrystusa, to królestwo ducha, które choć cierpi, zawsze zwycięża. Jakże wiele przeciwieństw zawarł Chrystus w sobie:

Stał się bezsilnym, byśmy jego słabością byli silni. Narodził się Synem ludzkim, by człowiek narodził się Synem Bożym.

Bóg zstąpił na ziemię, by człowiek mógł wejść do nieba. Stał się ubogim, by nas ubogacić.

Kto zrozumie tę cudowną przemianę przeciwieństw, która dokonała się dla naszej korzyści. Któż pojmie potęgę miłości Bożej? I gdybyśmy uroczystości Bożego Narodzenia mieli dać inną nazwę - to moglibyśmy o niej powiedzieć, że jest to święto miłości Bożej.

I pamiątkę tej Bożej miłości obchodzimy właśnie dzisiaj, kiedy już minęła najdłuższa noc zimowa i kiedy znowu zaczyna przybywać dnia. Dzieje się to jakby do akompaniamentu słów św. Jana: "Była światłość prawdziwa, która oświeca każdego człowieka". To Boże Dziecię, to właśnie światłość ludzkości.

Pięknie uzmysłowił to włoski malarz Corregio, w obrazie Narodzenia Pańskiego. Wokoło panują ciemności. Do stajenki cisną się pasterze, którzy wyłaniają się z cieniów nocy. U żłóbka siedzi Maryja obejmując macierzyńskim ruchem spoczywające na sianku dzieciątko, które zdaje się być całe przepromienione światłością. Łuna bijąca od Dzieciątka rozjaśnia cały obraz. Najmocniej oświetlona jest Przeczysta Matka, potem stopniowo blask maleje, a w tym blasku widać pasterzy, którzy pierwsi przyszli złożyć hołd Bożej Dziecinie. Im dalej od Nowonarodzonego, tym ciemniej. Głębia obrazu tonie w mroku, podczas gdy aniołowie oświetleni od dołu, unoszą się nad kolebką Króla wieków, śpiewając mu swoje radosne: "Gloria".

Drodzy! Ukochani! Im dalej od Jezusa, tym ciemniej. Aniołowie przekazali wiadomość: "Chrystus Wam się narodził!"

Wszyscy, którzy próbują budować świat bez Chrystusa i tak układać życie ludzkie, wcześniej czy później doznają przykrych rozczarowań i muszą sami zejść z areny życia publicznego.

Chrystus bowiem przez swoje narodzenie stał się pierwiastkiem dziejowym, którego w budowie świata bezkarnie pomijać nie wolno. Nad zwykłymi ludzkimi pierwiastkami bierze górę poczucie Bożej Mocy. Chrystus wszczepiony w życie ludów, kształtuje ich kulturę i losy, jako twórczy czynnik rozwoju i szczęścia. Kto Go świadomie odpycha, powoduje ogromne katastrofy dziejowe, a przykłady takie obserwujemy na naszej Ojczyźnie. Nie można budować dziejów naszych bez Chrystusa.

Chrystus bowiem wszedł w historię ludzkości nie tyle jako człowiek, ile jako Bóg prawodawca. Nie można więc zlekceważyć Jego i Prawa Bożego. Albo się Go przyjmuje wraz ze wszystkimi konsekwencjami i wtedy życie człowieka staje się pełne i radosne, albo się go odrzuca, a wtedy nad światem zawisa to fatum, którego tak charakterystycznym przykładem jest współczesna chwila - gdy naród nie jest w stanie przejść ponad tym co dzieli, by złączyć swe siły w dzieło budowania wspólnego dobra - ojczyzny.

Musimy pamiętać, że nie wolno nam walczyć herodowym sposobem z Bożą Dzieciną, bo to walka tragiczna, daremna i zgubna, ale musimy z hołdem i w pokorze - pokonując samych siebie - pójść do stajenki po Boży pokój, po błogosławieństwo i po natchnienia. Bożej Dziecinie - otwórzmy nasze serca i bramy.

Niech wkroczy w nasze serca i bramy. Niech wkroczy w nasze dusze i w polskie życie. Tym najbiedniejszym, najbardziej potrzebującym, którzy Bożą Dziecinę w stajence witali, głodnym, bezdomnym, bezrobotnym, załamanym, nieszczęśliwym, ludziom chorym, będącym na marginesie społecznym, niech przyniesie pociechę i ratunek.

Ludzi zaś dobrej woli, niech otacza radością i niech natchnie apostolskim duchem, aby to co szlachetne rosło i zwyciężało. A w rodzinach naszych niech utwierdza jedność, obyczaj święty oraz ukochanie dziecka.

Klęka więc dziś Polska i polski naród przed Bożym Dziecięciem z hołdem wierności i uwielbienia, przyjmując wiadomość od Aniołów, że Chrystus nam się narodził. I to jest właśnie centralne wydarzenie w całej naszej historii ludzi żyjących na ziemi. Od tej chwili Bóg-Człowiek jest z nami. Połączył swój los z naszym losem... Niech przy świetle betlejemskiej Gwiazdy Zbawienia, ustąpią ciemności, stopnieje nienawiść, niech połączą się serca bratnie i niech zapanuje "Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli". Amen!.

 

narodzenie-jezusaUmiłowani Siostry i Bracia, uczestnicy podniosłej Uroczystości.

W cichą i Świętą Noc Bożego Narodzenia, wraz z pasterzami trzymającymi nocną straż na polach betlejemskich wpatrujemy siew "Blask chwały Pańskiej, która zewsząd ich oświeciła" (Łk 2,9) i wsłuchujemy się w radosne orędzie aniołów uroczyście głoszone światu: "Dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Jezus, Mesjasz, Pan". (Łk 2,8-11).

Chwała Pańska to nie nadzwyczajne zjawisko astronomiczne, ani naturalne światło, ale blask Bożego objawienia, blask Bożej prawdy, która w Jezusie narodzonym w Betlejem oświeca każdego człowieka na ten świat przychodzącego" (J 1,9).

Jezus, Bóg – Człowiek stanowi "klucz" do zrozumienia tajemnicy każdego człowieka niewedług jakiś doraźnych, częściowych, powierzchownych kryteriów i miar, "a w świetle pełnego blasku prawdy objawionej w Jezusie Chrystusie właśnie w blasku chwały Betlejemskiej nocy" (Veritatis splendor nr 8).

Tajemnica człowieka - uczy II Sobór Watykański - wyjaśnia się naprawdę dopiero w tajemnicy Słowa Wcielonego, Odwiecznego Słowa Boga, które stało się Ciałem, Boga, który stał się człowiekiem, jednym z nas, zstąpił na ziemię, by odtąd pozostać z nami aż do końca czasów. Od momentu swojego narodzenia w Betlejem jest On obecny na wszystkich drogach człowieczych tak dalece, że dzieje każdego człowieka stają się dziejami Boga, a dzieje Boga dziejami człowieka.

Powie CK. Norwid:

"Przyszła nareszcie chwila
ciszy uroczystej
stało się, że między ludzi wszedł MISTRZ - WIEKUISTY
I do historii, która wielkich zdarzeń czeka
dołączył biografię każdego człowieka,
Do epoki - dzień każdy, każdą dnia godzinę,
A do słów umiejętnych - wewnętrzną słów przyczynę
To jest: intencją serca".

W historii każdego narodu, w biografii każdego pojedynczego człowieka jest więc obecny Bóg - człowiek, ukryty przed światem, jak ongiś w Betlejem, ale rzeczywiście obecny; bezsilny i całkowicie zdany na ludzi jak w Betlejem, ale potężny potęgą miłości, która objawia się nawet w niemocy; odtrącony, nierzadko nawet zapomniany "przez swoich", do których przyszedł, ale kochający miłością niewymowną wszystkich, a najbardziej tych którzy najpełniej się zagubili.

Boże Narodzenie to więc "dzień, w którym Bóg zaczął nas kochać po ludzku, ludzkim sercem i zaczął razem z nami iść drogą życia". "Naród kroczący w ciemnościach ujrzał światłość wielką, nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło" (Iz 9,1) - obwieszcza dzisiaj Kościół światu. W chwili, gdy w dzieje ludów i narodów wkroczył Ten, który jest "światłością świata" (J 8,12), zabłysło nowe światło i pojawiło się nowe życie. Odtąd: "Kto idzie za Nim, nie chodzi w ciemności, lecz ma światło życia" (J 8,12). To właśnie życie w Nim objawione, jest światłością ludzi" (J 1,4). Bez Niego życie nadal jest ciemnością, ślepym zaułkiem, a człowiek bolesnym znakiem zapytania.

W przyjęciu albo odrzuceniu Nowonarodzonego w Betlejem Zbawiciela dokonuje się sąd nad światem: "A sąd na tym polega, że Światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność niż światło: bo złe były ich uczynki" (J 3,13).

Jedynie prawdziwym kryterium, które decyduje o naszym stosunku do Chrystusa jest więc nie sama wiara, a nasze uczynki, czy są one dobre czy złe. W nich i przez nie dokonuje się sąd nad światem, nad każdym z nas.

Boże Narodzenie przeżywane w swoich najgłębszych pokładach, nie jako folklor, nie jako świętowanie, ale jako wejście Boga Emmanuela w życie narodu i moje osobiste, podsuwa nieuchronnie niepokojące pytania:

Na ile Chrystus Zbawiciel i Jego Ewangelia są obecne w życiu naszego, w olbrzymiej większości przecież katolickiego narodu?

Na ile obecność Chrystusa, którego przecież wyznaję moim Zbawicielem i Panem znajduje swoje odbicie i przedłużenie w moim osobistym życiu?

Czy po stylu mojego życia można rozpoznać, że wierzę w Boga, który stał się człowiekiem i który pragnie, aby także człowieczeństwo Jego wyznawców było ukształtowane na Jego obraz, wzór i podobieństwo?

Nowa rzeczywistość, w której żyjemy, od kilku lat obnażyła w sposób bolesny pęknięcie, rozziew, a nierzadko nawet przeciwieństwo pomiędzy wyznawaną wiarą a życiem, głoszoną prawdą a postępowaniem.

Wielu traktuje prawdy wiary w sposób wybiórczy: przyjmuje jedne, te łatwiejsze, a odrzuca inne, trudniejsze i wymagające większej konsekwencji życiowej i pełniejszego zaangażowania.

Nie brak i takich, którzy w ogóle stawiają pod znakiem zapytania istnienie obiektywnych i trwałych norm moralnych. Wolność oznacza dla nich porzucenie wszelkich norm moralnych. W tej perspektywie Dekalog jawi się jako relikt przeszłości. Kwestionuje też obecność moralności społecznej: przekonanie religijne to moja sprawa prywatna, ograniczona do czterech ścian mojego domu. Życie zawodowe, działalność społeczna czy polityczna jakby zwalniała od wszelkiej odpowiedzialności.

Wreszcie nie brak i takich, którzy jawnie głoszą antyewangelię twierdząc, że człowiek sam dla siebie jest najwyższą i ostateczną normą i prawem. Skutki takiej postawy nie pozwalają na siebie długo czekać. Zaciera się dla wielu coraz wyraźniej granica pomiędzy: dobrem a złem, prawdą a fałszem, a nawet pomiędzy życiem i śmiercią. Szerzy się zbiorowy egoizm, cwaniactwo, apatia i nihilizm.

Potrzeba, aby na nowo zajaśniał nam "blask Chrystusowej prawdy", abyśmy pośród mroków codziennego życia stali się od nowa "światłością w Panu i dziećmi światłości" (Ef 5,8).

Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzeba aby "Chwała Pańska" głoszona na polach betlejemskich także i nas ogarnęła: aby zajaśniał nam "blask Chrystusowej prawdy" w całej swej potędze tak, by każdy człowiek stał się "odblaskiem chwały Boga" (Hbr 1,3). Jak uczy bowiem II Sobór Watykański: "Tajemnica człowieka wyjaśnia się naprawdę dopiero w tajemnicy Słowa Wcielonego".

Trzeba nam, idąc za wezwaniem Jana Pawła II, przybliżyć się z naszym "niepokojem, niepewnością, a także słabością i grzesznością, ze swoim życiem i śmiercią, do Chrystusa, niejako wejść w Niego z sobą samym i "przyswoić sobie", zasymilować całą rzeczywistość Wcielenia i Odkupienia, aby się na nowo odnaleźć" (Vwritatis splendor, nr 8,9). Wymaga to od całego Kościoła i każdego z nas nowego wysiłku, jakby nowego zrywu.

W okresie wielkiego zachwiania zasad moralnych i zobojętnienia religijnego wielu, Ojciec Święty prowadzi nas właśnie do Chrystusa Boga -Człowieka. Chrystus nie tylko jasno wskazuje na kryteria dobra i zła zapisane w wielkim sanktuarium Boga jakim jest sumienie ludzkie, ale sam daje przykład-jak dobro poznane należy urzeczywistnić we własnym życiu. Stąd właśnie "naśladowanie Chrystusa jest pierwotnym i najgłębszym fundamentem chrześcijańskiej moralności" (V.S.9).

Chrześcijaństwo bowiem to nie sama wiara, nie doktryna, a tym bardziej nie ideologia, a wspólnota życia i miłości z Chrystusem. "Istnieje zatem pilna potrzeba, by chrześcijanie ponownie odkryli nowość wiary oraz, nowe osądzanie kultury dominującej w ich środowisku, aby ci, którzy niegdyś byli ciemnością, stali się światłością w Panu i postępowali jako dzieci światłości" (Ef 5,8-11). Pełnym zaś owocem światłości, jest "wszelka prawość, sprawiedliwość i prawda" (V. S. 88); "prawda Bożych przykazań, prawda kazania na Górze, prawda którą trzeba żyć, którą trzeba wyznać nie słowem a życiem. Na równi z prawdą również prawdziwy wymiar wolności objawia się i urzeczywistnia w Chrystusie przez miłość i dar z samego siebie" (por. Veritatis Splendor, nr nr 87, 88).

Ku tej właśnie wolności Wyzwolił nas Chrystus (Ga 5,1). Miarą i kryterium tej wolności jest nie samo wyzwolenie, a wierność Bożym przykazaniom. W Betlejem, razem ze Zbawicielem narodził się nowy, zbawiony człowiek, człowiek nowego przymierza, który jest powołany do tego by przez świadectwo własnego życia stać się, "Światłością świata" (Mt 5,14).

Aby chrześcijanin mógł wypełnić to zadanie musi w nim ustawicznie obumierać stary grzeszny człowiek: "Możemy się bowiem odrodzić tylko za cenę życia. Jeśli nic w nas nie umrze, nic się w nas nie narodzi (Ks. J.S. Pasierb).

Dla tych wszystkich, którzy w nowości życia świętują Boże Narodzenie jest ono świętem pokoju, radości i nadziei. Światłość Chrystusa jest bowiem mocniejsza niż ciemność, zło i moc grzechu: "Światłość bowiem świeci (nawet) w ciemności i ciemność jej nie ogarnęła" (J 1,5).

Całe zaś przesłanie i orędzie Bożonarodzeniowe streszcza się w słowach:

"Narodziłem się nagi, mówi Bóg,
abyś ty potrafił wyrzekać się
siebie samego.
Narodziłem się ubogi,
abyś ty mógł uznać Mnie za jedyne bogactwo.
Narodziłem się w stajni,
abyś ty nauczył się uświęcać każde miejsce.
Narodziłem się bezsilny,
abyś ty nigdy się Mnie nie lękał.
Narodziłem się z miłości.
Narodziłem się w nocy,
abyś ty uwierzył, iż mogę rozjaśnić
każdą rzeczywistość spowitą ciemnością.
Narodziłem się w ludzkiej postaci, mówi Bóg,
abyś ty nigdy nie wstydził się być sobą.
Narodziłem się jako człowiek,
abyś ty mógł stać się "Synem Bożym".
Narodziłem się prześladowany od początku,
abyś ty nauczył się przyjmować
wszelkie trudności.
Narodziłem się w prostocie,
abyś ty nie był wewnętrznie zagmatwany.
Narodziłem się w twoim ludzkim życiu, mówi Bóg,
aby wszystkich ludzi zaprowadzić do domu Ojca". Amen.

4-niedziela-adwentuOstatnia, przedświąteczna niedziela. Dobiega końca Adwent, co oznacza po prostu - przyjście. Przyjście Tego, który miał przyjść - i przyszedł. Przyjście Tego, który ma ponownie przyjść - i przyjdzie. Przyjście Tego, który w każdej chwili do nas przychodzi - i jest.

Nie tylko jest, ale i mówi do nas nieustannie cichym, chciałoby się powiedzieć, adwentowym głosem. Bo ten czas, to nie tylko nasz, ale i Jego Adwent. Bóg jest Panem Adwentu. Chętnie przebywa wśród tych, do których przychodzi. Głos Jego dociera do ludzi adwentowej wrażliwości, adwentowej tęsknoty i oczekiwania. Cóż dzisiaj nam, adwentowym ludziom, mówi nasz Bóg - Pan Adwentu? Poprzez dzisiejsze czytania staramy się zrozumieć adwentowe przesłanie Słowa Bożego. Każde z tych trzech czytań ujmuje prawdę o Przychodzącym Bogu nieco inaczej.

Przypomniano nam najpierw króla Dawida. Ten biblijny obraz i zawartą w nim prawdę można zaniknąć w jednym słowie - dom. Zbudować dom na mieszkanie. Najpierw król zadbał o swój własny dom. Był to okazały pałac, w którym zamieszkał Dawid po poskromieniu wszystkich swoich wrogów. Był u szczytu sławy. Przyszła mu wówczas myśl, aby swoją wdzięczność wobec Boga wyrazić w konkretny sposób, przez wybudowanie godnego mieszkania dla Arki Przymierza.

Pozornie zaskakująca jest odpowiedź Boża wypowiedziana ustami proroka: Nie ty wybudujesz Mi dom na mieszkanie!

Czego nauczył się Dawid, który przecież szczerze chciał ofiarować swemu Bogu tak wspaniały dar w postaci godnego domu - świątyni? Nauczył się tej prostej prawdy, że Bóg obdarowuje człowieka szczodrzej i hojniej; że nawiedzając człowieka i przychodząc do niego, darzy go miłością uprzedzającą i wyprzedzającą wszelkie dobro, na jakie zdobywa się człowiek.

Bo czymże była świątynia, którą wybudował następca Dawida -Salomon. Czymże jej wspaniałość, iż budziła powszechny zachwyt, wobec wypełniającej jej wnętrze obecności Bożej? Czym jest to wszystko, co było szczerym nawet zamiarem Dawida, wobec tej jednej, wspaniałej obietnicy, którą usłyszał: "Przede Mną dom twój i twoje królestwo będzie trwać na wieki?" (2 Sm 7,16).

Poprzez tę biblijną opowieść o Dawidzie, otrzymujemy wprost od Boga zapewnienie, że On, największy i Najpotężniejszy chce być Bogiem Przychodzącym, zamieszkującym wśród ludzi. To jedno małe, a pełne wymowy słowo: dom, jest jego biblijnym dowodem. Co za przedziwna wymiana! Odwieczny Bóg - domownikiem skończonego człowieka; mały człowiek - domownikiem miłosiernego Boga! I choć jeszcze wiele wieków upłynie, zanim św. Paweł powie: "Czyż nie wiecie, żeście świątynią Boga i że Duch Boży mieszka w nas?" (1 Kor 3,16), to jednak od czasów króla Dawida łatwiej było człowiekowi uwierzyć, że Bóg chętnie przebywa w sercu człowieka - jak w swoim domu.

Przypomniano nam również dzisiaj w Ewangelii św. Łukasza scenę Zwiastowania. Zawartą w tym obrazie prawdę biblijną, zamykamy też w jednym słowie - radość. Nasze staropolskie: "zdrowaś", czy późniejsze: "Bądź pozdrowiona", znaczy tyle, co greckie: "chaire" - czyli raduj się". Takie słowa usłyszała Dziewica Maryja z ust anioła Gabriela, wysłannika Bożego, w swoim nazaretańskim domu.

Radość ze spełnienia w tym momencie, w tym domu, odwiecznej Bożej obietnicy, że chce być On "Bogiem z nami". Jak przedziwnie współgrają te słowa z innym, a pochodzącym z tej samej Ewangelii św. Łukasza wezwaniem do radości, skierowanym przez anioła do pasterzy trzód betlejemskich: "Nie bójcie się! Oto zwiastuję wam radość wielką, która będzie udziałem całego narodu: dziś w mieście Dawida narodził się wam Zbawiciel, którym jest Mesjasz, Pan" (Łk 2,10n).

Taki jest początek radości zwiastowanej, objawionej przez Boga smutnemu człowiekowi. Przywołujemy w pamięci naszej inne opisy radości, które w tej pierwszej, nazaretańskiej, mają swoje korzenie. Pamiętamy przecież radość, z jaką przyjmowano głoszone słowo Boże, czy radość uczniów powracających z pracy apostolskiej.

Jest to ta sama, ewangeliczna, zwiastowana przez Boga radość, która uczniom Pańskim kazała radować się nawet z prześladowań zniesionych dla Królestwa Bożego. W tej radości mamy udział - ty i ja, gdy w twoim i moim sercu ziarno Ewangelii kiełkuje i wyrasta jak potężne drzewo.

Tak więc radość czasów Chrystusa, czyli - jak mówimy - naszej ery, wzięła początek od Maryi. Ona jest pierwszą osobą nowego, Chrystusowego czasu radości. W tych dniach przedświątecznych mamy głębiej odczuć naszą radość z przyjścia do nas Bożego Syna i bardziej zrozumieć, że nasza radość z wiary jest kontynuacją tej pierwszej, zwiastowanej przez anioła w Nazarecie.

Pozostał jeszcze trzeci fragment czytanego dziś słowa Bożego. Stanowi on zakończenie listu św. Pawła do Rzymian. Tym razem zawartą tu prawdę Bożą zamykamy w słowie - Chrystus. To przez Niego składa św. Paweł Bogu Ojcu dziękczynienie za mądrość, ukrytą w dawnych wiekach, a teraz objawioną światu w osobie Jezusa Chrystusa.

Takiego Chrystusa głosił św. Paweł, takiego Chrystusa głosi Kościół poprzez wieki. Dziś głosi Go również. To ten sam Chrystus. Wczoraj i dziś ten sam. Zapytaj więc siebie, jak przyjmujesz głoszonego ci Chrystusa? Czy Słowo Boże otwiera ci serce? Czy raczej uważasz, że trzeba innym, a nie tobie, głosić kazania? Kiepskim byłbyś słuchaczem, gdybyś uważał, że Słowo Boże jest przeznaczone dla kogo innego, a w kazaniach byś nasłuchiwał jak taki, czy inny kaznodzieja poruszy nie ciebie, lecz tych innych, tzn. gorszych.

Spójrz więc w tę przedświąteczną niedzielę na głoszonego tobie przez Kościół Chrystusa. Zanim ujrzysz Go zasiadającego po prawicy Boga i przychodzącego w majestacie, patrzysz na Niego w betlejemskim żłóbku. Potem stopniowo widzisz ukryte życie w Nazarecie, wreszcie publiczną działalność, nauczanie, cierpienie, mękę i krzyż. Tak przychodzi nasze zbawienie. Niektórzy chcieliby widzieć Jezusa tylko jako Zmartwychwstałego i nieosiągalnego Pana Wszechświata. Kościół cierpliwie uczy patrzenia w żłóbek z małym Dzieciątkiem. Nie jest to tani sentymentalizm, ale nauka pełnego człowieczeństwa. Bo nie można być dobrym uczniem Chrystusa, gdy pominie się całą ludzką stronę życia.

Cóż warte by było codzienne mówienie do Boga: Ojcze nasz, bez zwykłego zainteresowaniapotrzebami drugiego człowieka. Dobiega końca

Adwent - przyjście. Przyjście Tego, który już przyszedł; który powtórnie przyjdzie; który nieustannie przychodzi.

Jeszcze raz krótko wróćmy do tych prostych słów - dom, radość, raz jeszcze niech zabrzmi słowo - Chrystus. Nie sposób nie myśleć w tę przedświąteczną niedzielę o naszych domach, o naszych radościach i troskach. Jak nie pomyśleć o naszym chwiejącym się wciąż polskim domu? Dobrze wiemy, że dom to nie tylko ściany, dach nad głową i lepsze czy gorsze sprzęty. Czym go więc wypełnimy? Jeszcze jedną kłótnią po polsku? Jeszcze jedną przepychanką przeciw poczętemu życiu?

Uwierzyć musimy mocno w przychodzącego Chrystusa! On jedynie wypełni nasze serca i domy radością. On przynosi nam wolność. Kiedy więc znów, jak co roku, patrząc na Jezusa złożonego przez Matkę na sianie, zaśpiewasz w kolędzie: "Gdyś stajnią nie pogardził, nie gardź i sercem mym" - uczyń to szczerzej i prawdziwiej niż kiedykolwiek. Doświadczysz, jak nigdy, radości w twoim domu. Życzę ci tego najgoręcej. Wesołych Świąt!

Dział: ADWENT
piątek, 15 grudzień 2017 10:44

3. Niedziela Adwentu (B) – Radujcie się!

3-niedziela-adwentuJuż trzecia niedziela Adwentu. Boże Narodzenie blisko. Woła więc Apostoł: „Gaudete!” Radujcie się! Bóg jest wierny obietnicom więc przyjdzie wkrótce, aby nas ocalić. Więc „zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie” (1 Tes 5,16).

Jakie będą te święta? - myślimy. Jakie będą te święta przeży­wane pod koniec 2017 roku? Czy dla wszystkich będzie to okazja do radości i pomnożenia pokoju?

Pan organista, zgodnie z uświęconą od lat tradycją, przyniósł nam już opłatek. Mamy przyjęły go ze czcią i schowały przed dziećmi, bo ten dobry, poświęcony, biały, czysty chleb przełamiemy dopiero w wigilijny wieczór, życząc sobie zdrowia i radości. Wiemy już do kogo pójdziemy, albo kto przyjdzie do nas na święta. Może ktoś po latach oczekiwania sprawi nam miłą niespodziankę. Ktoś zagniewany wyciągnie rękę do zgody, a ktoś nieżyczliwy w końcu się uśmiechnie. Nadzieja, oczekiwanie i radość. Wszak „obwieszczony rok łaski u Pana”. (Iz 61,2). Zbawiciel, obiecany Mesjasz jest coraz bliżej! Więc już dziś wołam z Izajaszem: „Ogromnie się weselę w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim, bo mnie przyodział w szaty zbawienia, okrył mnie płaszczem sprawiedliwości...” (Iz 61,10)

Nie mamy powodów do radości, do wesela - powie ktoś - zejdźmy na ziemię bo;

jak się radować, kiedy tak męczy codzienne życie? Kiedy ze skromnej renty czy emerytury wypracowanej wieloletnim trudem wystarcza prawie tylko na miesięczne opłaty!

jak się radować, kiedy w pracy ciągłe napięcia i atmosfera wzajemnej podejrzliwości, myślenia tylko o swoim - prawie nie do zniesienia? Ktoś zatrzymał komuś wypłatę, a ktoś inny zarobił mniej niż w ostatnim miesiącu, choć pracował tak samo.

jak się radować, kiedy rodzice zabiegają wciąż, by jak najlepiej wychować swoje dzieci, a wychowawczyni na wywiadówce ma tyle do powiedzenia na ich temat; katecheta zaś stwierdza, że niektórzy z jego uczniów w ogóle już nie praktykują szukając innej wolności i braku ograniczeń.

jak się radować, kiedy w małżeństwie, w rodzinie ciągle coś się psuje i trudno już to wszystko udźwignąć. Życie ciągle dostarcza nowych trudnych zdarzeń.

Wspomina o sobie i swoim życiu pewna kobieta. „Miałam już troje odchowanych dzieci. Mąż był zainteresowany inną kobietą, pił. Zdecydowaliśmy się na rozwód. Upłynęło kilka dni i stanęłam przed faktem, że jestem w ciąży. Zupełnie nie wiedziałam co zrobić: sprawa rozwodowa w toku, koleżanki w pracy i rodzina znając moją sytuację szczerze mi współczuli i podtrzymywali mnie w przekonaniu o konieczności zerwania z mężem. Tymczasem jestem w ciąży. Czułam się ogromnie osamotniona, opuszczona, słaba i zagubiona. Bałam się z kimkolwiek o tym mówić. Nie chciałam, aby mnie namawiano do przerwania tej ciąży. Ostatecznie zwróciłam się do Boga prosząc Go, by mnie nie opuszczał. Prosiłam o siły, o to żeby nie dopuścił do najgorszego. Udałam się do spowiedzi. Powiedziałam księdzu o swoim niepokoju i wewnętrznym rozdarciu. Usiłował dodać mi otuchy. Jedyną osobą, której zdecydowałam się powiedzieć o dziecku, była piastunka moich starszych dzieci - pani Józefina. Dała się poznać jako osoba dużego formatu. Została niemal członkiem rodziny; dzieci mówiły do niej „babciu”, a sąsiedzi myśleli, że to moja matka. Minęły cztery miesiące - postanowiłam powiedzieć o swoim stanie otoczeniu. Jak przypuszczałam rozpętała się burza. Mój mąż dostał furii: Jak ty to sobie wyobrażasz? Co ludzie powiedzą? Będą mnie mieli za idiotę; rozwód, a tu ciąża! To dziecko nie może się urodzić. Mijał czas. Sprawę rozwodową trzeba było zawiesić, żeby nie ośmieszać się przed sądem. Otoczenie jakoś ucichło, ja czekałam z niecierpliwością na rozwiązanie.

Któregoś dnia mąż kupił zielony kaftanik dla dziecka - oniemiałam. Potem zaczął kompletować ubranka, kupił też łóżeczko i wózek. Dla mnie nadal był opryskliwy. Kiedy urodził się Marek - ojciec oszalał. To było jego „jedyne” ukochane dziecko. Biegły lata Marek rósł. Życie naszej rodziny układało się różnie, ale przeważnie niewesoło. Mąż nadal pił, urządzał awantury, nie był mi wierny. Do kościoła nie chodził, a nawet wyśmiewał nasze praktyki religijne. Ale Marek mógł z nim zrobić wszystko. Tak naprawdę to tylko z nim się liczył. Z nim też zaczął chodzić na niedzielne Msze święte. Marek mądrzał. Stał się dzieckiem wrażliwym i głęboko wierzącym. Był ministrantem, dużo się modlił. W czasie pijackich awantur ojca - odmawiał pod kołdrą różaniec. Pod koniec szkoły podstawowej przyłączył się do ruchu oazowego. Niewierzący ojciec był jego wielką troską, ale rozmowy i dyskusje na tematy religijne były bardzo burzliwe i kończyły się źle. A jednak trzy lata temu, po głęboko przeżytych rekolekcjach, mąż się nawrócił; przystąpił do spowiedzi, u której nie był 30 lat. Dzisiaj jest człowiekiem praktykującym. Przestał pić. Kocha nas!”

Po latach trudnego adwentu – oczekiwania, kobieta ta doczekała się spełnienia modlitw i pragnień. Grzeszny człowiek otworzył swoje serce na działanie łaski, na przyjście Pana – Zbawcy, który uwalnia od złego! Jest powód do radości! „Pan Bóg sprawił, że rozpleniła się sprawiedliwość i Jego chwała.” (Iz 61,11).

Jakie będą te święta? – pytamy samych siebie.

Bo wielu – musi to przyznać – nie było jeszcze ani razu na roratach, a czasu Adwentu nie uczyniło czasem autentycznego nawrócenia i prostowania dla Pana ścieżek swojego życia. Może nie przygotowaliśmy się też za dobrze do świętowania przyjścia Pana?

Cóż mamy czynić?” – pytamy dziś – jak pytali kiedyś ludzie Jana Chrzciciela, człowieka posłanego przez Boga, który przyszedł na świadectwo, aby zaświadczyć o Światłości. (J 1,6-7).

Prostujcie drogę Pańską... Kto ma dwie suknie, niech jedną da temu, który nie ma; a kto ma żywność, niech tak samo czyni... nad nikim się nie znęcajcie i nikogo nie uciskajcie, lecz poprzestańcie na swoim.... Idzie mocniejszy.... On chrzcić będzie Duchem Świętym i ogniem.

Jakie będą te święta? To zależy od tego jak się do nich przygotu­jemy. Pan bowiem przychodzi - obyśmy tylko chcieli Go przyjąć, z Nim wejść w trudne, codzienne życie.

Cóż mamy czynić?

Odpowiedzi Jana Chrzciciela są takie konkretne, skierowane do wszystkich – do nas także. Włączmy jego podpowiedzi w nasz adwentowy rachunek sumienia: o tych dwóch sukniach, o dzieleniu się pożywieniem, o nie pobieraniu więcej niż się należy, o nie znęcaniu się, nie uciskaniu, i inne napomnienia, które dawał ludowi głosząc bliskie już przyjście Pana. W ten sposób, dobrze przygoto­wani, nie czekając na długie kolejki ostatnich dni przedświątecznych przystąpmy do kratek konfesjonału, przystąpmy z ufnością do tronu łaski, by wyprostować kręte często drogi naszego życia i auten­tycznie radować się spotkaniem z przychodzącym Panem. Życzmy sobie tego i za siebie nawzajem módlmy się: „Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa. Wierny jest Ten, który was wzywa: On tez tego dokona” (Tes 5,23-24). Amen.

Dział: ADWENT
piątek, 15 grudzień 2017 10:17

3. Niedziela Adwentu (B) – Radość pełna

3-niedziela-adwentuBracie, siostro! Czy słyszysz to wezwanie, które dziś przez świętą liturgię Pan do Ciebie kieruje? „Zawsze się radujcie!” (1 Tes 5, 16). „Ogromnie się weselę w Panu, dusza moja raduje się w Bogu moim” (Iz 6J, 1). Boże Narodzenie już blisko. Jeszcze kilka dni. Przyjdziemy na Pasterkę, bo jak przespać tę noc, gdy Bóg się rodzi? Czuwać będziemy z pasterzami, aby na własne uszy usłyszeć orędzie anioła: „Oto zwiastuję wam radość wielką” (Łk 2, 10). Wielkiej radości nie może zagłuszyć ani kryzys, ani żałoba narodowa, ani kłopoty codziennego dreptania. Bo jej źródła są głębsze niż uciechy tego świata. Oto dla nas i dla naszego zbawie­nia Bóg prawdziwy stał się Człowiekiem. Fakt wpisany w ludz­ką historię. Wspominany uroczyście. Wciągający swoim nastrojem w atmosferę niezwykłości nawet tych, którzy w nic już nie wie­rzą. Fakt, którego skutki zbawcze są żywe, ciągle jesteśmy w za­sięgu jego mocy. Słuchaliśmy też rozmowy, którą prowadzili de­legaci z Jerozolimy z Janem Chrzcicielem.

Przed wielu laty odprawiałem prymicję w rodzinnej parafii właśnie w trzecią niedzielę Adwentu i głoszona była ta sama Ewangelia. Najpierw ją diakon zaśpiewał porządnie po łacinie, a potem kaznodzieja odczytał po polsku. Niewiele z tego kazania pamiętam. Jedno mi zostało i idzie za mną przez życie. To py­tanie, którym atakowano Jana nad Jordanem: „Ktoś ty jest?” – „Kim ty jesteś?”. To samo pytanie zostało skierowane personalnie do mnie. Byłem przerażony. Pytanie miało charakter retoryczny – nie mogłem na nie odpowiedzieć. Ale sobie odpowiedzieć musia­łem i nadal muszę. Byłem przerażony ... Kilkadziesiąt lat temu Biskup mnie wyświęcił razem z moimi kolegami, a potem pokazał otwar­te drzwi katedry i powiedział: „Idźcie, posyłam was jak owce między wilki” (Mt 10, 16). Zostałem posłany ... A teraz już mnie pytają, kim jestem. Tylko posłanym w imieniu Chrystusa. Tak jak Jan Chrzciciel. I to zestawienie było przerażające: prorok znad Jordanu i ja. Straszne! On, który otrzymał opinię Chrystusa, że „między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11, 11). On, który wiernie wypełnił swe zadania, prostował drogę Temu, który miał przyjść. Odważnie mówił praw­dę wszystkim, także królowi, piętnując go publicznie, że odebrał żonę swemu bratu. Król słuchał tego w milczeniu, wiedział, że tak było naprawdę. Ale słuchał go chętnie, słowa Jana budziły jego uśpione sumienie. Zemsta przyszła z nieoczekiwanej strony. Mści­wa Herodiada dopięła swego. Jej intryga sprawiła, że Jan został w więzieniu zamordowany. Zapłacił za głoszenie prawdy najwyż­szą cenę: ścięto mu głowę, ale do końca zachował swą twarz, swoją godność, swoją wielkość. I ten wielki, prawdziwy człowiek stanął na początku mojego posłania. Modliłem się wtedy: „Panie, daj, abym umiał zachować swą twarz do końca”. To pragnienie dotyczyć musi każdego ucznia Chrystusa, który świadomie wy­biera Go na swego Mistrza i Pana.

Zachować twarz. W każdej sytuacji. Nie być chorągiewką na dachu. Nie być plewą, którą wiatr rozmiata. Być sobą. Każdy z nas ma ciągle w swoim otoczeniu kogoś, kto to pytanie wysłań­ców z Jerozolimy powtarza: „Kim ty jesteś?” Niedawno opowia­dano mi taką historię, prosto z życia. W pewnym środowisku za­stanawiano się, jak rozpocząć akcję, która z góry miała mizerne szanse powodzenia, gdyż całość chciano zbudować na piasku. Dobrze by było znaleźć człowieka – myślano – który swoim auto­rytetem mógłby podeprzeć to przedsięwzięcie liche. Padały różne nazwiska. Za małe, bez znaczenia. Wreszcie wymieniono kogoś, kto może najbardziej byłby sposobny. Ale tu sam szef grupy za­oponował: „Jemu nie warto nawet proponować, nie zgodzi się na pewno; to jest firma”. Człowiek nazwany „firmą” oczywiście się o tym dowiedział. „Nikt mi tej pochwały nie wpisze nigdy do akt personalnych – oświadczył – ale jest to najwyższe uznanie, ja­kie mogło mnie spotkać”. Być może myślisz sobie teraz z goryczą: gdyby tak można było zacząć jeszcze raz. Bo niestety ja do tej pory nie byłem tak mocny, bym umiał mówić: Tak – tak, nie – nie. Ale gdybym mógł spróbować raz jeszcze.

Drogi bracie, droga siostro! Właśnie teraz jest czas sposobny. W tym świętym czasie adwentowego oczekiwania, kiedy Pan jest tak blisko, trzeba zrobić choć jeden krok, by wyjść Mu naprze­ciw. Jeden krok wystarczy, by wejść w krąg mocy zbawczej Tego, który dla nas stał się Człowiekiem. Tyle słyszymy o zbawieniu, jak często ono pozostaje w sferze teorii. Dopóki nie doświadczysz sam, że zaufałeś, wyciągnąłeś rękę i oto nie zawisła ona w próż­ni – twój wysiłek spotkał się z pomocą Boga. Właśnie ten pier­wszy krok, decyzja, wysiłek, by wyjść z mgły przeciętności, kiep­skich przyzwyczajeń, lichoty – jest tym prawdziwym przygoto­waniem się na nadchodzące święta. Jeszcze masz szansę, że w tym roku nie będziesz radosnych Świąt oglądał jak film – z ostat­niego rzędu, ale staniesz się żywym uczestnikiem tej wielkiej ra­dości, że Chrystus się narodził, stał się prawdziwym człowiekiem, aby twoje człowieczeństwo ubogacić i obdarzyć cię swoją rado­ścią – radością pełną. Amen.

 

Dział: ADWENT

3-niedziela-adwentuBracia i siostry! Przypatrzmy się tym słowom Jana Chrzciciela: Temu, „który po mnie idzie, nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sanda­ła” (J 1,27). Pełne znaczenie tej pokornej wypowiedzi można zrozumieć dopiero w świetle Starego Testamentu. Mianowicie, zdjęcie sandała jest w Starym Testamencie symbolem małżeńskim i oznacza zrzeczenie się lub odebranie prawa do zawarcia małżeństwa z osobą, która była danemu czło­wiekowi obiecana. W Księdze Rut (4,7) czytamy, że „aby zatwierdzić całą sprawę, zdejmował człowiek swój sandał i dawał drugiej stronie. Taki był sposób zaświadczenia w Izraelu”. I następuje opis, jak to człowiek, który miał prawo do małżeństwa z Rut, zdjął swój sandał i przekazał go Boozowi; Booz w ten sposób uzyskał prawo do poślubienia tej kobiety. Podobną symbolikę wyraża gest zdjęcia sandała w Księdze Powtórzonego Prawa (25).

Zatem słowa Jana Chrzciciela: „nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała” mówią o małżeństwie, jakie jednorodzony Syn Boży przy­szedł zawrzeć z odkupioną przez siebie ludzkością. Jan z pokorą, ale z po­korą pełną radości, stwierdza, że gruntownie obce mu są jakiekolwiek rosz­czenia do tego, żeby zająć miejsce tego Oblubieńca. Jeszcze wyraźniej po­wiedział to Jan Chrzciciel kiedy indziej, kiedy zapytany wprost, co myśli o Jezusie, odpowiedział tak oto: „Ten, kto ma oblubienicę, jest oblubieńcem. A przyjaciel oblubieńca, który stoi i słucha go, doznaje najwyższej ra­dości na głos oblubieńca. Ta zaś moja radość doszła do szczytu. Potrzeba by On – Jezus – wzrastał, a j a żebym się umniejszał” (J 3,29n).

Bracia i siostry! Ta pokora Jana w stosunku do Jezusa Chrystusa niech pomoże nam dzisiaj przypatrzeć się nieco, kim jest dla nas Jezus Chrystus. Ten pokorny Jan był przecież duchowym mocarzem. Chyba nie potrafi człowiek dokonać na tej ziemi czegoś większego niż to, co czynił Jan. Mianowicie, przez posługę Jana liczni ludzie wracali do stanu duchowej przytomności. Ludzi pogrążonych w bezsensie Jan wzywał do opamiętania i znajdował posłuch. Pod wpływem Jana Chrzciciela ludzie nawracali się. odnajdowali jakoś Boga, a w Bogu – sens życia. Dla przypieczętowania swojego nawrócenia, dla podkreślenia jego nieodwracalności przyjmowali chrzest pokuty.

I oto ten duchowy mocarz i dobroczyńca tysięcy ludzi, Jan Chrzciciel zdecydowanie broni się przed stawianiem go na równi z Chrystusem. Przecież ja, Jan jestem tylko człowiekiem. Mogę co najwyżej uświadomić czło­wiekowi zagubionemu bezsens jego życia i nauczyć go życia bogobojnego. Ja potrafię tylko przygotowywać moich bliźnich na przyjście Tego, który idzie za mną, a który będzie chrzcił już nie wodą pokuty, ale będzie chrzcił Duchem Świętym i ogniem.

Bracia i siostry, tych dwóch rzeczy nawet najświętszy człowiek nie potra­fi, nawet duchowy mocarz tego nie potrafi. Żaden człowiek nie potrafi nas ochrzcić Duchem Świętym i ogniem. To leży w mocy samego tylko Jezusa Chrystusa, jednorodzonego Syna Bożego, który dla nas stał się człowie­kiem. Różni mistrzowie duchowi potrafią skłonić człowieka do porzucenia jakichś konkretnych grzechów, potrafią nauczyć nas życia po ludzku spra­wiedliwego, a nawet wprowadzić bardzo głęboko w tajniki życia duchowe­go. Ale jeden tylko Jezus Chrystus ma moc wypalić nasze grzechy gruntow­nie ogniem swojej boskiej miłości; już teraz odpuszcza nam grzechy, a w końcu doprowadzi nas do tego, że zniknie w nas sama nawet skłonność do grzechu i wówczas – w życiu wiecznym – piękno i bogactwo naszego człowieczeństwa objawi się w całej pełni.

Mało tego: Jezus Chrystus ma moc ochrzcić nas Duchem Świętym. A Duch Święty jest przecież Bogiem prawdziwym, osobową Miłością, którą bez reszty zwracają się ku sobie wzajemnie przedwieczny Ojciec i Jego jednorodzony Syn. Krótko mówiąc, Jezus Chrystus ma moc zanurzyć nas w Duchu Świętym, w samej boskiej Miłości – abyśmy stali się prawdziwie sy­nami Bożymi i uczestnikami Bożej natury.

Właśnie na tym polega tajemnica małżeństwa odkupionej ludzkości. Kościoła z samym Synem Bożym, małżeństwa, w którym będzie się realizo­wało nasze szczęście wieczne. Właśnie dlatego Jana ogarnia taka radość: bo oto nadszedł już czas zaślubin ludzkości z Bogiem. Radość Jana przeni­knięta jest pokorą: tylko Syn Boży może zaproponować ludzkości to mał­żeństwo. Ja, Jan Chrzciciel, nie jestem godzien i żaden inny duchowy mo­carz nie jest godzien pretendować do tego małżeństwa, nie jest godzien ro­związać rzemyka u sandała Jezusa Chrystusa.

Bracia i siostry! Czas Adwentu jest okresem oczekiwania na weselne przyjście naszego boskiego Ukochanego. Ale niech to będzie oczekiwanie aktywne. Przyłączmy się do słuchaczy Jana Chrzciciela, który wzywał, abyśmy rozpoznali swój grzech i prostowali drogi naszego życia. Żeby tajemnica Bożego przyjścia do nas mogła się pełniej dokonać w mojej duszy, w naszej rodzinie, w naszych środowiskach – musimy przygotowywać miejsce Panu Jezusowi. Święta Bożego Narodzenia będą dla nas bezowocne, jeśli naszymi grzechami nie pozwolimy Chrystusowi Panu wejść w nasze życie, aby nas chrzcił Duchem Świętym i ogniem.

Życzę serdecznie każdemu z was, żeby sam Bóg pocieszał was w waszych utrapieniach, żeby – jak to czyta­my w Psalmie 41 – „Pan pokrzepiał was na łożu boleści i podczas choroby poprawiał wam posłanie”. A jeśli sam Bóg będzie waszą pociechą, to na pe­wno czas trudów naszej codzienności stanie się dla was również czasem duchowego oczyszcze­nia, czasem szczególnego prostowania dróg na przyjście Pana. W ten spo­sób codzienność będzie dla was nie tylko utrapieniem, ale spełni dla was to za­danie, jakie w stosunku do tłumów nad Jordanem spełnił Jan Chrzciciel.

Bracia i siostry! Z Ewangelii wynika, że na przyjście Chrystusa można się zablokować nie tylko swoim grzesznym życiem. Jeszcze dwie inne grupy ludzi nie rozpoznały w Jezusie Mesjasza i Zbawiciela. Najpierw byli to ci, którzy czekali wprawdzie na Mesjasza, ale nie byli w stanie wyjść w swoich oczekiwaniach poza horyzont czysto doczesny. Spodziewali się Mesjasza, który przyniesie pomyślność materialną, uwolni od cierpień i chorób, przy­wróci ludowi wybranemu wolność polityczną.

Jezusa nie rozpoznała ponadto część uczniów Jana Chrzciciela. Jan bar­dzo wielu ludzi przygotował na przyjście Chrystusa. Niektórzy z jego ucz­niów – na przykład Andrzej i Jan Ewangelista – zostali nawet apostoła­mi. Ale byli wśród uczniów Jana Chrzciciela również tacy, którzy zafascy­nowani nawróceniem, jakie się w nich dokonało pod wpływem Jana, sądzili małodusznie, że Bóg większych darów człowiekowi już nie udziela. A prze­cież porzucenie grzechów i wejście na drogę sprawiedliwości to zaledwie początek darów Bożych. Przecież w Jezusie Chrystusie Bóg udziela nam najdosłowniej samego siebie.

Te trzy blokady, jakimi człowiek może się zamknąć na Jezusa Chrystusa, skłaniają nas do trzech żarliwych modlitw. Panie Jezu, pomóż nam porzu­cić nasze grzechy, które powstrzymują Twoje przyjście do nas! Panie Jezu, naucz nas oczekiwać od Ciebie nie tylko darów doczesnych, naucz nas tęsknić za Tobą samym, który jesteś Bogiem żywym i prawdziwym! Panie Jezu, chroń nas przed takim duchowym nawróceniem, choćby było ono bardzo wzniosłe, które by oddalało od Ciebie albo od spożywania Twojego prawdziwego Ciała! Myśmy poznali i uwierzyli, żeś Ty jest Chrystus, Syn Boga Żywego! Amen.

 

Dział: ADWENT

sw-jan-chrzcicielDziś już druga niedziela Adwentu, który przyszedł, jak zwykle, cicho, dyskretnie i prawie nieoczekiwanie, bo taki już jest z natury.

Ma w sobie coś z ciszy przyrody przygotowującej się do zimy; coś z ciszy Anioła zwiastującego Maryi; a może przede wszystkim coś z subtelności samego Boga, porównanego dziś w pierwszym czytaniu do pasterza, który „Jagnięta nosi na swej piersi, owce karmiące prowadzi łagodnie” (Iz 40,11).

Chrześcijanie mówią o Adwencie, że jest czasem religijnego i radosnego oczekiwania.

Wciąż na coś czy na kogoś oczekujemy. Temu oczekiwaniu towarzyszą nadzieje, które zwykle koncentrują się wokół spraw ziemskich. Tymczasem w Adwencie staje przed nami Jezus - Pan i Pasterz - który w sposób doskonały może zaspokoić nasze najgłębsze tęsknoty. To On jest naszym oczekiwaniem. To o Nim w prefacji adwentowej śpiewamy, że „spełnił odwieczne Boże postanowienie, a nam otworzył drogę wiecznego zbawienia”.

Jakże więc dziwnym nieporozumieniem może być tęsknota i oczekiwanie człowieka, choćby to najbardziej szlachetne, nie uwzględniające Jezusa Chrystusa. Bolesną pomyłką, a nawet tragedią, może stać się życie człowieka przebiegające obok Chrys­tusa. Wszystko, co dzieje się w nas i wokół nas nabiera sensu dzięki Chrystusowi. I właśnie teraz, w Adwencie, możemy tę prawdę głębiej odczytać.

Przypomina nam Kościół, że oczekiwanie nasze ma być ra­dosnym oczekiwaniem. Gdybyśmy tylko po ziemsku patrzyli na nasze życie, to powodów do radości byłoby niewiele. Po ziemsku bowiem wszelka radość jest chwiejna. Zdarza się, że nawet najbliżsi nas zawodzą, zdradzają i posądzają o złe intencje. Zdarza się też, że człowiek dla którego jesteśmy dobrzy uważa nas za naiwnych, a przyjaciel przemienia się we wroga.

Nasza zaś chrześcijańska radość płynie z niezaprzeczalnego faktu, że „tak Bóg umiłował świat, że Syna Jednorodzonego dał...” (J 3,16). Jezus jest darem nieodwołalnym. Bóg dotrzymuje słowa. Boża miłość jest bezwarunkowa. Boże „tak” zawsze brzmi i jest „tak”. To On przez proroka Izajasza mówi dziś do nas:

Wstąpże na wysoką górę,
zwiastunko dobrej nowiny w Syjonie!
Podnieś mocno twój głos,
zwiastunko dobrej nowiny w Jeruzalem!
Podnieś głos, nie bój się...!
«Oto wasz Bóg!»
Oto Pan, Bóg, przychodzi z mocą...” (Iz 40,9-10).

Tak krzepić potrafi serca ludzkie tylko sam Bóg, który nam przez swego Syna, jako nieodwołalny dar mówi: „Nie lękajcie się, Jam zwyciężył świat!” (J 16,33).

Kościół mówi nam, że Adwent ma być też czasem pobożnego oczekiwania.

Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego...” (Mk 1,3). To wołanie Jana Chrzciciela nic nie straciło na aktualności. Potwierdza je św. Piotr Apostoł, mówiąc: „Starajcie się, aby On was zastał bez plamy i skazy, w pokoju” (2P 3,14).

Ewangelista Marek notuje, że do Jana Chrzciciela ciągnęła „cała judzka kraina oraz wszyscy mieszkańcy Jerozolimy i przyjmowali od niego chrzest w rzece Jordanie, wyznając przy tym swe grzechy” (Mk 1,5). To bardzo wyraźne wskazanie dla nas, abyśmy w przygoto­waniu do Świąt nie pominęli tego, co najistotniejsze, abyśmy nie pozostali tylko przy resztkach promieni Słońca. Wszystkie świą­teczne zwyczaje - opłatek, choinka, upominki - mają o tyle sens, o ile prowadzą do Słońca - do Chrystusa, który oświeca każdego człowieka.

Trzeba nam pamiętać o tym przygotowując się do Świąt Bożego Narodzenia. Dobrze byłoby, aby w każdym domu był ktoś, kto zwróci uwagę na te sprawy, które są najistotniejsze do dobrego przeżycia Świąt. Kiedyś ten obowiązek spoczywał na ojcu-głowie rodziny. Na tym polegała owa haggada starotestamentalna - teologiczna mowa ojca rodziny, który odpowiadał dziecku na pytanie o powód święto­wania. Ojciec mówił wtedy z powagą: dziecko drogie, świętujemy, bo Bóg z niewoli nas wyzwolił.

Dzisiaj wiemy, że Bóg nie tylko wyprowadził nas z niewoli grzechu, ale umarł za nas na krzyżu, abyśmy byli podniesieni do godności dzieci Bożych. Tak powinni i teraz, w kończącym się drugim tysiącleciu chrześcijaństwa, mówić swoim dzieciom i domownikom ojcowie w każdym domu. Powinni mówić wyraźnie, że trzeba się przed Świętami wyspowiadać, bo inaczej Chrystus przejdzie obok nich; dla nich się nie narodzi. Świat by się inaczej toczył, gdybyśmy mieli takich ludzi, którzy w to mocno wierzą, tym żyją i tego uczą innych, szczególnie tym za których wychowanie są odpowiedzialni.

Naszego adwentowego oczekiwania nie zamknijmy w modlitwie czy w roratach. Na miłość Zbawiciela odpowiedzmy czynną miłością bliźniego. Tyle wokół nas osób samotnych, chorych, niepełnosprawnych. Tylu uzależnionych od alkoholu. Podzielmy się z nimi swoim czasem, pieniędzmi. Dajmy im dobre słowo, uśmiech, uścisk dłoni. Uzależnionym od alkoholu wskażmy drogę do poradni przeciwalkoholowej, do Klubu AA. Ro­dzinom alkoholików okażmy zrozumienie i zainteresowanie. Sami zrezygnujmy z zakupu alkoholu na Święta. Nie mówmy: „mnie alko­holizm nie zagraża”. Umiejmy na ten problem spojrzeć głębiej i dalej.

Henryk Sienkiewicz w ostatnim eseju o warszawskiej katedrze, wspomina pytanie zadane przez ucznia staremu księdzu katechecie. Uczeń, w swojej naiwności, zarzucił malarzowi fałszerstwo histo­ryczne, mówiąc, że św. Jan Chrzciciel nie mógł się nigdy spotkać z polskim św. Stanisławem, których to przedstawiał katedralny obraz. „Widzisz synku - odparł ksiądz - św. Jan musiał sprawdzić, czy się Polska dobrze ochrzciła”.

Teraz, w Adwencie, pytajmy siebie - jakim ja jestem chrześcija­ninem? Czy świadomość otrzymanego chrztu pozwala mi nabierać właściwego dystansu do tego, „co wielkie w oczach świata” i żyć więcej dla Królestwa Bożego?

Dział: ADWENT