Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: listopad 2017
Artykuły filtrowane wg daty: listopad 2017
poniedziałek, 27 listopad 2017 17:01

1. Niedziela Adwentu (B) – Czuwać znaczy kochać

1-niedz-adwentuCzas i okoliczności, w których żyjemy, postawiły nas wobec wielu pytań. Niekiedy przychodzą one z zewnątrz i są wynikiem manipulacji człowiekiem. Dobrze, gdy wówczas przebudzi się człowiek i dojdzie do wniosku, że nie wszystko wolno zakwestionować, nie przy wszystkim wolno postawić znak zapytania. Bogu niech będą dzięki, gdy w porę obudzi się człowiek, obudzi naród, gdy w porę spostrzeże, że niektóre pytania, choćby te z początku dziejów człowieka, z raju, mają iście diabelski podtekst i wydźwięk. Poeta opisując to rajskie wydarzenie i pytanie trafnie napisał: „Pierwsza mowa szatana do rodu ludzkiego zaczęła się najskromniej od słowa: dlaczego?” (A. Mickiewicz).

Upłynęły wieki. Czasy, w których żyjemy trudno nazwać rajskimi, ale podtekst i pytania są takie same. Potrafiły one zaprowadzić wielu ludzi i niejeden naród na manowce ateizmu czy negacji wszelkich zasad moralnych. Ale dziś wydaje się najbardziej niebezpieczne sprowadzenie wszystkich życiowych problemów do tego jednego, natarczywego pytania: co będziemy jedli, co będziemy pili, czym się przyodziejemy? W tym ślepym zaułku człowiek stwierdza, że życiowa konieczność tych pytań o byt materialny wyjaławia i paraliżuje ludzkie dążenia. To krok dalej niż ateizm jako program, o którym mówił Jan Paweł II na placu Defilad.

Dzisiejsza liturgia pierwszej niedzieli Adwentu prowokuje nas do stawiania sobie zupełnie innych pytań. Są to pytania o wnętrze, o istotę naszego życia i działania. O nasze chrześcijańskie wnętrze wystawione wciąż na próbę i niebezpieczeństwo spłycenia. Pozwólmy sobie w tym miejscu na nieco inne odczytanie dzisiejszego urywka Pierwszego Listu do Koryntian. Uczyńmy go pytaniem: Czy w Nim, w Chrystusie zostaliście wzbogaceni we wszystko, we wszelkie słowo i poznanie? Czy świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was tak, iż nie doznajecie braku żadnej łaski? Czy oczekujecie objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa? Czy okażecie się bez zarzutu w dniu przyjścia naszego Pana? Tak postawione pytania bardziej podkreślają wymowę przypowieści ewangelicznej, którą usłyszeliśmy przed chwilą.

Pan Jezus mówi o potrzebie czujności, gdyż królestwo Boże powierzone Jego wyznawcom ma wartość nieocenioną. Trzeba pilnować go jak skarbu. Chrystus Pan w przypowieści utożsamia się z gospodarzem, który udał się w podróż. Zostawił swój dom, powierzył swoim sługom staranie o wszystko, każdemu wyznaczył zajęcie, a odźwiernemu przykazał, żeby czuwał. Czy można lepiej zobrazować wartości najdroższe sercu człowieka? Obraz domu, powierzonego pieczy mieszkańców, przemawia do wszystkich. Nad dom rodzinny nie ma nic bliższego i droższego. Pojęcie domu przekazuje najwyższe i ponadczasowe wartości. Domem jest Kościół, domem ojczyzna. Domem Boga jest człowiek. Domem ludzi po wszystkie wieki, na zawsze jest królestwo Boże. Pan zostawił nam swój dom, a do czasu swego powrotu wyznaczył nam domowe zajęcia. Każdy w tym domu ma do spełnienia wyjątkowe zadanie. Nad domem tym na wieki będzie powtarzane to, co słyszeliśmy dzisiaj w Liście do Koryntian: „Chrystus będzie umacniał was aż do końca, abyście byli bez zarzutu w dniu Jego przyjścia” (1 Kor 1,8). Będzie umacniał, bo nieustannie jest z nami w domu swego Królestwa. Umacnia nas trwających w Jego domu, bo miłuje nas do końca. Miłość jest spoiwem tego domu. Gdy jej zabraknie — uboższy jest Kościół, uboższa ojczyzna, uboższy i smutny jest człowiek. Może właśnie teraz, w tym czasie i okolicznościach pytać o nią trzeba będzie częściej niż kiedykolwiek. Z pewnością będzie więcej wśród nas potrzebujących, dla których wzajemna miłość musi otworzyć czule serca i mocne ręce.

Ojciec św Jan Paweł II mówił o tym, że nasza ojczyzna wciąż potrzebuje nowej ewangelizacji; chyba w dziedzinie wzajemnej miłości najbardziej. Poddając się nowej ewangelizacji musimy zdać sobie sprawę z mocy, która w nas jest. Odwołajmy się jeszcze raz do tekstu św. Pawła: „W Nim zostaliśmy wzbogaceni we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie doznajecie braku żadnej łaski” (1 Kor 1,5-7). Trzeba więc sięgnąć na nowo do tego źródła mocy i na nowo uwierzyć, że czerpiemy od wieków z wartości trwalszych niż przelotne hasła i trzepot transparentów. O Kardynale Wyszyńskim opowiadają, że jako kapelan oddziałów powstańczych w 1944 r. patrzył pewnego razu z podwarszawskich Lasek na łunę nad dogorywającą stolicą. Wiatr niósł swąd spopielałego dobytku i resztki nadpalonych śmieci i papierów. Wśród nich późniejszy Prymas znalazł kartkę, na której ogień ocalił tylko dwa słowa: „Będziesz miłował…” Mówił o tym, że to był testament ginącej Warszawy, która nic droższego nie mogła mu przysłać.

Nowa ewangelizacja niech nam pomoże ocalić miłość, bo jedynie miłość ocala. Niech wzmocni wiarę w Chrystusa, który umacnia nas aż do końca. Niech obudzi nadzieję nowego życia w Bogu. Tak ocala się dom, który nam Pan zostawił. Tak umacnia się wśród nas królestwo Boże, bo jedynie miłość ocala.

Ukochani bracia i siostry! Dzisiejsza Ewangelia pierwszej niedzieli Adwentu mówi o czuwaniu. Jak więc żyć, by być przygotowanym na przyjście Pana? Myślę, że z wielu znaczeń słowa „czuwać” Jest jedno najpiękniejsze - „kochać”. Czuwa ten, kto nieustannie kocha; kto pragnie wypełnić wolę Bożą; kto nieustnnie wychodzi ze swego egoizmu; kto pragnie dobra drugiego bardziej niż swego; kto ćwiczy się w postawie podobnej do Jezusa, kiedy umywał nogi Apostołom. Nie da się tak kochac: bez wiary, bez modlitwy, bez życia w Bogu.

I właśnie tak, czuwając w miłości, najlepiej przygotowujemy się na przyjście Pana, to znaczy: na naszą śmierć, na wieczne życie w Bogu.

Dział: ADWENT

chrystus-krolDziwny jest ten świat. Znamy imiona bohaterów telenowel. Znamy ich losy. Wiemy co się wydarzyło i domyślamy się, co będzie w następnym odcinku. Przeżywamy oglądając filmowe tragedie. Płaczemy, przejmujemy się losem bohaterów z ekranu. A w codzienności… nie wiemy, jak się nazywa nasz sąsiad. Nie wiemy co przeżywa człowiek, który mieszka za ścianą. Nie mówiąc już o bezdomnym, który leży na chodniku przed Twoim domem, kiedy idziesz rano do pracy czy też do sklepu po zakupy by na śniadanie było świeże pieczywo i wędlina. Mówisz sobie w duchu: to pijak, łajdak, nierób, darmozjad nie dam mu pieniędzy. I tak twoje serce twardnieje z dnia na dzień.

A na końcu czasów będziemy sądzeni z miłości…

I przykro jest to powiedzieć, ale niestety nie wszyscy co mówią, że kochają Jezusa wejdą do Królestwa Niebieskiego. Niestety, nie wszyscy…

Rozmawiałem kiedyś z młodą dziewczyną, katoliczką. Rozmowa dotyczyła spraw wiary. W pewnym momencie moja rozmówczyni mówi do mnie: „Ojcze ja kocham Pana Jezusa. Ja Go bardzo kocham. Tak, ja to czuję w sercu”. Odpowiedziałem: No to pięknie. Ale pytam – co dla Niego robisz? Nie potrafiła mi odpowiedzieć na to pytanie.

Co ty robisz dla Jezusa? Jak wyrażasz swoją miłość do Niego?

To bardzo konkretne pytania.

Powiesz mi, że się modlisz, że chodzisz do kościoła, że się spowiadasz itd.… To dobrze. Ale pytam dalej. Co z tego wynika? Co robisz dla Jezusa po modlitwie, po Mszy świętej, po spowiedzi? Możesz wspaniale wypełnić wszystkie praktyki religijne i nie zauważyć człowieka, który potrzebuje twojej pomocy.

Na końcu czasów będziemy sądzeni z miłości...

Ale nie chodzi o jakąś miłość sentymentalną, uczuciową, miłość z telenoweli. Nie chodzi tylko i wyłącznie o miłość, która prowadzi nas do modlitwy, do Eucharystii. Chodzi o konkretne czyny miłości. Ale wyjaśniam, bo może ktoś mnie źle zrozumieć i powiedzieć: Aha…jeśli więc będziemy sądzeni z miłości, która wyraża się w konkretnej pomocy, to po co mam się modlić. Będę dobrym człowiekiem i to wystarczy.

Otóż nie. To nie wystarczy. Czyń to, tzn. módl się, karm się Eucharystią, spowiadaj się i tamtego nie zaniechaj. Obydwie rzeczywistości idą w parze. Są nierozdzielne. Czyny miłości są owocem modlitwy. Ten kto się prawdziwie modli, widzi potrzeby drugiego, szczególnie cierpiącego człowieka.

To ogromna tajemnica, że Jezus utożsamia się z ubogimi i opuszczonymi. On jest ukryty we wszystkich cierpiących obliczach współczesnego świata.

O tym mówi nam dziś Bóg poprzez słowo Ewangelii. W dzień sądu, w dzień powtórnego przyjścia Chrystusa na ziemię, będziemy sądzeni z miłości. Będziemy sądzeni z czynów miłości. Nasza ignorancja wobec chorych, głodnych, emigrantów, więźniów, jest ignorancją wobec Chrystusa. Jeśli Go ignorujemy w drugim człowieku, oznacza to, że i nasza modlitwa jest byle jaka. Ignorancja wobec cierpiących może skończyć się dla nas tragicznie. I odwrotnie. Nasza posługa dla tych, których świat ignoruje, jest posługą dla samego Chrystusa. Ta z kolei zaowocuje życiem z Bogiem na wieki.

Niedościgłym przykładem konkretnej miłości do ubogich jest święta Matka Teresa z Kalkuty. Osoba głęboko matka-teresa-kalkutazjednoczona z Bogiem. Wiele godzin poświęcała na modlitwę. Ale to nie wszystko. Ona wyszła na ulice, do ubogich, do bezdomnych, do chorych, którzy dosłownie gnili w rynsztoku.

Pewien dziennikarz przyjechał, aby zrobić reportaż o jej pracy. Po kilku dniach w czasie rozmowy powiedział do Matki Teresy: „Matko, ja bym tego nie robił, nawet za milion dolarów”. Ona odpowiedziała: „Ja też nie”.

Gdzie ukrywał się sekret tej pięknej posługi? Ona odkryła Jezusa w obliczach chorych i ubogich. Dla niej każdy cierpiący człowiek był „drugim Chrystusem”. Wszystko, co robiła, robiła dla Jezusa. Ona nie żyła sentymentalno – uczuciową miłością do Jezusa. Jej życie, jej miłość – to był konkret! Po śmierci została osądzona z miłości. Dziś Kościół ją czci, jako świętą.

Na końcu czasów sądzeni będziemy z miłości...

Jezus jest praktyczny, miłość jest praktyczna. Bądź też ty praktyczny i konkretny w miłości. Rozejrzyj się! Jest wokół ciebie wiele ludzi, którzy potrzebują twojej pomocy. Jest wokół ciebie wiele „oblicz Chrystusa”, które potrzebują miłości.

Dział: OKRES ZWYKŁY
wtorek, 21 listopad 2017 16:51

Homilia na Uroczystość Chrystusa Króla

jezus-krolDobiega końca kolejny rok liturgiczny, który jest czasem naszej formacji duchowej, bowiem jak uczy Sobór Watykański II „liturgia jest pierwszym i nie zastąpionym źródłem, z którego wierni czerpią ducha prawdziwie chrześcijańskiego” (KI 14). W liturgii, zwłaszcza w sprawowaniu Eucharystii, przez słuchanie Słowa Bożego odkrywamy prawdę objawioną. Ona uczy nas jak żyć prawdziwie po chrześcijańsku i spełniać swoje powołanie do świętości. Sakramentalne zaś znaki Chleba i Wina pozwalają nam doświadczyć osobistego spotkania z Chrystusem.

Kończymy więc kolejny rok formacji duchowo-liturgicznej obchodząc dziś Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata. Ustanowił ją papież Pius XI Encykliką "Quas primas" z dnia 11 XII 1925, aby przypomnieć zlaicyzowanemu światu, że Jezus Chrystus jest „Królem Królów i Panem Panów” - jak określa go Księgą Apokalipsy św. Jana Apostoła (Ap 19,16).

W tę ostatnią niedzielę roku liturgicznego Kościół Święty podsuwa nam do rozważenia fragment Ewangelii św. Mateusza o sądzie ostatecznym. Sędzia czasów ostatecznych przedstawiony jest jako Syn Człowieczy w chwale, jako pasterz oddzielający owce od kozłów i zarazem jako król sprawujący sąd.

Na kartach Pisma św. Chrystus często przedstawiany jest jako pasterz szukający zagubionych owiec z domu Izraela. Taką charakterystykę Mesjasza ukazuje prorok Ezechiel w pierwszym dzisiejszym czytaniu. Gdy zabłąka się jakaś owca, wówczas Dobry Pasterz zostawia całe stado, by szukać tej jednej zagubionej. W wysłuchanym przed chwilą opisie sądu ten obraz ma nieco inny charakter: Chrystus występuje tu jako pasterz pełen mocy, wypełniający swą władzę sądowniczą nad wszystkimi narodami.

Także tytuł królewski Chrystusa Pana w dzisiejszej perykopie ewangelicznej nabiera głębszej treści. Podczas Męki padło pytanie: „Czy Ty jesteś Królem Żydowskim?” (Mt 27,11). Jezus odpowiada twierdząco. To samo wyrażał napis umieszczony na krzyżu. Królewska godność Chrystusa była zakryta, dlatego przyznanie się do tytułu króla nie wzbudziło należnej czci i szacunku, lecz poniżenie i drwiny. Teraz jednak w czasie sądu ostatecznego w pełni objawia się królewska godność Mesjasza, o czym wspomina św. Paweł w dzisiejszym drugim czytaniu: „Trzeba bowiem, ażeby królował - pisze św. Paweł do Koryntian aż położy wszystkich nieprzyjaciół pod swoje stopy” (1 Kor 15,25).

Drobiazgowo opisana scena sądu ostatecznego nad wszystkimi narodami może wprowadzić nas w zakłopotanie. Bowiem Król Sędzia, Dobry Pasterz nie tyle będzie pytać o oddaną Mu cześć, o składane ofiary, ani nawet o codzienne odmawiane pacierze, ale zapyta przede wszystkim o najbardziej podstawowe przykazanie: przykazanie miłości bliźniego, w której sprawdza się miłość do Boga. Upomni się o wszystkie ludzkie krzywdy i przypomni każdy, najmniejszy nawet dobry uczynek wyświadczony drugiemu człowiekowi, bo niewybaczalna obraza Boga zawierać się może w krzywdach wyrządzonych bratu. I przeciwnie - usprawiedliwienie człowiek może osiągnąć, jeżeli w potrzebującym bliźnim potrafi dostrzec samego Chrystusa.

Malując w ten sposób wizję sądu ostatecznego Św. Mateusz ukazuje zależności pomiędzy obecnym czasem ziemskiego życia i "przyszłym wiekiem" - życiem po życiu. Wezwani przez śmierć do wieczności pójdziemy przed tron Chrystusa - Króla, Sędziego zostawiwszy tu na ziemi dyplomy, tytuły, godności, zasługi. Liczą się jedynie czyny wypływające z wiary w to, że Chrystus Pan utożsamia się z każdym "najmniejszym", nawet tym, który po ludzku nie zasługuje na szacunek z uwagi na niegodny styl życia. Chrystus - Król rozpozna nas nie po tytułach i godnościach, ale po wrażliwym sercu, dobrych rękach, uważnych oczach, serdecznym uśmiechu...

Mówi On bowiem „Wszystko(!), co uczyniliście jednemu z tych moich najmniejszych, Mnieście uczynili” (Mt 25,40).

Takie kryterium osądu, związanego z najwyższą sankcją, jaką jest wieczne potępienie było z pewnością szokujące nie tylko dla faryzeuszów. Oni to przecież przywiązywali tak wielką wagę do skrupulatnego wypełniania przepisów rytualnych. Na sprawowaniu kultu głównie opierała się ich pobożność. Dlatego mogli zdziwieni pytać „Panie kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?” (Mt 25,37-39).

Również współcześnie nie brak takich chrześcijan, którzy swe powołanie do świętości rozumieją jedynie w wymiarze wertykalnym; którzy jedynie wznoszą oczy ku niebu i nie potrafią dostrzec spraw ziemi. Sądzą bowiem, że wystarczy codzienny pacierz rano i wieczorem, udział we Mszy św. w każdą niedzielę, spowiedź co miesiąc lub co dwa, oraz doroczne rekolekcje adwentowe i wielkopostne. Niekiedy nawet zdobywają się na więcej: można ich spotkać niemal codziennie na Mszy św.., przechodząc obok kościoła wstępują na chwilę adoracji i modlitwy, codziennie odmawiają cząstkę Różańca, angażują się w różne ruchy i wspólnoty. I to wszystko nie jest pozbawione głębokiego sensu. Jednakże bywa i tak, że cała ich pobożność zaczyna się i kończy na złożonych rękach i wzniesionych oczach. Bywa również i tak, że to "duchowe" zaangażowanie tak bardzo pochłania, że już nie ma czasu dla tych "najmniejszych", z którymi utożsamia się Chrystus.

Praktykowane przez każdego z nas chrześcijaństwo nie może być tylko "religią złożonych rąk", chociażby do modlitwy. Nasze chrześcijaństwo musi stać się "religią wyciągniętych rąk" w geście dawania, w geście służenia, w geście pocieszenia... Taka postawa rodzi się z głębokiej wiary, ze spotkania z Chrystusem-Królem w modlitwie i sakramentalnych znakach.

Matka Teresa z Kalkuty swego czasu, podczas spotkania z warszawskimi seminarzystami, powiedziała: „Owocem modlitwy jest pogłębienie wiary. Owocem wiary jest miłość. Owocem miłości jest służba”. Pobrzmiewa w nich echo słów św. Jakuba Apostoła: „Wiara, jeśli nie byłaby połączona z uczynkami, martwa jest sama w sobie” (Jkb 2,17).

Nie ma innej drogi do Królestwa Bożego, jak tylko droga służby, wszak „Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu” (Mk 10,45). Toteż służyć, oznacza królować wraz z Chrystusem. Służba drugiemu człowiekowi wyrastająca, z wiary ożywianej modlitwą i sakramentami świętymi jest podstawową powinnością każdego chrześcijanina. Każdego Bóg Stwórca obdarował odpowiednimi talentami, darami, aby rozwijając je nimi służył. Ostrzega św. Jakub Apostoł: „Kto umie dobrze czynić a nie czyni, grzeszy” (Jkb 4,17).

Dzisiejsza liturgia w uroczystość Chrystusa Króla Wszechmogącego podstawowego prawa królestwa Chrystusa - prawa miłości. Rozważane dziś Słowo Boże - wychowuje nas do postawy służby w miłości

Współczesny myśliciel, socjolog i psycholog - Erich Fromm w poczytnej książce pt. "O sztuce miłości" pisze: „Bez miłości ludzkość nie mogłaby istnieć ani jednego dnia”. Z drugiej jednak strony wydaje się, że współcześnie w dobie wysoce rozwiniętych środków technicznych, ludzkość cierpi na poważny deficyt miłości. I - jak ktoś powiedział - sytuacja przypomina nieco pojawienie się duchów: wszyscy o nich mówią, ale mało kto je widział. Tak wiele się pisze, śpiewa o miłości, pokazuje w filmach na wszelkie dozwolone i niedozwolone sposoby, a przecież w życiu codziennym tak łatwo narazić się na zarzut Chrystusa Króla: „Byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem...; byłem nagi...; chory i w więzieniu....

Ileż okazji wzajemnego świadczenia miłości niesie każdemu z nas codzienne życie, praca, podróż, a nawet choroba i cierpienie. Dobre słowo na przykład, lub uśmiech nic nie kosztuje a ileż przynosi pokoju i dobra. Tak samo zwykła grzeczność i prosta uczynność.

Dopiero na sądzie Bożym okaże się ile dobra wyświadczyliśmy komuś, za kogo ofiarowaliśmy udrękę cierpienia, aby u Boga wyprosić potrzebną mu łaskę, albo pokutować za jego grzechy.

W każdej okoliczności zdajemy egzamin z wypełniania prawa miłości, które jest najważniejszym kryterium przynależności do Chrystusa-Króla i Jego Królestwa. I zanim On zdecyduje, po której stronie się znajdziemy w wieczności, już tu na ziemi sami - dzień po dniu, krok po kroku - rozstrzygamy o swoim losie, o swojej tożsamości, o przynależności do Chrystusowego Królestwa.

Zanim więc dopełni się miara czasu i ludzkich czynów, wierni w pouczeniu dzisiejszej Ewangelii jesteśmy zobowiązani budować "cywilizację w miłości". Ona jest - jak napisał Jan Paweł II w encyklice o Miłosierdziu Bożym - „celem, do którego winny zmierzać wszystkie wysiłki w dziedzinie społecznej i kulturalnej, a także ekonomicznej i politycznej” (DiM 14). Toteż - jak uczył Papież podczas Jubileuszowego Roku Odkupienia - „obowiązek budowania cywilizacji prawdy i miłości w świecie współczesnym - to jest obowiązek i zadanie Kościoła... jest to również zadanie i powołanie każdego chrześcijanina, wynikające z wiary w Chrystusa i przynależności do jego Kościoła. Chrześcijanin na wzór Chrystusa winien ożywiać rzeczywistość świata współczesnego duchem Ewangelii i ukazywać na co dzień, przykładem swego zaangażowania, że możliwe jest lepsze współżycie między ludźmi w sprawiedliwości, prawdzie i poszanowaniu godności osoby ludzkiej...”.

Jezus Chrystus - „Król królujących i Pan panujących”, gdy przyjdzie o niespodziewanej porze, osądzi czyny każdego z nas z osobna i podda ocenie czyny ludzkości, weryfikuje naszą cywilizację. Od nas zależy, od naszych czynów płynących z wiary, czy będzie to niszcząca wszystko „cywilizacja chaosu i nienawiści”, czy raczej ocalająca „cywilizacja miłości” - prawdziwe Królestwo Chrystusa na ziemi. Amen.

talent-darTalent. Dziesięciokrotnie wymieniany w przypowieści Chrystusowej. Co on dzisiaj oznacza? Co przez to słowo rozumiemy? Przede wszystkim wybitne zdolności w jakiejś dziedzinie (artystycznej, politycznej, naukowej). Mówimy o człowieku, że ma talent, gdy jest obdarzony zdolnością twórczą. A w czasach Jezusowych talent to była jednostka wagowo-pieniężna w miastach starożytnej Grecji i krajach ulegających wpływom kultury greckiej. Po prostu duża bryła srebra lub złota dużej wartości. Mogła być lokatą kapitału, służyła też do inwestowania jako kapitał pewny. I w tym znaczeniu posługuje się talentem Pan Jezus w pouczeniu przypowieściowym.

Teksty biblijne dzisiejszej niedzieli pełne są pochwały tych ludzi, co się krzątają. Najpierw więc Księga Przysłów, która kończy się poematem o kobiecie dzielnej. Takiej, co to jest jak drogocenna perła. Jej małżonek może jej zaufać. Nieustannie zajęta: przędzie, tka, troszczy się o pożywienie dla rodziny. Wstaje, gdy jeszcze jest noc, jej lampa wśród nocy nie gaśnie. Czy autor Księgi Przysłów przesadził. Ani trochę. Znamy takie kobiety z własnego kręgu, często są to nasze matki, babcie, żony... Bardzo lubię ten poemat pochwalny, często go czytam na pogrzebie kobiety, którą znałem i wiem, że chleba lenistwa nie jadła. Robi się wtedy w kościele cichutko, jak makiem zasiał. Wszyscy wiedzą, że te słowa to o niej, co leży tu w trumnie przed ołtarzem. I że to wszystko prawda. Niewiele już dodaję od siebie, a często ani słowa, bo wszystko już zostało powiedziane. Jaka otucha, nadzieja, że z tą krzątaniną stanęła przed Panem Bogiem, że zebrała skarby, które ani mól, ani rdza nie zniszczy. Są gwarancją jej życia wiecznego.

Podobna sytuacja jest w Ewangelii, podobna, ale nie taka sama. Mamy też pochwałę: „dobrze sługo dobry i wierny”, jest też nagana: „sługo zły i gnuśny”. Gdyby ten ostani nie zakopał swego talentu i przyniósł drugi, ale nie, jeszcze swemu panu naurągał.

Mamy tu nowy namiar oceny człowieka, mianowicie jego wartość mierzy się proporcjonalnym wkładem własnym do możliwości, jakie otrzymał. To jest właśnie coś nowego, co Pan Jezus nam do rozważenia dzisiaj podaje. Wielu poprzestaje na państwowym stopniu. Wystarczy trójczyna. I już. A co? Przecież i tak zdałem. Smutna to szkoła, która taką postawę akceptuje wobec zalewu miernoty zmęczony nauczyciel rezygnuje: dobrze, że chociaż przeszedł do następnej klasy....

Wczoraj moje Gimnazjum i Liceum im. Tadeusza Kościuszki obchodziło 75-lecie swego istnienia. Ładny jubileusz i piękna okazja, by go uroczyście świętować. Przy takiej sposobności wraca się do wspomnień, tych jeszcze sprzed wojny. Wychowawcą naszym był wtedy nauczyciel łaciny, postrach szkoły. Rzeczywiście uczył znakomicie, ale też był wymagający. Mieliśmy przed nim respekt, darzyliśmy go podziwem. Wiedział, czego od nas chce. Dostawaliśmy wtedy także świadectwo na pobocze. Taki napisany osąd był refleksją, często zachętą. A to nasz pan Profesor umiał robić. Każdy z nas wyczytany podchodził do katedry, by odebrać z jego rąk certyfikat. Wręczał świadectwo w milczeniu, a potem zatrzymał wzrokiem. A umiał patrzeć na wylot. Uznał za stosowne wygłosić do mnie przemówienie. Krótkie. „Słuchaj, postawiłem ci czwórkę”. A potem takim teatralnym szeptem, przez zaciśnięte zęby: „Ale jak ty mnie zawiedziesz, to przy końcu roku zarżnę cię tępym nożem”.

Tak mnie podbudował. Miałżebym dać satysfakcję, smokowi i zginąć w czerwcu śmiercią męczeńską? Przenigdy! Okazane zaufanie ogromnie zobowiązuje. Panie profesorze, wiele zapomniałem z tego, czegoś nas uczył, ale tego zabiegu wychowawczego - nigdy. Oczywiście wtedy nie rozumiałem w pełni, ale dziś pojmuję to była ewangelia na codzień, praktyczne zastosowanie dzisiejszej przypowieści. Takie drobne wydarzenie, ale ciągle mi to wracało. Prosiłem moich uczniów, aby przy końcu roku szkolnego przynosili mi swoje świadectwa "do wglądu".

  • Jesteś zadowolony z tego świadectwa?
  • No...

  • To powiedz, które przedmioty ocenione na dostateczny, mógłbyś podciągnąć na dobry?

  • Może z historii, z chemii...

  • A z polskiego będziesz miał do końca życia trójkę? Człowieczy

  • Pani mi obniżyła stopień, bo chociaż piszę dobre wypracowania, to robię błędy ortograficzne.

  • A sądzisz, że mimo zawiłych zasad polskiej pisowni, nie można się tego nauczyć?

  • Myślę, że gdybym dołożył starań...

Oj, sługo gnuśny i leniwy, ciągle ci się nie chce.

  • A ty, słuchaj, jaki przedmiot kosztował cię najwięcej wysiłku i pracy?

  • Matematyka

  • I masz tylko trójkę?

  • Tak, ale stale groziła mi ocena niedostateczna. Taka jestem: antytalent w tej dziedzinie”.

Nie martw się, twoja pani to dostrzegła, że pracujesz, że się starasz. Co więcej Pan Jezus zobaczył, że tego malutkiego talentu nie zagrzebałaś, nie powiedziałaś: wszystko mi jedno. Pamiętaj: u Niego nagroda ta sama - wejdź do radości, więc ciesz się, że twój wysiłek nie poszedł na marne”.

I tak jest do końca życia. Na początku, w okresie dzieciństwa ktoś inny nas ocenia. Przychodzi jednak szybko czas, że musimy się oceniać sami. Ciągle mają na względzie, że trzeba nam rozliczać się z Bożych talentów. Oczywiście nie są one ani srebrem, ani złotem. Są to cenniejsze dary: Słowo Boże, które trafia często prosto w serce człowieka, potężna Jego łaska która jest pomocą skuteczną i te cichutkie podszepty, jak uporządkować swe życie zgodnie z prawem naszego Pana. Wiecie, o czym mówię, bo każdy to przeżywa. Te leciutkie dotknięcia, te upomnienia, których nikt nie słyszy. „Patrz: jest niedobrze. Już trzeci dzień milczysz w domu jak głaz. Zaciąłeś się i będziesz tak trwał aż do Bożego Narodzenia? Przecież ona czeka na twój gest. A wiesz sam, że przebrałeś miarę. Zdobądź się na odwagę, by się do tego przyznać”.

Słyszysz ten głos. I od ciebie zależy, czy pójdziesz za nim. Jeśli pójdziesz, to zaczyna się cudowna współpraca z darem Boga, który otrzymałeś. Będzie radość...

Takich dotknięć jest dużo. Sami wystawiamy się na odbiór: każde przyjście do kościoła, gdzie Bóg do nas mówi, każde uklęknięcie do modlitwy jest czekaniem na Jego dar.

Słyszymy czasem zarzuty, że chrześcijaństwo przez swe ukierunkowanie na życie wieczne odrywa człowieka od spraw życia doczesnego. Ale to nie jest prawda. Dzisiejsza przypowieść przeczy temu. Zgoda, że uczeń Chrystusa dąży do radości swego Pana. Ale p»zecież radość taką może otrzymać tylko za wierną postawę w tym życiu.

Wielkie sprawy Królestwa Bożego osiąga się właśnie wiernością w drobnych sprawach codziennych: czyn się liczy, zaradność, odpowiedzialność. A także wrażliwość by nie marnować tych najmniejszych talentów, żadnego nie zakopać w ziemi.

Kara za gnuśność będzie polegać na wyrzuceniu w ciemności, gdzie będzie płacz. Tego cofnąć się nie da. Zmarnowanej szansy nie można już odzyskać. Tak, jak nie można odzyskać okazji, by uczynić coś dobrego, bo nie wykorzystana w porę, mija bezpowrotnie.

Wyznajemy na początku każdej Mszy św. swoje winy. Mówimy: zgrzeszyłem myślą, mową i uczynkiem i zaniedbaniem.

Od tych właśnie zaniedbań, od zmarnowanych sposobności, by pójść drogą Bożego wezwania, od utraty wrażliwości słuchowej na podszepty Twojej łaski - ustrzeż nas, Panie.

Dział: OKRES ZWYKŁY

swiatlo-panaDrodzy bracia i siostry! To już druga niedziela listopada. Przeżywaliśmy piękne uroczystości Wszystkich Świętych i Dnia Zadusznego. Żyjemy jeszcze atmosferą tych dni. Takie „Dni”, takie uroczystości są nam szczególnie potrzebne, gdyż myśl naszą kierują ku wieczności, ku niebu. A my w chaosie współczesnego życia tak łatwo zatracamy duchową równowagę, poczucie hierarchii wartości. Dziś do nas Pan woła: Czuwajcie i bądźcie gotowi! (Mt 25,13) Czuwa ten, kto się boi... ale i ten, kto kocha. Czuwa mi­łość – bo to jest jej właściwością. Czuwa matka nad dziećmi, by się im krzywda nie stała. Czuwa lekarz, pielęgniarka, by nieść ulgę chorym. Całe nasze życie upływa pod znakiem czuwania. Mamy czuwać na wzór „panien mądrych", które były przygotowane na spotkanie z Oblubieńcem.

To nasze czuwanie, oczekiwanie – nie może być jednak bierne, bez­czynne. Do istoty oczekiwania należy bowiem dążenie. Mamy odkrywać Boga w zdarzeniach, które przeżywamy i w ludziach, których spotykamy. Bóg przychodzi do nas szczególnie wtedy, gdy my do Niego idziemy. Po­winniśmy zrobić wszystko, by tę rzeczywistość przybliżyć. Takie oczekiwa­nie mobilizuje nas wewnętrznie. Tym bardziej aktywne, tym bardziej czuj­ne powinno być oczekiwanie na to, co decyduje o naszym wiecznym losie. Ten stan mobilizacji wewnętrznej powinien być stanem ciągłym. Żyjąc w świecie widzialnym – winniśmy pamiętać o świecie niewidzialnym. Żyjąc na ziemi – powinniśmy być stale świadomi istnienia wieczności. Dlatego nasza postawa powinna charakteryzować się tym, aby umiejętnie wycho­dzić poza doczesne, przemijające, tak absorbujące dzisiaj życie człowieka. Taka postawa nie oznacza demobilizacji wobec naszych codziennych spraw i powinności. Wprost przeciwnie, uwrażliwia nas na nie i potęguje naszą ak­tywność. Oczywisty staje się fakt, że na spotkanie z Panem nie możemy przyjść z pustymi rękami. Muszą one być wypełnione dobrymi uczynkami. A plecy nasze powinny mieć ślad krzyża – od codziennych wyrzeczeń, ofiar, służby dla innych.

Bóg czeka, nachyla się, zachęca, nie zraża się rogatą postawą, owszem, stoi u drzwi serca i delikatnie prosi o możność wejścia. Trzeba zrozumieć tu swój własny interes: Bóg będzie bez nas szczęśliwy. Nie szuka dobra swojego, bo jest samym Dobrem, ale nam chce świadczyć dobro, bo kocha. Stawia nam wprawdzie twarde wymagania, ale zarazem ukazuje niebo. Nie ma tu przymusu, jest miejsce tylko dla wolnej decyzji: alterna­tywna współpraca z łaską – lub rezygnacja z nieba... Dlatego ciągle trzeba nam Bożej pomocy i światła. A światłem tym – Bóg sam. Prośmy więc z poetą:

Światło łagodne, prowadź mnie przez mroki.

Światło Odwieczne!

Noc ciemna, dom mój tak bardzo daleki,

więc Ty mnie prowadź!

Nie pragnę wcale przyszłości widoku,

ale bądź blaskiem dla jednego kroku...

Tyś zawsze trwało, gdym przez głuchą ciemność,

puszcze, pustynie błąkał się dumny,

więc czuwaj nade mną, aż noc przeminie.

Aż świt ukaże mi wieczne mieszkanie —

i będę z Tobą, a Ty ze mną Panie”... (J.H. Newman)

Podstawą naszej czujności – jest wiara. Dzięki niej nieustannie kieruje­my naszą miłość do Chrystusa, który „nas do końca umiłował”. Realizuje­my tę miłość przez pełnienie dobra. Sam Chrystus mówi: „Cokolwiek uczy­niliście jednemu z tych najmniejszych – Mnieście uczynili” (Mt 25,40). Wszystko, co czynimy bliźniemu, czynimy samemu Chrystusowi. Żyjąc w stanie łaski, jesteśmy żywymi nosicielami Chrystusa, wnoszącymi Go we wszystkie przejawy współczesnego życia, w ten sposób zwyciężymy świat Jego miłością. Jednocześnie musimy pamiętać, że w tej czujności na spot­kanie z Chrystusem potrzebna jest nam praca nad sobą, nad rozsądnym wykorzystaniem czasu, abyśmy nie byli zaskoczeni jak „niemądre panny”. Przyjaciele zapytali kiedyś Norwida: Mistrzu, ty tak pięknie i umiejętnie dobierasz słowa, powiedz, które ze słów jest najtragiczniejsze, przerażają­ce? Norwid odpowiedział: Słowem tym jest: „Za późno”.

Siostry, bracia! Bóg daje nam czas – wielki skarb, który jednak nam sta­le ucieka, wypala się jak świeca. Ile mi jeszcze czasu zostało? Jeszcze nie jest za późno. Wykorzystajmy go do realizacji celu największego – zba­wienia i ... bądźmy gotowi! Wróg naszego zbawienia, szatan – doskonały psycholog – zakłóca w człowieku tę równowagę aktywnego czuwania. Bu­dzi nieufność, że sam człowiek zaczyna pytać siebie: czy warto pracować nad sobą? Czy warto służyć drugiemu człowiekowi gdy nie ma nawet żad­nej uchwytnej ziemskiej korzyści? Stąd potrzebna nam moc, którą daje Chrystus przez modlitwę, a zwłaszcza sakramenty. Potrzebna ucieczka do Wspomożycielki Maryi, naszej Matki. Kto nie czuwa, ten mało kocha... W życiu mamy wiele okazji do zbadania naszej czujności, naszej miłości do Chrystusa. Spotykamy biednych, potrzebujących naszej pomocy, chorych, smutnych, opuszcznych, więzionych... Czy zastanawiamy się wtedy nad na­szą postawą? Czy dostrzegamy w nich Chrystusa, który przez nich spotyka się z nami? Adam Chmielowski, znany powszechnie jako św. Brat Albert – przechodząc przez najnędzniejszą dzielnicę Krakowa odkrył w ludziach nieciekawej reputacji – Chrystusa. Pozostał wśród biedaków, nędzarzy. Zaczął im służyć, pomagać. Tym zaakcentował swoją postawę gotowości na ostateczne spotkanie z Chrystusem. Św. Jan Bosko – widząc młodych ludzi, jak schodzą na manowce, poświęcał im siebie bez reszty – stając się wychowawcą, nauczycielem, ojcem, lekarzem, sportowcem, aktorem... wszystkim. A umierając, mówił do nich zapłakanych: nie prze­stanę was nadal kochać i oczekuję was teraz w niebie. Pozostawił dwa zgro­madzenia zakonne, aby prowadziły nadal dzieło wychowania młodzieży, którą tak bardzo ukochał. I to jest odpowiedź świętych na wezwanie Chry­stusa: Czuwajcie i bądźcie gotowi (Mt 25,13).

Słyszałem kiedyś takie stwierdzenie: skoro moment przyjścia Pana jest tak decydujący i skoro jest to przyjście dobrego Boga... to dlaczego nas nie ostrzeże: jutro przyjdę, lecz przychodzi niespodziewanie? Przecież gdyby człowiek wiedział, mógłby się przygotować. Dobry ojciec przestrzega dzie­ci przed niebezpieczeństwem. No tak, ale czy wtedy Bóg nie stałby się nauczycielem chytrości, a sam człowiek życiowym kombinatorem? Całe życie złe, nijakie, dopiero w ostatniej godzinie gwałtowny zwrot ku Bogu, dodaj­my – ze strachu czy dokładnego wyrachowania. Pan jednak nie obiecał nieba chytrym, lecz świętym, tym, którzy z ogromnym wysiłkiem, choć nie­raz z różnym efektem, starają się w swoim życiu o dobro, jakim jest współ­życie z Bogiem, troska o to, by w duszy człowieczej obecna była zawsze ła­ska uświęcająca. Prawdziwy uczeń Chrystusa, przyjaciel Boga – zawsze jest czujny. Nie tylko dlatego, że przyjście Pana jest czasem niewiadomym, ale przede wszystkim dlatego, że przyjaciel nie chce zdradzić. Chrystusowe stwierdzenie, że nie można dwom panom służyć: nie możecie Bogu służyć i mamonie – staje się dewizą jego życia. Uliczny handelek: całe życie świa­tu – mamonie, a ostatnią godzinę Bogu, nie jest godny wyznawcy Chrystu­sa. Czy zresztą ostatnia godzina będzie nam dana?

Czuwajcie więc i bądźcie gotowi! Wyrazem naszej czujności jest i to eucharystyczne zgromadzenie, w którym uczestniczymy tu w kościele. Pragniemy wszys­cy łączyć naszą ofiarę serdecznej modlitwy, czynu, cierpienia z ofiarą Chry­stusa i za chwilę wołać: „Głosimy śmierć Twoją Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie i oczekujemy... i oczekujemy Twego przyjścia w chwale” (Modl. Euch.).

Wielu jest, Jezu, takich, którzy naprawdę wyczekują Ciebie: jak ks. Jacek, który niedawno po prymicjach, a już tak długo przykuty do łóżka. Jak staruszka, parafianka, której noszę Ciebie w komunii, a tak serdecznie Cię zawsze wyczekuje... jak babunia niewidoma, ściskająca stale w dło­niach różaniec, której jedyną radością tygodnia to oczekiwanie na mszę ra­diową... jak dziadek, którego astma „zatyka”, a idzie w niedzielę prawie godzinę do Twojej świątyni z ogromnym wysiłkiem... jak wielu, wielu, któ­rzy niosą na co dzień krzyż i choć czasem upadają, to jednak – jak Ty – powstają, by go nieść wytrwale do końca. Tej wytrwałości, wierności i czuj­ności potrzeba nam wszystkim. Bo tylko ci, którzy czuwają i są gotowi na spotkanie z Chrystusem będą zaproszeni do Jego królestwa.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

swiatloI. Zapalone lampy

Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca” (Mdr 6,12) - tak mówi Bóg. A mnie się wydaje, że to pojęcie jest staroświeckie, że należy do ludzi starej daty. Można na temat mądrości ironizować. „Można się chełpić nawet z tego, że się na starość ani troszkę nie zmądrzało..., by nie musieć być cnotliwym” (Józef Kardynał Ratzinger, Służyć prawdzie, s. 200). Tymczasem w ostatecznym rozrachunku każdy z nas jest odpowiedzialny za siebie. Roztropność innych nie zastąpi naszej głupoty.

Dziesięć panien oczekiwało przybycia Oblubieńca, lecz tylko 5 z nich starannie przygotowało swoje lampy i zabrało zapas oliwy. Kto by pomyślał? Wszystkie były dobrze ubrane, uśmiechnięte, pełne życia, z lampami w ręku. A jak się skończyło? Jedne w sali weselnej opromienione światłem, wśród dźwięku muzyki, w radości.

A drugie za drzwiami wśród ciemnej nocy... płaczą i proszą o wpuszczenie do wnętrza. „Panie, Panie otwórz nam” (Mt 25,11). A stamtąd zimne słowa: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”. Brama pozostanie zamknięta. To musi być strasznym przeżyciem pukać do zamkniętych drzwi weselnego domu i usłyszeć: „Zaprawdę, powiadam wam, nie znam was”.

Ewangeliczne lampy w naszych rękach oznaczają jedność z Bogiem. Tego światła człowiek nigdy nie zapala sam. Zapala je sam Chrystus. „Weźmij tę świecę płonącą i zanieś ją przed tron Boga Wszechmogącego” - powiedział do nas kapłan przy Chrzcie świętym. „Tylko jeden Bóg wie, którzy chrześcijanie trzymają w rękach swoich lampy zapalone, a którzy wędrują ze zgaszonymi lampami. My wiemy... że nie ma sensu nosić ze sobą lampy, która nie świeci, która nie jest świadectwem przynależności do tego, który jest jedynym przeznaczeniem naszym, życiem, naszą przyszłością i naszą ojczyzną jedyną”. (bp Jan Pietraszko, Po śladach Słowa Bożego, Kraków 1979, s.219.)

II. „O niej rozmyślać - to szczyt roztropności” (Mdr 6,16)

Mądrość jest wspaniała i niewiędnąca, ci ją łatwo dostrzegą, którzy ją miłują, i ci ją znają, którzy jej szukają; odwiedza bowiem tych, co jej pragną, wpierw dając się im poznać. Kto dla niej wstanie o świcie, ten się nie natrudzi, znajdzie ją bowiem siedzącą u drzwi swoich. O niej rozmyślać, to szczyt roztropności, a kto z jej powodu nie śpi, wnet się trosk pozbędzie” (Mdr 6,12-15).

Troszczysz się o dobro dusz?” - zapytał św. Karol Boromeusz, po czym rozwijał ten problem w przemówieniu do kapłanów - „Nie przestawaj jednak z tego powodu troszczyć się o samego siebie, nie oddawaj się innym aż tak dalece, że nie pozostawisz sobie samemu ani cząstki siebie. Musisz oczywiście pamiętać o duszach, których jesteś pasterzem, ale nie zapomnij o sobie. Rozumiecie przecież, bracia, że nic nie jest tak ważne dla osób duchownych, jak medytacja, która poprzedza wszystkie inne działania, towarzyszy im i po nich następuje. Jeśli udzielasz bracie, sakramentów, rozmyślaj o tym, co czynisz. Gdy odprawiasz Mszę św. rozważaj to, co składasz w ofierze. Jeśli odmawiasz psalmy w chórze, rozmyślaj do Kogo i o czym mówisz. Jeśli jesteś przewodnikiem dusz, rozmyślaj o Krwi, którą zostały one obmyte...” (Acta Ecclesiae Mediolanenzis, Mediolan 1559 r. 1178), w: Pastores dabo vobis, nr 72).

Św. Karol Boromeusz arcybiskup Mediolanu, był dobrym pasterzem dla swojego ludu. Gdy w Mediolanie wybuchła zaraza (był to rok 1576) - „Widziano Boromeusza w pokutnym worze, z drewnianym na sznurze krzyżem na piersi, idącego boso w pochodzie... wdzierał się do szpitali kładł ręce z olejami na poznaczone zarazą ciała, szedł do opuszczonych rodzin, zbierałporzucone dzieci. Pałac biskupi otworzył tym, którym domy podpalono. Nie miał pieniędzy, bo wszystko, co miał oddał. Żebrał u bogaczów, wydzierał pieniądze na sanitaria,żywność, pomoc... Może dopiero teraz na dobre lud Mediolanu uznał go za swego i pokochał... był pasterzem dobrym, przewodnikiem i obrońcą, stróżem i przyjacielem wiernym... Zaraza trwała i wydano zakaz wychodzenia z domów... Wtedy Boromeusz kazał odprawiać Msze św. na ulicach, aby widziano je z okien. Zaraza wygasła prawie tak samo nagle... jak wybuchła. Kiedyś potem, już po kanonizacji, mówiono o "zarazie świętego Karola..., dobrego pasterza"” (Tadeusz Żychiewicz, Żywoty, t. s. 106-107).

Chciałoby się w tym miejscu westchnąć głęboko i prosić Pana nieba i ziemi, aby również nas wszystkich, zwłaszcza nas kapłanów ogarnęła taka zaraza świętości, o której mówi Chrystus: „Przyszedłem rzucić ogień na Ziemię i jakże bardzo pragnę żeby on już zapłonął”. (Łk 12,49). Taka gorliwość, która ogarnęła naszego rodaka Karola na Stolicy Piotrowej – dziś św. Jana Pawła II – i Siostry Boromeuszki, których św. Karol jest patronem.

III. „Ciebie mój Boże, pragnie moja dusza” (Ps 63,2)

- powtarzaliśmy w śpiewie międzylekcyjnym. Mądrością jest szukanie Boga

Boże mój, Boże szukam Ciebie i pragnie Ciebie moja dusza. Ciało moje tęskni za Tobą, jak ziemia zeschła i łaknąca wody”. (Ps 63,2)

Nawiedzając w tych dniach groby ludzi, którzy już odeszli z tego świata do wieczności, myślimy o sobie, o kresie ludzkiego życia, o przejściu do Pana. „Nie chcemy, waszego trwania w niewiedzy, co do tych, którzy umierają” - pisze św. Paweł - „abyście się nie smucili, jak wszyscy ci, którzy nie mają nadziei” (1 Tes 4,13).

My mamy nadzieję i mądrość. Mądrością jest przedkładać łaskę nad życie osobiste. Jeżeli takie będzie wnętrze, wtedy i usta będą głosić Boga: „Będę Cię wielbił przez całe me życie i wzniosę ręce w imię Twoje. Moja dusza syci się obficie a usta Cię wielbią radosnymi wargami” (Ps 63,3-4).

Drogi bracie, droga siostro! Martwisz się, jak będzie wyglądała ta ostatnia w ziemskim życiu człowieka chwila. Czy będę na nią przygotowany, jak ewangeliczne „mądre” panny. To również zależy od mojego otoczenia, od najbliższych, od rodziny, od sąsiadów, którzy pomogą mi się do tej chwili przygotować, którzy mnie zaopatrzą na drogę. Trzeba będzie sprowadzić kapłana, który mnie wyspowiada, udzieli Sakramentu Chorych, posili Najświętszym Sakramentem. Nie chciałbym być podobny do tych „głupich” panien, które wzięły lampy, ale nie zabrały oliwy. Ich lampy zgasły, a one nie zostały wpuszczone na ucztę wiecznej szczęśliwości. One nie czuwały.

Chrystus mówi dziś do nas: „Czuwajcie i bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie” (Mt 24,42a 44).

Czy zawsze świadomie wybieram obcowanie z Bogiem i ze Świętymi? Muszę się uczyć trwania z Bogiem. Pragnę na zawsze być z Panem... i to jest owa mądrość wspaniała i niewiędnąca, dla której warto się trudzić i o niej rozmyślać. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY

faryzeuszeKim byli faryzeusze? Byli oni czymś pośrednim między stronnictwem politycznym a sektą religijną. Stawiali sobie zadania zarówno polityczne, narodowe, jka i religijne. Jest to zrozumiałe zjawisko dla narodu izraelskiego, w którym religia była ściśle związana z życiem politycznym i kulturalnym. Nie znali oni rozdziału państwa od synagogi.

Nazwa „faryzeusz” pochodzi od hebrajskiego „perushim”, to jest oddzielony, odseparowany. Głosili oni bowiem odseparowanie się od tego co obce, pogańskie, nieczyste. W praktyce walczyli z pogańskimi okupantami Rzymu. W życiu codziennym pgardzali celnikami, prostytutkami i innymi kategoriami ludzi, których uważali za nieczystych i grzesznych.

Faryzeusze byli również znawcami Pisma Świętego. Wśród nich było wiele doktorów i uczonych w Piśmie. Znali setki drobiazgowych przepisów Prawa Mojżeszowego i liczne późniejsze przepisy uzupełniające i wyjaśniejące to prawo. Byli dumni z tej znajomości i pogardzali prostym ludem, który gonie znał. Gdy im doniesiono, że ten lud idzie za Chrystusem, odpowiedzieli: A ten, tłum, który nie zna Prawa, jest przeklęty (J 7,49). Znawcy ówczesnego życia w Izraelu mówią, że praktycznie nie było możliwe dokładne zachowanie setek drobiazgowych przepisów Prawa. Dlatego faryzeusze i uczeni w Piśmie wynajdowali po cichu różne furtki do omijania niektórych praw. Ludowi zaś zalecali wierne ich przestrzeganie. Dlatego Chrystus wyraził się o nich: „Mówią, ale nie czynią”.

Do redakcji pism katolickich przychodzą czasem listy z pytaniami: Nie możemy zrozumieć, dlaczego Chrystus tak dobry i łagodny dla różnych kategorii grzeszników, był tak surowy wobec faryzeuszy? Jako odpowiedź, można by tak powiedzieć: Chrystus łagodnie traktował celników i kobiety upadłe, bo oni przeważnie uznawali swą grzeszność i pragnęli zmienić swe życie. Natomiast faryzeusze w swej pysze nie dostrzegali własnych wad. Przeciwnie, uważali się za doskonałych.

Nadto grzechy celników i prostytutek były znane i potępiane, nie byli dla nikogo wzorem postępowania. Faryzeusze zaś uważali się za przewodników i wychowawców prostego ludu, za wzór do naśladowania. Dlatego Chrystus w trosce o lud potępiał ich publicznie i przestrzegał przed naśladowaniem. Nazywał ich przewodnikami ślepymi (Mt 23,24), przewodnikami, którzy mogą doprowadzić do przepaści.

Należy jednak zauważyć, że Chrystus nie używał tych twardych słów wobec jakiegoś konkretnego, po imieniu nazwanego faryzeusza, ale pod adresem ich ogółu, a ściślej mówiąc, pod adresem ich głównej wady, którą dziś nawywamy faryzeizmem. Zaś wśród konkretnych faryzeuszy miał nawet przyjaciół: Nikodema i Józefa z Arymatei. Do innych chodził na przyjęcia i chętnie z nimi dyskutował.

Faryzeusze pragnęli być podziwiani przez lud, chcieli uchodzić w jego oczach za nauczycieli, przewodników i ojców duchownych narodu. Chrystus widział, że nie dorastają do tych zadań, że nie należą im się te tytuły. Dlatego przestrzega swoich uczniów, aby nie naśladowali faryzejskiej tytułomanii. Dla wywyższenia się nie powinni jak faryzeusze używać tytułów w rodzaju: „rabbi”, „nauczyciel”. Nie uważał nawet za wskazane używać słowa „ojciec” w sensie faryzejskim, przypisującym sobie funkcję duchowego ojca ludu. Nie nosić obłudnie maski nauczyciela czy ojca duchownego, jeśli się nim nie jest. W innych przypadkach nie miał nic przeciw używaniu słowa ojciec czy nauczyciel.

Psycholodzy zauważają, że nie tylko faryzeusze, ale wszyscy lub prawie wszyscy nosimy jakąś maskę. I chyba można nas z tego usprawiedliwić, byleby to nie była faryzejska maska doskonałości i obłudnej świętości.Ten bowiem rodzaj maski powoduje, że człowiek staje się podobny do grobu pobielanego, pięknego na zewnątrz, a wewnątrz pełnego zgnilizny.

Natomiast maskę przyzwoitości (nie świętości) musimy przez długie lata nosić, aby nie gorszyć swych bliźnich. Nasze bowiem wnętrze często pełne jest gniewu, zazdrości, chciwości, zmysłowych uczuć i pragnień. Dla dobra bliźnich jest lepiej, abyśmy ich na zewnątrz nie okazywali, ani w słowie, ani w czynie, ani nawet w wyrazie twarzy. Jest to słuszne tym bardziej, że sami w naszym sumieniu też ich nie aprobujemy, że staramy się z nimi walczyć.

Jest jednak wielka różnica między tą koniecznością i często z zażenowaniem noszoną maską przyzwoitości a obłudną faryzejką maską doskonałości i świętości. Powinniśmy jednak starać się usówać ze swej psychiki te uczucia i pragnienia, których się wstydzimy, tak iżby powoli spadła z nas maska i nasze wnętrze odpowiadało temu, co ludzie widzą i słyszą na zewnątrz. Staniemy się wtedy ludźmi w pełni autentycznymi, ludźmi bez masek.

Walkę z faryzeizmem, wielu dość chętnie podejmuje, ale w bliźnich. Natomiast o wiele rzadziej i chętnie w sobie. Jedną z form tej walki jest pokorne uznanie własnych błędów.

Święty Jan Bosko znalazł się pewnego razu w domu zamożnej rodziny, uchodzącej za wzorową. W pewnej chwili pięcioletniemu dziecku upadł na ziemię drewniany konik. Chłopiec o żywym temperamencie wpadł w złość i dał jej wyraz w głośnym przekleństwie zwierającym imię Chrystusa. Przyszły święty każe mu odmówić dziesięć przykazań. Przy drugim: „Nie będziesz brał imienia Boga nadaremno” mówi do malca: „Widzisz, a tyś co zrobił? Ze złością i bez szacunku wymówiłeś imię Chrystusa. Sprawiłeś tym Panu Jezusowi wielką przykrość”. Upokorzony chłopiec tłumaczy się: - „Mój tata zawsze tak mówi”.

Matka zbladła i patrzyła na męża, czy nie wybuchnie gniewem. Ten jednak, głaszcząc dziecko, powiedział: „Niestety, masz rację. Ale więcej nie usłyszysz ode mnie tych słów. I ty ich nie powtarzaj”.

W takiej sytuacji niejeden ojciec zaprzeczyłby, zawołałby: „Ty, kłamczuchu, wynoś się z pokoju”. Nie pozwoliłby zdjąć z siebie maski wzorowego ojca. Przyznać się wobec swego dziecka i to publicznie do jakiejś wady, to trudna lekcja pokory. Konieczna jednak, aby dzieci w obcowaniu z rodzicami i między sobą były szczere, nie uciekały się do kłamstw, byleby ocalić maskę grzecznego chłopca czy dziewczynki, nawet kosztem prawdy. Jednym słowem, aby nie były małymi faryzeuszami.

Być pokornym, to jest żyć prawdą, nie jest łatwo. Nam chrześcijanom Chrystus zostawił wielką pomoc w postaci rachunku sumienia i spowiedzi, czyli ciągłego kontrolowania swego postępowania. Zostawił też przykład swego życia. Gdy będziemy przeżywać pokusy obłudnego zachowania się, pychy, szukania niezasłużonej pochwały, prośmy Go wówczas: Jezu, cichy pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego.

Dział: OKRES ZWYKŁY