Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: styczeń 2017
Artykuły filtrowane wg daty: styczeń 2017

kazanie-na-gorzePrzypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu. Niewielu tam mędrców według oceny ludzkiej, niewielu możnych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, upodobał sobie w tym, co niemocne, aby mocnych poniżyć...” (1Kor 1,26n.).

Tak pisał św. Paweł Apostoł do mieszkańców Koryntu. W tym wielkim portowym mieście chrześcijaństwo szybko się szerzyło wśród ubogich, pogardzanych i biednych. Bóg „upodobał sobie w tym, co nie jest szlachetnie urodzone według świata i wzgardzone, i to, co nie jest wyróżnił, by to co jest unicestwić”, (ibid.)

Pewno działo się tak dlatego, ludzie, którzy nie posiadają nic i nie mogą swej nadziei złożyć w bogactwach z większą prostotą zwracają się do Boga, Stwórcy wszelkiego dobra. Łatwiej im uwierzyć w Chrystusa ubogiego, poniżonego i odrzuconego świat. Bóg wybrał to, co słabe i głupie, aby okazała się moc i mądrość Boża.

Dziś o sobie możemy za św. Pawłem powtórzyć: „Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu”:

Bo któż teraz, z nami, uczestniczy w tej Mszy świętej?

Jak wielu chorych modli się w łączności z nami!

Iluż ludzi słabych, posuniętych wiekiem, cierpiących jednoczy się z nami przy tym ołtarzu!

Jak wielu jest wśród nas samotnych, przeżywających boleśnie odrzucenie przez swoje środowisko!

Czyż nie przemawiają wprost do serca słowa Apostoła: „To, co wzgardzone i to, co nie jest, wyróżnił Bóg?” (ibid.) Cierpienie i samotność, to sprawy najtrudniejsze w życiu, ale właśnie one mogą otwierać drogę do prawdziwej wiary!

Dobiega końca czas kolędowych wizyt duszpasterzy w naszych domach. Księża dzieląc się wrażeniami z tegorocznych odwiedzin mówią jak bardzo trudne były rozmowy, które prowadzili na terenie swoich parafii podczas kolędy.

Kazanie nie jest miejscem do analizowania przemian społecznych i ekonomicznych i wskazywania na ich przyczyny. Wystarczy jeśli powiemy o biedzie, o niedostatkach materialnych, o załamaniu się autorytetów. Jeśli wspomnimy o szerzącym się braku zaufania między ludźmi. Wszyscy dobrze znamy te zjawiska. Dotykają nas bezpośrednio i bardzo boleśnie. Dlatego słowa św. Pawła Apostoła skierowane do Koryntian przyjmujemy z głębszym zrozumieniem, jako Słowo Boże odnoszące się do nas; „Przypatrzcie się, bracia, powołaniu waszemu...”

Może właśnie nasza sytuacja, w której się znajdujemy pomoże zrozumieć, że nauka Pana Jezusa nie jest ograniczeniem człowieka. Wprawdzie większość przykazań zaczyna się od słowa „nie”, (nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij...) ale nie oznacza to ograniczenia ludzkiego rozwoju.

Szczytem i jakby streszczeniem nauki naszego Mistrza są błogosławieństwa wygłoszone podczas „Kazania na górze”. One wytyczają drogę prawdziwego rozwoju człowieka. Uczą nas, że żyjąc w świecie materialnym, nie możemy starać się niewolnikami materii. „Błogosławieni ubodzy w duchu...” (Mt 5,1n.). Być może łatwiej zrozumieć to błogosławieństwo tym, którzy żyją w ubóstwie, niż tym, którzy w bogactwach złożyli swą nadzieję. Błogosławieństwo obiecane zasmuconym może stać się bliższe tym, którzy są zatroskani o codzienność.

A błogosławieństwo obiecane cichym może dotyczyć tych wszystkich, których głos nie liczy się w życiu społeczności. Pragnący sprawiedliwości, łaknący jej, częściej znajdują się wśród pokrzywdzonych, niż wśród sytych i żyjących w dobrobycie.

Oczywiście błogosławieństwa Chrystusowe są skierowane do wszystkich ludzi, ale wydaje się, że łatwiej je przyjąć tym, którzy żyją w warunkach niedostatku. Nie są też one pochwałą biedy, ale ludziom pogrążonym w niej niosą nadzieję.

Błogosławieństwa wygłoszone podczas „Kazania na górze” dotyczą również ludzi miłosiernych, ludzi czystego serca i czyniących pokój. Otóż doświadczenie uczy, że takich ludzi łatwiej spotkać wśród pracujących ciężko na powszedni chleb, niż wśród zasobnych i opływających w dostatek. Ubogi chętniej podzieli się chlebem ze swym bliźnim, niż bogacz zazdrośnie strzegący swego mienia.

Ewangelia w żadnym wypadku nie ogranicza wolności ludzi. Ona wskazuje kierunek rozwoju każdego człowieka. A już św. Paweł, w starożytnym Koryncie, zauważył, że na jej wezwanie odpowiedź dają częściej ludzie ubodzy.

Sądzę więc, że dzisiejsza Msza św. niesie dla ciebie otuchę. Jeśli swoją postawą potrafisz wnieść pokój do swego otoczenia, to zasługujesz na Chrystusowe błogosławieństwo. Jeśli wśród ludzi szukających wszędzie własnej satysfakcji zachowasz skarb czystego serca, jeżeli wśród drapieżnie strzegących tego, co posiadają będziesz umiał podzielić się chlebem z głodnym to ewangeliczne błogosławieństwo dosięgnie ciebie. Trzeba, abyś wyszedł z ubóstwa i nędzy, ale jeśli obecne doświadczenia nauczą cię patrzeć szerzej na świat i szukać celu życia ponad walką o posiadanie bogactw, to jesteś błogosławiony. To, co przeżyłeś w niedoli i niedostatku otworzyło ci drzwi do prawdziwych wartości.

Prorok Sofoniasz mówił nam dziś o ludzie pokornym i biednym, który szuka schronienia w imieniu Pana (por. So 3,12). Czy ty – drogi bracie i siostro – szukasz schronienia w imieniu Pana, u Niego? Jeśli tak, to należysz do tych, ktorym on błogosławi. Dlatego z nadzieją przyjmuj słowa Ewangelii, które niosą ci otuchę. Amen.

 

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

swiatlo-chrystusaNajmilsi! Pozwólmy na chwilę uciszyć się naszej myśli w Bo­gu. Otwórzmy serca na światło łaski. Niech odejdzie całotygod­niowe zabieganie i rozterki. Niech Boża mądrość zstąpi na nas jak pokój i światło. Słuchajmy nauki zawartej w tekstach, które dzisiaj przyniosła liturgia.

Naród kroczący w ciemności ujrzał światłość wielką; nad mieszkańcami kraju mroków zabłysło światło. Pomnożyłeś radość, zwiększyłeś wesele” (Iz 9, 4–2). Tak widzi prorok świat po Bożym Narodzeniu. Światło, które wzeszło nad życiem ludzi – Jezus Chrystus obecny z nami. Jego bliskość daje odwagę i umac­nia. Jego nauka powoli rozświetla nawet najtrudniejsze, mrocz­ne zakamarki życia. W innym świetle stawia przed człowiekiem życie doczesne, mrok przemijania. W nowym świetle pozwala ocenić cierpienie, inaczej rozumieć umieranie. Ogłasza wieczność, zmartwychwstanie, niebo. Wyznacza inne wymiary tego, co war­te wysiłku, i tego, co jest złudzeniem w życiu człowieka. To światło – Jezus Chrystus, jeżeli przyjęte, stanie się ciepłem codziennego życia, odwagą rodzin, mądrością ustaw i praw na­rodów.

A światło nie przyjęte? „Naród kroczący w ciemnośc” – jak­by prorok ostrzegał przed kroczeniem po ciemnych drogach świa­ta. Jakże obrazowe określenie. Prawie człowiek widzi szeregi lu­dzi, kolejne lata, uporządkowane etapy 1956, 1970..., ale w ciemności. Krocząc w ciemności, łatwo wzajemnie siebie podep­tać. Ciemność może przesłonić cel drogi. Ciemność stwarza pozo­ry bezkarności, Ciemność pozwala nie widzieć rozpaczy w cudzych oczach. Ta szczególna ciemność, która oznacza pozostanie poza Chrystusem, dotyczy pogrążenia duszy, która rodzi cierpkie owoce opuszczenia. Mówi się czasem o ludziach, że z ich wejściem pojawia się światło, i mówi się o takich, którzy samym poja­wieniem się przynoszą mrok. W relacjach o świętych – nie tylko tych wyniesionych na otłarze – powtarzają się opinie, że z nimi przychodziła jakaś poświata pokoju i mądrości, jak­by zatrzymana ze świateł wieczernika. Mówiąc o ludziach którzy nas opuścili wspominamy, że odeszło z nimi dobre ciepło co­dzienności, a o innych wspominamy ze smutkiem, bo żal, że godziny nieśli chłodne i nie tęskne. Tak chyba pomyślą kiedyś o każdym z nas. Może zatęsknią za dobrem, albo przejdą prę­dziutko do milszych myśli.

Ale, czytając dalej tekst liturgiczny, uczymy się, że światło – Jezus Chrystus – nie tylko dzieli się blaskiem dobra i mą­drości, ale daje więcej, przychodzi, aby pomnożyć radość i zwięk­szyć wesele. Czasem tekst święty, aż zaskakuje takim serdecz­nym sformułowaniem, żeby aż troska o radość, o wesele. A jednak tak. Przypomina słuchaczom, że przeżycie Ewangelii może być źródłem i warunkiem rzeczywistego wesela i optymizmu. Powie nawet, że w pewnym sensie sprawdzianem autentyczności religii jest optymizm w odczytaniu historii stworzenia. Może war­to, aby myśleli o tym fakcie ludzie religijni, których przeży­wianie wiary jest solidne, obowiązkowe, ale smutne. Nawet nie dlatego, że ból, choroba, opuszczenia, ale samo przeżycie praktyk posmutniało. Nie, nie chodzi o szczebiot, który bywa bliższy bezmyślności niż Ewangelii, ale o ten głęboki optymizm życia, któ­ry wie komu ufa i do kogo należy.

Rzeczywiście, aż dziwi, że można tak bez radości wierzyć w niebo, w szczęście wieczne, że nikt nie odgadnie prawdziwych treści tych rzeczywistości. Można tak bez nadziei, bez wiary w spełnienie się słowa, tak trzepotać się w strachu i niepew­ności ze wszystkimi, którzy wiary nie mają, że nikt nie będzie pragnął Dobrej Nowiny, która jest mocą życia. Czy dotyczy to nawet naszego czasu? Naszych zagrożeń, które zawisły, jak ja­strzębie, nad spłoszonym światem? Przede wszystkim właśnie ta­kich trudnych dziejów. Nic dziwnego, że św. Paweł, znawca mro­ków ludzkich, wręcz zaklina, abyśmy weszli wspólnie, ludzie od­kupieni, ludzie Chrystusowi – w światło. Abyście się nie roz­proszyli za światłami pozornymi, za iskrami, które wzlatują cza­sami z ogniska, i mogą nawet na tle czarnego nieba wydawać się prawdziwym światem, nawet czasem wyraźniejsze i pięk­niejsze od samego źródła światła i ciepła, ale pozostaną tylko ulotnym śladem, po którym zostanie rozczarowanie. Nie rozbie­gnijcie się, jak to określi tekst listu Pawiowego za Apollosem, Kefasem, czy Pawłem, bo jeden jest – Chrystus, a podziały są dziełem szatana,, ojca wszelkich podziałów, waśni i poróżnień.

Czyż karty historii nie dostarczają dosyć świadectw oderwa­nych iskier, wspólnot, grup, które jakiś czas żyją jeszcze ciep­łem macierzystego ogniska, a potem umierają i rozwiewa je wiatr. Czyż księgi kultur, wierzeń i dzieje myślicieli nie są dostatecznie wielkim cmentarzem błędnych świateł i gasnących zbawców świata. Jakże więc należy ocenić te chwile, gdy światło Boże przychodzi do nas w modlitwie, w Eucharystii, w mądrej księdze, w świątecznym nastroju liturgii, w natchnieniu ekume­nicznej jedności w Duchu Świętym. Przecież we wszystkich mie­szka Chrystus. Przecież wszyscy zostali odkupieni przez krzyż i zmartwychwstanie. I cóż, że różnica zajmowanych stanowisk? Że rozmaitość funkcji? Że z rozmaitych dzielnic i stron świata? We wszystkich oczach ludzi ten sam niepokój; we wszystkich duszach te same rozterki. To samo zalęknione myślenie o dniu jutrzejszym. Te same słowa mówią matki na całej kuli ziem­skiej. Nie dziwmy się, że ten światowy mrok skłócenia i po­działów, zapomnianej miłości Boga i tragicznej rozterki człowieka staje się niepokojem liturgii.

Nie dziwimy się, że w trzecim czytaniu, liturgia przywoła nas do światła, bliżej, prawdziwie, teraz. Wywoła nas tym imie­niem, które stało się symbolem: Piotrze! Człowieku-opoko, czło­wieku, który jesteś treścią świata; człowieku, który masz być rękami tworzenia, a nie zguby; człowieku mojego umiłowania – pójdź za mną, aby ludziom dać nadzieję. W Ewangelii obrazek, jak narysowany ołówkiem dziecka. Piotr zostawia sieci, poznaje Jezusa, idzie za Nim. A przecież iść za Nim oznacza tak wiele. Odważyć się zostawić zawód, opuścić znajomy dom, zmienić bez­pieczną neutralność na ryzyko dania świadectwa. Dlaczego Apo­stoł idzie? Życie odpowie za niego: aby narody kroczące w ciem­ności i mroku, aby ludzie zgubieni w domysłach, aby odrzuceni przez świat, abyśmy wszyscy mogli dzisiaj usłyszeć Jezusa Chrystusa, światło i życie nasze.

Dlaczego dłużej zatrzymaliśmy się nad tymi tekstami? Mija kolejny tydzień po Bożym Narodzeniu. Mieliśmy wynieść z tych dni światło. Czy nie byłoby żal, gdyby to wszystko przebiegło jak promień światła przez szybę, w której nic go nie zatrzyma? Dlaczego dłużej? Trwa w naszej ojczyźnie tydzień modlitwy o jedność chrześcijan; żeby nie stracić światła natchnień, świętych myśli i zbawczego nastroju. Aby rozpędzone wiatrem życia i nocnych burz, dzieci Boże, poznały światło, które ich zrodziło i do którego należą.

Boże spraw, aby ten człowiek, który słyszy Jezusowe słowo, stał się światłem dla mroku swojego domu, swojego szpitala, swo­jej pracy, aby nad mieszkańcami kraju mroków – od Tatr do Bałtyku – zabłysło światło, radość i wesele. Amen.

 

Przeczytaj także: 3. Niedziela Zwykła (A) – Jedyny Zbawiciel człowieka

 

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

duch-swietyPrzekraczając próg Bazyliki św. Piotra w Rzymie, każdy piel­grzym, jakby instynktownie, kieruje swój wzrok ku słynnej Glorii Berniniego. Dzieło to stanowi swoistą nastawę ołtarzową skomponowaną z okna – witrażu przedstawiającego Ducha Świę­tego w tradycyjnej postaci gołębicy oraz pozłacanych ludzkich i anielskich figur – mieszkańców nieba. Jeszcze do niedawna to właśnie "okno" było miejscem, gdzie umieszczano podczas kano­nizacji wizerunek nowego świętego, czyli człowieka wyniesionego do chwały ołtarzy. "Chwała" w języku łacińskim znaczy "gloria".

W ubiegłą niedzielę przeżywaliśmy Święto Chrztu Pańskiego. Wydarzenie to było początkiem publicznej działalności Zbawiciela. Dziś, u początku nowego okresu liturgicznego, słowo Boże propo­nuje nam, byśmy jeszcze raz wrócili myślą do początków naszej osobistej historii zbawienia, rozważając w oparciu o teksty bib­lijne, podstawowe zadania wypływające z przyjętego przez nas sakramentu Chrztu.

Pierwszym zadaniem człowieka ochrzczonego jest walka z grzechem i ojcem grzechu, czyli Szatanem. Św. Jan Chrzciciel, wskazując w dzisiejszej Ewangelii na Chrystusa, jako zapowiedzianego Zbawiciela, nazywa Go najpierw „Barankiem Bożym, który gładzi grzech świata” (J 1,29). Jest to prawda, która w sposób szczególny realizuje się w sakramencie Chrztu. Chrys­tus bowiem poprzez łaskę Chrztu gładzi grzech pierworodny, a jeśli jest on przyjmowany przez człowieka dorosłego, również jego grzechy osobiste przed Chrztem popełnione. Jest to jednak tylko początek walki, dokonany mocą samego sakramentu, bez naszej zasługi. Podobnie jak Chrystus, mimo iż był bez grzechu, do końca swoich dni walczył z Szatanem, tak samo każdy ochrzczony musi toczyć bój z wrogami światłości przez całe swoje życie, nie wyłą­czając decydującego momentu śmierci.

Postawmy pytanie. Dzięki czemu uczeń Chrystusa, czyli chrześcijanin, może walczyć i odnieść ostateczne zwycięstwo nad grzechem? Odpowiedź znajdziemy w dzisiejszej Ewangelii. Jan Chrzciciel, dając świadectwo o zstąpieniu na osobę Mesjasza Ducha Świętego, mówi, iż Chrystus jest Tym, „który chrzci Du­chem Świętym” (J 1,33). Moc Ducha Świętego, którego otrzymu­jemy na Chrzcie świętym, jest Darem uzdalniającym nas do walki ze złem. Zadanie, jakie wypływa z tego Daru, to ciągła współpraca z Nim, czyli, innymi słowy, życie w świetle i mocy Ducha Świę­tego. Wielu współczesnych ludzi, zwłaszcza młodych, odkrywa i przeżywa na nowo prawdę o stałej obecności i działaniu Ducha Świętego w życiu chrześcijanina. Znajduje to wyraz w wielu no­wych ruchach religijnych. Nie trzeba jednak koniecznie należeć do jednego z nich, aby obecność Trzeciej Osoby Trójcy Świętej jaśnia­ła w naszym życiu, podobnie jak witraż Berniniego prześwietlony promieniami słońca w Bazylice św. Piotra. Będzie tak wówczas, gdy nie zatrzymamy się tylko na walce ze złem, ale zechcemy, w sposób aktywny, pomagać Duchowi Świętemu w Jego głównym zadaniu, jakim jest uświęcanie człowieka, Kościoła i świata.

Zadanie osobistego uświęcania się, więcej, osiągnięcia oso­bistej świętości, wypływa bezpośrednio z przyjętego przez nas sakramentu Chrztu. Gdyby ktoś nie mógł przyjąć żadnego innego sakramentu, już poprzez sakrament Chrztu otrzymałby wszystko, co jest konieczne i wystarczające do świętości. Nie dziwi nas więc, iż św. Dominik Savio, pisząc w swojej dziecięcej prostocie, rzec by można, naiwności: „Muszę, mogę i chcę, absolutnie stać się świę­tym”, nie popełnił najmniejszego błędu i nie okazał braku pokory i roztropności w formułowaniu myśli. Wyraził jedynie tę prawdę, którą św. Paweł zawarł w pozdrowieniu, z dzisiejszego drugiego czytania, skierowanym do chrześcijan korynckich, „którzy zostali uświęceni w Jezusie Chrystusie i są powołani do świętości wespół ze wszystkimi, którzy na każdym miejscu wzywają imienia Pana” (1 Kor 1,2). "Muszę i mogę", ponieważ zostałem ochrzczony i otrzymałem dar Ducha Świętego Uświęciciela. Czy jednak naprawdę chcę? Czy chcę absolutnie, to znaczy bezwarunkowo?

Wielu chrześcijan, nie wyłączając kapłanów i osoby zakonne, miało za "złe" św. Janowi Pawłowi II, że podczas całego swego pontyfikatu dokonał tylu beatyfikacji i kanonizacji, iż nie wystarcza już Glorii Berniniego, aby pomieścić wizerunki osób wynoszonych do chwały ołtarzy podczas jednej, wspólnej uroczystości. Wielu stawiało sobie pytanie, czy nie było to przesadą i brakiem roztropności? Kiedyś, tak zwana "świętość oficjalna" zarezerwowana była dla wąskiej grupy ludzi, wywodzących się zazwyczaj z duchowieństwa, arystokracji czy wręcz monarchów Kościoła i świata. Dziś na ołtarzach obok królewicza Kazimierza czcimy ubogą Karolinę Kózkównę z podtarnowskiej wsi. Obok wielkiego teologa, Tomasza z Akwinu, młodego studenta polite­chniki w Turynie, Piotra Jerzego Frassatiego. Obok Papieża Piusa X, ubogiego mnicha z krakowskiej ogrzewalni, brata Alberta Chmielowskiego. Obok wielkiej Katarzyny ze Sieny, Dziewicy i Doktora Kościoła, zwyczajną matkę rodziny, Giannę, która wolała umrzeć, aniżeli stracić swoje kolejne, nienarodzone jeszcze dziec­ko. Dlaczego jest ich tylu, tak różnorodnych, jakże często nam współczesnych? Aby pokazać, że chcąc, można stać się świętym, nawet w tym świecie, który świętość, świętych, ich relikwie i kult najchętniej odstawiłby do lamusa historii Kościoła.

Świętość bowiem nigdy nie przestanie być podstawowym zadaniem człowieka ochrzczonego, choć z drugiej strony zawsze pozostanie niezgłębionym darem Boga. Boga, który objawia swoją chwałę, jak mówi św. Ireneusz, w każdym człowieku żyjącym, ale przede wszystkim w człowieku ochrzczonym, który powinien, może i chce stać się świętym. I dlatego...

To zbyt mało być człowiekiem ochrzczonym!

To zbyt mało być ojcem, matką, siostrą zakonną, kapłanem a nawet biskupem!

To zbyt mało!

Trzeba być świętym. Trzeba chcieć być świętym!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
wtorek, 10 styczeń 2017 10:03

Jezus naucza jak ten, kto ma władzę

jezus-nauczaWtorek I tygodnia Okresu Zwykłego

Z Ewangelii według św. Marka

W mieście Kafarnaum Jezus w szabat wszedł do synagogi i nauczał. Zdumiewali się Jego nauką: uczył ich bowiem jak ten, który ma władzę, a nie jak uczeni w Piśmie. Był właśnie w ich synagodze człowiek opętany przez ducha nieczy­stego. Zaczął on wołać: «Czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić. Wiem, kto jesteś: Święty Boga». Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!». Wtedy duch nieczysty zaczął nim miotać i z głośnym krzykiem wyszedł z niego. A wszyscy się zdumieli, tak że jeden drugiego pytał: «Co to jest? Nowa jakaś nauka z mocą. Nawet duchom nieczystym rozkazuje i są Mu posłuszne». I wnet rozeszła się wieść o Nim wszędzie po całej okolicznej kra­inie galilejskiej. (Mk 1,21-28)

Refleksja nad Ewangelią

Przyglądamy się początkom publicznej działalności Chrystusa. Po chrzcie w Jordanie, Jezus rozpoczyna swoją misję od krainy Galilei, w której się wychował. Jego słowa mają moc. One uwalniają opęta­nego człowieka ze zniewolenia złego ducha. Co to znaczy dla mnie?

To, że zbawczej obecności Jezusa nie muszę szukać gdzieś daleko. On jest obecny w mojej „Galilei” - w mojej codzienności. Spotykam Go w Jego słowie. On przemawia do mnie podczas Eucharystii - w Liturgii słowa, w czytaniach, psalmie, Ewangelii, homilii... Mogę doświadczać mocy Jego Słów podczas osobistego lub wspólnoto­wego rozważania Pisma Świętego.

Pewna młoda kobieta, po wielu latach nieprzebaczania swemu ojcu, potrafiła uczynić ten krok w czasie rekolekcji, opartych na rozważaniu słowa Bożego. Ktoś inny dawał świadectwo o stopniowym uwalnianiu się od uza­leżnienia seksualnego pod wpływem codziennej lektury Biblii.

Słowo Chrystusa ma moc leczyć i uwalniać od różnych zniewoleń, uzależnień i złych nawyków. Muszę tylko na to pozwolić.

Karmiąc się i nasycając swoją duszę słowem Bożym, mogę pozwo­lić Chrystusowi, aby przemawiał do mojego serca i leczył mnie.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

powolanie-apostolowPoniedziałek 1 tydzień Okresu Zwykłego

Hbr 1, 1-6 • Ps 97 • Mk 1,14-20

Gdy Jan został uwięziony, Jezus przyszedł do Galilei i głosił im Ewangelię Bożą. Mówił: «Czas się wypełnił i bliskie jest królestwo Boże. Nawracajcie się i wierzcie w Ewangelię!». Przechodząc obok Jeziora Galilejskiego, ujrzał Szymona i brata Szymonowego, Andrzeja, jak zarzucali sieć w jezioro; byli bowiem rybakami. Jezus rzekł do nich: «Pójdźcie za Mną, a sprawię, że się staniecie rybakami ludzi». A natychmiast, porzuciwszy sieci, poszli za Nim. Idąc nieco dalej, ujrzał Jakuba, syna Zebedeusza, i brata jego, Jana, którzy też byli w łodzi i naprawiali sieci. Zaraz ich powołał, a oni zostawili ojca swego, Zebedeusza, razem z najemnikami w łodzi, poszli za Nim.

Refleksja nad Ewangelią

Nawrócenie często kojarzy nam się z porzuceniem swego grzesz­nego życia, z obróceniem wszystkiego o sto osiemdziesiąt stopni. Takie momenty zdarzają się czasem w moim życiu. Nawrócenie jednak nie dotyczy jedynie tych z synagogi. Czytamy dziś w Ewangelii, że Jezus przyszedł do Galilei, przyszedł do naszej współczesności, aby głosić Bożą Ewangelię. Jezus przychodzi z Dobrą Nowiną do naszego życia każdego dnia. Dzisiaj zwraca na mnie swój pełen miłości wzrok, bym szedł z Nim

Czy pozwalam Jezusowi, aby głosił mi Dobrą Nowinę każdego dnia?

Czy proszę Go, aby pomógł mi zostawić moje troski, przywiązania, bym zwrócił się do Niego?

Co jestem gotów zostawić wszystko dla Jezusa, by pójść za Nim?

 

 

 

 

Zapisz

Dział: OKRES ZWYKŁY

chrzestNa misji afrykańskiej nastąpiło dziwne zapoznanie się i zżycie w pracy dwóch ludzi: katolickiego kapłana – misjonarza i angielskiego lekarza – ateisty.

Pracowali na tym samym terenie i zaprzyjaźnili się ze sobą. Żadną jednak dyskusją nie można było przekonać angielskiego lekarza ateisty aby przyjął chrzest. Zdarzyło się, że musiał on wyjechać na kilka tygodni do leprozorium, szpitala dla trędowatych w odległej miejscowości.
Po powrocie lekarz przyszedł do swojego przyjaciela – księdza i rzekł:
– Ochrzcij mnie!
– Co ci się stało? Tak nagle? – zapytał ksiądz.
– Dojrzałem – odpowiedział lekarz.
– Siadaj i opowiedz – poprosił kapłan.
– Spotkałem osiemnastoletnią Murzynkę. Okaz piękności. Dwa tygodnie temu amputowałem jej ręce i nogi, aby zahamować postęp trądu. Został tylko sam korpus z głową. Choroba jednak posuwa się dalej. Będzie żyła jeszcze maksymalnie 6 miesięcy. Wie o tym, ale nie boi się śmierci. Normalnie o wszystkim rozmawia, uśmiecha się. Rozmawiałem z nią dużo.
Rzeczywistość pozaziemska dla niej nie jest wcale mniej realną niż ta obecna. Doszedłem do przekonania, że religia, która daje człowiekowi tak silne przeświadczenie, nie może być fikcją. Tego samego dnia odbył się chrzest.
Ktoś powie: „taka sobie pobożna opowiastka”.
Dzisiejsza niedziela Chrztu Pańskiego każe nam jednak zastanowić się nad faktem naszego Chrztu.
Chrzest Chrystusa to nie uroczysta i podniosła ceremonia, ale początek Jego 3-letniej zbawczej misji, która zakończy się Męką, Śmiercią i ostatecznie Zmartwychwstaniem, zwycięstwem nad złem.
A jak to jest w naszym życiu? Najczęściej Chrzest to dla wielu tzw. chrześcijan tylko zewnętrzna CEREMONIA. Efekt – chrześcijanie, katolicy nijacy, od wielkiego dzwonu, wiara stojąca gdzieś z boku, na marginesie życia. Według oficjalnych statystyk ponad 90% Polaków jest ochrzczonych … i co z tego???
Oczywiście nikt z nas nie pamięta swojego Chrztu. Rodzice zadecydowali za nas i przynieśli do Kościoła. Ktoś może powiedzieć, że to tutaj leży przyczyna nijakości naszego chrześcijaństwa. NIC BARDZIEJ BŁĘDNEGO. Ze zdumieniem słucham jak niektórzy rodzice, pozornie logicznie udowadniają, że nie chcąc gwałcić wolności swoich dzieci pozostawiają decyzję Chrztu samemu dziecku, kiedy dorośnie. A jednocześnie gwałcą jego wolność posyłając go do szkoły, wybierając mu nauczycieli tańca, rytmiki, aerobiku, zmuszając do gry na skrzypcach, na fortepianie, do chodzenia do dentysty, czy karmiąc go witaminizowanymi odżywkami. I gdzie tu jest wolność dziecka, dlaczego nie pozostawia się tych wszystkich spraw decyzji dziecka, aż dorośnie!?
Czy przyczyną nijakości naszej wiary nie jest raczej to, że po kilku zewnętrznych ceremoniach: Chrztu, I Komunii św. i czasami jeszcze Bierzmowania zapominamy o tym, ze jesteśmy dziećmi Bożymi? Dlaczego mamy tak wielu ochrzczonych a tak niewielu naprawdę praktykujących wiarę i to nie tylko przez chodzenie na niedzielną Mszę św.?
Czy nie jest tak po prostu dlatego, że wiary otrzymanej na Chrzcie nie rozwijamy? Dlaczego tak wielu ludzi twierdzi, ze wiarę utraciło, z powodu jakiegoś rzekomo niedobrego księdza, czy nawet skandalu? Czy nie jest tak dlatego, że tak niewiele robimy, aby tę wiarę w nas pomnażać i rozwijać, a wprost przeciwnie robimy tak wiele, a nawet wszystko, aby ją w sobie zabić? Dlaczego dla usprawiedliwienia swojej niewiary, czy wątpliwości, odwołujemy się tylko do złych przykładów, do medialnie rozdmuchanych skandalików?
Tak często słyszy się zdanie: przestałem chodzić do kościoła, przestałem wierzyć w Boga, bo … i tutaj cała litania grzechów innych ludzi; katechetów, księży, sąsiadów, znajomych, teściowej, czy kogoś z rodziny.
A czemu nie powiedzieć wprost:
Przestałem chodzić do kościoła, wyrzuciłem Pana Boga ze swojego życia, bo jest mi niewygodny, bo za dużo ode mnie wymaga, bo nie pasuje mi do tego co robię!!??
Nie mów, że w Boga nie wierzysz. Powiedz raczej uczciwie, że On ci w życiu zawadza i przeszkadza, że nie możesz przyjąć czy uznać Jego istnienia, bo konsekwentnie musiałbyś  zmienić swoje życie, bo nie mógłbyś być nadal zarozumiałym, zapatrzonym w siebie, szukającym jedynie przyjemności i swoich jedynie korzyści egoistą.
Czemu nie powiedzieć wprost, ze przyczyną naszej małej i słabej wiary jest po prostu to, że tego daru otrzymanego na Chrzcie Świętym nie rozwijali w nas nasi rodzice a i my sami?
W czasie 1-szej wizyty we Francji (na początku lat 80-tych) św. Jan Paweł II zadał Francuzom bardzo kłopotliwe pytanie: „Francjo, najstarsza córo Kościoła, co zrobiłaś ze swoim chrztem?
Sądzę, że to pytanie można zadać nie tylko Francuzom. Należałoby zapytać dzisiaj całą Europę:
Chrześcijańska Europo, co zrobiłaś ze swoim Chrztem?!
A może nawet bardziej konkretnie:
Chrześcijańska, katolicka Polsko, a ty, co zrobiłaś ze swoim Chrztem?!
Albo jeszcze bardziej osobiście:
Katoliku, ty stojący tutaj w kościele, co ty zrobiłeś ze swoim Chrztem???
Czy łaski na Chrzcie otrzymane rozwijałeś?
Czy wiarę swoja pogłębiałeś?
Czy w swoim codziennym życiu kierujesz się tą wiarą, czy wyjmujesz ją z szafy tylko na niedziele i święta?
W swojej ostatniej książce „Pamięć i tożsamość” św. Papież Jan Paweł II pokazuje, że
Europa, Europejczycy, także Polska i Polacy coraz bardziej zapominają o swoich korzeniach. A efektem jest utrata tożsamości. Błąkamy się po wielkich i błyszczących supermarketach współczesnego świata i szukamy nowych idoli i bożków. Zapomnieliśmy o naszym Chrzcie i tracimy swoją tożsamość.
A jednocześnie, z drugiej strony Europa, a nawet świat patrzy z nadzieja na Polskę, na polskich katolików i na polską wiarę.
Oczy świata są zwrócone na Polskę!
Wielu intelektualistów chrześcijańskich na Zachodzie wiąże z Polską i jego katolicyzmem duże nadzieje.
Pozostają oni pod wrażeniem osoby św. Jana Pawła II i rozumują następująco:
Papież nie wziął się znikąd, uformowała go określona tradycja kulturowa i w tradycji tej musi tkwić spory potencjał duchowy, skoro wydała ona tak wybitną jednostkę.
Jeden z czołowych intelektualistów amerykańskich, redaktor naczelny pisma „First Things”, Richard Neuhaus uważa, że impuls do nowej ewangelizacji Europy wyjdzie właśnie z Polski.
Podobnie uważał też rektor uniwersytetu w Pampelunie w Hiszpanii, zaś brat Roger, założyciel wspólnoty Taize, powiedział wprost: „Wiosna Kościoła wyjdzie z Polski”.
Tak wiosna Kościoła wyjdzie z Polski o ile !!! Polska nie zapomni o swoim Chrzcie, o ile nie utracimy swojej tożsamości , o ile nie damy się bałwochwalczym kultom nowych bożków: sukcesu, pieniądza, samowystarczalności, egoizmu, seksu, pseudo-wolności...
Bracie i Siostro nie zapominaj o swoim Chrzcie! Daj innym przykład wiary, która nie jest fikcją, ale cudowną rzeczywistością - więc dawaj innym przykład wiary płynący z Twego Chrztu.
 
 
środa, 04 styczeń 2017 12:19

Nauczycielu – gdzie mieszkasz?

gdzie-mieszkasz4 STYCZEŃ • 1J 3, 7-10 • Ps 98 • J 11, 35-42

Z Ewangelii według św. Jana

Nazajutrz Jan znowu stał w tym miejscu wraz z dwoma swoimi uczniami i gdy zobaczył przechodzącego Jezusa, rzekł: «Oto Baranek Boży». Dwaj uczniowie usłyszeli, jak mówił, i poszli za Jezusem. Jezus zaś odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?». Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi - to znaczy: Nauczycielu - gdzie mieszkasz?». Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie». Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. Było to około godziny dziesiątej. Jednym z dwóch, którzy to usłyszeli od Jana i poszli za Nim, był Andrzej, brat Szymona Piotra. Ten spotkał najpierw swego brata i rzekł do niego: «Znaleźliśmy Mesjasza» - to znaczy: Chrystusa. I przyprowadził go do Jezusa. A Jezus, wejrzawszy na niego, powiedział: «Ty jesteś Szymon, syn Jana, ty będziesz nazywał się Kefas» - to znaczy: Piotr.

Refleksja nad Ewangelią

Odkrywanie i poznawanie Boga nigdy nie jest czymś statycznym. Z jednej strony pierwsze jest działanie Boga, który przechodzi pomiędzy nimi. Z drugiej strony jest odpowiedź człowieka, który potrzebuje pójść za Bogiem, jeśli chce zobaczyć, gdzie mieszka, i być z Nim. Na tym historia ucznia Jezusa, także moja, się nie kończy.

Po znalezieniu i poznaniu Jezusa, Andrzej wraca po swego brata, aby go też przyprowadzić do Jezusa. To jest ten cudowny bieg Ewangelii, który się nie nudzi, ale zapra­sza nas, byśmy z jeszcze większym pragnieniem i zaangażowaniem poszli za Jezusem w te miejsca, do których chce nas prowadzić.

Jaka jest moja historia spotkania Boga żywego? Czy pamiętam, jak uczniowie w Ewangelii, kiedy to miało miejsce i o której godzinie? Czy mam pragnienie szukania Boga w moim życiu i drogi, którą chce mnie prowadzić?

jezus

3 STYCZNIA 1J 2, 29 - 3, 6 • Ps 98 •J 1,29-34 

Z Ewangelii według św. Jana

Jan zobaczył Jezusa, podchodzącego ku niemu, i rzekł: «Oto Baranek Boży, który gładzi grzech świata. To jest Ten, o którym powiedziałem: Po mnie przyjdzie Mąż, który mnie przewyższył godnością, gdyż był wcześniej ode mnie. Ja Go przedtem nie znałem, ale przyszedłem chrzcić wodą w tym celu, aby On się objawił Izraelowi». Jan dał takie świadectwo: «Ujrzałem Ducha, który zstępował z nieba jak gołębi­ca i spoczął na Nim. Ja Go przedtem nie znałem, ale Ten, który mnie posłał, abym chrzcił wodą, powiedział do mnie: „Ten, nad którym ujrzysz Ducha zstępującego i spoczywającego nad Nim, jest Tym, który chrzci Duchem Świętym". Ja to ujrzałem i daję świadectwo, że On jest Synem Bożym».

Refleksja nad Ewangelią

Dzisiejsze słowo odsłania przed nami pewną tajemnicę: kim jest Jezus?

Jan Chrzciciel, dzięki światłu Ducha Świętego, poznaje całą prawdę o swoim kuzynie Jezusie.

To Ten, który gładzi grzechy świata, to Ten, który daje życie. W Jego imieniu kryje się misja, z jaką przychodzi na świat: Namaszczony przez Ojca, by zbawić. Dlaczego tak wielu nie wierzy w Jezusa? Dlaczego tak wielu nie przyjmuje Jego łaski?

Powodem może być opór na Ducha Świętego, którego On nam posyła.

Bez Jego pomocy nikt z nas nie jest w stanie powiedzieć, że Panem jest Jezus, nikt z nas nie jest w stanie zobaczyć, kim tak naprawdę jest! Potrzebny jest Duch Święty, by zobaczyć w swoim życiu przychodzącego Jezusa!

Czy modlę się o światło Ducha Świętego?

Czy słucham Jego natchnień?

Czy wierzę w to, że Bóg ciągle Go do mnie posyła?

 

 

poniedziałek, 02 styczeń 2017 12:43

Kim tak naprawdę jestem?

jan-chrzciciel

Z Ewangelii według świętego Jana

Takie jest świadectwo Jana. Gdy Żydzi wysłali do niego z Jerozolimy kapłanów i lewitów z zapytaniem: «Kto ty jesteś?», on wyznał, a nie zaprzeczył, oświadczając: «Ja nie jestem Mesjaszem». Zapytali go: «Cóż zatem? Czy jesteś EIiaszem?». Odrzekł: «Nie jestem». «Czy ty jesteś prorokiem?». Odparł: «Nie!». Powiedzieli mu więc: «Kim jesteś, abyśmy mogli dać odpowiedź tym, którzy nas wysłali? Co mówisz sam o sobie?». Odpowiedział: «Jam głos wołającego na pusty­ni: Prostujcie drogę Pańską», jak powiedział prorok Izajasz. A wysłannicy byli spośród faryzeuszów. I zaczęli go pytać, mówiąc do niego: «Czemu zatem chrzcisz, skoro nie jesteś ani Mesjaszem, ani Eliaszem, ani prorokiem?». Jan im tak odpowiedział: «Ja chrzczę wodą. Pośród was stoi Ten, którego wy nie znacie, który po mnie idzie, a któremu ja nie jestem godzien odwiązać rzemyka u Jego sandała». Działo się to w Betanii, po drugiej stronie Jordanu, gdzie Jan udzielał chrztu.

Refleksja nad Ewangelią

Wsłuchując się dziś w tekst tej perykopy, nie sposób przejść obo­jętnie, nie usłyszeć pytań, które Janowi zadają wysłannicy żydow­scy. Najważniejsze z nich brzmiało: Kto ty jesteś? Trzeba się przy nich zatrzymać i odnieść je do siebie, bo inaczej będziemy słyszeć „opowiadanie” - a to jest ewangelia życia, to słowa, które mają wpływać na mnie i wywierać wpływ na moją postawę.

A więc jeszcze raz: Kto ty jesteś?

Teraz mogę pozwolić tym słowom przenikać mnie tak, by poprowadziły do mojego wnętrza, w głąb mnie.

Trzeba dać się prowadzić tym słowom i otwierać wszystkie drzwi mojej osobowości, moich relacji, moich zachowań.

Te słowa odkrywają prawdę o mnie samym - nie taką lukrowaną - i dalej niezależnie od tego, jaka to prawda, to właśnie z tym mam nauczyć się przychodzić do Jezusa, którego dziś wskazuje nam św. Jan Chrzciciel. W jego postawie odkrywamy też ważną cechę, tak potrzebną dzisiejszemu człowiekowi: pokorę, prostotę. Św. Jan nie wykorzystuje okazji, by być kimś wielkim.

Czy pragnę takiej postawy uczyć się i wprowadzać ją swoim życiem?