Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: sierpień 2016
Artykuły filtrowane wg daty: sierpień 2016
PIERWSZE CZYTANIE - Apostołowie są pomocnikami Boga
 

Z Pierwszego Listu Świętego Pawła Apostoła do Koryntian Nie mogłem, bracia, przemawiać do was jako do ludzi duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie. Mleko wam dawałem, a nie pokarm stały, bo byliście słabi; zresztą i nadal nie jesteście mocni. Ciągle przecież jeszcze jesteście cieleśni. Jeżeli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku? Skoro jeden mówi: «Ja jestem Pawła», a drugi: «Ja jestem Apollosa», to czyż nie postępujecie tylko po ludzku? Kimże jest Apollos? Albo kim jest Paweł? Sługami, przez których uwierzyliście według tego, co każdemu dał Pan. Ja siałem, Apollos podlewał, lecz Bóg dał wzrost. Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg. Ten, który sieje, i ten, który podlewa, stanowią jedno; każdy według własnego trudu otrzyma należną mu zapłatę. My bowiem jesteśmy pomocnikami Boga, wy zaś – uprawną rolą Bożą i Bożą budowlą. (1 Kor 3, 1-9 )

 

EWANGELIA - Liczne uzdrowienia

Z Ewangelii według Świętego Łukasza Po opuszczeniu synagogi Jezus przyszedł do domu uzdrowwienieSzymona. A wysoka gorączka trawiła teściową Szymona. I prosili Go za nią. On, stanąwszy nad nią, rozkazał gorączce, i opuściła ją. Zaraz też wstała uzdrowiona i usługiwała im. O zachodzie słońca wszyscy, którzy mieli cierpiących na rozmaite choroby, przynosili ich do Niego. On zaś na każdego z nich kładł ręce i uzdrawiał ich. Także złe duchy wychodziły z wielu, wołając: «Ty jesteś Syn Boży!» Lecz On je gromił i nie pozwalał im mówić, ponieważ wiedziały, że On jest Mesjaszem. Z nastaniem dnia wyszedł i udał się na miejsce pustynne. A tłumy szukały Go i przyszły aż do Niego; chciały Go zatrzymać, żeby nie odchodził od nich. Lecz On rzekł do nich: «Także innym miastom muszę głosić Dobrą Nowinę o królestwie Bożym, bo po to zostałem posłany». I głosił słowo w synagogach Judei. (Łk 4, 38-44)

Refleksja nad Słowem Bożym

Przypomnijmy pokrótce dzisiejszą Ewangelię: Jezus głosi Dobrą Nowinę w Galilei, dokonuje uzdrowień – uzdrawia teściową Szymona, wielu cierpiących na rozmaite choroby; wypędza złe duchy, które wołają: “Ty jesteś Syn Boży”, i wreszcie udaje się do innych miast, by głosić Ewangelię.

Dlaczego Jezus nie chce być rozpoznany? – “Gromił złe duchy, nie pozwalał im mówić, ponieważ wiedziały, że On jest Mesjaszem”. Dlaczego Jezus nie chce być zatrzymany? – “chcieli Go zatrzymać, żeby nie odchodził od nich”. Dlatego, że Jezus pragnie, aby nasza wiara rosła, abyśmy Go nie traktowali jako pewnej własności. Wiemy, że pojęcie Mesjasza w czasie ziemskiej misji Jezusa było bardzo doczesne. I dlatego Jezus lęka się, by złe duchy nie ujawniły, że On jest Mesjaszem, by lud nie chciał od Jezusa spodziewać się tylko chleba, spodziewać się tylko doczesnego dobrobytu, uwolnienia od okupacji rzymskiej, a więc takiego Mesjasza politycznego, który nakarmi, nasyci, da pokój i niczego więcej od Niego nie chcemy.

Jezus odchodzi, bo chce, aby nasza wiara wzrastała, aby nasza wiara dojrzewała. Św. Paweł, w dzisiejszym I-szym czytaniu z Listu do Koryntian, mówi właśnie o tym wrastaniu w wierze; mówi, że są ludzie cieleśni, a mamy się stawać duchowymi. Rzeczywiście, w Koryncie, w którym ujawniły się wspaniałe dary Ducha Świętego, charyzmaty, było wiele problemów, które dowodziły, że ci ludzie są jeszcze “dziećmi” w wierze: liczne podziały, nieczystość, składanie ofiar bożkom pogańskim. I św. Paweł to wszystko chce napiętnować. Chrześcijanie w Koryncie zatrzymali się na “dzieciństwie wiary”. Jakie były objawy ich niedojrzałości w wierze? Przede wszystkim poszukiwanie ludzkiej mądrości, a nie opieranie się na mądrości krzyża Jezusa Chrystusa. Chrystus umarł, dlatego i chrześcijanin powołany jest do umierania, a nie do zajmowania pierwszych miejsc, nie do wynoszenia się nad innych, nie do tryumfu i chwały na tej ziemi, ale chrześcijanin powołany jest do umierania z Chrystusem, by w ten sposób dawać życie tym, którym głosi Ewangelię.

Następną cechą niedojrzałości Koryntian była zazdrość i zawiść. Skąd się ona brała? Bardzo często w myśleniu naszym jest takie przekonanie, że jeżeli drugi człowiek ma jakiś dar, jakiś talent, którego ja nie mam, to znaczy, że on mam więcej, to znaczy, że ja jestem gorszy, i bardzo często doczepiamy się do różnych szczegółów, by leczyć swoje kompleksy, by leczyć swoje lęki, swoje obawy, że ktoś jest ode mnie lepszy, wspanialszy. Tymczasem wciąż mamy mieć na myśli tajemnicę Kościoła, w którym otrzymaliśmy wiele darów: są przełożeni i podwładni, są nauczyciele, ewangelizatorzy, apostołowie, prorocy, ci, którzy mają szczególny dar modlitwy. Chodzi o to, żebyśmy nie przeciwstawiali siebie drugiemu człowiekowi. Przy takiej postawie, w której widzę to bogactwo darów, ja mogę cieszyć się darem mojej siostry, mojego brata. Jeżeli moja wiara słabnie, zaczynam się porównywać z drugim człowiekiem, i wtedy pojawia się zazdrość czy zawiść.

Następną cechą niedojrzałości Koryntian były kłótnie. Czasem chcemy być przełożonymi drugiego człowieka, by się na nasze słowa nawrócił, by właśnie działał i postępował tak, jak my mu wskazujemy, a tymczasem każdy ma swój czas nawrócenia, każdy ma swój czas dojrzewania. I sądzę, że wielu z nas zna swoje wady – nie trzeba im ich w nieskończoność przypominać, bo to niczego nie daje, a raczej denerwuje.

Następną cechą Koryntian była fałszywa lojalność: jedno mówili: “Ja jestem Pawła”, bo Paweł mnie ewangelizował, “ja jestem Apollosa”, “Ja jestem Kefasa”, ja jestem jeszcze innego Apostoła. Fałszywa lojalność. To Bóg daje wzrost. Nasi przełożeni są postawieni po to, aby nam pomagać we wzrastaniu w wierze, ale oni nie dają nam wzrostu. Nawet, gdyby przełożony czegoś się od ciebie domagał, to on nie jest w stanie sprawić, żebyś ty był święty; wzrost w wierze i świętości daje sam Bóg. Czasem ta fałszywa lojalność wobec starszych od nas owocuje brakiem dojrzewania, brakiem wiary – biegamy do przełożonego i pytamy: Co mam czynić? Jak się mam zachować? Albo też uważamy, że to, jak nas przełożony widzi, jest najważniejsze, a nie jak nas widzi Bóg.

My jesteśmy powołani do dojrzewania w wierze. To Bóg daje nam wzrost wiary i świętości. Mamy się stawać Bożą budowlą i Bożą rolą. Chciejmy taką budowlą się stawać; chciejmy dojrzewać w wierze. Ktoś tak zatytułował ten fragment z Listu do Koryntian: “Najwyższy czas, by wstać z kolan”. Nie chodzi o to, że najwyższy czas, by przestać się modlić, przeciwnie, przestać klękać przed ludźmi, a zacząć klękać przed Bogiem, by wzrastać, by dojrzewać, by stawać się Bożą budowlą dla braci i sióstr, Bożym oparciem, i by wskazywać swoim życiem właściwą drogę. Niech się tak stanie. AMEN.

 
Dział: OKRES ZWYKŁY

uzdrowienie -opetanegoZ Ewangelii według Świętego Łukasza Jezus udał się do Kafarnaum, miasta w Galilei, i tam nauczał w szabat. Zdumiewali się Jego nauką, gdyż słowo Jego było pełne mocy. A był w synagodze człowiek, który miał w sobie ducha nieczystego. Zaczął on krzyczeć wniebogłosy: «Och, czego chcesz od nas, Jezusie Nazarejczyku? Przyszedłeś nas zgubić? Wiem, kto jesteś: Święty Boga». Lecz Jezus rozkazał mu surowo: «Milcz i wyjdź z niego!» Wtedy zły duch rzucił go na środek i wyszedł z niego, nie wyrządzając mu żadnej szkody. Wprawiło to wszystkich w zdumienie, i mówili między sobą: «Cóż to za słowo, że z władzą i mocą rozkazuje nawet duchom nieczystym, i wychodzą». I wieść o Nim rozchodziła się wszędzie po okolicy. (Łk 4, 31-37)

Refleksja nad Słowem Bożym

Dzisiejsza perykopa to opis uzdrowienia człowieka opętanego przez złego ducha. Brzmi to jakoś dziwnie i mało wiarygodnie. Zły duch? Opętanie? To temat bardziej na horror, a nie na poważne podejście człowieka wierzącego. Wprawdzie w ostatnich latach w Kościele głośniej o egzorcystach, ale mam wrażenie, że ich odbiór jest porównywalny jak okultyzmu, spirytyzmu i temu podobnym zjawiskom. Czy we współczesnym świecie można w nie wierzyć?

No właśnie - słuchamy Ewangelii i myślimy sobie o pewnym wydarzeniu, które miało miejsce dwa tysiące lat temu; podziwiamy Jezusa. Może nawet cieszymy się, że nieszczęśliwy człowiek, który doświadczał jakiegoś wielkiego upokorzenia przez swoją słabość, został uzdrowiony.

Ale przecież to my jesteśmy tymi właśnie ludźmi, doświadczanymi przez słabość, przez grzech, a czasami także dręczonymi przez złego ducha. Kiedy tak przyjrzymy się swojemu życiu, to każdy znajdzie jakąś taką swoją słabość, która jest krzyżem jego życia, taki cierń, taką rzeczywistość, która go bardzo poniewiera czasami, która go męczy, odbiera mu radość, szczęście, która nie pozwala mu być do końca człowiekiem wolnym.

Na pewno nie jeden raz stawialiśmy sobie pytanie: Co uczynić, by stać się człowiekiem wolnym? Co zrobić, by móc być człowiekiem radosnym, żeby móc być człowiekiem szczęśliwym? Bo właśnie ta słabość często nam to szczęście, doświadczenie szczęścia, odbiera.

I słowo Boże mówi nam dzisiaj bardzo wyraźnie, że jedynym rozwiązaniem, jedynym wyzwoleniem człowieka z wszelkich demonów jest Jezus Chrystus; jest Ten, który jest Bożym Słowem; Ten, który wyszedł od Boga nie po to, by potępić, nie po to, by przekreślić, ale Ten, który wyszedł od Boga, by dać świadectwo prawdzie; sam o sobie powie: “Ja się na to narodziłem, i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie” – dać świadectwo prawdzie o Bogu, który kocha, dać świadectwo prawdzie o człowieku, który z miłości Boga, poprzez Jego Syna, jest odkupiony przenajświętszą Krwią, wylaną na drzewie krzyża dla naszego zbawienia; dać świadectwo o tym, że nie jesteśmy jakimiś bękartami, ale dziećmi Boga; że dla nas Bóg, w Synu swoim, oddaje życie. I to On, Boży Syn, jest w stanie wyzwolić nas z wszelkich słabości, bo On ma moc

W tym miejscu przypominają się słowa Ojca św. Jana Pawła II, który w czasie swojego pielgrzymowania był pełen mocy Ducha Świętego, bo był to człowiek duchowy, pełen ducha, i dlatego miał rozeznanie co do naszych spraw, mówił do nas: “Bracie i Siostro, nie lękaj się, bo twoja nadzieja jest w Jezusie Chrystusie”. Złożyliśmy swoją nadzieję w Jezusie Chrystusie, a On ma moc wyzwolić nas z naszych słabości; Jego słowo ma moc, bo On jest Słowem Boga, które stało się Ciałem i zamieszkało między nami, i jego słowo ma moc. Tylko pytanie, które musimy sobie także postawić dzisiaj: Czy my chcemy, by to jego słowo dotykało naszych serc? Aby tak się stało, to trzeba nie tylko pragnąć tego słowa, co już jest naprawdę wielkim, bo wielu nie pragnie tego słowa, nie widzi w tym słowie rozwiązania dla swych problemów – tak więc, gdy już pragniesz, to jest już jakiś krok do przodu. Ale nie tylko trzeba nam pragnąć, ale trzeba się otwierać i słuchać Boże słowo. I znów tutaj rodzi się pytanie: Kiedy słuchamy Bożego słowa? W czasie Eucharystii – tak! Ale przecież tym Bożym słowem winniśmy karmić się każdego dnia. W wielu naszych rodzinach na półkach stoi Pismo św., tylko czy my po nie sięgamy? Mamy tak bardzo blisko siebie Boże słowo, które może nas wyzwolić, które może dać nam wolność, a ta może przyczynić się do naszej radości; Boże słowo, które ma moc. Ale, czy sięgamy po to słowo? Czy karmimy się tym Bożym słowem?

Jesteśmy zatroskani o ten pokarm codzienny. I bardzo dobrze – daleki jestem od takich spirytualizmów, którzy kwestionują potrzebę bycia zapobiegliwym o jedzenie, o pracę, o to zabezpieczenie swojej codzienności i codzienności swoich bliskich – jest to potrzebnym, jest to drogą naszego uświęcenia – ale w tym wszystkim nie możemy zapomnieć o tym pokarmie, którym jest także słowo Boże, o słowie, które nas wyzwala. Jakże inaczej może wyglądałoby życie biskupów, kapłanów, zakonników, sióstr zakonnych i ludzi świeckich, gdybyśmy żyli wszyscy słowem Bożym.

Słowo Boże ma moc. Tak często borykamy się z naszymi słabościami, z naszymi lękami, borykamy się z grzechami, które potrafią nas wdeptać w ziemię, odebrać szczęście i radość. Trzeba nam uwierzyć raz jeszcze, a może po raz pierwszy, że to właśnie Bóg w Synu swoim, w Słowie, które od Niego wyszło, daje nam wolność – to Słowo ma moc. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

sw-matka-teresa-kalkuta"Albo który król, mając wyruszyć, aby stoczyć bitwę z drugim królem, nie siądzie wpierw i nie rozważy, czy może stawić czoło temu który nadciąga...” (Łk 14, 31). Słowa Pana Jezusa o mądrym i przewidującym królu czytamy na kilka dni przed rocznicą zwy­cięstwa, jakie odniósł król Jan Trzeci pod Wiedniem. Mądry król, który wpierw rozważy... który się zastanowi, czy ma dość siły... Na jakie siły liczył polski monarcha? Z pola bitwy pisał do uko­chanej Marysieńki: "Bóg i Pan nasz na wieki błogosławiony dał zwycięstwo i sławę narodowi naszemu, o jakiej wieki przeszłe ni­gdy nie słyszały". Ojcu św. przesłał chorągiew mahometańską wraz ze słowami, które przeszły do historii: "Przybyłem, zobaczyłem, a Bóg zwyciężył". Znamienna parafraza okrzyku starożytnego zwycięzcy.

"Bóg zwyciężył"! Te słowa nie są jedynie zwyczajowym powo­łaniem się na pomoc z nieba. Przewidujący król, wyruszając na czele tysiący, pielgrzymował na Jasną Górę, modlił się w wielu sanktuariach. Wierzył, że zwycięstwo dobra nad złem jest darem Boga. Tę wiarę wyznawał, gdy wracał w blaskach tryumfu. Ileż to świątyń do dziś przechowuje dziękczynne wota królewskie, któ­re były składane przez polskiego władcę w hołdzie Bogu, do któ­rego należy ostateczne zwycięstwo. Do rocznicy Odsieczy Wiedeń­skiej nawiązywał św. Jan Paweł II, gdy w czerwcowy wieczór 1983r. przemawiał do nas zgromadzonych tak licznie na stadionie praskim: "Słowa królewskie – mówił Ojciec św. – wpisały w na­sze historyczne "wczoraj" ewangeliczną prawdę o zwycięstwie... Człowiek jest powołany do odnoszenia zwycięstwa w Jezusie Chry­stusie. Jest to zwycięstwo nad grzechem, nad »starym człowie­kiem«, który tkwi głęboko w każdym z nas. Bóg zwyciężył: mocą Boga, który za sprawą Jezusa Chrystusa działa w nas przez Du­cha Świętego, człowiek powołany jest do zwycięstwa nad sobą. Do zwycięstwa nad tym, co krępuje naszą wolę i czyni ją podda­ną złu. Zwycięstwo takie oznacza życie w prawdzie, prawość su­mienia, miłość bliźniego, zdolność przebaczania, rozwój duchowy naszego człowieczeństwa. »Deus vicit« – Bóg zwyciężył w czło­wieku. Chrześcijanin bowiem powołany jest w Jezusie Chry­stusie do zwycięstwa. Zwycięstwo takie jest nieodłączne od trudu, a nawet cierpienia – tak jak zmartwychwstanie Chrystusa jest nieodłączne od krzyża" (17 czerwca 1983). W głębokim skupieniu przyjmowaliśmy te słowa Ojca św.

Na tle wielkiej rocznicy narodowej Jan Paweł II zwracał się do każdego z nas. Prawdziwa walka toczy się w człowieku: we mnie, w tobie. Granice królestwa Bożego przechodzą przez ludz­kie wnętrze. Tu dokonują się największe zwycięstwa. Na tym polu bitwy ponosimy najdotkliwsze klęski. Zło, które panoszy się w świecie, w życiu społecznym najpierw opanowało człowieka, zawładnęło jego sumieniem. Powaliło człowieka. Któż z nas nie zna gorzkiego smaku tej klęski? Tak bliskie są nam czytane przed chwilą słowa Księgi Mądrości: "Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata dusizę i ziemski przybytek obciąża lotny umysł" (Mdr 9, 14). W chwilach refleksji, gdy w głębokiej zadumie ogarniamy myślą minione lata, pytamy gdzie zagubiły się nasze ideały, co pozostało z wielkich i ambitnych zamierzeń? Jakże obciążony został nasz lotny umysł! Przygnieciony został duch ludzki! Jakże wielu zgo­dziło się na przegraną. Czy to nie z moich ust padło stwierdze­nie, że "układy" mnie otaczające są ode mnie silniejsze! Poczułem się bezsilnym kółkiem w wielkiej machinie, która bezwzględnie miażdży wszystko na swej drodze.

Dlatego trzeba dziś podnieść głowę! Trzeba z ufnością przyjąć słowa, z których płynie dla nas tyle światła! "Panie Ty zawsze byłeś nam ucieczką! Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca. Powróć, o Panie, jak długo będziesz zwlekał? Bądź litościwy dla sług Twoich! Nasyć nas o świcie swoją łaską, abyś­my przez wszystkie dni nasze mogli się radować i cieszyć. Dobroć Pana Boga naszego niech będzie z nami..." (Ps 90, 12–17). Śpie­waliśmy z wiarą słowa Psalmu: Panie, Ty zawsze byłeś nam ucieczką (Ps 90, 1). Czy fałsz zwyciężył prawdę? Czy słowa Ewan­gelii przestały już być światłem? Przecież to o nas powiedziano, że jesteśmy synami światłości, że jesteśmy solą ziemi! Nam dano poznać zamysł Boży, to na nas zesłał Ojciec z wysoka Świętego Ducha swego.

Jesteśmy dziećmi Ojca, a nie tułającymi się sierotami! Jesteś­my dziećmi umiłowanymi, którym Ojciec daje "mądrość serca". Ileż nadziei płynie dla nas ze słów starego Pawła czytanych przed chwilą. List do Filemona, list pisany do człowieka wolnego, list o niewolniku – Onezymie. List wspaniały, bo ukazujący inną rzeczywistość, przerastającą społeczne układy niewolnictwa, ukła­dy fałszywe, niszczące człowieka. List ukazujący prawdę, przera­stającą istniejące stosunki. Jesteśmy wszyscy braćmi, bo Bóg jest naszym Ojcem! Naszym Ojcem jest Ten, w którego oczach tysiąc lat jest jak wczorajszy dzień, który minął, albo jak straż nocna (Ps 90, 4).

Ponad zmiennością świata dociera do nas niezmienna prawda. Trzeba ją przyjąć niezależnie od tego, kim się jest i w jakich wa­runkach się żyje. Wyzwolić może każdego człowieka prawda o je­go wielkiej godności. Niewolnik Onezym i wolny Filemon są dzie­ćmi Boga. Człowiek stary i młody, zgromadzeni tu w kościele uczestnicy mszy św. i chorzy cierpiący w szpitalach, ludzie starzy, tak często osamotnieni w czterech ścianach swych do­mów, i ci, którzy tkwią w nurcie życia... można długo wyliczać różnego rodzaju określenia. Są one drugorzędne, mniej istotne i często tyle znaczące, co "sen poranny, jak trawa, która rośnie rankiem zielona i kwitnąca, wieczorem więdnie i usycha" (Ps 90, 5, 6).

Życiodajną i zwycięską prawdą pozostanie zawsze to, kim na­prawdę jesteśmy. Ludzkie określenia, tytuły, stanowiska... "jak trawa polna...". Trzeba z wiarą przyjąć tę prawdę, że jesteśmy zaproszeni do najważniejszego zwycięstwa, które dokonuje się w nas.

Pan Jezus z ogromną stanowczością i ostrością, która może w pierwszej chwili razić, mówi nam dziś, że nasz związek z Oj­cem, który jest w niebie jest ważniejszy nie tylko od układów społecznych, ale również od więzów pokrewieństwa, od więzów rodzinnych. Wróćmy jeszcze raz do rocznicy zwycięstwa króla Ja­na, i do słów Ojca św. Odnieść zwycięstwo... Najpierw trzeba roz­ważyć jaką mocą się dysponuje...

Historyczne wspomnienie kieruje nas ku prawdzie, którą król ujął w prostych słowach: "Bóg zwyciężył". "Więc pragnę raz je­szcze powtórzyć – mówił Ojciec św. – że w Jezusie Chrystusie człowiek jest powołany do zwycięstwa, do takiego zwycięstwa powołany jest każdy człowiek i powołany jest każdy Polak. Moc, która płynie od Chrystusa Dobrego Pasterza, jest potężniejsza od każdej ludzkiej słabości – i od każdej, choćby najtrudniejszej sytuacji, nie wyłączając przemocy. Proszę was – mówił Ojciec św. – abyście te słabości, grzechy, wady, sytuacje nazywali po imieniu. Abyście z nimi wciąż się zmagali. Abyście nie pozwo­lili się pochłonąć fali demoralizacji, i zobojętnienia..." (22 czerw­ca 1983 r.). Dlatego nauczmy się śpiewać z nadzieją słowa psalmu "Panie, Ty zawsze byłeś nam ucieczką" (Ps 90, 1).

Dział: OKRES ZWYKŁY
poniedziałek, 29 sierpień 2016 15:47

23. Niedziela Zwykła (Rok C) – Budowa i bitwa

sw-matka-teresaDziś spotykamy się w naszym kościele na Eucharystii, aby uczcić szczególnie ważną postać, którą doskonale wszyscy pamiętamy z jej niezwykłego poświęcenia dla bliźnich. Tą osobą jest, od dziś, święta Matka Teresa z Kalkuty – wzór postawy miłosierdzia dla naszych czasów. To ktoś, kto potrafił ofiarować bliźnim całe swe serce. Mając w świadomości tę postać, zanurzmy nasze umysły w głębię tajemnic Bożego słowa, które pragnie w nas formować postawę ewangeliczną.

Drodzy bracia i siostry, trudno się nie zadziwić niewypowiedzianą mądrością każdego słowa Bożego. Im dłużej żyjemy, tym bardziej nas ona zdumiewa. Syn Boży odsłania nam mądrość Ojca, którą mieści w sobie. On ją nie tylko wypowiada, ale ujawnia w każdym swoim zachowaniu. Obserwujemy to również w dzisiejszym fragmencie Ewangelii, który ukazuje z pozoru niezwykle korzystną sytuację; słyszymy, że: (...) szły z [Jezusem] wielkie tłumy (...) (Łk 14, 25). On jednak, zwracając się do nich, nie mówi: „Jak to dobrze, że przyszliście do Mnie”, ale pyta: „Czy wiecie, czy rozumiecie, na co się decydujecie? Bowiem pójście za Mną wiąże się z koniecznością dokonania niezwykle istotnych wyborów, któ­re nie dotyczą jakiegoś jednego momentu, ale są na całe życie”. I Chrystus posługuje się dwoma bardzo pięknymi obrazami, które wyrażają prawdę o tym, co to znaczy pójść za Nim.

Pójść za Chrystusem – to rozpocząć budowę! I zaiste nie chodzi o budowę wieży, ale o budowę swojego życia. Jej początkiem jest niewątpliwie chrzest święty. Od tego momentu rozpoczyna się dzieło budowania, od którego nie wolno już odstąpić, bo narazilibyśmy nie tylko siebie, ale przede wszystkim samego Boga na drwiny. To jest niesamowicie istotne. Pan Jezus posługuje się obrazami, które charakteryzują życie chrześcijańskie. Ale bardzo często jest tak, że nie mamy o tym zielonego pojęcia. Jeżeli idziemy za Chrystusem, to musimy codziennie budować swoje życie z Nim. On jest Tym, który wydaje dyspozycje, bo nas zna. Jest kierownikiem budowy, a my jej terenem. Bo cóż możemy powiedzieć o sobie i swym życiu?

Autor Księgi Mądrości fantastycznie to wyraził: Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi, z trudem znajdujemy to, co mamy pod ręką... (9, 16). Jakże dobrze rozumiemy taką sytuację: położyliśmy coś i nie pamiętamy gdzie. Szukamy tego czasem cały dzień, a bywa, że i dłużej – bo tacy już jesteśmy! Trudno nam nieraz zadbać o swoje najbardziej elementarne potrzeby, nie radzimy sobie nawet w błahych sprawach codzienności. Cóż więc będziemy dyskutowali z Bogiem?! To On jest mądry i może objawić, jak należy budować nasze życie. On jeden się na nas zna. A błogosławioną mądrością i przywilejem, jaki mamy, jest przyjmowanie wskazań Jego mądrości i Ducha Świętego, którego nam udziela. I tak trzeba nam czynić w każdej chwili. Wtedy jest bowiem szansa, że Bóg, znajdując w nas swoich współpracowników, wybuduje fantastyczną budowlę, z której będą się mogli cieszyć: Ojciec, Syn i Duch Święty, a także ci, którzy nas poprzedzili w drodze do wieczności oraz wszyscy aniołowie. Jest niezmiernie istotne, żebyśmy mieli takie widzenie swojego życia, bo ono naprawdę jest budową, któ­rej nie można przerwać ani odkładać na później.

Mamy świadomość, jak wyglądają budowy na tym świecie: robotnik przychodzi, zapala papierosa, przynosi piwo. Jednego dnia jest obecny, drugiego nie, a czas płynie. Nie tak ma wyglądać budowanie chrześcijańskiego życia. W każdej sekundzie musimy być obecni i otwarci na to, co nam podpowie Ten, który ma mądrość, który się na nas zna i wie, czego nam potrzeba. Życia chrześcijańskiego nie da się prowadzić od czasu do czasu. To jest budowla, która ma się wznosić systematycznie, bo czas jest krótki. Dobrze rozumiał to Psalmista, dlatego prosił Boga: Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca... (Ps 90, 12). Każdy dzień, każda chwila bez współpracy z Bogiem – kierownikiem budowy, jest stracona nieodwołalnie! To jest jeden bardzo istotny obraz chrześcijańskiego życia.

Drugi obraz uświadamia nam, że pójść za Chrystusem, to rozpocząć bitwę. Bo budowanie życia we współpracy z Bogiem jest oparte na czynieniu dobra, opowiadaniu się za prawdą i przysparzaniu światu piękna; a szatanowi, jego poplecznikom i temu wszystkiemu, czym żyje świat i co jest związane tylko z ziemskim widzeniem, absolutnie się to nie podoba. Najchętniej zburzyliby tę budowlę. I trzeba nam o nią stale walczyć. Niestety, to jest coś, o czym chrześcijanin najczęściej w ogóle nie pamięta, bo nie ma tego zapisanego ani w sercu, ani w umyśle; często tej walki nie podejmuje albo stara się jej unikać. Jeżeli jednak jest autentycznym uczniem Chrystusa, pozwalającym się Bogu budować, to jest kimś niewiarygodnie niewygodnym dla świata i wie, że będzie atakowany!

Jeżeli Pan Jezus, zwracając się do ludzi, pyta: „Czy zdajecie sobie sprawę z tego, co robicie, idąc za Mną?”, to mówi właśnie to: „Pamiętaj, jeśli chcesz iść za Mną, to Ja cię buduję jako sól ziemi dla świata, który jest zepsuty, i jako światło dla świata, który żyje w ciemności. I bądź pewien, że zostaniesz zaatakowany! Jesteś na to gotowy? Nie wycofasz się? Nie zdezerterujesz? Czy nie powiesz Mi z pretensją: Służę Ci, jak mogę, a Ty dopuszczasz, żeby mnie spotykały takie szykany ze strony ludzi, i to nieraz najbliższych: ojca, matki, brata i siostry, żony czy męża i dzieci!? Decydując się, by pójść za Mną, musisz wiedzieć, że nawet w swoim domu, a może przede wszystkim tam, znajdziesz przeciwników życia chrześcijańskiego, którym nie podoba się, że pozwalasz, abym cię budował”.

Życie chrześcijańskie jest budową i życie chrześcijańskie jest bitwą. I tak jest każdego dnia i tak będzie aż do końca naszego ziemskiego bytowania. Chrystus nam to bardzo wyraźnie uświadamia. I dopiero w tym kontekście możemy zrozumieć słowa, które na pierwszy rzut oka wydają się nam zupełnie nie do przyjęcia: Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr (...) nie może być moim uczniem (Łk 14, 26). Tak! Tak! Bo Tym, który ma prawo decydować o moim życiu, jest jedynie Bóg! Jeżeli idę za Jego wskazaniami, to może się to wiązać z nieprawdopodobną przepaścią, jaka wytworzy się między mną a moimi bliskimi, którzy nie chcą, abym szedł za Jezusem. Muszę się z tym liczyć. Muszę to brać pod uwagę.

Moi drodzy, chrześcijanin musi być otwarty na tę boleść oddalenia od bliskich z powodu pójścia za Chrystusem! Jest to jedna z najtrudniejszych umiejętności: pogodzić się z tym, że zadaje się boleść swojej matce i ojcu, bo nie chcą przyjąć do wiadomości, że Bóg powołuje ich dziecko na drogę wyjątkowego życia w kapłaństwie czy w życiu konsekrowanym. Oni nie chcą o tym słyszeć, ale właśnie wtedy trzeba umieć zadać sobie i im tę boleść – bo to ogromnie boli, ale ró­wnocześnie jest konieczne.

Młody człowiek, który chce przeżyć swoje życie w czystości narzeczeńskiej, jest czasem kompletnie niezrozumiany nie tylko przez swoich kolegów, ale nawet przez swoją narzeczoną. Jest wyśmiewany! I on musi przystać na tę boleść, niekiedy nawet na boleść rozłąki, bo wie, że tylko tak jest dobrze.

Małżeństwo, które będąc całkowicie wierne prawu Bożemu przyjmuje z radością gromadkę dzieci, które przychodzą na świat w ich rodzinie, wie, że będzie narażone na rozmaite szykany ze strony tych, którzy wyśmiewają się z nakazów Bożych i przystępują często do niewybrednych ataków przeciwko chrześcijańskim rodzicom. Musi jednak te ataki przyjąć i nie może poddać się presji otoczenia.

Ileż jest w naszym życiu takich sytuacji, kiedy ci, którzy powinni być naszymi największymi sojusznikami, są najbardziej zaciekłymi przeciwnikami. I trzeba doskonale rozumieć, że w tym konflikcie musimy zawsze wybierać Boga, a nie kierować się opinią drugiego człowieka; choćbyśmy mieli zadać wielką boleść sobie i jemu – bo to właśnie jest prawdziwa miłość. Wtedy chronimy właściwy ład i porządek w tej budowli, jaką jest nasze własne życie. A chroniąc porządek w tej budowli, chronimy go i w każdej innej budowli ludzkiego życia. Tak się buduje ład społeczny. Tak się buduje swoje szczęście.

Patrząc na świat, dostrzegamy, co się dzieje, kiedy człowiek Boga nie słucha. Widzimy, do jakiego potwornego chaosu i bezładu doszliśmy w życiu społecznym, nie słuchając Boga, nie budując z Nim i nie tocząc bitwy przeciwko tym wszystkim, którzy próbują nas zepchnąć z właściwej drogi. Ale ta droga jest jedyną mądrością. Ta droga jest jedyną prawdziwą miłością. Nie ma żadnej innej, tylko ta!

Moi drodzy, przyszliśmy tu, aby jeszcze raz usłyszeć od Chrystusa zapewnienie, że godząc się na to, aby On kierował naszym życiem, i wyrażając w każdej chwili gotowość toczenia bitwy, by ochronić Boży ład w sobie i w innych nawet za cenę wielkiego zranienia serca, znajdujemy się na właściwej drodze. Stajemy się wówczas twórcami ładu społecznego i szczęściem dla każdej ludzkiej społeczności. Wtedy też pojawia się szansa na to, że w swoim czasie Bóg objawi nas światu jako wspaniałą budowlę ludzkiego życia.

Po to tu jesteśmy. Karmimy się mądrością Jego słowa. Za chwilę przyjmiemy Jego Ciało i Krew, wiedząc, że są to podstawowe i niezbędne składniki budowli naszego życia i podstawowe wyposażenie, aby toczyć zwycięską bitwę. Inaczej nie zdołamy nic wybudować i nikomu nie potrafimy się przeciwstawić.

Dział: OKRES ZWYKŁY
sw-jan-chrzcicielSłowa Ewangelii według św. Marka. Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu, z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem wypominał Herodowi: "Nie wolno ci mieć żony twego brata". A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał. Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: "Proś mię, o co chcesz, a dam ci". Nawet jej przysiągł: "Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa". Ona wyszła i zapytała swą matkę: "O co mam prosić?" Ta odpowiedziała: "O głowę Jana Chrzciciela". Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: "Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela". A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie. Oto słowo Pańskie.

Refleksja nad Słowem Bożym

„Zapamiętajcie to sobie dobrze: Nie lękajcie się iść pod prąd! Bądźcie odważni! Bo jak nie chcemy jeść zepsutej żywności, tak samo nie przyjmujmy też tych wartości, które są zepsute, rujnują nam życie i odbierają nadzieję”. Tymi i podobnymi słowami Papież Franciszek wielokrotnie zachęcał w niedzielę na Anioł Pański do pójścia pod prąd. Spotkało się to z żywiołową reakcją wiernych, a zwłaszcza młodych. Do nich Franciszek skierował zatem osobną zachętę: „Wam młodym mówię: nie lękajcie się iść pod prąd, kiedy chcą nas okraść z nadziei, kiedy proponują nam zepsute wartości. (...) Idźcie pod prąd i bądźcie dumni właśnie z tego, że idziecie pod prąd”. (Papież Franciszek, Watykan, 24.06.2013)

Obraz Jana Chrzciciela z Ewangelii jest obrazem gniewnego proroka. Nie sposób go sobie wyobrazić inaczej. Był to człowiek tak zupełnie oderwany od wszelkich rozsądnych wyrachowań i obliczeń, że nie sposób wyobrazić sobie Jana przemierzającego lub ważącego słowa. Mówił zawsze dokładnie właśnie to, co myślał. Był to człowiek żywiołu, posłusznego Głosowi żywiołu. Był wielki. Bano się go. Bali się go mali i wielcy, i uczeni w zakonie; bali się go także władcy, choć był tylko wynędzniałym oberwańcem z pustyni. Mówił im gniewne i gorejące słowa, których nie przywykli słuchać inaczej, jak tylko od proroków. I wtedy nie było w nim lęku, ani wahania. Był żywiołem, który trzeba było ujarzmić. I Herod posłał kata, i kazał przynieść głowę Jana na misie.

Ta okropna, dramatyczna, śmierć jest obrazem tego, jak od niepamiętnych czasów po dzisiejszy dzień złość ludzka ze słabością się łączy i z głupotą przeciwko cnocie.

Może najpierw złości się przyjrzyjmy. Przedstawia ją Herodiada – prawdziwy, zawzięty bój kobiety. Doprowadzona do wściekłości przez oporną słabość swego kochanka, swojego męża Filipa zostawia, a odchodzi z bratem jego, Herodem. To jest pierwsza jej zbrodnia. Potem przywiedzie Heroda do tego, że prawowitą swoją żonę, córkę króla Nabatejczków odpędzi od siebie, a Jan Chrzciciel to wypominał, więc w wyrafinowany sposób postara się o jego usunięcie. A męczeńską krwią proroka nawet własną córkę zbroczy. Uwodzicielka Heroda wpływa na niego dzięki piękności, dzięki ciału. I umie to robić. To tutaj widać doskonale, jak zbrodnia w liczbie pojedynczej występuje tylko w słowniku. Jeśli człowiek na jedną się zdecyduje, może być pewny, że ta pociągnie za sobą następne.

A Herod? Na jego przykładzie możemy zobaczyć ludzką słabość. Najpierw, to znana słabość mężczyzn, kobieta, którą – odwiedzając swojego brata – poznał. A kiedy zażądała uwięzienia Jana, znowu jest słaby. I chociaż się proroka lęka, znowu słabość jest większa. A potem zwykłemu biegowi ulegnie i przyrzeknie tańczącemu kobiecemu ciału grzeszną obietnicę. A na końcu ze słabości popełni to, co Herodiada ze złośliwości – posyła kata i każe przynieść głowę na misie.

I jeszcze trzecia postać – córka Herodiady – ucieleśniona ludzka głupota. Staje wobec mężczyzn upitych winem i namiętnością, tańcem ich wabi, nie myśląc o skutkach. Nie było w zwyczaju, aby królewskie córki zabawiały gości. To było zadanie służących. Ona tego nie wie, także i tego, czego żąda jako nagrody, ani tego, jaki to jest dar, który na misie trzyma, z którego jeszcze cieknie ludzka krew. Piękna, powabna, zgrabna, ale i głupia. Daje się kierować, a potem czyni zło i nawet sobie może nie uświadamia. Złość i słabość potrzebowały jeszcze do spółki naiwności.

Jan, to głosiciel Bożej woli, czysty, silny, odważny, bez lęku – nazwie cnotę cnotą, grzech grzechem, zło złem, także i przed królem. Zapłaci wielką cenę – odda życie. I owa historia powtarza się niemal codziennie latami i setkami lat. Ludzka złość, słabość i głupota w dramatycznych splotach ze sobą się łączą przeciwko cnocie. I takie jakieś jest prawo: kto chce być wierny cnocie, z pewnością płacić za to będzie, może nawet tak, jak Jan – życiem. A co dzieje się wokół chrześcijanina, to dzieje się także i w niebie – jego własna złość, słabość i głupota przeciwstawiają się nieustannie świętym dążeniom. My na szczęście wiemy, gdzie odwagę czerpać do walki. Znajdujemy ją tam, skąd czerpał Jan – w Panu, któremu służył. Tu jej szukali i znajdowali wszyscy święci, w imieniu których wołał prorok Jeremiasz: “Przepasz swoje biodra, wstań, i mów wszystko co ci rozkażę; nie lękaj się, a oto Ja dzisiaj czynię cię twierdzą warowną, kolumną ze stali i murem spiżowym przeciw ziemi, przeciw królom ludzkim i ich przywódcom, ich kapłanów i ludowi tej ziemi. Będą walczyć przeciwko tobie, ale oni będą walczyć i nie zdołają cię zwyciężyć, gdyż Ja jestem z tobą – mówi Pan – jestem z tobą, by cię ochraniać”. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Ścięcie św. Jana ChrzcicielaJan Chrzciciel był jedynym synem kapłana Zachariasza i Elżbiety, krewnej Najświętszej Maryi Panny. Jego cudowne narodzenie i posłannictwo zwiastował Anioł Gabriel Zachariaszowi, kiedy ten sprawował w świątyni swe funkcje kapłańskie. Jan urodził się sześć miesięcy przed narodzeniem Chrystusa.
Bardzo wcześnie, może już w dzieciństwie, Jan udał się na pustynię. W piętnastym roku panowania cesarza Tyberiusza rozpoczął swą misję poprzednika i zwiastuna Zbawiciela. Czynił to na pustkowiu, nad Jordanem, w Betanii, później w Ainon niedaleko Salim. Zjawienie się Jana i jego wystąpienia odbijały się szerokim echem po Palestynie i okolicznych krajach. Sprawiła to wiadomość, że oczekiwany Zbawiciel już pojawił się na ziemi. Jan prowadził pokutniczy i pustelniczy tryb życia. Chrzcił wodą ciągnące do niego tłumy. Ochrzcił również Jezusa.

No właśnie. Pewnego dnia zjawił się nad rzeką Jordan sam Jezus Chrystus: „żeby przyjąć chrzest od niego. Lecz Jan powstrzymał Go mówiąc: «To ja potrzebuję chrztu od Ciebie, a Ty przychodzisz do mnie?» (Mt 3,13-14). Po przyjęciu chrztu z rąk św. Jana Chrzciciela miała miejsce epifania Trójcy Świętej. Jan niejeden raz widział Chrystusa nad Jordanem i świadczył o Nim wobec tłumu: „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata” (J 1,29.36). Wiemy, że na skutek tego wyznania dwaj pierwsi uczniowie zjawili się przy Chrystusie Panu - Jan i Andrzej, którzy dotąd byli uczniami św. Jana (J 1,37-40).

Św. Jan Chrzciciel nauczał w pobliżu miasta Jerycha, gdzie był bród. Czasem jednak przenosił się do innych miejsc np. Betanii (J 1,28) i Enon (Ainon) w pobliżu Salim (J 3,23).

Na działalność św. Jana zwrócili baczną uwagę starsi ludu. Bali się jednak jawnie przeciwko niemu występować, woleli więc raczej zająć stanowisko wyczekujące (J 1,19; Mt 3,7).

Osobą św. Jana zainteresował się także władca Galilei. Kto wie, czy sam nie wezwał św. Jana, aby go wypytać, jaką to ma misję do spełnienia. Był nim Herod II Antypas (J 40), syn Heroda I Wielkiego, który nakazał wymordować dzieci w Betlejem. Ten to Antypas w trzy lata potem wyśmieje Chrystusa wobec swojego dworu i przyoblecze Go w białą szatę głupca, szaleńca (Łk 23,8-12). Można się domyślać, że Herod wezwał św. Jana do swojego zamku, Macheront. Była to forteca nadgraniczna, położona na wschód od Morza Martwego, otoczona głębokimi wąwozami. Wystawił ją Herod Wielki i uczynił z niej twierdzę nie do zdobycia. Z właściwym też przepychem królewskim wyposażył wnętrze zamku. Po swojej śmierci oddał Macheront synowi, Herodowi Antypasowi, czyniąc go dziedzicem Galilei i Perei - a więc okolicy, w której znajdowała się twierdza. Gorzko jednak żałował Herod swojej ciekawości. Św. Jan bowiem skorzystał z okazji, aby mu prosto rzucić w oczy: „Nie wolno ci mieć żony twego brata” (Mk 6,18). Rozgniewany król z poduszczenia żony brata Filipa, którą ku ogólnemu oburzeniu Herod wziął za własną, oddalając swoją żonę prawowitą, nakazał św. Jana aresztować.

W dniu zaś urodzin swoich wydał ucztę, w czasie której pijany pod przysięgą zobowiązał się córce Herodiady, Salome, dać wszystko cokolwiek zażąda. Ta po naradzeniu się z matką zażądała głowy św. Jana. Herod nakazał katowi wykonać wyrok śmierci na Janie i jego głowę przynieść na misie dla Salome (Mt 14,1-12). W taki to sposób do korony wyznawcy dołączył św. Jan drugą - męczeństwa. Jezus Chrystus wystawił św. Janowi świadectwo, jakiego żaden człowiek z Jego ust nie otrzymał: „Coście wyszli oglądać na pustyni? Trzcinę kołyszącą się na wietrze? Ale coście wyszli zobaczyć? Człowieka w miękkie szaty ubranego? Oto w domach królewskich są ci, którzy miękkie szaty noszą. Po coście więc wyszli? Proroka zobaczyć? Tak, powiadam wam, nawet więcej niż proroka. On jest tym, o którym napisano: - Oto ja posyłam mego wysłańca przed Tobą, aby Ci przygotował drogę - Zaprawdę powiadam wam: Między narodzonymi z niewiast nie powstał większy od Jana Chrzciciela” (Mt 11,7-11; Łk 7,24-27).

Męczeństwo św. Jana Chrzciciela przypomina również nam, współczesnym chrześcijanom, że nie jest możliwy kompromis z miłością do Chrystusa, do Jego słowa, do Prawdy. Prawda jest Prawdą, nie ma kompromisu. Życie chrześcijańskie wymaga, że tak powiem, «męczeństwa» codziennej wierności Ewangelii, a więc odwagi, potrzebnej, by pozwolić Chrystusowi, by wzrastał w nas i nadawał kierunek naszym myślom i uczynkom. Może to nastąpić w naszym życiu tylko wtedy, kiedy więź z Bogiem jest mocna. Modlitwa nie jest czasem straconym, nie jest odbieraniem czasu działaniu, nawet apostolskiemu, a wręcz przeciwnie: tylko wtedy, gdy potrafimy pielęgnować życie modlitwy wiernej, stałej i ufnej, Bóg da nam zdolności i siłę, by żyć w sposób szczęśliwy i pogodny, pokonywać trudności i z odwagą dawać Mu świadectwo. Niech św. Jan Chrzciciel wstawia się za nami, abyśmy potrafili zawsze dawać pierwszeństwo Bogu w naszym życiu.

Dział: OKRES ZWYKŁY

sw-monikaNie od razu Kraków zbudowano, a i święci Pańscy – owe budowle duchowe wzniesione ręką Boską – nie biorą się znikąd. Niejedna nawrócona dusza zawdzięcza łaskę Wiary ofiarnym modlitwom bliskiej osoby, a każdy niemal umysł wybitny miał w młodości mistrza, który wprowadzał go w arkana nauki i umiejętności. Taką osobą była dla swego syna – wielkiego Augustyna z Hippony – święta matka, Monika. Jej niezliczone westchnienia szturmowały Niebo przez lata, unoszonymi przed tron Boży potokami matczynych łez. Pan Bóg zaś, który użalił się płacząc nad rodziną zmarłego Łazarza, okazał nie mniejsze miłosierdzie pobożnej Monice – wskrzeszając jej syna z duchowej śmierci grzesznego życia.      


We wspaniałym dziele Wyznania (Confessiones), które pociągnęło do Boga ogromną zapewne liczbę dusz, odnajdujemy częste wspomnienia świętej Moniki, której Augustyn był dozgonnie wdzięczny, zdając sobie sprawę, iż bez jej modlitw mógłby pomrzeć marnie w swoich grzechach. Ta wywodząca się z afrykańskiej Tagasty niewiasta stała się z woli rodziców żoną poganina, który nie tylko okazał się złym mężem, skłonnym do popędliwości, ale także przeciwnym ochrzczeniu i wychowaniu po chrześcijańsku ich dzieci.

Szczerze miłując Boga i Jego Kościół, chrześcijanka była w niemałej rozterce pomiędzy obowiązkami stanu małżeńskiego a wiernością przyrzeczeniom chrztu świętego. O dylemacie tym wspomina Augustyn: „Matka ze wszystkich sił starała się, abyś Ty, Boże mój, raczej niż on był moim ojcem. Pomagałeś jej w tym i sprawiłeś, że jej wpływ przeważył wpływ męża, któremu zresztą, będąc od niego lepsza, okazywała posłuszeństwo, aby przez to być posłuszną Tobie. Ty bowiem każesz tak postępować”. W ten sposób zarówno wobec Boga, jak i człowieka zachowała ona złotą zasadę sprawiedliwości – suum cuique, choć kosztowało ją to cierpienie nieznane zwykłym śmiertelnikom.
Pokonując opór męża od dziecka wpajała dzieciom umiłowanie Chrystusowej religii. „Na szczęście już jako mały chłopiec – wspomina Augustyn – dowiedziałem się o życiu wiecznym obiecanym nam przez naszego Pana, który pokornie zstąpił do nas, grzeszników pełnych pychy. Od samego urodzenia żegnano mnie znakiem Jego krzyża i kosztowałem Jego soli. Bo matka moja gorąco w Ciebie wierzyła”. W końcu jej modlitwy wyjednały łaskę również dla męża, który pod koniec życia stał się katechumenem, na łożu śmierci zaś przyjął niezbywalne znamię chrześcijanina, z którym stanął na sądzie Chrystusa Pana.
 
Było to w roku 371, a owdowiała Monika miała trzydzieści dziewięć lat. Niedługo trwała pociecha z nawrócenia męża, gdyż okazało się, że ich najstarszy syn wstępuje w ślady ojca i powtarza wszystkie błędy, jakie może popełnić człowiek żyjący w wirze światowego życia, z dala od bezpiecznej przystani Serca Bożego promieniejącego łaską. Jeździł on po świecie, oddając się rozrywkom, wikłając w sektę manichejską i żył przez dłuższy czas w konkubinacie, którego owocem było nieślubne dziecko.
 
Święta matka, nie zważając na opinie ludzkie i wszelkie względy, a świadoma – jako chrześcijanka – iż jej syn podąża w zawrotnym tempie szeroką drogą wiodącą na zatracenie, porzuciła swój dom w prowincji Afryka i wyruszyła za Augustynem do Rzymu i Mediolanu, gdzie ścigała go modlitwą i upomnieniem. Prowadziła ją niewzruszona wiara w miłosierdzie Boże, którego wysłanniczką się czuła. Święty Augustyn wspomina, iż podczas jej podróży wybuchł sztorm na morzu i to ona pocieszała całą załogę, iż dopłyną szczęśliwie do brzegu, pokładając niezłomną nadzieję w Bogu.
W Mediolanie czekała ją niemała pociecha, Augustyn bowiem pod wpływem porywających kazań biskupa Ambrożego odwrócił się już od błędów manichejskich, choć nie przyjął jeszcze światła prawdziwej wiary. Pokochała ona całym sercem świętego pasterza, który wywiódł z mroków herezji jej syna. Wtedy już Monika była pewna, iż misja nadana jej od Boga zostanie wypełniona pomyślnie i powiedziała o tym Augustynowi. Tak też się stało, syn marnotrawny powrócił do łask Ojca niebieskiego, a jego matka ziemska mogła spokojnie pożegnać się ze światem, na którym znalazła obfitość cierpienia zasługującego na nagrodę wieczną.
 
„W swoim czystym sercu, pełnym wiary w Ciebie, bardziej cierpiała rodząc mnie ku wiecznemu zbawieniu niż niegdyś rodząc cieleśnie” – wspomina Augustyn. Widząc gorliwość, do jakiej od razu doszedł jej świeżo nawrócony pierworodny syn, nie pragnęła już nic więcej na tym padole łez. Tak brzmiały jej ostatnie słowa wypowiedziane do późniejszego biskupa Hippony: „Synu, mnie już nic nie cieszy w tym  życiu. Niczego już się po nim nie spodziewam, więc nie wiem, co ja tu jeszcze robię i po co tu jestem. Jedno było tylko życzenie, dla którego chciałam trochę dłużej pozostać na tym  świecie: aby przed śmiercią ujrzeć ciebie chrześcijaninem katolikiem. Obdarzył mnie Bóg ponad moje życzenie, bo widzę, jak wzgardziwszy szczęściem doczesnym, stałeś się Jego sługą. Co ja tu robię jeszcze?”.
Wyruszyła w drogę do domu, jednak nie wkroczywszy jeszcze na statek, zachorowała na febrę ,gdy przebywała akurat w Ostii. Był to ostatni ból, jaki zniosła przed przeniesieniem się do szczęśliwej wieczności. Zmarła Roku Pańskiego 387 i została pochowana w jednym z miejscowych kościołów, potem zaś jej doczesne szczątki przeniesiono do Francji, następnie do Rzymu, gdzie spoczywają do dziś w kościele pod wezwaniem świętego Augustyna. Święta Monika została możną u Boga patronką kobiet rozmaitego stanu i w rozmaitych rodzinnych potrzebach, a więc matek, wdów, kobiet proszących o nawrócenie męża albo syna oraz żon cierpiących z powodu nieszczęśliwego małżeństwa i nałogów swoich mężów.

Święta Monika — obok św. Anny patronka wdów, obok zaś św. Ludmiły (także św. Zdzisławy) czeskiej patronka matek — według tradycyjnej pobożności uważana była za szczególną orędowniczkę w przypadku tych rodzicielek, które modliły się o nawrócenie swych dzieci, o ich zejście z niewłaściwej drogi, na którą jakże łatwo niebacznie wkroczyć, a jak trudno później z niej zawrócić. „Człowiek jest wtedy doskonałym, gdy trzyma się prostej drogi i odważnie po niej kroczy” — napisał ów, za którego ta właśnie święta, jako rodzona matka, modliła się długo i żarliwie, widząc, jak — po dojściu do lat sprawnych — na własną rękę, niejako po omacku, próbuje wytyczyć sobie ścieżki życia, biegnące nieraz skrajem przepaści. Święty Augustyn, biskup Hippony, ojciec i doktor Kościoła, bo o nim mowa, mógł też po latach stwierdzić w oparciu o swe osobiste doświadczenia, że „słaba wola ludzka nie jest w stanie iść po wąskiej i stromej drodze Bożych przykazań, o ile nie jest wspomagana i podtrzymywana przez miłosierdzie Boże”. O to właśnie miłosierdzie dla syna św. Monika wytrwale się modliła przez długie lata, nie tracąc wiary i nadziei nawet wówczas, gdy zdawać się mogło, że jej prośby pozostają niewysłuchane. „Nie jest możliwe, aby poszedł na zatracenie syn tylu łez” — miała usłyszeć kiedyś od jednego z pasterzy Kościoła, u którego szukała porady i otuchy, na przekór wszelkim przeciwnościom nie ustając w dążeniu do tego, ku czemu wiodła ją miłość — miłość matki i chrześcijanki, bolejącej nad błądzeniem i upadkami własnego potomka, a zarazem też jej brata w wierze. „Kochajcie ludzi, a walczcie z błędem. Dla prawdy staczajcie walki bez pychy i gwałtowności. Módlcie się za tych, których chcecie zdobyć i przekonać” — pisał sam św. Augustyn, dodając w innym miejscu: „Ten człowiek, który nas oszczędza, nie zawsze jest naszym przyjacielem, podobnie jak ten, co nas karci, nie jest dlatego naszym wrogiem. Rany zadane przez przyjaciela lepsze są bowiem niż pocałunki wroga, a surowa miłość więcej jest warta od oszukańczej pobłażliwości”. Tak też i św. Monika była nieustępliwa wobec błędów i słabości, w jakie popadł jej syn („kochajmy człowieka, a nienawidźmy grzechów”), stąd nie ustawała aż do momentu, gdy ostatecznie ziściło się to, co stanowiło przez lata jej najgorętsze pragnienie. Niedługo po nawróceniu się św. Augustyna dobiegła też kresu doczesna wędrówka jego matki, mogącej odejść w poczuciu wypełnienia powierzonej sobie roli — jako tej, która nie tylko zrodziła potomstwo z ciała, ale też ukształtowała je duchowo, ukazała i zainspirowała do kroczenia przez obfitujący w złudne cele oraz pozorne wartości świat wokół nas po tej drodze, u końca której nie ma rozpaczy w poczuciu zmarnowanego życia.

Święty Augustyn odwdzięczył się rodzicielce w sposób jedyny w swoim rodzaju, gdyby bowiem nie on i jego świadectwo o matce, zapewne nikt by dzisiaj nie wiedział o istnieniu św. Moniki albo też znana by była tylko z samego imienia, jak to często się zdarza w przypadku rodziców znamienitych postaci z zamierzchłych epok. Potrafimy przywołać wyłącznie ich imiona (a i to nie zawsze), lecz o życiu i dokonaniach nic nie jesteśmy w stanie powiedzieć. Tymczasem późniejszy biskup Hippony „unieśmiertelnił” osobę tej, która go zrodziła cieleśnie i duchowo („człowiek umiera dopiero wtedy, kiedy się o nim zapomni”), choć po prawdzie o samym biegu jej życia niewiele zanotował dla potomnych w swych pismach. Naukowa biografia św. Moniki nigdy tedy nie powstanie, o niewieście tej bowiem wiemy zbyt mało, by z tego rodzaju wyzwaniem można było się zmierzyć. Św. Augustyn świadomie wszakże wyeksponował tylko pewne, ale za to w sposób w pełni przemyślany, wybrane momenty z życiorysu swej matki, sam bowiem pisał przy innej okazji, że „człowieka oceniać należy nie według tego, co wie, lecz według tego, co kocha”.

 
Dział: OKRES ZWYKŁY

monikaZ Ewangelii według Świętego Mateusza

Jezus opowiedział swoim uczniom następującą przypowieść: «Podobnie jest z królestwem niebieskim jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obieg i zyskał drugie pięć. Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i, rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana. Po dłuższym czasie powrócił pan owych sług i zaczął rozliczać się z nimi. Wówczas przyszedł ten, który otrzymał pięć talentów. Przyniósł drugie pięć i rzekł: „Panie, przekazałeś mi pięć talentów, oto drugie pięć talentów zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł również i ten, który otrzymał dwa talenty, mówiąc: „Panie, przekazałeś mi dwa talenty, oto drugie dwa talenty zyskałem”. Rzekł mu pan: „Dobrze, sługo dobry i wierny! Byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię: wejdź do radości twego pana!” Przyszedł i ten, który otrzymał jeden talent, i rzekł: „Panie, wiedziałem, że jesteś człowiekiem twardym: żniesz tam, gdzie nie posiałeś, i zbierasz tam, gdzie nie rozsypałeś. Bojąc się więc, poszedłem i ukryłem twój talent w ziemi. Oto masz swoją własność!” Odrzekł mu pan jego: „Sługo zły i gnuśny! Wiedziałeś, że żnę tam, gdzie nie posiałem, i zbieram tam, gdzie nie rozsypałem. Powinieneś więc był oddać moje pieniądze bankierom, a ja po powrocie byłbym z zyskiem odebrał swoją własność. Dlatego odbierzcie mu ten talent, a dajcie temu, który ma dziesięć talentów. Każdemu bowiem, kto ma, będzie dodane, tak że nadmiar mieć będzie. Temu zaś, kto nie ma, zabiorą nawet to, co ma. A sługę nieużytecznego wyrzućcie na zewnątrz – w ciemności! Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów”». (Mt 25, 14-30)

Refleksja nad Słowem Bożym

W przeczytanej Ewangelii, że Pan rozdał sługom talenty; jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności. Jak wiemy z historii, talent posiadał wówczas ogromną wartość, ale nie chodzi tu jednak o złoto. Przypowieść o sługach i talentach nie była i nie jest pouczeniem dla bankierów; jest to pouczenie dla nas wszystkich, jak korzystnie ulokować w Bożym banku swoją pracę, w co zainwestować swoje życie, jak wykorzystać swój czas i zdolności w oczekiwaniu na Pana, który ma przyjść kiedyś na rozliczenie.

Talenty, to życie: czas, zdolności, dary łaski. Bóg dał im wszystkim bardzo wiele, chociaż nie wszystkim w jednakowej mierze. Życie, to odpowiedzialne i mądre gospodarowanie tymi talentami, aż przyjdzie Pan i wręczy każdemu nagrodę. Bo Bóg dał nam talenty, byśmy się wzbogacili i zapracowali na nieprzemijające i wieczne życie. Kto nie współpracuje z Bogiem, i nie wykorzystuje rozumnie talentów, czyli życia i wszystkich darów cielesnych i duchowych, ten przegrywa własne szczęście. Ktoś kiedyś napisał, że życie to nie jest dzień radości, ani dzień smutku, ale dzień pracy. Jedni spędzają swoje dni na zabawach, drudzy zaś wiecznie płaczą; Bóg nie chce ani jednego, ani drugiego. Życie to praca, a człowiek jest Bożym pracownikiem, powinien więc pracować i wykorzystać powierzone mu talenty; budować lepsze, szlachetniejsze, sprawiedliwsze i świętsze życie, oraz lepszy świat, i w ten sposób zapracować na wieczną nagrodę. Świat musi być lepszy, bo my jesteśmy do tego powołani, żeby ukształtować swoją dobrocią, miłością, realizując Boży plan przez wykorzystanie Bożych talentów.

Najważniejszym bowiem zagadnieniem życiowym człowieka jest pytanie: Po co żyję? Czym jest życie? Jaki ono ma sens? Ale też duża część ludzi nigdy sobie w życiu nie postawiła takiego pytania, by móc usłyszeć odpowiedź, że życie jest pracą i oczekiwaniem w miejscu swojej pracy na świt dnia wieczności, że przez całe życie wypełnia swoje zadanie, a kiedy przyjdzie Pan, oceni je i wypłaci swoją nagrodę.

U Boga nie ma i nie może być bezrobotnych; każdy otrzymał od Niego swoje miejsce pracy i swoje życiowe zadanie; każdy otrzymał również potrzebne do tego talenty, konkretne zdolności; każdy ma też wyznaczony swój czas pracy, określoną ilość lat i dni. I nie jest ważne ileśmy otrzymali, ale to, cośmy z siebie dali, cośmy uczynili. Bóg nie pyta nas, gdzie i jak długo żyliśmy, ale jak żyliśmy. Nie jest ważne, czy otrzymaliśmy pięć, dwa czy tylko jeden talent; ważne jest pracować z miłości do Boga i zarobić na Jego wieczną miłość.

W przypowieści o dwóch pracowitych i jednym leniwym słudze, Jezus podkreśla wielką odpowiedzialność za nasze życie i pracę. Życie nie może być tylko martwym kapitałem, trzeba mu nadać nieskończoną i wieczną wartość, a św. Paweł napisze: “Nie śpijmy przeto, jak inni, ale czuwajmy i bądźmy trzeźwi”, bo życie to nie sen, ale praca, i źle pracuje ten, kto nic nie czyni dla Boga. Lew Tołstoj napisał: “Życie jest bez sensu, jeżeli nie jest służbą Bogu i wypełnianiem woli Bożej”. Wypełniać wolę Bożą na swoim miejscu pracy i w swoim życiowym powołaniu, chociaż byśmy niczego się za to nie spodziewali, Bóg da nam wszystko, pod koniec naszego życia usłyszymy słowa Pana: “Dobrze sługo dobry i wierny, byłeś wierny w rzeczach niewielu, nad wieloma cię postawię, wejdź do radości twego Pana”. Bóg za “niewiele” płaci obficie. Niech się tak stanie.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

Nie trzeba wiele, aby wieść życie naprawdę pobożne.sw.pio

Wystarczy wyakcentować w życiu duchowym pewne zasady i wprowadzić je w czyn.

Pierwsza rada
– to zdanie św. Pawła Apostoła: Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra (Rz 8,28). To prawda, że Bóg potrafi nawet zło przemienić w dobro, ale pod warunkiem, że człowiek będzie Mu oddany bez żadnych zastrzeżeń. A więc także i grzechy, od których nie zawsze cię Bóg zachowa, On w swej Opatrzności potrafi obrócić w dobro, jeśli Mu będziesz służył. I tak, gdyby król Dawid nie popełnił grzechu, to chyba nigdy by się nie zdobył na tak wielką pokorę. Także i Magdalena nie miłowałaby tak gorąco Jezusa, gdyby nie zostały jej przebaczone liczne grzechy. A Jezus nie przebaczyłby jej, gdyby ich nie popełniła.

Rozważaj więc wielkie Boże miłosierdzie – ono przemienia nasze nędze w dzieło swojej dobroci i łaskawości. Ono z naszej złości i jadu nieprawości potrafi wysączyć zbawcze soki dla naszych dusz. Czyż więc On nie potrafi tego uczynić z naszych utrapień, trosk i doświadczeń? I dlatego nie trzeba dręczyć się utrapieniami, jakiekolwiek by one nie były, a tylko starać się z całego serca kochać Boga, a wszystko wyjdzie na dobre. Nawet nie trzeba za dużo przemyśliwać nad tym, co z tego będzie, kiedy to będzie i jakie to dobro będzie. Jeśli Bóg kładzie ci na oczy błoto niewiedzy, to nie po to, by pozbawić cię wzroku, ale byś lepiej widział i by cię uczynić wspaniałym, godnym miłości i podziwu wobec aniołów. Może Bóg chce, byś upadł, jak ongiś to uczynił ze św. Pawłem, który spadł z konia?

Nie trać więc nadziei i odwagi z tego powodu, że upadasz, ale uczyń wielki akt pokory, ożywiając i odnawiając nadzieję. Tracić otuchę i niecierpli

wić się po upadku — to sztuczka i zasadzka nieprzyjaciela, to oddanie mu broni i pozwolenie mu na odniesienie zwycięstwa. A więc nie czyń nigdy tego, gdyż łaska Pana zawsze jest gotowa, by cię podźwignąć.

Druga rada
Niech ona będzie wyryta w twej duszy: Bóg jest naszym Ojcem. Czy jest więc sens bać się takiego Ojca, który powiedział i zapewnił nas, że bez Jego woli i Opatrzności nawet włos z głowy nam nie spadnie? Jest to naprawdę wspaniałe, że będąc dziećmi takiego Ojca, mamy i powinniśmy spełniać kolejne zadanie: kochać Go i służyć Mu! Wypełniaj więc swoje obowiązki i nie martw się o nic więcej. Zobaczysz, że gdy tak będziesz układał swoje życie, to Jezus sam zatroszczy się o ciebie. „Myśl o Mnie, a ja będę myślał o tobie” — powiedział kiedyś Jezus do św. Katarzyny ze Sieny. A Mędrzec powiada: „Ojcze Odwieczny, Twoja Opatrzność rządzi wszystkim” (por. Mdr 14, 3).

Trzecia rada
Trzeba zachowywać to, o czym nauczał Boski Mistrz, gdy mówił do swoich uczniów: „Czy brak wam było czego?” (Łk 22, 35). Warto dobrze się nad tym tekstem

zastanowić i rozważyć go. Bez pieniędzy, bez obuwia, bez ubrania – tylko w jednej tunice posłał Jezus swych uczniów w świat. I potem mówił do nich: „Czy brak wam było czego, kiedy was posyłałem bez trzosa, bez torby i bez sandałów?” (Łk 22, 35). A oni odpowiedzieli, że niczego im nie brakowało. Dlatego i tobie to samo powiadam, że kiedy ogarnia cię zmęczenie i zniechęcenie, i nie odczuwasz żadnej ufności względem Boga, to czy ten trud powalił cię kiedy? Odpowiesz mi z pewnością, że nie. I dlatego pragnę dodać: czemu więc nie starasz się ochoczym sercem pokonać przeciwności? Jeśli cię Bóg nie opuścił w przeszłości, to jakże mógłby cię opuścić w przyszłości? Przecież w przyszłości będziesz do Niego należał bardziej, niż w przeszłości. Nie trzeba więc trwożyć się tym, co w przyszłości ma się stać w świecie. Może ono (zło) w ogóle nie przyjdzie? A choćby przyszło, to Bóg da ci siły do wytrzymania i zniesienia go. Boski Mistrz polecił św. Piotrowi, by szedł po falach morskich. Św. Piotr uląkł się, gdy zawiał wiatr i zaczął tonąć. A Boski Mistrz podał mu rękę i rzekł z wyrzutem: „Małej wiary, czemu zwątpiłeś?” (Mt 14, 31). Jeśli Bóg każe nam chodzić po wzburzonych falach, to nie trzeba wątpić, nie trzeba się lękać. Bóg jest z tobą, a ty miej odwagę, a cieszyć się będziesz wolnością.

Czwarta rada
Czwarta rada dotyczy wieczności. Dla dzieci Bożych bardzo małe znaczenie ma to krótkie życie, które przemija, gdyż przez wieczność będziemy żyli w chwale Bożej. Zastanów się więc, czy idziesz właściwą drogą do wieczności, czy już stawiasz swoją stopę na tej drodze. Oby w tym kierunku szły twoje nogi i byś był szczęśliwy, bo nie ma znaczenia życie w tym przemijającym i niespokojnym świecie.

Piąta rada
Chciałbym, aby ona na zawsze była w twoim umyśle wyryta. Jej treścią są słowa z listu św. Pawła do Galatów: „Co do mnie, nie daj Boże, bym się miał chlubić z czego innego, jak tylko z krzyża Pana naszego Jezusa Chrystusa” (6,14). Zachowaj w sercu Jezusa Ukrzyżowanego, a wszystkie krzyże świata wydadzą się tobie różami. Kolce korony cierniowej Zbawiciela, które raniły Jego głowę i ranią także naszą, nie spowodują w żaden sposób innych ran.

Dopóki będzie choćby jedna kropelka krwi w naszym ciele, dopóty będzie trwała walka między dobrem a złem. Próby, jakim cię poddaje i jakimi cię doświadcza Pan, są wyróżniającym znakiem Jego szczególnego umiłowania i jakby drogocenną perłą dla twej duszy. Te wszystkie trudności przeminą bardzo szybko, jak przemija zima, a po niej nastaje wiosna. Także i po naszym życiu doczesnym, które tak szybko przemija, nastanie niekończąca się wiosna, która będzie tym bogatsza i piękniejsza, im więcej było nawałnic i burz.

Źródło: fronda.pl

Dział: OKRES ZWYKŁY

 

czuwanieKażdy z nas wpisuje się w historię zbawienia poprzez czas swojego zasługiwania na ziemi. W tym okresie jesteśmy wezwani, abyśmy owocnie ten czas wykorzystali dla swojego uświęcenia.

Na tej drodze niezbędna jest cecha czujności, która pozwala nam być przygotowanym na różne nieprzewidziane sytuacje w życiu. Bóg zaprasza nas zatem, abyśmy oczekując powszechnego zmartwychwstania byli zawsze przygotowani na Jego przyjście, gdyż ten czas nadejścia jest wielką niewiadomą. Ciągle w naszym życiu wiary musimy uczyć się systematyczności w wypełnianiu woli Boga odnoszącej się do każdego z nas w sposób indywidulany. Niech zatem nasze życie będzie okresem, w którym poprzez drogę naszego powołania będziemy skutecznie i owocnie realizować cnotę czujności trwania w dobrym względem Boga i bliźnich.

Wezwanie do czujności

Z Ewangelii według Świętego Mateusza Jezus powiedział do swoich uczniów: «Czuwajcie, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o jakiej porze nocy nadejdzie złodziej, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. Któż jest tym sługą wiernym i roztropnym, którego pan ustanowił nad swoją służbą, żeby we właściwej porze rozdał jej żywność? Szczęśliwy ów sługa, którego pan, gdy wróci, zastanie przy tej czynności. Zaprawdę, powiadam wam: Postawi go nad całym swoim mieniem. Lecz jeśli taki zły sługa powie sobie w duszy: „Mój pan się ociąga z powrotem”, i zacznie bić swoje współsługi, i będzie jadł i pił z pijakami, to nadejdzie pan tego sługi w dniu, kiedy się nie spodziewa, i o godzinie, której nie zna. Każe surowo go ukarać i wyznaczy mu miejsce z obłudnikami. Tam będzie płacz i zgrzytanie zębów». (Mt 24,32-41)

Refleksja nad Słowem Bożym

“Czuwajcie, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie”.

Chrześcijaństwo jest religią oczekiwania. We wszystkich swych treściach jest wychylone w przód, ku kresom czasów, poza którymi jest już tylko rzeczywistość ostateczna, ogarnięta ramionami Syna Człowieczego. Wszystko istotne, co ma człowiekowi do powiedzenia wiara, to wszystko przyszło stamtąd, i tam powraca. Zupełnie tak samo, jak dwadzieścia wieków temu, odrzucić można wieść o Chrystusie i odkupieniu świata, także i o zmartwychwstaniu, i aż do Dnia Ostatniego wątpić można będzie, że rzeczywiście ten Dzień nadejdzie. Jeśli jednak odrzuca się zawierzenie, nie należy mówić, że chrześcijaństwo zdradza ten realny świat i człowieka, i że powodowane nadziejami przyszłości, zdradza człowieka dziś.

Nowy Testament mówi o Ukrzyżowanym Bogu i zmartwychwstałym człowieku. Ale także, ta Księga jest cała wychylona ku przyszłości, ku kresom czasu; jest Księgą oczekiwania. A droga do chwały przyszłego świata wiedzie przez dobro, które człowiek czyni człowiekowi tu na ziemi. A najczęściej czynimy to, czego nie chcemy. Bo czyżby było inaczej? Czy każdy z nas jest już tak doskonały? Przecież tkwiąc w ziemi, i z ziemi nie rezygnując, Kościół wie, że ta ziemia nie jest królestwem, którego oczekuję. Pismo św. mówi także i o tym, że prawa tego świata, ludzkie prawa, nie są prawami królestwa, a Kościół wie więcej jeszcze: że dane zostało temu światu owo Królestwo na znak sprzeciwu, nie zaś w roli klakiera. Dlatego nie dziwi się, że wrogami będą nawet domownicy jego. Stąd ciągłe owo: "czuwajcie".

Dlatego Kościół, chrześcijaństwo, nie zamierza, i nigdy tego nie czyniło, identyfikować się z najszlachetniejszymi nawet instytucjami świata. Tym bardziej, nie zamierza być ani zaciszem pracowni, ani giełdą, ani parlamentem, ani kliką, ani też – co może najgorsze – towarzystwem wzajemnej adoracji. Ilekroć przestawało czuwać, przestawało być znakiem sprzeciwu; ilekroć stawało się aż tak przyjemnie gładkie, że już przez wszystkich jednakowo pobłażliwie lubiane, tylekroć istotnie nie czuwało, ale zdradzało Boga, ziemię, ludzi i siebie.

Czuwajcie, bo może rzeczywiście być tak, że wrogami będą domownicy wasi. I mówił jeszcze Apostoł, że zostaliśmy przecież wzbogaceni we wszystko: "we wszelkie słowo i poznanie". Swego czasu przysłuchiwałem się rozmowie o tym, czy ludzie wierzący mają w wyborach prezydenckich popierać ateistę. Biblia potrafi być nieraz szydercza w swych wyrażeniach. O ateizmie, a więc o przeczeniu istnienia Boga, mówi w niej jeden, jedyny raz, i też tylko w jednym zdaniu: “Głupi rzecze w sercu swoim: «Nie ma Boga»”. Tak Pismo święte mówi o ateizmie i więcej się nim nie zajmuje. Nie warto! A ja wierzę w Pismo św. i w to, że Pismo św. jest święte. Jest bardzo ważną rzeczą, abyśmy uwierzyli "we wszelkie słowo i wszelkie poznanie", bo świadectwo Chrystusowe utrwalono, by utrwaliło się w nas. Zapomnienie Bożego słowa jest grzechem, a pamiętanie jest dobrym uczynkiem i źródłem szczęścia. No i chyba jeszcze należy powiedzieć to, że przodkowie nasi, że starzy mawiali: "Z jakim przestajesz, takim się stajesz". Więc: Czy może wierzący wybierać ateistę? Może! Oczywiście, że może. Ale, czy wolno? Były takie wybory i takie krzykliwe hasło: “Wybierzmy przyszłość”, a ten, którego hasłem były te słowa, lekką ręką podpisał ustawę aborcyjną. A Ojciec św., goszcząc na naszej ziemi, powiedział, że “Naród, który zabija własne dzieci, jest Narodem bez przyszłości”.

Kościół nasz, jest Kościołem oczekiwania, czuwania. Dlatego nie należy się dziwić, że słyszeliśmy tekst o rzeczach ostatecznych, o przyjściu Pana: “Bądźcie gotowi, czuwajcie, bo Syn Człowieczy przyjdzie”, a droga do chwały przyszłego świata wiedzie przez dobro, które człowiek czyni człowiekowi na ziemi. “W Nim to bowiem zostaliście wzbogaceni  - jak mówi Apostoł Narodów - we wszystko: we wszelkie słowo i wszelkie poznanie, bo świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was.”. AMEN.

Dział: OKRES ZWYKŁY

powolanieZ Ewangelii według świętego Jana Filip spotkał Natanaela i powiedział do niego: «Znaleźliśmy Tego, o którym pisał Mojżesz w Prawie i Prorocy, Jezusa, syna Józefa, z Nazaretu». Rzekł do niego Natanael: «Czyż może być co dobrego z Nazaretu?» Odpowiedział mu Filip: «Chodź i zobacz». Jezus ujrzał, jak Natanael zbliżał się do Niego, i powiedział o nim: «Patrz, to prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu». Powiedział do Niego Natanael: «Skąd mnie znasz?» Odrzekł mu Jezus:«Widziałem cię, zanim cię zawołał Filip, gdy byłeś pod drzewem figowym». Odpowiedział Mu Natanael: «Rabbi, Ty jesteś Synem Bożym, Ty jesteś królem Izraela!» Odparł mu Jezus: «Czy dlatego wierzysz, że powiedziałem ci: „Widziałem cię pod drzewem figowym”? Zobaczysz jeszcze więcej niż to». Potem powiedział do niego: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego». (J 1,45-51)

Refleksja nad Słowem Bożym

Obchodzimy liturgiczne święto Apostoła Bartłomieja, zwanego również Natanaelem. Pochodził z Galilei. Przyprowadził go do Chrystusa Apostoł Filip. Pan Jezus przyjął go za Apostoła. Z tradycji Kościoła wiemy, że głosił Ewangelię, po zmartwychwstaniu Chrystusa Pana, w Indiach i tam poniósł męczeńską śmierć.

Stawiamy pytanie: Dlaczego ten człowiek przyszedł do Chrystusa? Rozważając Ewangelię, zdajemy sobie sprawę, że był człowiekiem szlachetnym. Pan Jezus powiedział: “Oto prawdziwy Izraelita, w którym nie ma podstępu”. Był człowiekiem poszukującym, niespokojnym. Zdawał sobie sprawę, że wszystko, co go otacza: jego praca, zajęcia, dążenia ludzkie nie zaspakajają w pełni aspiracji jego duszy. Przyszedł do Chrystusa, ponieważ został na pociągnięty Bożą łaską, i został już z Chrystusem na zawsze. Doszedł do przekonania, że Chrystus jedynie może zaspokoić wszystkie aspiracje duszy człowieczej. Został, bo Chrystus Pan – jak wyznał – był i jest Synem Bożym. Odkrył w Chrystusie Bożą mądrość, i to, że Chrystus wszystko o nim wie. I dlatego Bartłomiej nie bał się oddać Chrystusowi całe swoje życie. I – jak Chrystus umarł za człowieka – on również oddał swoje życie, umierając męczeńską śmiercią.

Ten Apostoł jest dla nas również znakiem, jest dla nas wskazówką gdzie i jak mamy szukać rozwiązań w naszym życiu. Każdy z nas ma swoje aspiracje, do czegoś dąży. I każdy z nas dochodzi do wniosku, po pewnym okresie przeżytych lat, że nic nie zaspokoi serca człowieka na ziemi, jedynie Bóg – “Niespokojne jest serce ludzkie, dopóki nie spocznie w Bogu” (św. Augustyn, Wyznania). Obecnie wielu ludzi, patrząc na sytuację, która tworzy się na całym świecie na różnych odcinkach ludzkiego życia, dochodzi do wniosku, że jedynie Chrystus Pan jest naszą nadzieją, bo On jest “bogaty w miłosierdzie”, bo On jest Mądrością samą, bo tylko On zmartwychwstał, tylko On zostawił pusty grób, i tylko On jest naszym Pośrednikiem u Ojca. To On, Jezus Chrystus, napełnia duszę człowieka radością, nadzieją na zmartwychwstanie.

Dziękujmy Bogu, że należymy do kościoła Chrystusowego, że należymy do Chrystusa; dziękujmy za wielki dar wiary i prośmy, abyśmy byli apostołami Chrystusa Pana, świadkami Jego dobroci i Jego miłosierdzia. Niech się tak stanie.

Dział: OKRES ZWYKŁY
wtorek, 23 sierpień 2016 11:04

Słowo Boże na dziś - Biada wam, obłudnicy

obluda-faryzeuszy

Z Ewangelii według Świętego Mateusza  Jezus przemówił tymi słowami: «Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dajecie dziesięcinę z mięty, kopru i kminku, lecz zaniedbaliście to, co ważniejsze jest w Prawie: sprawiedliwość, miłosierdzie i wiarę. To zaś należało czynić, a tamtego nie zaniedbywać. Ślepi przewodnicy, którzy przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda! Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze obłudnicy, bo dbacie o czystość zewnętrznej strony kubka i misy, a wewnątrz pełne są zdzierstwa i niepowściągliwości. Faryzeuszu ślepy! Oczyść wpierw wnętrze kubka, żeby i zewnętrzna jego strona stała się czysta». (Mt 23, 23-26)

Refleksja nad Słowem Bożym

Faryzeusze prezentowali dobre samopoczucie, patrząc na swoje życie. Do tego dochodziło "oglądanie" i ocena innych "z góry". Powołując się na swoich ojców, mistrzów, wychowawców, przodków wskazywali, że od nich uczyli się życia, oni ich stworzyli. Zwyczaje, jakie po nich przejęli, stały się źródłem postępowania i zachętą do wierności. Równocześnie faryzeusze nie chcieli słuchać o tym, gdy mówił Jezus, że postępowanie tych, na których bez żenady się powołują, było wysoce niemoralne. Oni zabijali proroków, uciskali ubogich i słabych, współziomków podporządkowywali sobie, nie patrząc na to, że ci wołają do Boga o ulitowanie się nad nimi.

Człowiek nie chce w pewnych sytuacjach, mówić całej prawdy o drugim, który uczuciowo, w obszarze miłych dla niego wspomnień, jest osobą bliską. Jeśli jednak pokazujemy siebie, czy też swoich znajomych, stawiając za przykład moralnego postępowania, to należy odsłonić nie tylko to, co rzeczywiście jest świetlane w jego życiu, lecz i obszar, który stanowi jego "cień". Mówiąc o tym, że dany człowiek był naukowcem wysokiej klasy, przy okazji przemilczano fakt, że niszczył opozycję, współpracując z reżimem komunistycznym, a swoją bezwzględnością i brutalnością doprowadził żonę do choroby psychicznej. Widzimy czasem to, co chcemy widzieć. Tworzymy czyjś obraz w taki sposób, aby inni mogli go przyjąć. Jezus stanowczo przeciwstawia się temu, mówiąc: „Biada wam, uczeni w Piśmie i faryzeusze, obłudnicy!”.

Nie jest rzeczą łatwą powiedzieć drugiemu człowiekowi o niepokoju, jaki w sobie noszę, spowodowanemu jego niestosownym zachowaniem, przez co, wiele osób z jego powodu zostało zranionych. Gdy człowiek chce żyć uczciwie, mówić to, co w swoim sumieniu i sercu rozeznaje za prawdę, musi liczyć się z tym, że będzie odrzucony przez niektórych. Trzeba żyć w orbicie Bożego oddziaływania, aby mieć odwagę być człowiekiem prawym, prawdziwym, konsekwentnie realizującym swoje ludzkie i chrześcijańskie powołanie.

Chlubienie się czymś lub kimś bywa naciągane i można nazwać obłudą. Podobnie jak dorastający, młody człowiek, wstydząc się, że w jego domu są częste awantury, opowiadając o własnej rodzinie skrzętnie ukrywa owe fakty. I to jest zrozumiałe, że byłaby to informacja zupełnie niepotrzebna dla rówieśników, a mogłaby narazić młodego człowieka na uszczypliwe uwagi. Zupełnie inaczej sytuacja wyglądała w odniesieniu do faryzeuszów. Ci czynili wszystko, aby się ludziom pokazać, aby dobrze wypaść, nie dbając o to, jak wygląda ich wnętrze, jakimi wartościami napełnione jest ich serce. Człowiek który usiłuje ukryć prawdę przed samym sobą, przyczynia się do własnej demoralizacji, deprawacji. Prawda, bez względu na to, jaką ona jest, winna być wypowiadana przed Bogiem i ludźmi.

Nie należy wybiórczo przyjmować prawd wiary. Jedne przykazania są "w porządku", inne zaś, nie uwzględniają naszej mentalności i potrzeb człowieka tego czasu. Gdy usłyszymy o kimś, kto się zachował inaczej niż sami myślimy, negatywnie oceniamy go za inne widzenie sprawy, lub pomijamy milczeniem jego dokonania. Niektórym zagraża przeświadczenie, że posiadają monopol naprawdę. Nie wspierają innych w obszarze ich rozsądnego rozumowania, a jedynie oczekują, by ci przejęli to, co mają im do przekazania, jako jedyną prawdę. Narzucanie innym swojego punktu widzenia jest niedojrzałością. Nie uwzględnia się wolności człowieka. Naświetlając problem, przedstawiając go tak, aby drugi człowiek mógł podjąć decyzję, dokonać wyboru w obszarze swojej wolności, wówczas rzeczywiście mamy na uwadze jego całościowy rozwój.

Czy narzucanie innym swoich poglądów, zamiast solidnej edukacji i wychowania, nie jest pewną formą prześladowania, a nawet niszczenia ich jednostkowej wrażliwości i rozumienia spraw, gdy równocześnie działają w dobrej wierze? Dlatego Jezus mówi "biada" tym, którzy poznali zasady umożliwiające życie w bliskości Boga, a tym samym prowadzące do Jego Królestwa, a swoją perfidną manipulacją w obszarze spraw religijnych, moralnych czy duchowych – zniechęcili, a nawet odtrącili chętnych do życia religijnego. Człowiek, który stoi na czele grupy, zespołu, wspólnoty wyznaniowej, a którego obowiązują określone zasady, nie powinien tychże interpretować tak, by ci, którzy go słuchają, niebyli w stanie poznać Boga, Ojca Miłosierdzia.

Przywódcy religijni, uczeni w Piśmie i Faryzeusze, okazywali się tymi, którzy nie wspierali dążenie do Boga, lecz wręcz je utrudniali, a nawet uniemożliwiali "wkładając na ludzi (prosty lud) ciężary nie do uniesienia, a sami, jednym palcem ciężarów tych nie dotykali. Dobrze jest zdobyć się i na taką refleksję, czy nie przeszkadzam innym w rozwoju do wewnętrznej wolności, w życiu blisko Boga?

Człowiek, który nie chce przyznać się do popełnionych błędów, stosuje czasem metodę "obrony przez atak". Tak uczynili faryzeusze, którzy "poczęli gwałtownie nastawać na Niego. Czyhali przy tym, żeby Go podchwycić na jakimś słowie". Może to niewiele, ale w pewnych sytuacjach wystarcza: "Przepraszam, popełniłem błąd"; "Boże, miej litość dla mnie grzesznika; Boże, bądź miłościw mnie grzesznemu".

Jezusowe „biada” nie dotyczy tylko faryzeuszy i uczonych w Piśmie – dotyczy każdego z nas, których postawa, codzienne zachowanie niedalekie jest od faryzeuszy.

Jezusowe „biada” dotyczy tych wszystkich, którzy zatrzymują się na powierzchownych praktykach religijnych, którzy przydają wartości rzeczom mało istotnym, a zaniedbują sprawiedliwość, miłosierdzie i wierność, zaniedbują to, co głęboko ludzkie. Nie wystarczą bowiem nawet najbardziej nienaganne czyny zewnętrzne, jeśli w naszym wnętrzu jest zdzierstwo, tzn. pragnienie gnębienia innych, pragnienie władxzy nad innymi – to także spotyka się z Jezusowym "biada", to także jest napiętnowane przez Jezusa.

Trzeba nam pamiętać, że ludzką rzeczą jest błądzenie, ale i ludzką jest umiejętność zmiany myślenia wskazująca na to, że człowiek zrozumiał swój błąd i odwraca się od niego. Problem jest wtedy, gdy człowiek nie uczy się myśleć. Myślenie jest zdolne przemienić człowieka. Mówimy o myśleniu, które jest prawdziwe, kształtowane na Słowie które nie przemija, a które zawiera moc Ducha Świętego. To On uwrażliwia człowieka zarówno na łaskę, jak i na samo pojęcie grzechu.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
poniedziałek, 22 sierpień 2016 14:10

Maryjo - Królująca na ziemi i w niebie.

Maryjo - Królująca na ziemi i w niebie. maryja-krolowa
Tyle wierszy powstaje wielbiących Ciebie
Samo Niebo splotło Ci z gwiazd swych koronę,
Twe Matczyne serce zostało wywyższone...
 
Tyś jest Królową, co łączy ziemię z niebem
Co łączy chleb ziemi z Boga żyznym Chlebem
Dziękuję Ci Maryjo, Królowo Nieba i ziemi za to
że wstawiasz się za nami grzesznymi.
 
Boś z ciałem i duszą wzięta do Nieba została
Boś została wywyższona przez Jezusa Pana
Jako nasza Królowa, Królowa wszystkiego,
byś bardziej upodobniła się do Syna swego.
 
I ja klękam przed Tobą z pochyloną głową.
Matko Nieba i Ziemi, wszelkich cnót Królowo,
I ja także o Maryjo obiecuję dziś Tobie,
że uczynię Cię Królową i koronę zrobię.
 
Ukoronuję Cię Maryjo w sercu swoim
bardziej niż w figurze, co w kościele stoi.
Bardziej niż w obrazie, co na ścianie wisi,
Ukoronuję Cię Maryjo mą miłością w ciszy...
 
Bardziej niż szczerym złotem, klejnotami.
Bardziej niż drogocennymi kamieniami,
Dużo bardziej niż pachnącymi kwiatami.
Ukoronuję Cię Maryjo dobrymi czynami...
 
 
22 sierpień 2015 r. Maria Korzonek
Dział: OKRES ZWYKŁY

maryja-krolowaZ Ewangelii według świętego Łukasza Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: «Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami». Ona zmieszała się na te słowa i rozważała, co miałoby znaczyć to pozdrowienie. Lecz anioł rzekł do Niej: «Nie bój się, Maryjo, znalazłaś bowiem łaskę u Boga. Oto poczniesz i porodzisz Syna, któremu nadasz imię Jezus. Będzie On wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da Mu tron Jego praojca, Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a Jego panowaniu nie będzie końca». Na to Maryja rzekła do anioła: «Jakże się to stanie, skoro nie znam męża?» Anioł Jej odpowiedział: «Duch Święty zstąpi na Ciebie i moc Najwyższego osłoni Cię. Dlatego też Święte, które się narodzi, będzie nazwane Synem Bożym. A oto również krewna Twoja, Elżbieta, poczęła w swej starości syna i jest już w szóstym miesiącu ta, która uchodzi za niepłodną. Dla Boga bowiem nie ma nic niemożliwego». Na to rzekła Maryja: «Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa». Wtedy odszedł od Niej anioł. (Łk 1, 26-38)

Refleksja nad Słowem Bożym

Królować to znaczy służyć

Z wielkim zaciekawieniem wsłuchujemy się w wiadomości, które przychodzą z wielkiego świata. Nasze oczy rozszerzają się, gdy patrzymy na bogactwo, na zbytek możnych tego świata; tych, którzy w swoich rękach dzierżą stery władzy. Królowie tej ziemi. Patrzymy na nich i myślimy: mój Boże, gdybym miała..., gdybym posiadał chociaż drobną część tego, co oni posiadają, wreszcie skończyłyby się moje kłopoty, skończyłyby się problemy i mógłbym z jasnym obliczem spoglądać w kolejny nadchodzący dzień, nie bojąc się, że przyniesie on porażkę życiową.

Nasłuchujemy pilnie tego, co mówi się o władcach, królach, prezydentach, a dzisiaj przed nami staje Królowa, ale jakże inna: jakaś niedzisiejsza, niektórzy powiedzieliby – nienormalna. Bo przecież nie miała swojego pałacu; urodziła się w zwykłym, biednym domu. Nikt od początku Jej życia nie otaczał Jej przepychem. Musiała pracować tak, jak każdy z nas; trudzić się przez cały dzień tak, jak każdy z nas. To ma być Królowa?

Kiedy Anioł stanął przed Tą pokorną dziewczyną, zwykłą palestyńską dziewczyną, Ta schyliła głowę: “Oto ja, służebnica Pańska”. I w tym monecie w niebie, jakby oddech miliardów głosów, oddech ulgi. Bo oto, to Przeczyste Naczynie, Ta, z której ust nigdy nie wyszła żadna nieprawość, żadne kłamstwo, przyjmuje misję powierzoną Jej przez Boga. To prawda, ma trochę obaw, bo nie wie, jak dokona się to wszystko. Ale cała jest jednym wielkim Zaufaniem złożonym w Panu Bogu. A Bóg wybrał To Naczynie, bo Ono nie patrzy tak, jak człowiek; nie zachwyca się tym, co zewnętrzne, lecz patrzy w serce człowieka. A to Serce, które miał przed sobą Anioł Gabriel, było przeczyste; a to Serce było napełnione miłością do każdego stworzenia; a w tym Sercu nigdy nie powstała zdrada. A usta, które wypowiedziały te przepiękne słowa: “Oto ja służebnica Pańska...”, nigdy nie skalały się kłamstwem.

Dziwna jakaś Ta Królowa. Taka niedzisiejsza. W świecie, gdzie pod słowem “dyplomacja”, próbuje się często ukryć największe świństwa i zdrady; w świecie, gdzie dla dobra ludzi często niszczy się ich i rani; w świecie, który nie kocha prostych i ubogich, a przecież taką była Maryja i takimi jest większość z nas.

Przedziwna Królowa. Ale Bóg spojrzał na Nią z miłością. Wybrał Ją, bo cała oddała się Jemu.

A jak to jest z nami? Bo możnaby pozostać tylko na zachwycie nad Maryją, Królową świata, Tą, która oddała całe swoje życie Bogu. Ale jak to jest ze mną? Bo przecież Ona jest moją Matką, a dziecko – choć trochę – podobne do swojej Matki być powinno; brać z Niej przykład; uczyć się od Niej. Jak to jest z moim zaufaniem, z moim oddaniem się Bogu, z moim podejściem do bliźnich? Czy Maryja przypadkiem patrząc na mnie i moje postępowanie, nie opuszcza smutnie głowy, zastanawiając się: Czy to naprawdę moje dziecko, to, które powierza mi się codziennie w tylu modlitwach, w tylu prośbach? Za modlitwą i prośbą musi iść konkretne działanie. Maryja wiele czasu musiała spędzać na modlitwie: rozmawiać z Bogiem i pytać Go o radę. I z tego czasu rodziło się Jej działanie. Rozmawiam z Bogiem i pytam Go, jak mam postępować, i staram się Jego odpowiedzi, Jego rady wcielać w moje życie – tak, jak Maryja – by nie pozostać tylko na jednym: na ciągłym proszeniu, ciągłej modlitwie, które nie będą miały odzwierciedlenia w moim życiu. W Maryi te dwie strony doskonale współgrały: modlitwa – zawierzenie Bogu, cudownie przekładały się na życie, na Jej postępowanie, na Jej słowa.

Ktoś może powiedzieć: Nie jestem tak doskonałym, jak Ona. Ale czy staram się na tyle, na ile potrafię, na ile mnie stać? Wszak jestem z królewskiego rodu. Królowa Wszechświata jest moją Matką, moją Mamą, do której zawsze mogę przyjść, od Której mogę się uczyć – nie tylko dziś, kiedy Ją wspominamy, ale każdego dnia, każdej chwili.

Oto ja służebnica Pańska, niech mi się stanie według twego słowa”. Niechaj to zawołanie Maryi będzie naszym mottem życiowym. I nie patrzmy już na to, co zewnętrzne, lecz próbujmy dojrzeć to, co w sercu; spojrzeć tak, jak Bóg, i żyć tak, jak nasza Mama niebieska. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

pokoraUmiłowani bracia i siostry! Kościół św. w dniu dzisiejszym chce nas nauczyć cnoty pokory. W pierwszym czytaniu mądrość Boża wskazuje nam drogę do prawdziwej wielkości, zasługującej na uznanie w oczach Boga i ludzi. A droga, która prowadzi do Boga, według św. Pawła, prowadzi przez Jezusa Chrystusa. Jest ona pewna, pod warunkiem, że będziemy Go naśladować we wszystkim.

W dzisiejszej Ewangelii Chrystus Pan nawiązuje do pewnego zdarzenia, które zaobserwował w swoim otoczeniu. „Wybierali so­bie pierwsze miejsca" (Łk 14, 7), a czynili to zapewne tak ener­gicznie, że nie uszłoi to uwagi Zbawiciela, i dlatego Jego nauka: bądź pokorny, zajmuj ostatnie miejsce, a ten który cię zaprosił będzie pamiętał o tobie i posadzi cię wyżej. „Każdy kto się wy­wyższa, będzie poniżony, a kto się poniża, będzie wywyższony" (Łk 14, 11). Dochodzimy więc do sedna zagadnienia, które zostało przed nami postawione. Jest nim problem pokory. Pokora bowiem decyduje o wielkości człowieka. Już św. Franciszek z Asyżu, ten pokorny naśladowca Chrystusa powiedział: „Człowiek jest tym kim jest, i niczym więcej". Pokora bowiem nie urąga pragnieniu wielkości, poprzez którą człowiek chce utrwalić samego siebie, ale jest ona równoiwagą rozumu, który zna swoje miejsce, oraz ser­ca, które nie pragnie ponad miarę. To Bóg wyznaczył człowie­kowi miarę. Nie może on jej przekroczyć, bo wtedy zajmie cu­dze miejsce i może usłyszeć: Przyjacielu, przesiądź się niżej! (Łk 14, 9). Pycha jest przejawem głupoty. Burzy ona porządek, którego nie można burzyć bezkarnie. Na przełomie sierpnia i września, kiedy stajemy przed kolejną rocznicą straszliwej za­wieruchy wojennej, rozpętanej przez „nadludzi", owładniętych szatańską pychą panowania nad całym światem, wiemy do cze­go prowadzi zburzony porządek dany przez Boga! Człowiek, człowiekowi gotuje tak straszliwy los wówczas, kiedy obali porzą­dek wartości, zakodowany w jego sercu. Ileż krzywd wyrządziła bliźnim niepohamowana pogoń za bogactwem, za zdobywaniem w niegodziwy sposób zaszczytów i godności? Porządek oparty na subiektywnym prawie, bez liczenia się z prawem innych ludzi, a zwłaszcza z Bożym prawem, prowadzi nieuchronnie do groźnych konfliktów. Dlatego, boimy się ludzi, którym brak pokory! A lu­dzi naprawdę wielkich podziwamy za ich pokorę. To chyba dlatego wyrocznia delficka nazwała Sokratesa najmędrszym. Je­mu to przypisuje się słynne powiedzenie: „Wiem, że nic nie wiem..." To dlatego urzeka nas pokora, prawdziwa kultura bycia u ludzi naprawdę wielkich. Im więcej wiedzą, głębiej są prze­świadczeni, że wiele jeszcze im brakuje, stąd ta skromność i po­kora.

Drodzy bracia i siostry! Wróćmy do dzisiejszej Ewangelii. Chry­stus Pan nie tylko mówił o wartości pokory, ale całym swoim życiem dawał przykład jak ją praktykować. Dlatego zwraca się do nas wszystkich: „Uczcie się ode Mnie, że jestem cichy i po­kornego serca" (Mt 11, 29). To wskazanie będzie miało zawsze wielu zwolenników. Nie można stać się świętym, dobrym czło­wiekiem, nie będąc pokornym. Porywającym przykładem wiel­kości i pokory jest Najświętsza Maryja Panna, pokorna Służebnica Pańska. Włączyła się w zbawczy plan Ojca Niebieskiego z całą świadomością i pokorą. W domu Elżbiety wyśpiewa prze­piękny hymn „Magnificat" – „Wielbi dusza moja Pana", w któ­rym odda chwałę Panu ale też stwierdzi, że „odtąd błogosławić mnie będą wszystkie pokolenia, gdyż Pan wejrzał na uniżenie swojej Służebnicy". Pyszniących się zamysłami serc swoich Bóg rozproszy, władców strąci z tronu, a bogatych z niczym od­prawi. Bóg, bowiem – mówi dalej Maryja – okaże moc swego ramienia tym, którzy się Go boją. Pokornych wywyższy i głod­nych nakarmi, bo Jego miłosierdzie z pokolenia na pokolenie (Łk 1, 46–55). Wielkość niedościgła, ale zarazem pokora godna Matki Zbawiciela.

Tak będzie zawsze. Kiedy Matka Boża objawi się w La Salette dwojgu biednym dzieciom w dniu dziewiętnastym wrześ­nia 1846 r. – to całą swoją postawą i ubiorem, przypomni nam o tej zapomnianej cnocie, jaką jest skromność i pokora. Gdy stajemy na miejscu zjawienia w La Salette, 1800 metrów npm., w tej wspaniałej scenerii szczytów alpejskich, widzimy potęgę Stwórcy, a zarazem naszą małość. Wtedy przeżywa się prawdę wyznania poety: „Czymże jestem Panie, przed Twoim Obliczem – prochem i niczem" (A. Mickiewicz). W La Salette, w otoczeniu cudownej przyrody, padają ważkie słowa nawołujące ludzi do przestrzegania porządku wartości. Orędzie Matki Bożej z La Salette – powie później znany francuski pisarz Leon Bloy – jest wołaniem o powrót człowieka do ładu moralnego ustanowionego przez Boga!

Idąc za przykładem pokornej Służebnicy Pańskiej, wielu Polaków zdobyło szczyty świętości. Wspomnieć tu nam trzeba, choć­by św. Maksymiliana, męczennika z Oświęcimia, który w szkole Niepokalanej nauczył się, jak zwyciężać zło – dobrem i poko­rą. Na pewno spotkaliśmy ludzi szlachetnych, dobrych, którzy bezinteresownie świadczyli drugim dobro. Dobrych jak chleb, który wszystkim smakuje. Tak mówiono o św. Bracie Albercie, apostole dobroci. Spotkanie takich ludzi uważajmy za wielki dar Boży. Oni to czynią nasze życie bardziej znośnym i ludzkim. „Ostatni będą pierwszymi, a pierwsi ostatnimi" (Mt 30, 16). Jest w tym stwierdzeniu zawarta wielka mądrość Boża. Sprawiedliwy Ojciec Niebieski zadba, aby wszystkie krzywdy były naprawione, aby wszystkie nierówności były wyrównane, a wszystkie długi zwró­cone.

Drodzy bracia i siostry, zwłaszcza wy, którzy uważacie, że jesteście przez życie pokrzywdzeni, że nikt się Wami nie inte­resuje, że jesteście opuszczeni, słuchajcie co mówi nam Pan: „Ostatni będą pierwszymi". O nikim Pan nie zapomni! Błogosła­wieni jesteście, którzy dobrze czynicie, a wy – smutni, cierpią­cy, płaczący – będziecie pocieszeni.

Drodzy bracia i siostry! Za chwilę stanie wśród nas Chry­stus w Eucharystii. On niedościgły wzór miłości prosi nas, byś­my uczyli się od Niego, jak mamy być cisi i pokorni, by stać się wielkimi w oczach Bożych. Niech Najświętsza Maryja Panna, pokorna Służebnica Pańska dopomaga nam do zdobycia tych wiel­kich cnót: pokory, skromności i szlachetności, które sprawią, że życie w ojczyźnie naszej będzie pełne szczęścia i pokoju. Amen.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

pokoraUkochani Bracia i Siostryi! Wakacje się kończą, a słoneczne były jak rzadko i krótkie jak zawsze. Tak wiele wydarzeń dał nam przeżyć Pan: Ojciec św. był wśród nas, pola nam zbożem obrodziły, sejm się namozolił i ustaw nam wiele dostarczył, sportowcy zło­to przywieźli, a pielgrzymów na Jasną Górę doszło pieszo tyle tysięcy, że trudno policzyć; rolnicy przynieśli do kościoła najurodziwsze kłosy, pierwsze owoce i polskie kwiaty Matce Boskiej Zielnej.

Cudowny jest Pan Bóg, że czas nam podzielił na wakacje i rok nauki, na miesiące pracy i oczekiwania na urlopy; a wszyst­ko to po to, aby człowiek łatwiej sobie lata liczył i z każdym rokiem stawał się lepszym człowiekiem. My wszyscy przez Ojca Stwórcę jesteśmy powołani, aby przez dane nam życie kształto­wać swoje człowieczeństwo, na wzór Ojca, który jest doskonały. Sam Bóg stawszy się Człowiekiem nie tylko ukazał nam piękno człowieka, ale nauczył nas jak kształtować w sobie wewnętrz­nego człowieka. Piękno człowieka nie polega tylko na zewnętrz­nym wyglądzie, ale na pięknie ukształtowanej osobowości, na pięknie jego serca.

Można przecież wyhodować okazowe egzemplarze ludzkie, z harmonijnymi proporcjami ciała, z doskonałymi manierami, z per­fekcyjną sprawnością ciała, ale zawsze będziemy pytać, jaki to jest człowiek? Z uznaniem oglądamy gwiazdy filmowe, laurea­tów wszelkich konkursów, medalistów sportowych, mężów sta­nu, ale znów pytamy: na ile on jest człowiekiem?

W ostatnie niedziele zaskakuje nas Pan Jezus swymi naukami wobec faryzeuszów. Przecież to ludzie wykształceni, elita ówcze­snego społeczeństwa; a jednak wobec nich Pan Jezus mówi tak mocno, że aż dziwne, iż mówi to Dobry Nauczyciel. Dlaczego ich tak zaczepia? Przecież mają dobre maniery, są wykształce­ni, ubierają się pobożnie, a On do nich: groby pobielane! Na zewnątrz jesteście przyzwoici, a wewnątrz pełni zgnilizny, swoje kubki obmywacie z wierzchu, a w środku są pełne plugastwa. Unikacie nieczystych pokarmów, abyście się nie zabrudzili, a nie to paskudzi człowieka, co wychodzi na zewnątrz, lecz to, co po­chodzi z serca człowieka: pycha, nienawiść, cudzołóstwo, zazdrość – to czyni człowieka wstrętnym (Mt 23, 25–29). Mimo to Pan Jezus chodził do celników, rzymskich kolaborantów, był u Szymona – przewodniczącego faryzeuszów, a towarzysze Szy­mona Go podglądali. To filmowa prawie scena, gdy w tym to­warzystwie znalazła się Magdalena, która łzami obmywała sto­py Jezusa, ocierała je włosami, namaszczała drogim olejkiem (Łk 7, 37–49). A oni myśleli: gdyby On wiedział, kim ona jest? Wiedział. Wiedział, ale korzystając z tej sposobności poka­zał im, że są o wiele podlejszym gatunkiem niż ona. Patrz, Szy­monie – przyszedłem do twego domu, a ty mnie nie przywi­tałeś, a ona – odkąd weszła – całuje moje stopy. Nie dałeś mi sposobności, abym obmył ręce, a ona łzami stopy Mi obmyła. Nie namaściłeś Mi głowy, a ona stopy moje namaszcza (Łk 7, 44–47). No i cóż, wielki człowieku? Ona jest tylko jawnogrzesz­nicą i potrafi płakać, a ty zostałeś tylko chamowatym faryzeu­szem.

A dziś w Ewangelii: No i cóż panowie, tak się pchacie na pierwsze stołki? Te krzesła są nie dla was. Przyjdzie ktoś god­niejszy i każą ci przesiąść się na koniec, i będzie ci głupio wobec wszystkich biesiadników (Łk 14, 8–10). I cóż, kochany – słuchając tego wszystkiego powiesz: Ale ich Pan Jezus zrobił na szaro. Tak, ale to jest lekcja dla każdego z nas, On to do nas mówi.

Zaczyna się rok szkolny. Tyle milionów młodych ludzi roz­pocznie pracę nad kształtowaniem swego umysłu i swojego cha­rakteru. Wszyscy pragniemy, aby urosło nam pokolenie mądrych, pięknych ludzi, „nowych ludzi plemię, jakich dotąd nie widziano". W znalezieniu metody kształtowania pięknego człowieka niech nam pomogą trzy zdania:

– Cóż pomoże człowiekowi, choćby cały świat zyskał, a na duszy poniósł szkodę? (Mt 16, 26). Po­śród was będzie inaczej: jeśli kto chce być wielkim, niech bę­dzie jako sługa (Mt 20, 26). To Pan Jezus.

– Beznadziejnym, ikarowym lotem byłby cały wysiłek kultury nowożytnej, gdyby przez nierozwagę straciła podporę tych skrzydeł, które przypiął jej geniusz kultury antycznej. To Boy-Żeleński.

– Najważniej­szym w wychowaniu socjalistycznego człowieka jest najpierw wychować człowieka. Gdybyśmy uczynili inaczej, mielibyśmy do czynienia z politycznie uświadomioną bestią. To Igor Neverly.

Dziś, gdy jest ostatnia niedziela wakacji, gdy rozpoczną się zajęcia w szkole, katechizacja, uczenie się w domu, my wszyscy: rodzice, nauczyciele, ksiądz, siostra katechetka, musimy sobie uczciwie odpowiedzieć, czy moim dzieciom każdą lekcją, każdym spotkaniem pomogłem, aby stały się lepsze? A je­śli nie pomogłem albo przeszkodziłem, to lepiej, żeby mi u szyi uwiesili kamień młyński i zanurzyli w głębinie morza. Tak, to bardzo wielka odpowiedzialność.

To niech ksiądz nam powie, jak te dzieci uczyć, aby nam dobrze urosły? Jestem księdzem i wiem dobrze o jednym: nie urośnie piękny człowiek, jeśli nie będzie się modlił. Nie urośnie piękny człowiek, jeśli nie będzie się spowiadał. Nie urośnie piękny człowiek, jeśli nie będzie nosił w sobie Chrystusa. A jeśli wszyst­ko to uczyni dobrze, to nie będzie stał na rynku cały dzień próż­nując z łatwym tłumaczeniem: nikt nas nie chciał nająć. To nie głupia panna, której braknie oliwy. Ludzie wychowani w szkole Ewangelii inaczej mówią, inaczej patrzą, inaczej chodzą, a choć­by grzechy mieli, to są dobrzy ludzie, bo potrafią płakać i zaczynać od nowa.

Więc cóż, kochani chrześcijaninie, powiedz mi: to dobrze, że my jesteś inny niż ten faryzejski, chamski motłoch. Oj, nie tak! Przyjdą inni ze wschodu i z zachodu, z północy i z połu­dnia i uprzedzą was do królestwa. To co mam księże robić? Bądź wobec siebie i wobec Boga prawdziwy, prawy, pokorny. Będzie nowy rok szkol­ny – wszystko stanie się nowe. I człowiek musi zacząć jeszcze raz od nowa, i tacy są chrześcijanie – każdego dnia stają się bardziej prawdziwi, lepsi, pokorniejsi. A pośród nas tyle taniego blichtru, tyle troski o fasadę, tyle dulszczyzny, konwenansów, ob­łudy, zakłamania, tyle chamskiego pchania się nawet w kolejce do nieba. To nie są chrześcijanie. Ci jeszcze nie zaczęli być ludź­mi. Chrześcijanin drugiemu poda rękę, w drodze pomoże, chle­bem się podzieli, miejsca ustąpi i stanie na końcu. Tacy są chrze­ścijanie, a idąc do nieba zmęczeni są jak żniwiarze.

Więc stanę kiedyś w drzwiach Twego nieba, Panie, i powiem: przyniosłem Ci po żniwach jak chłop spracowany najpiękniejsze kłosy i pierwsze owoce. Weź je, Panie, a kwiaty polskie – to dla Twojej Matki, naszej Pani Zielnej. I będzie niebo, a w nim sami piękni ludzie. Panie, a będzie tam dla mnie kawałek miejsca ? Tak, tylko teraz naucz się sia­dać na końcu, naucz się pokory.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
Strona 1 z 3