Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: lipiec 2016
Artykuły filtrowane wg daty: lipiec 2016

drogaPoproszono mnie o podanie Komunii św. starszej, liczącej ponad osiemdziesiąt lat kobiecie, która od dłuższego czasu nie wychodziła z domu. Mieszkanie było czyste, schludne, ale bardzo ubogie. Rzadko się spotyka dom, w którym jest wyłącznie to, co konieczne do życia. Po spowiedzi i Komunii świętej chwila spokojnej rozmowy. W niej proste wyznanie kobiety: "Proszę się nie dziwić ubóstwu mego mieszkania. Trzykrotnie w życiu traciłam wszystko. W 1917 roku zostałam tylko z walizką, do której zdążyłam w ciągu pięciu minut wrzucić to, co najpotrzebniejsze. W roku 1939 straciłam nie tylko mieszkanie, lecz męża i dzieci. A po raz trzeci w Powstaniu Warszawskim straciłam wszystko, łącznie ze zdrowiem. Wydobyto mnie nieprzytomną i ciężko ranną spod gruzów. Od tego momentu już nic nie gromadzę. Tak Bóg uczył mnie ewangelicznego ubóstwa". Przypomina mi się to wyznanie w zestawieniu z pouczeniem Koheleta oraz z przypowieścią Jezusa o bogaczu budującym spichlerze.

Moi Drodzy! Aż do szpiku kości przenika wołanie Koheleta, które usłyszeliśmy przed chwilą: "marność nad marnościami – wszystko marność" (Koh 1, 2). Doświadczamy tej marności w miarę jak dojrzewamy w latach. Po mi­strzowsku sprecyzował mędrzec Pański różne sytuacje życiowe, w których człowiek tej marności doświadcza. Choćby i ta, stara jak świat i nowa jak dzisiejsze czasy, że człowiek, który w pracy odznacza się mądrością, wiedzą i dzielnością, musi oddać cały swój udział człowieko­wi, który nic nie włożył, nie podjął żadnego trudu. Wszystkie dni czło­wieka są cierpieniem.

Chrystus jeszcze mocniej nawiązał do tego tematu, przestrzegając tych, którzy nie myślą o kresie swych dni i lekko traktują życie. Lu­dziom, którym chciwość dóbr doczesnych, jadła i picia, którym zmy­słowość i seks, którym sława zaciemnia spojrzenie, powiedział: "Głup­cze, jeszcze tej nocy zażądają twej duszy" (Łk 12, 20). Kto gromadzi skarby dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem ten marnuje swoje życie.

Na pierwszy rzut oka wydaje się, że te prawdy są tak oczywiste i tak fundamentalne, że wystarczy mieć trochę zdrowego rozsądku, aby czynić właśnie nie tak, ale tak, jak chce Chrystus. A jednak życie mówi nam co innego. Zwróciliście może uwagę na refren dzisiejszego psalmu responsoryjnego: "Słysząc głos Pana serc nie zatwardzajcie" (por. Ps 95, 7-8). Jest to aluzja do narodu izraelskiego, kuszonego i ulegającego kusicielowi i perspektywom kusiciela. Bo każde deklarowanie się za mar­nością jest wpierw zetknięciem się z kusicielem i kuszeniem.

Kiedyś Konstanty Michalski, wybitny profesor i rektor Wszechnicy Jagiellońskiej, ksiądz misjonarz ze Stradomia, przypomniał, że człowiek musi wybierać a wybierając uważać, by nie uległ pokusie. Przede wszy­stkim tej pokusie, która sugeruje, by czyniąc dobro zezwolić na małe zło: wejść w mały kompromis, aby z tego wyniknęło większe dobro. Nie jest to teza, która by nie sprawdzała się w życiu. Iluż to ludzi, na ilu odcinkach życia paktuje ze złem, przymykając oczy i sądząc, że tak można. Ilu ludzi depcze Boskie przykazania, uważając, że one w pewnych sytuac­jach nie muszą obowiązywać. Ilu dojrzałych ludzi w swych interpreta­cjach etyki pracy, w życiu małżeńskim, w życiu społecznym, politycz­nym, w życiu religijnym paktuje ze złem i ulega pokusie, nie wie­dząc, jakie się za to ponosi konsekwencje. Mądrość ludzka powiedziała: daj palec, a wezmą ci rękę. Wielu ludzi doświadcza goryczy, kiedy to sprawdza się w życiu.

Dzisiaj Chrystus przypomina nam, że trzeba "zadać śmierć temu, co przyziemne" (Kol 3, 5). Dlatego mówi, że są błogosławieni ubodzy (śpiew przed ewangelią), ci, którzy mają odwagę poprzestać na małym i na tym, na ile ich stać. Nie rozpychają się na prawo i na lewo, żeby zbierać skarby dla siebie. I to jest mądrość życia, nie tamto. Choć wszyscy przekonują nas, że tamto jest mądrością życia. Wielu rodziców nawet mówi własnym dzieciom, że "trzeba iść przez życie mądrze" – ale "mą­drze" często w ich języku znaczy właśnie: nie tak, jak Chrystus.

A Paweł dzisiaj wyjaśnia nam słowa Chrystusa tym wspaniałym zda­niem: "Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie tego, co w górze" (Kol 1, 3). Na pesymizm Koheleta, że wszystko jest marnością, odpowiada Paweł powtarzając za Chrystusem, że nie wszy­stko jest marnością. Nie wszystko jest marnością wtedy, gdy szuka się tego, co "w górze". Gdy szuka się Boga i poprzez Boga czyta się świat i jego wartości. Bo taki jest czło­wiek, taką ma strukturę, że jeśli nie szuka "w górze", to najpierw pró­buje go pokusa, a potem jeśli ulegnie, demon pychy, demon chciwości czy demon zmysłowości. Przestrzegał Chrystus przed tymi trzema pożądliwościami, które w nas są. Dante w swojej Boskiej Komedii ukazał wizję świata, który musi od piekła przez czyściec iść do raju. To nie jest droga poetyckiej wizji, to jest droga, która przechodzi poprzez wnę­trze każdego z nas. Grozi nam dno, jeśli nie idziemy w górę. Grożą nam pokusy pychy, chciwości i zmysłowości w różnych przejawach, jeśli nas nie zafascynuje Bóg. Zafascynuje – a nie będzie tylko gdzieś na dalekim horyzoncie.

I dlatego te wspaniałe dzisiejsze słowa – być "bogatym przed Bo­giem i nie gromadzić skarbów dla siebie", "słyszeć głos Pana i nie zatwardzać swojego serca", i tak żyć, by śmierć była owocna dla przyszłego rozkwitu naszego życia – to są zdania mądrości chrześcijańskiej. Tymi wartościami całe pokolenia żyły i za te wartości od­dawały życie.

Ukochani Bracia i Siostry! Dobrze jest w czasie wakacyjnym te słowa usłyszeć. Usłyszeć w tak wspaniałej syntezie, jaką nam dzisiejsze teksty liturgiczne przedstawia­ją. Przypomnieć marność i przemijanie życia, o którym się dowiadujemy, doświadczając boleśnie śmierci i odejścia naszych najbliższych, czytając i słuchając  o tragicznych wypadkach, o aktach terrorystycznych, wiedząc, że i nas to czeka – ale równocześnie wiedząc, że od chrztu umarliśmy z Chrystusem, i że ten sam Chrystus, dla którego umarliśmy, przychodzi do nas w każdej mszy świętej mó­wiąc: "Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie". Czy rzeczywiście jest On moim życie, sensem mojego codziennego życia?

Trzeba nam zatem - kochani bracia i siostry - żyć tym życiem, które daje Chrystus! Dać Chrystusowi w nas żyć poza świątynią, tam gdzie jesteśmy, tam gdzie idziemy, gdzie podzi­wiamy piękno innych krajów i piękno przyrody, i wspaniałość ludzkie­go umysłu i ludzkiego serca. I cieszyć się, że dał nam Bóg łaskę wiary. Wiary, która wprowadza w nasze życie ład serca. Ład, ponieważ widzi­my jasno cel, do którego zdążamy i mamy moc od Boga, aby ten cel osiągnąć. To jest owo bogactwo, które czyni nas "bogatymi przed Bogiem”. Bądź więc "bogaty/bogata przed Bogiem – u Boga”. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

gdzie-ta-droga-prowadziUkochani Bracia i Siostry! Wielu trudnych prawd nauczył nas Pan Jezus przez przypo­wieści i porównania osnute wokół pracy na roli. Wyszedł siew­ca siać ziarno... gleba urodzajna przyniosła plon stokrotny... Panie! Czyż nie posiałeś dobrego Ziarna? Skądże wziął się kąkol? ... Jeśli ziarno wpadłszy w ziemię nie obum­rze, pozostanie samo... Roślina najpierw wypuszcza kie­łek, potem źdźbło, a wreszcie kłos, w którym jest ziarno... A gdy nadejdzie czas żniwa... .

Moi drodzy! Żaden etap pracy na roli nie został pominięty. Nauczyciel wykorzystał cały proces rozwoju rośliny, aby nas wprowadzić w tajemnice królestwa Bożego. Ewangelia jest nasycona pracą na roli, począwszy od rytmicznego wysiłku siewcy, który wrzuca w ziemię ziarno, poprzez szum dojrzewających łanów aż do ra­dości tych, którzy niosą snopy, "owoc ziemi i pracy rąk ludz­kich".

Obserwacja codziennego trudu uczy nas, że bogactwa, które człowiek nazywa swoimi, nie są jedynie owocem jego pracy. Są również darem ziemi, są również darem Stwórcy. Może właśnie trud siewcy i wysiłek żniwiarza mówią najlepiej o wspaniałym posłannictwie jakie człowiek otrzymał od Stwórcy. Bóg Stwórca złożył w człowieku moc przetwarzania tej ziemi. Uczynił go na swój „obraz i podobieństwo". W twórczej pracy ujaw­nia się nasze podobieństwo do Boga. Rolnik, który czyni sobie ziemię poddaną, staje się przez swą pracę w pocie czoła prawdziwym dzieckiem Tego, który jest Ojcem i Stwórcą nieba i ziemi. Stworzyć i przetwarzać swą pracą... Bóg dawca istnienia... a człowiek pracujący, pozostawiający na tym, co ist­nieje, ślad swego twórczego, rozumnego działania. W pocie czoła, w codziennym wysiłku, uczymy się radosnej prawdy, że jesteś­my dziećmi „Boga Ojca wszechmogącego Stworzyciela nieba i ziemi".

Ukochani Bracia i Siostry! Mówi się dziś wiele o godności pracy ludzkiej, o tym, że pra­ca jest związana istotnie z życiem człowieka, a nawet, że praca człowieka tworzy. Trzeba, abyśmy na nasz codzienny trud nau­czyli się patrzeć głębiej. Najpiękniejszą lekcją jest codzienny chleb, ten nowy chleb, pełny kłos zbierany z naszych pól. Ten chleb jest owocem ziemi i pracy rąk ludzkich. Praca dlatego i o tyle tworzy człowieka, o ile pozwala mu odnaleźć twórczą moc właściwą tylko ludziom, rozumnym stworzeniom. Człowiek wydobywający z ziemi jej bogactwo i czyniący je swoim staje się dzieckiem Tego, który jest najwyższą Mądrością i źródłem wszel­kiego dobra.

Jeśli jesteśmy dziećmi Boga, to ujawnia się ta nasza godność w codziennym twórczym i rozumnym wysiłku. Był czas kiedy myślano, że najważniejszym zadaniem rozwijającego się gwałtow­nie postępu technicznego jest przyjście z ulgą tym, którzy dźwi­gają ciężar pracy w pocie czoła. Nie bez słuszności ludzie pragną, aby praca nie była ponad siły, aby trud nie wyniszczał człowie­ka. Dziś jednak możemy z całą pewnością stwierdzić, że postęp techniki, choć ułatwił pracę człowieka, to jednak często odbiera człowiekowi świadomość twórczej współpracy z Bogiem Stwórcą. Warsztat pracy, na którym dojrzewają do żniw łany zbóż, więcej mówi człowiekowi o jego związku z Bogiem niż zadymione i ruchliwe dzielnice przemysłowych miast. Kapłani mo­gliby wiele powiedzieć o głębokich nawróceniach ludzi, którym dane było zatrzymać się na chwilę w pędzie miejskiego pośpie­chu i odetchnąć pięknem świata. Teraz, na przełomie wakacyj­nych miesięcy, odbywają się prawdziwe rekolekcje, w czasie których najpiękniejszą naukę głosi człowiekowi sam Stwórca, gdy poizwala mu zbierać z pól chleb "owoc ziemi i pracy rąk ludz­kich".

Dzisiejsza Ewangelia niesie nam jeszcze jedno ostrzeżenie. Mo­żna je streścić słowami Ojca św. (6 czerwca 1979 do pielgrzy­mów ze Śląska). Człowiek "okazuje się panem, a nie niewolnikiem ziemi, a także panem, a nie niewolnikiem pracy". Pracowi­cie gromadzimy do naszych spichlerzy owoce naszej pracy. Czło­wiek zarabia i gromadzi po to, aby mógł po ludziku żyć. Posiada­nie środków do życia jest zapewnieniem ludzkiej godności i niezależności. Człowiek, któremu braknie powszedniego chleba, łatwo staje się niewolnilkiem tego, który może go kupić za miskę stra­wy, za kawałek chleba. Pomyślmy teraz, czy nie grozi nam inne niebezpieczeństwo. Człowiekowi może się wydawać, że żyje po to, aby pracować, że żyje po to, aby gromadzić. Że praca i groma­dzenie są głównym celem jego życia. Człowiek staje się wówczas niewolnikiem pracy i ziemi. Uważajcie i strzeżcie się – mówi Chrystus, bo nawet, gdy ktoś opływa we wszystko, życie jego nie jest zależne od jego mienia. Ostrzeżenie Pana Je­zusa jest bardzo mocne: "Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają two­jej duszy od ciebie" (Łk 12, 20). Stajemy wobec bardzo bolesne­go paradoksu. Człowiek, który ma ponad materię wyrastać, ma nad ziemią panować, staje się niewolnikiem materii i pracy w pocie czoła. Żyje dla pracy i dla zbierania jej owoców. Jakże potrzebne są dla człowieka dwudziestego wieku, człowieka, któ­ry tak często widzi cel swego życia w osobistym sukcesie i ma­terialnym dostatku, słowa mędrca Koheleta, o marności docze­snych osiągnięć.

Na tle zasygnalizowanych problemów lepiej rozumiemy we­zwanie św. Pawła skierowane do tych, którzy przyjęli Chrystusa. Jeśliście razem z Chrystusem powstali z martwych, szukajcie te­go, co w górze, gdzie przebywa Chrystus po prawicy Boga. Dąż­cie do tego, co w górze, nie do tego, co na ziemi (Kol 3, 1).

Moi Drodzy! Jesteśmy bardzo uwrażliwieni na punkcie swojej godności, bardzo wysoko cenimy własną wolność. Przyjrzyjmy się tym wartościom w świetle dzisiejszych rozważań. Każdego dnia rano stajemy przed Bogiem, naszym Ojcem i Stwórcą. Modlimy się, mówimy pacierz, odmawiamy pacierz. O! właśnie, czy chodzi o odmówienie czegoś? Poranna modlitwa powinna nam przypom­nieć o naszej wielkiej godności. Bóg daje nam cudowne tworzy­wo: dzień. My ten dzień będziemy tworzyć naszym świadomym działaniem. Jak wiele czynności będziemy spełniać mechanicznie? Jak wiele będzie pracy w pocie czoła? A jednak stanęliśmy na progu dnia świadomi, że tylko człowiek może nadawać moralną wartość upływającym godzinom dnia. Niezależnie od tego, czy są to godziny wypełnione pracą fizyczną, pracą umysłową, bole­snym i zdawałoby się beznadziejnym cierpieniem ludzi przykutych do łoża, ludzi żyjących w opuszczeniu i samotności; są to godziny dane przez Boga Stwórcę. Jest to zadanie postawione przez Boga każdemu z nas. Odnajdziemy godność dzieci Bożych, przyjmując świadomie z rąk Ojca każdą godzinę życia, nadając jej wartość dobrze przeżytego czasu. Dlatego módlmy się rano zwyczajnie, po prostu: Ojcze, dawco wszystkiego, spraw, abym dzień dzisiejszy przeżył tak, jak Ty tego ode mnie oczekujesz – dając mi ten dzień.

Brońmy też naszej wolności, byśmy pracując nie stali się nie­wolnikami pracy i materii. Dlatego kończąc każdy dzień naszego życia nie pytajmy tylko o to ile zdobyliśmy, ile przepracowaliś­my. Owszem, ważne jest, ile posiadamy, ale ważniejsze jest to, kim jesteś­my. Ważne jest to, aby praca przynosiła nam satysfakcję i nie wyniszczała nas fizycznie, ale ważniejsze jest to, czy jesteśmy bogaci przed Bogiem. Dlatego każdego wieczoru stawiajmy sobie pytanie, co w minionym dniu podobało się Panu. Na ile ten dzień przybliżył mnie do Boga, uczynił bogatszym w Jego oczach? Codzienna mo­dlitwa poranna i wieczorna, modlitwa, której nauczyła nas nasza matka, niech broni naszej godności i wolności i przypomina nam, że przyoblekliśmy nowego człowieka, który wciąż się odnawia ku głębszemu poznaniu Boga – według obrazu Tego, który go stwo­rzył. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

jezus-modlitwaW środku upalnych wakacji, w pracowitej porze żniw czyta nam Kościół św. Ewangelię, w której Chrystus Pan uczy nas mo­dlitwy. Dobrze jest, gdy człowiek pośród wielkiego utrudzenia, a także w chwili odpoczynku, potrafi zatrzymać się na chwilę i powiedzieć Bogu: Ojcze. Dobrze, gdy zabiegany człowiek znaj­dzie choć chwilę czasu, by przekonać się o mocy słów Chrystu­sa przypomnianych nam dzisiaj w Ewangelii: „Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam" (Łk 11, 9). I niemądry jest człowiek, który zrażony kołataniem do często zamkniętych drzwi ludzkich, nie chce pukać do Boga. Kościół jak dobra matka, która wie, czego dzieciom potrzeba, wytrwale przypomina nam konieczność modlitwy i wytrwale nas modlitwy uczy. Kościół czyni wobec nas to, co czynił Chrystus; albo jeszcze dokładniej mówiąc: to Chrystus żyjący w swoim Kościele nieustannie mówi nam to, co mówił o potrzebie modli­twy apostołom i swoim uczniom. Mówi nam przede wszystkim swoim przykładem, bo sam przecież modlił się do Ojca. Mówi nam również całym sobą, swoim posłannictwem, bo to właśnie przez Chrystusa otrzymaliśmy Ducha przybrania za synów, w którym wołamy: Abba, Ojcze.

Jest więc modlitwa wołaniem. I to wołaniem przez Chrystu­sa, z Chrystusem i w Chrystusie. Tego właśnie wołania uczy nas Chrystus w swoim Kościele. Wołania serca, myśli i czynów; wo­łania pragnień, radości i smutków. Dobrze jest zatem, jeżeli czło­wiek woła do Ojca przez Chrystusa. Dobrze, jeżeli o tym woła­niu nie zapomni, bo gdyby człowiek umilkł – kamienie wołać będą.

Skoro nas dziś zgromadziła miłość Chrystusa, mamy pewność, że naszym wspólnym, społecznym wołaniem możemy wiele u Oj­ca wyprosić. Prosi za nami Chrystus mocą swego krzyża i zmartwychwstania, mocą ofiary, którą składa wraz z nami. Kiedy więc dziś we mszy św. usłyszysz słowa: „przez Chrystusa, z Chry­stusem i w Chrystusie" - pomyśl, jaką wielką ma moc modli­twa i ofiara Bożego Syna, który stał się człowiekiem dla na­szego zbawienia; pomyśl, jak też wielka może być wymowa i si­ła modlitwy człowieka zjednoczonego z Chrystusem.

Jak to dobrze, że właśnie w tej chwili dzięki modlitwie mo­żemy być razem, i że możemy w tę ofiarę mszy św. włączyć tyle ludzkiego cierpie­nia podejmowanego przez człowieka — w Imię Chrystusa. Dzięki wołaniu modlitwy jesteśmy w Chrystusie jedno. Takiej jedności Chrystusowej się uczymy, takiej pragniemy, bo chce jej Chry­stus, który modli się i prosi Ojca, aby byli jedno. Mo­dlitwa i krzyż stały się przez wieki dla nas pokarmem. U ko­rzeni naszych jest krzyż z przybitym doń Chrystusem. Wzrasta­jąc wraz z krzyżem stajemy się Chrystusowi, a karmiąc się mo­dlitwą, jak chlebem, lepiej rozumiemy, że w Chrystusie Bóg przywraca nas do życia godnego, że w Nim „darował nam wszy­stkie występki i skreślił zapis dłużny obciążający nas nakazami, usunął go z drogi, przygwoździwszy do krzyża" - jak przypomniał nam dziś apostoł Paweł.

Czy zdoła więc człowiek za to wszystko Bogu podziękować? Czy znajdzie odpowiednie słowo, by wyrazić wdzięczność za Chrystusa, który jest naszą sprawiedliwością? Czy może człowiek, będąc tylko stworzeniem, mówić do Tego, który zna najskrytsze myśli i widzi wszystko? Zapewne z takimi wątpliwościami i py­taniami stanął przed Bogiem i dziś w pierwszym czytaniu przed nami Abraham, który nazywany jest ojcem wiary. Z tego wzru­szającego przetargu z Bogiem o liczbę sprawiedliwych uczymy się wraz zAbrahamem, że przed Stwórcą sprawiedliwość nasza top­nieje i liczyć na nią nie bardzo można. Trzeba było dopiero przyjścia Chrystusa, by człowiek przekonał się o swojej mocy i by za św. Pawłem mógł powiedzieć: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia".

Skoro przypomniała nam dziś liturgia słowa postać Abraha­ma, dobrze będzie przypomnieć sobie, jak ten człowiek, żyjący tysiące lat przed Chrystusem, doszedł do mocnego przekonania, że kontakt z Bogiem, utracony ongiś w raju, jest dla człowieka możliwy. Śledząc jego długą drogę do ziemi obiecanej, spostrze­żemy na każdym miejscu jego pobytu ołtarz zbudowany Jedy­nemu iNajwyższemu Bogu i składaną na nim ofiarę. Jest to pierwszy ślad, że Bóg zawsze dochowuje przymierza i nigdy go nie zrywa. A potem pamiętasz z Księgi Rodzaju patriarchę Ja­kuba i jego we śnie widzianą drabinę sięgającą nieba? Aniołowie Boży wchodzili na szczyt i schodzili w dół, komunikując jakby Jakubowi, że łączność z Bogiem jest możliwa. Wiele od tej pory nauczył się człowiek, który, jak mówi poeta: „nie przestał być ojczyzną Boga" (R. Brandstaetter). Przesuwają się przed nami ludzie Starego Testamentu, którzy dopiero wyczuwali Bożą intuicją przyjście Tego, który miał przyjść. Ludzie wielkiej tęsknoty za Bogiem, ludzie ofiary i modlitwy, ludzie wielkich zmagań ze so­bą i przeciwnościami. Staną dziś z nami przy ołtarzu, na którym Chrystus – przez nich wyczekiwany wśród naszej modlitwy sta­nie się wszystkim. I staną wraz z nami przy ołtarzu na tej Eu­charystii ludzie Nowego Testamentu, którzy – wpatrując się w Chrystusa iJego sprawiedliwość – sami zapragnęli być dosko­nałymi. Połączą znami swoją modlitwę i wyznawać będą zna­mi to, co dziś śpiewaliśmy w Psalmie: „Wysłuchałeś mnie, kiedy Cię wzywałem, pomnożyłeś moc mojej duszy" (Ps 138, 3).

Przyjdą też ze swoją modlitwą ludzie zupełnie prości i uwa­żający siebie za małych, by na ołtarzu złożyć swoją pracę, modli­twę i niemal intuicyjne przekonanie, że Boga można osiągnąć, tylko trzeba się z Nim liczyć. Może w tej wielkiej liczbie staną i ci, przed którymi dziś szczególnie chylimy czoła: to żniwiarze. Ile w nich musi być Ewangelii, skoro sam Chrystus mówił o żniwach. Nie zapomnę tych sprzed lat, którzy biorąc do ręki ko­sę i idąc w pole, pamiętali zawsze o modlitwie, wiedząc, skąd płynie siła. Nie zapomnę tych spracowanych ludzi, którzy z sza­cunkiem i skupieniem brali do ust chleb, kęs po kęsie, tak, że człowiek się zastanawiał, czy to jest jeszcze spożywanie chleba, czy już modlitwa. I nie wiem, czy to był jeszcze kawałek Polski, czy już ziemia przesiąknięta Ewangelią. To są ci sprawiedliwi, któ­rych liczbę zna jedynie Bóg. Niech nam ich nie zbraknie. Niech dzięki nim będzie ocalone wszystko, co Polskę stanowi. Polskę silną Bogiem, potężną modlitwą, która bierze swój początek w Chrystusie i rośnie wraz z krzyżem. To jest nasze prawdziwe odrodzenie.

Tak bardzo nam potrzeba wielkiej, sturmującej niebo modlitwy – modlitwy za nas, za naszą Ojczyznę; modlitwy szczerej i pokornej.

Za tydzień rozpoczniemy miesiąc sierpień, który tyle razy zapisał się w szczególny sposób w dziejach naszego narodu. Warto uświadomić sobie rolę modlitwy w tych wielkich wydarzeniach i doświadczeniach, jakimi była wojna roku 1920 i sierpniowy „cud nad Wisłą", Powstanie Warszawskie rozpoczęte w sierpniu roku 1944, Umowy Społeczne kończące Sierpień roku 1980. Jak gorąco Polacy się wtedy modlili! W tych trudnych i przełomowych chwilach czerpali z modlitwy moc przetrwania.

Tyle lat minęło od tamtego dnia, gdy w Warszawie zostało dane największe świadectwo naszego dążenia do wolności. Kolejne polskie powstanie - ciągle żywe w pamięci. Stanowiące przedmiot refleksji i dyskusji o sprawach Narodu - Powstanie Warszawskie. Coraz wyraźniej jawi się ono jako wielka epopea, o której powiedziano już tak wiele, tak pięknie i tak uczenie, że trudno coś dodać nowego. Ale sens dziejowy Powstania Warszawskiego jest jeszcze nie do końca jasny i od nas zależy także ostateczny werdykt historii.

Dzisiaj przede wszystkim pamiętamy o tych, co zginęli i tych co przetrwali. Pamiętamy o ofierze z krwi złożonej po to, by kraj ocalał, gdy z wszystkich stron wróg nam zagrażał. Gdy zabrakło nadziei na sojuszniczą pomoc, gdy przewidywano dramat przyszłości - stolica Polski złożyła ofiarę całopalenia, by z popiołów zdeptanych wrogą stopą, z krwi i łez ofiar niewinnych, z największej tragedii tego wieku, mógł Naród czerpać siły do życia, do przetrwania.

Dziś, kiedy Polska przeżywa ciężkie chwile, nie wolno nam tych wartości zaprzepaścić. Przypomina nam się tutaj ufna modlitwa Abrahama o 10 sprawiedliwych dla ocalenia miasta. Dziś, po latach coraz wyraźniej dostrzegamy, że Powstanie, nie było klęską, bo obroniło i zachowało wartości, pozwalające przetrwać Narodowi.

„a gdy kraj ocalę, (pisze Juliusz Słowacki - w Kordianie).
nie zasiądę na tronie,
przy tronie, pod tronem,
ja się w chwili ofiarnej jak kadzidło
spalę".

My ocaloną dla nas Polskę mamy przekazać dalszym pokoleniom. To nas obliguje, byśmy ofiary krwi bratniej nie sponiewierali. Jesteśmy dziedzicami ich legatu i powołani do wykuwania z niego drogi do wolności. W tych zmaganiach potrzebna nam jest modlitwa o ocalenie Narodu.

Postawiono nam kiedyś pytanie: czy w czasach trudnych i wśród wydarzeń tragicznych, jakie przeżywaliśmy przed kilku laty i przecież wciąż przeżywa­my - rzeczywiście modliliśmy się autentyczną modlitwą - tak jak modli się rodzina, gdy w jej domu jest ciężko chore dziecko? Czy w tej naszej modlitwie rodziny polskiej, nie było jakiejś dumy, satysfakcji, wyższości?

A modlitwa tak bardzo chce być pokorną, prawdziwą. Człowiek tak bardzo przecież chce się modlić za chore dzieci - nawet jeżeli te dzieci są straszne i okrutne w swojej chorobie. On chce się modlić za chore dzieci swojego domu - za chore dzieci Narodu polskiego - naszej Ojczyzny!

Jako Naród stajemy wciąż wobec nowych doświadczeń. Czerpiąc naukę z postawy naszych i przodków, stańmy i dziś do modlitwy - jako naród.

Chrystus w dzisiejszej Ewangelii uczy, że kto szuka, ten znajduje; kto prosi, ten otrzymuje.

Każdy z nas doświadczył już w swoim życiu prawdy tych słów Chrystusa. Każdy mógłby wskazać momenty, w których otrzymał to, o co Boga zgodnie z Jego wolą prosił. I mógłby powtórzyć za psalmistą: „Pan mnie wysłuchał, kiedy Go wzywałem”. Amen!

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

modlitwaCo to znaczy modlić się? Czym jest modlitwa? Jedna z odpowiedzi na to pytanie brzmi: modlitwa to jest spotkanie człowieka z Bogiem. Co to znaczy „spotkać się”? Jeszcze nie mówimy: z Bogiem, najpierw człowiekiem. Można zobaczyć się z rozmaitymi ludźmi, choćby w dzień imienin, urodzin, świąt. Można z nimi rozmawiać o pogodzie, o polityce, tym co w kraju, co za granicą, co ostatnio w gazetach, co w radiu, co w telewizji, co w teatrach, co się wydarzyło u ciebie, u twoich rozmówców? Ale ty wiesz dobrze, że to nie o to chodzi. Bo naprawdę – zawsze czekasz na kogoś.

I przejdzie takie przyjęcie bezowocnie, jedno, drugie, dziesiąte – "a dobre jedzenie, owszem, dowiedziałem się tego albo tamtego” – i nic, pustka. Aż nareszcie doczekasz się Tego jednego kogo już znasz, albo kogo jeszcze nie znasz, ale za kim podświadomie, a może całkiem świadomie tęskniłeś. Tego, kto ciebie odnajdzie po pierwszych dwóch zdaniach, po pierwszym spoj­rzeniu. Mądry, serdeczny, ciepły – człowiek. Przed którym wreszcie możesz się otworzyć, wyżalić się, bo cię zrozumie, wysłucha, poradzi. Z którym potem rozstać się trudno – kogo możesz nazwać przyjacielem.

Dopiero takie spotkanie może ci przybliżyć zrozumienie, czym powinna być modlitwa. Bo to wszystko inne, co nazywasz modlitwą, przypomina bardzo często ot, gadanie u cioci na imieninach o tym, o tamtym, o wszystkim i o niczym. Odklepanie pacierza: jakiś tam znak krzyża świętego na początku i na końcu, wewnątrz „Ojcze nasz”. „Zdrowaś Mario” i to wszystko, czego nas rodzice uczyli. Nawet nie zauważysz Pana Boga, może najwyżej „przemkniesz” po Nim oczami. Ale to nie jest spotkanie z Nim.

Żeby Boga spotkać, trzeba zatęsknić. Za Nim zatęsknić. Choćby wtedy, gdy jesteś zachwycony światem, ludźmi, człowiekiem, zachodem słońca, zapachem lasu. urodą łąk. wierszem, teatrem, obrazem, muzyką, człowie­kiem. Zatęsknić za Bogiem, żeby Mu powiedzieć o tym, jak to Go spotkałeś w Jego stworzeniach.

Trzeba zatęsknić za Nim, gdy jesteś szczęśliwy, gdy wszystko ci się dobrze układa, i w domu, i w pracy, gdy jesteś na fali tworzenia, działania, gdy ludzie cię chwalą i ty masz poczucie dobrze spełnianego obowiązku. Zatęsknić za Nim, który jest Sprawcą wszystkiego tego, co się w twoim życiu dzieje. Żeby Mu dziękować.

Trzeba zatęsknić również wtedy, gdy jesteś bezradny, gdy nie wiesz, co dalej, gdy ani ty. ani nikt nie jest ci wstanie doradzić, jak należy postąpić, jaki kolejny ruch powinieneś wykonać – on jest Mądrością.

Ty, sto razy upadający i sto razy usiłujący stanąć na nogach – za Nim, który jest Siłą.

Ty, skołatany kłopotami własnymi, kłopotami innych ludzi, które ci bezceremonialnie wrzucają na plecy – za Nim, który jest Wytrwałością.

Ty, który nie wiesz, jak uratować siebie albo innych przed śmiercią, nie wiesz jak wyjść z choroby, w której tkwisz (ty, albo twoi bliscy) – za Nim, który jest Wszechmocny.

Ty, nie zrozumiany przez ludzi – za Nim, który jeden do końca cię rozumie.

Ty zmordowany pracą, hałasem, jazgotem ludzkim – za Nim, który jest odpocznieniem.

Bo trzeba, żebyś i z tego zdał sobie sprawę: Codzienne urazy gromadzą się w tobie. Każdy dzień – od chwili urodzenia – przynosi nowe sińce. Codziennie uderzają w ciebie bolesne ciosy. Ze strony ludzi, ze strony świata. Ze strony najbliższych i ze strony obcych. To mogą być drobiazgi. Nie to słowo, nie ten uśmiech, nie ten gest, nie ten ruch, nie to zachowanie się, jakiego byś oczekiwał. Jakie – twoim zdaniem – ci się należy. A więc zawody, rozczarowania, krzywdy, niesprawiedliwości, nieuczciwości, które spotykają cię od najbliższych nawet, ale i od ludzi stojących z zewnątrz. Od przełożonych i od podwładnych, od takich ludzi, z którymi w ogóle kontaktów nie miałeś i nie chcesz mieć. Oszczerstwa, obmowy, niedyskrecje, chamstwa, zwyczajne potrącenia, nieuprzejmości w tramwaju, na ulicy, w sklepie, brak cierpliwości, brak uprzejmości, delikatności, brak troski tych, którzy się tobą opiekują w chorobie - to wszystko uderza w ciebie codziennie.

Do tego dołącza twoja codzienna słabość, twoja głupota, która ci coraz bardziej ciąży, niedouczenie, źle rozgrywane i przegrywane sprawy, nieumie­jętność przewidywania. Twoja naiwność i prymitywizm, z których tylko czasem zdajesz sobie sprawę. I równocześnie twoja pazerność, chciwość, wybuchy gniewu, które ciebie samego przerażają, krzywdy, które innym wyrządzasz, do których długo nie chcesz się przyznać – czasem nigdy.

To wszystko zostaje w tobie. Czasem wraca wyraźnie w snach, z których się zrywasz z krzykiem. Ale gdyby nawet i w snach nie wracało, to czujesz ten ciężar. Nie możesz sobie z nim poradzić. Szarpiesz się jak spętany, rwiesz się jak koń ciągnący zbyt wielki ładunek. Narastają w tobie kompleksy, zahamowania, wypaczenia – karłowaciejesz coraz bardziej, jesteś z dnia na dzień coraz bardziej przestraszony, uprzedzony do ludzi i do świata. Jeżeli nie potrafisz się sobie przyjrzeć to zobaczysz, że chodzą po świecie takie kaleki. Połamani, powykręcani, przetrąceni. Bywa, że uderzy w nich cios. po którym się nie pozbierają. I trzeba iść do zakładu zamkniętego.

Może już nie zapytasz: co ma wspólnego z tym wszystkim modlitwa? Modlitwa, to jest wracanie do źródła. To jest porządkowanie swojego świata całego świata, bo dopiero w Nim, który nas stworzył i który jest Stwórcą wszystkiego, możemy zobaczyć siebie samych, ludzi i świat. Dopiero w zjednoczeniu z Nim potrafisz powiedzieć: nieważne – o tym, co nieważne i: ważne – o tym, co naprawdę ważne. Wyjaśnić sobie to. czego bez Niego nie zrozumiesz. Układać na nowo prawidłową hierarchię wartości, narusza­ną przez ludzi, przez świat, przez ciebie samego.

Tylko paść musi pytanie, czy potrafisz się modlić? Czy potrafisz spotkać się z Bogiem, z Nim się zjednoczyć? Ty – taki ziemski, zmysłowy – z Nim, który jest czystym duchem. Jak sięgnąć Jego wyżyny? Jak wznieść się ponad swoją materialność, cielesność?

Kościół podaje ci rozmaite formy modlitewne, jak choćby pacierz, brewiarz, różaniec, litanie, nabożeństwa, Msza święta, Pismo święte – Stary i Nowy Testament, teksty rozważań, rozmyślań religijnych. Oprócz tego masz do dyspozycji kościoły, obrazy, rzeźby religijne, medaliki, muzykę, pieśni religijne. I tak się nimi posługuj, i tak wybieraj, żebyś spełnił swój cel: byś Go spotkał. Ale pamiętaj, nie są to twoje sposoby. Musisz się nauczyć, jak je użytkować. Musisz się z nimi oswoić, aby stały się twoimi formami wypowiedzi. Aby ci pomagały, nie były przez ciebie traktowane jak wytrych, który ci mechanicznie otworzy drogę do nieba. Tak na przykład od najmłodszych lat wdrażano cię do odmawiania "Ojcze nasz”, "Zdrowaś Mario”. "Wierzę w Boga”, "Dziesięcioro Bożych Przykazań”, które to modlitwy były na wyrost i dlatego wyrobiły w tobie przekonanie, że mają jakąś moc magiczną, że należy je odmawiać, choć właściwie nie było do końca jasne po co.

Czy z tego wynika wniosek, że należy je pominąć? Na pewno należy je na tyle przyswoić, ażeby stały się formą twojej wypowiedzi. Ale nawet gdybyś je idealnie opanował, pozostaną one jednym ze sposobów spotykania się z Bogiem, ale nie wyłącznym. Jednym ze sposobów, mających charakter twojej codziennej liturgii prywatnej, która się nazywa pacierzem. Bo naprawdę jest tak, że trzeba również własnymi nogami, bez żadnych szczudeł ani protez czy kul przemierzyć drogę do Boga i spotykać się z Nim osobiście, twarzą w twarz. Dlatego nie usprawiedliwi cię ani ci tego nie zastąpi nawet najbardziej wzniosła modlitwa, którą odmawiasz na pamięć albo czytając ją z książki.

Może spytasz: Jak ja, przyzwyczajony do podpierania się tekstami wyuczonych na pamięć modlitw albo do posługiwania się książeczką, jak ja mogę Go spotkać? Przy mojej rozbieganej wyobraźni, przy rozkołysanych uczuciach? Proś Go o to, żeby to rozbieganie twojej wyobraźni wyciszyło się. 1żeby fala uczuć opadła. Żeby napięcia zelżały. Ta prośba to już pierwsze kroki do Niego. Mów do Niego swoimi słowami. Mów do Niego choćby tak: Ty, który jesteś Pokojem, daj mi siebie. Daj mi Twoją ciszę. Daj, bym ja się stał ciszą. Bym ja się uspokoił. Bym się złączył z Tobą, który jesteś Ciszą.

Bo co ci na wstępie jest potrzebne, to uciszenie się. To pierwszy krok w Tego, który jest Ciszą, Pokojem. 

I bez tego nie zaczniesz. Naucz się uciszyć, wewnętrznie uspokoić. Naucz się stać się ciszą i pokojem. A potem odkryjesz, że On jest jeszcze i Światłem, i Przebaczeniem, i Miłością. A potem sam staniesz się światłem, przebaczeniem i miłością. Ale to potem. Najpierw stań się ciszą. Klęcz z pochyloną głową i zamkniętymi czy półzamkniętymi oczami. W kościele, w domu. – Kiedyś Jurka Popiełuszkę widziałem w czasie wakacji na parę miesięcy przed śmiercią, jak klęczał w piachu na pustej jeszcze plaży, z twarzą zwróconą ku morzu… – Stój oparty o drzewo w lesie, stój w kościele. Albo, jak wolisz, siedź w ławce kościelnej, bądź w swoim mieszkaniu. Gdy jesteś chory czy wyczerpany, możesz się modlić w pozycji leżącej. Pięć minut, dziesięć. Aż się uciszysz, aż się uspokoisz – aż zobaczysz w swojej ciemności światło, choćby na początku jak jeden daleki, jasny punkt. Aż rozjaśniejesz, aż rozgorzejesz, aż się odprężysz. Rozjaśnisz się jak twarz Jezusa na górze Przemienienia.

I co dalej? – spytasz. I nic. Tak trwaj przed Nim i w Nim, ogarnięty Ciszą. Jeżeli chcesz, możesz powiedzieć tylko jedno słowo: Ojcze. Albo możesz mówić, co ci podyktuje serce. Możesz prosić, dziękować, wielbić. Mów chociażby tak:

Ty, który jesteś Światłem – napełnij mnie swoją jasnością. Ty, który jesteś Światłem. Ty który jesteś Światłem – bym rozróżniał dobro od zła, bym umiał krytycznie oceniać swoje postępowanie. Bym dla moich braci nie był zgorszeniem.

Ty, który jesteś Prawdą – napełnij mnie sobą. Abym wszystko’ widział w prawdzie, abym umiał rozróżniać prawdę od fałszu, od kłamstwa, od błędu. Bym tak jak Ty był prawdziwy w każdym słowie, w każdym czynie, w każdej myśli. Ty który jesteś Prawdą.

Ty, który jesteś Drogą daj. bym i ja nią szedł. Drogą Twojego objawienia.

Drogą, którą przekazał nam Twój Syn w swojej Ewangelii. Daj, by moja ścieżka dołączyła się do Twojej drogi. Ty który jesteś Drogą. Ty, który jesteś Wolnością, daj, abym i ja stal się wolny. Bym się nie bał ani świata, ani ludzi, ani przeszłości, ani przyszłości, ani Ciebie, ani siebie. Ty który jesteś Wolnością. Uczyń mnie wolnym. Napełnij mnie swoją wol­nością.

Mów do Niego o swoich sprawach. Tak, jak Syrofenicjanka. która prosiła uzdrowienie swojej córki. Pytaj i słuchaj. Bo On do ciebie też mówi. Słuchaj. Jak ktoś, kto w tobie istnieje. Jako stały Partner, z którym prowadzisz rozmowy. Partner najdroższy z partnerów. Przyjaciel najwier­niejszy z przyjaciół – twój Bóg. Przekonasz się, jak pod wpływem takiej modlitwy zacznie zmieniać się moje życie. Również twoje modlitwy instytucjonalne: twoje pacierze, Msze święte, komunie święte, nabożeństwa w których uczestniczysz – nabiorą wyrazu, autentyczności. A poza tym uspokoisz się, wyrównasz się, zaczną się topić góry lodowe kompleksów. Odblokują się twoje zahamowania. Zabliź­nią się twoje urazy. Spadnie z ciebie garb, który ci rósł bez końca – garb pretensji do ludzi, nie wyrównanych z nimi rachunków, żalów, gniewów. Będziesz umiał porzucać to, co nieistotne. Będziesz coraz bardziej postępował, myślał, mówił jak On – w prawdzie, sprawiedliwości i wolności.

I wtedy stanie się tak, jak Pan Jezus kiedyś powiedział: „Trzeba się zawsze modlić, a nigdy nie ustawać”. To jest dokładnie właśnie to, jeżeli modlitwa jest zjednoczeniem z Bogiem, to jesteś z Nim zjednoczony, gdy pełnisz Jego wolę. To modlitwą jest w pewien sposób każdy dobry czyn, każde wypełnienie swoich obowiązków, każda służba ludziom czy konkretnemu człowiekowi. Bo wtedy również jesteś z Nim złączony. I wtedy funkcjonuje sprzężenie zwrotne. Czym lepsza twoja modlitwa tym lepsze twoje życie. I odwrotnie: czym lepsze twoje życie – tym lepsza moja modlitwa.

Gdy myślę, o tym wszystkim, co powiedziałem dochodzę do wniosku, że możesz tego nie przyjąć. I to z bardzo prostego powodu. Boimy się Pana Boga. Boimy się na Niego podnieść oczy, boimy się, żeby nie spojrzał na nas. Dlatego właśnie wolimy paciorki niż modlitwę. Ot, takie z daleka pokłonienie się Panu Bogu, ruszenie kapeluszem gdy przechodzimy obok kapliczki – szybko przemknąć, oddać Mu, co Mu się należy: to tylko ruszenie kapeluszem, albo pośpiesznie zrobiony znak krzyża świętego. I dlatego wolimy odklepać swoje "Ojcze nasz”, "Zdrowaś Mario”, "Wierzę w Boga” i jeszcze parę innych modlitw, których nauczono nas w dziecinnych latach, przeżegnać się mniejszym lub większym krzyżem świętym, potem prędziutko dźwignąć się z klęczek i zapomnieć. Boimy się Pana Boga. Tak jak wtedy, kiedy położymy się na plaży w nocy, popatrzymy na czarną czaszę nieba i gwiazdy, na księżyc – i zaczynają nam powoli włosy stawać dęba ze strachu. I gdy zdaje się nam, że jeszcze chwila i zwariujemy ze strachu. Wtedy najlepiej znaleźć sobie na niebie Wielki Wóz, Mały Wóz, Drogę Mleczną – i tak się uratować. Boimy się stawać przed Nim w pustym kościele. Na Mszę świętą wolimy przyjść punktualnie i punktualnie wyjść. Z chmarą ludzi. Ale nie samotnie. Bo mógłby na nas spojrzeć, bo moglibyśmy na Niego podnieść wzrok. A wtedy nam się zdaje, że jeszcze moment a piorunem w nas uderzy. Bo mamy świadomość w takich chwilach zwłaszcza, jacy jesteśmy. Jakeśmy nie dorośli. Jakie nasze życie jest skarlałe. Iże my za nie ponosimy odpowiedzialność. Skąd ten strach?

Bo my wciąż w swojej świadomości nosimy Boga Starego Testamentu. Wciąż ten Bóg z gromami w dłoniach. Jak będziecie w Krakowie – idźcie jeszcze raz do kościoła franciszkanów na Franciszkańską, gdzie jest witraż Wyspiańskiego nad organami – Bóg Stworzyciel. Najlepiej wejść bocznym wejściem i iść do tego ogromnego groźnego witraża. Powolutku do niego podchodzić. To jest Ten – Kogo my się boimy. A potem trzeba się odwrócić i zacząć drogę powrotną – spod chóru ku Bogu, który mieści się w prez­biterium, gdzie ołtarz główny. Najświętszy Sakrament i krzyż. Gdzie obok w witrażu św. Klara, św. Franciszek z Asyżu. Ku temu Bogu, który jest Miłością. Który jest Miłosierdziem. Który jest Wyrozumiałością. I uwierzyć w to, że Bóg cię kocha takiego, jakim jesteś. Żebyś umiał za Nim zawsze zatęsknić. Żebyś chciał być z Nim jak najczęściej zjednoczony. Żebyś Mu pozwolił wchodzić w twoje życie i je przemieniać. Amen.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

maria-martaDrodzy Bracia i Siostry! Każdy z nas ma swój własny sposób na życie. Miała taki sposób Maria, która jak dziś słyszymy, usiadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. I miała swój sposób na życie Marta, która uwijała się około rozmaitych posług, bo przecież gościła w swoim domu Chrystusa. Marta chciała okazać się gościnną, dobrą gospodynią. Trochę więc nam szkoda Marty. Dlaczego nie została pochwalona tak, jak Maria. Przecież przypomina zapobiegliwe kobiety, które oczekując ważnego gościa sprzątają mieszkanie, ustawiają się w kolejkach przed sklepami i przynoszą do domu to. co zdołają kupić. Nie dziwi nas. że Marta przystąpiła do Jezusa i powiedziała: „Panie, czy Ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu. Powiedz jej, żeby mi pomogła".

Pan Jezus nie posłuchał Marty i nie nakazał Marii, żeby pomogła Marcie, ale powiedział: „Marto, Marto! Troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona". Oto wyraźna pochwała Marii. Maria najlepszą cząstkę obrała, to znaczy wybrała słowa Pana, Jego naukę a troski i kłopoty zostawiła na później. Maria przejęta obecnością Jezusa - zapomniała o posiłku.

Kiedy wielkie uczucie przesłania zwykłe, codzienne troski, jedzenie staje się dla człowieka nieważne. Karmi się tym, którego kocha, którego oczekuje, na którego patrzy. Ty Panie, obroniłeś Marię przed wyrzutem Marty. Zwróciłeś Marcie uwagę, że zamiast wielu rzeczy, o które się troszczyła przygotowując posiłek dla gości wystarczyłoby coś najprostszego, zwyczaj­nego.

Każdy z nas ma swój sposób na życie. Czy jest to sposób podobny bardziej do postępowania Marii czy Marty. Wydaje się, że Marta ma dzisiaj wśród nas więcej naśladowców. Mamy dużo pracy, a mało czasu. Niektórzy z nas pracują nawet w niedzielę, aby więcej zarobić, więcej mieć. A przecież niedziela to dzień Pana, czas Chrystusa, więc trzeba oddać Panu ten niedzielny czas tak jak oddała Jemu swój czas Maria.

Na przełomie maja i czerwca 1989 roku przeżywaliśmy w Warszawie dni Kongresu Eucharystycznego. Hasłem tego Kongresu były słowa: „Pamiętaj, abyś dzień święty święcił". Wyjaśniając to hasło Prymas Polski kardynał Józef Glemp tak mówił w uroczystości Bożego Ciała: „Trzeba, byśmy byli w pełni Kościołem i dlatego wezwanie Kościoła kieruje się na niedzielę, na ten dzień, który jest po szabacie. Niedziela jest znakiem wielkiej przemiany historii kultury. Przypomina bowiem, że świętowanie przeszło z soboty na pierwszy dzień tygodnia, bo to był dzień zmartwychwstania Chrystusa. Ale niedziela jest także dniem oczekiwania na Chrystusa, aż ponownie przyjdzie. My ciągle oczekujemy go w naszej wspólnocie wiary, a więc dzień wolny od pracy - niedziela jest dniem Pana. Ileż Kościół walczył o to, żeby człowiek miał w niedzielę dzień wolny od pracy. Szczególnie zagrożeni byli górnicy, a przecież niedziela i odpoczynek niedzielny świadczy o wolności. Tylko niewolnik nie może mieć czasu wolnego w niedzielę. Czasem człowiek sam narzuca sobie taki rytm pracy, że niedziela staje się dniem powszednim. Niekoniecznie jest to wymuszone przez czynniki zewnętrzne, czasem rodzi się z braku zorganizowania czasu i ze źle ustawionej hierarchii wartości. Niedziela jest dniem Pana i dlatego przystoi nam radość takiego odpoczyn­ku, abyśmy mogli zaczerpnąć siły fizyczne do dalszej pracy. Niedziela jest spotkaniem z naszym Mistrzem, Jezusem Chrystusem. To jest oczekiwanie na powtórne przyjście Chrystusa. Niedziela to czas Kościoła, czyli owe wierne trwanie razem z Chrystusem w naszej przemianie, ku naszemu umocnieniu się w ziemskim pielgrzymowaniu. Praca w niedzielę to właśnie troska o zbyt wiele. Żeby mieć, żeby zarobić. Można tu przypomnieć słowa psalmu 127 w pięknym przekładzie Jana Kochanowskiego: „Jeżeli domu sam Pan nie zbuduje daremnie nad nim rzemieślnik pracuje. Jeżeli miasta Pan nie strzeże z góry, próżno straż czujna opasuje mury. O wy, co chlebem nędzy swej żyjecie spiesząc do pracy jak tylko spoczniecie, Jeżeli Pańskiej nie macie pomocy, na nic się przyda wstawać o północy. Kiedy Pan raczy wspierać swymi siły, wybranym swoim da spoczynek miły."

W niedzielę - tak jak Maria mamy usiąść u stóp Chrystusa i słuchać słów Pana. Tak przed wiekami tysiące ludzi słuchało przez trzy dni Chrystusa i nie myślało o posiłku, aż sam Chrystus zatroszczył się o niego. Uczynił cud.

Są chwile, gdy dla jedynie koniecznego trzeba odrzucić wszystko. Dla chrześcijanina tym jedynie koniecznym w niedzielę jest spotkanie z Chrys­tusem na Mszy świętej, jest modlitwa, która jest pokarmem danym człowiekowi.

W czasie urlopów warto też zastanowić się nad tym, jak spędzam mój czas odpoczynku. Czy tylko wypoczywam? Jest wielu chrześcijan, którzy czas urlopu poświęcają na rekolekcje zamknięte, na pielgrzymki do sanktuariów maryjnych. Kto zliczy te setki, tysiące pielgrzymów, którzy na początku sierpnia wyruszą z odległych miast na Jasną Górę: z Warszawy i Poznania, Torunia i Gdańska, z Łomży i Szczecina. Któż zliczy tysiące młodych ludzi, którzy w bardzo skromnych warunkach uczestniczą podczas wakacji w rekolekcjach oazowych, w obozach wędrownych pod kierunkiem kap­łanów łącząc wypoczynek ze słuchaniem Słowa Bożego. Którzy codziennie wołają do Boga słowami dzisiejszego śpiewu przed Ewangelią: „Otwórz, Panie, nasze serca, abyśmy uważnie słuchali słów Syna Twojego".

Powtórzmy to jeszcze raz. Każdy z nas ma swój własny sposób na życie. To prawda, ale prawdą też jest według słów dzisiejszej Ewangelii, że jeśli nie będziemy podobni do słuchającej Marii, łatwo staniemy się zbyt zatroskani jak Marta, a wtedy czeka nas Chrystusowe napomnienie: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele a potrzeba mało, albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona." Amen.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

maria.i.martaNajmilsi! Dzisiejsza liturgia stwarza okazję, żeby pomyśleć o chwilach wyjątkowych, gdy chwytamy odrobinę czasu dla siebie. Spostrzegam, że oto jest Ten, który jest zawsze, że jest blisko, że jest dla mnie. Chciałbym nauczyć się wyciszać moje słowa i rozbiegane myśli, usiąść u nóg i przyjmować wartości wielkie, mądrość i siłę życia.

I odwrotnie, można myśleć z żalem o wielkim rozbieganiu, trosce i niepokoju ponad siły, które pozbawiają nas tych jedy­nie naszych, tych, które od nas nie będą odjęte, wartości du­szy; tych wartości, które mogły się stać chlebem dobra dla spo­tykanych codziennie i światłem na wieczność.

Naturalnym biegiem życia jest czas zbierania i czas rozdawa­nia, i czas stracony, i czas odnaleziony. Roztropność człowieka - to umieć znaleźć proporcje czasu zbierania, nasycania się treścia­mi i tymi chwilami, gdy trzeba być bogatym, aby nie zawieść, aby nie karmić pozorami.

Powróćmy na chwilę do dzisiejszych czytań mszalnych: Go­spodarz domu, którego imię oznacza "Ojciec ludzi", przygotowuje spotkanie z dziwnymi wysłannikami Pana. Gromadzi domowni­ków, przerywa pracę gospodarstwa, słucha i rozmawia; skupie­nie, nastrój, prostota, prawie wszystkie przymioty, które tak bardzo mogłyby ułatwić naszym domom, wspólnotom ludzkim pochylić się ku sobie, odnaleźć, zauważyć. A wszystko staje się jakimś znakiem dusz ludzi otwartych, czujnych, a przez to ibo­gatych łaską Bożą.

A św. Paweł zwierza się dzisiaj Koryntianom ze swojej udrę­ki gorliwego apostoła, gdy niesie Ewangelię jak zapaloną po­chodnię, ale drzwi ludzkiego serca, myśli, nawet tyle razy domu, zamykają się i pozostaną mroczne. W swoim zatroskaniu o wszy­stko nie mają czasu znaleźć najważniejszego. Chociaż dzisiaj wie­my, że wysiłki nie były bezowocne, wydały cudowny plon świę­tych i chrześcijańskich narodów, to przecież nie zmienia faktu, że każda zgubiona chwila, gdy Pan był blisko iczekał u drzwi, wywołuje u Apostoła bolesne nastroje.

A dzisiejsze czytanie Ewangelii zatrzymuje delikatnie rozbie­ganą Martę. Krzątasz się? Zmęczyłaś się tym wszystkim. Rozu­miem twoje dobre serce, ale tak krótko jestem u ciebie. Za­pomniałaś, że nie przychodzę jak twoi znajomi. Jest Bóg, niech to spostrzeże wreszcie twoje serce. Przychodzi do ciebie. A roz­biegane Marty, obojętnie jakie noszą imiona, gotowe strofować tych, którzy usiedli u nóg Pana, którzy wiedzą, że właśnie to od nich odjęte nie będzie, że tego ani ludzie, ani czas, ani ogień, ani wróg zabrać nie zdołają. Zakrzątani mają żal, że tamci akurat słuchają, że przyklękają, że odmawiają pacierze, że czytają książ­ki, że myślą wspólnie z Bogiem. Czasem rzeczywiście aż żal uwierzyć, że to wszystko, co tyle czasu isił pochłania, po pro­stu może być odjęte; należy do rzeczywistości przemijającej, do­czesnej, a właśnie te chwile, których skąpimy i nie umiemy, sta­nowią rzeczywistą wartość człowieka.

Czy jeszcze potrafimy kierować naszym krzątaniem? Nawet gdy się modlimy - w zgiełku słów, przystanków, poprawności iniepokoju. Nawet przy liturgii - w światłach, gestach, dopowiedziach, ludzkich twarzach, własnych zamyśleniach. Nasza nie­samowita cywilizacja ludzi zakrzątanych, aż do nieroztropności, do zniewolenia. Ileż rodzin krząta się tak serdecznie około tylu spraw nawet ważnych, nawet potrzebnych; zajęci całą du­szą - całą, już jej nie zostało na resztę. W jakiejś chwili ży­cia spostrzegą, że lata minęły, gdy można było być dobrym, nor­malnym domownikiem w rodzinie, że gdyby było więcej uwagi, można by było więcej rozumieć iwiedzieć o kochanych. Zapędze­ni - stali się obcy. Czasem jeszcze można powrócić. A w wielu wypadkach mówią: niestety, życie utonęło iczłowiek popłynął z krzątaniem.

Ukochani Bracia i Siostry! Ileż to razy spostrzegamy za późno, że dzieciak wyrósł, czasem wydoroślał. Zajęcia, obowiązki. Przetoczyło się już tyle lat. A mo­że jednak podać mu Ewangelię, może jeszcze odnajdzie Boga? Owszem, czasem się udaje. Najczęściej jednak zostaje smętne „niestety". Minął czas. Jak można stracić czas, gdy dzieciak musi nauczyć się chodzić, mówić, a także kochać, wierzyć, ufać, uszczę­śliwiać - tak bywa i w świecie duszy, zbawienia, Pana Boga.

Ileż razy oszukaliśmy samych siebie: że potem, że w następ­nych latach, że będzie spokojniej, znajdziemy czas dla pogłębie­nia wiedzy, kultury osobistej, poszerzenia wiary. A tymczasem lata przyniosły więcej zmęczenia niż sobie wyobrażaliśmy, głęb­szą sklerozę niż się przewidziało. I znowu smętne: niestety. W czas otwartej duszy i żywego serca, byliśmy zajęci jak ewan­geliczna Marta i zostaliśmy jak piękna książka, która ma ładne okładki, nawet mądry tytuł, a której zapomniano napisać. Zaj­mujemy jakieś miejsce w domu, w pracy, chętnie się podpisu­jemy, stawiamy pieczątki, lubimy, gdy nas nazywają... a treść ludzka i boska jest żadna albo słabiutka - aż do strachu, że nas odkryją.

Iluż, krzątając się i niepokojąc o bardzo wiele, nie ułożyło na tyle siebie, swojego charakteru, słów, serca, że wiek później­szy zastał ich nieuporządkowanymi, jak dziurawy gościniec, na któ­rym łatwo złamać nogę. Jak ich przyjąć, jak rozumieć, jak po­kochać, gdy tyle tam cierni, kwasu, tyle bolesnych zachowań. Ile trzeba heroizmu, aby odważyć się być blisko. Czyż takie postawy i zapomnienia nie stały się tragedią wielu wspaniałych ludzi, a także ich rodzin?

A przypominijmy sobie te czasy, gdy autentycznie wzruszeni, na­prawdę zapatrzeni napełnialiśmy stadiony i place, żeby słuchać i wi­dzieć możliwie wszystko, jak najdokładniej... Żeby być z Papie­żem, żeby się z nim modlić... a jednocześnie taki kołowrót słów, lęków, napięć - znaczki, kartki, wstążki, kwiatki, sznury, ba­riery,... i całe to wielkie byle co - ludzkie, pewno, ale i zupeł­nie obce wydarzeniu, dalekie od nastroju Jezusa który przyszedł, aby zbawiać i leczyć chore dusze ludzi. A potem, potem, gdy wróciliśmy wzruszeni, powróciło krzątanie codzienne, mieszka­nie, jedzenie, urlopy, dzieci, leki i codzienne dolegliwości. A dziś? Przy­gasły wielkie myśli, odważne nastroje, mądre decyzje - znowu jesteśmy byle jacy jak ziemia po której spłynął wielki, życio­dajny deszcz, a ona była tak zdeptana, że ziarno nie wydało plonu.

A może jeszcze można? Czyż nie zostało w sercu, choć nawet zapomniane w tej chwili? Czyż nie jest życiem nieśmiertelnym? Czy wolno cokolwiek z okruchów Bożych pozostawić w zapom­nieniu? Zakrzątana Marto mojej ojczyzny, usiądź w skupieniu u stóp Pana i z pokorą nasyć swoje życie, żeby nie zginąć i nie za­pomnieć.

I wreszcie pomyślmy z niepokojem, jak łatwo w tej niesamo­witej krzątaninie podeptać wiele - nie zauważyć cierpiących, odepchnąć nieśmiałych, zniszczyć bardziej delikatnych, przejść obok gnębionych, zlekceważyć ludzką udrękę; a zło ma to do sie­bie, że nie lubi, aby mu zaglądać w oczy. Więc popędza świat w wielkiej karuzeli bezmyślności, aby mieć wolne ręce i więcej czasu dla dokonywania zniszczenia.

Najmilsi! Wróćmy od czasu do czasu do tej mądrej sceny, któ­rą przyniosła Ewangelia; do sióstr, które stały się symbolami dwu różnych postaw i zachowań się wobec życia. Uciszcie na chwilę krzątanie. Przesłońcie rozbiegane oczy. W codziennej mo­dlitwie, w niedzielnej Mszy Św., nad mądrą książką. Tyle jest ważnych treści, które przenikają tylko z duszy do duszy. Amen.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

jezus-dobry-samarytaninUkochani Bracia i Siostry! Dzisiejszy ewangeliczny epizod rozpoczyna się od tego, że Pan Jezus znalazł się dyskretnie w pobliżu nieżyczliwego sobie człowieka i nic więcej. Pan Jezus jest zbyt dobrym nauczycielem, żeby od razu zacząć go pouczać. Wie, że Jego nauka, tak bardzo potrzebna temu biednemu i przemądrzałemu uczonemu w Prawie, odbiłaby się od niego jak groch od ściany. Toteż Jezus chce tak pokierować sytuacją, żeby Jego nauka rzeczywiście dotarła do serca tego człowieka.

Właśnie w tym celu Zbawiciel staje dyskretnie w zasięgu uwagi owego uczonego w Prawie. Jeśli on sam zacznie rozmowę, będzie większa szansa na to, że usłyszy tak bardzo mu potrzebne słowa zbawienia. Uczony rzeczywiś­cie podchodzi do Jezusa, ale nie w tym celu bynajmniej, żeby zaczerpnąć z Jego mądrości. Ewangelia wyraźnie zaznacza, że chciał Jezusa wystawić na próbę.

Ale Jezus kocha tego człowieka, dlatego nie zraża się jego złą wolą. Teraz Jego troską jest takie ustawienie rozmowy, żeby ów uczony skorzystał jak najwięcej dla swej duszy. Otóż każdy dobry nauczyciel wie o tym, że uczeń niewiele się nauczy, jeśli przekazywaną mu prawdę będzie przyjmował w sposób czysto bierny. Dlatego Jezus na pytanie uczonego odpowiada pytaniem. Nie chce dopuścić do tego, żeby ów jałowy uczony był w trakcie rozmowy tylko czysto zewnętrznym obserwatorem Prawdy Bożej, albo nawet jej sędzią. W ten sposób dzięki miłości i mądrości Jezusa szybko spada z tego człowieka jego pierwotna zła wola. Niepostrzeżenie dla samego siebie uczony zaczyna z uwagą słuchać nauki Jezusa, a rozumie ją tym więcej, że pouczenie przychodzi w trakcie rozmowy, której on jest aktywnym uczest­nikiem.

I to jest może nawet najważniejszy moment w dzisiejszej Ewangelii: że o miłości bliźniego Pan Jezus mówił w duchu prawdziwej miłości wobec tego człowieka, który podszedł do niego z nieżyczliwością, ażeby Go wystawić na próbę.

Moi Drodzy! Zatrzymajmy się teraz nad odpowiedzią Pana Jezusa na pytanie: „A kto jest moim bliźnim?" Zauważmy, że Pan Jezus nie mówi: twoim bliźnim jest każdy człowiek. To by była tylko pusta deklaracja, z której niewiele by wynikało. Trudno przecież kochać naprawdę kilka miliardów ludzi jedno­cześnie. W odpowiedzi na pytanie, kto jest moim bliźnim, Pan Jezus opowiedział przypowieść o dobrym Samarytaninie. Zatem moim bliźnim jest ten oto konkretny człowiek potrzebujący, który znalazł się w mojej przestrzeni. Jest w mojej przestrzeni stale, a może znalazł się w niej całkiem niespodziewanie. W ten drugi sposób - to znaczy całkiem niespodziewanie - człowiek poraniony przy drodze z Jerozolimy do Jerycha pojawił się jako bliźni w bliskości tylko trzech ludzi: kapłana, lewity oraz Samarytanina. Na szczęście przynajmniej jeden z nich zrozumiał, że oto mój bliźni potrzebuje pomocy. Zawiesił na kołku wszystkie urazy i antagonizmy, jakie dzieliły Żydów i Samarytan. W tej chwili liczyło się dla niego tylko to, że ów bliźni pochodzący z wrogiego narodu potrzebował szybkiej i skutecznej pomocy.

W przypowieści znajduje się dyskretny sygnał, że ów nieszczęśnik wpadł w ręce zbójców z własnej winy. Schodził przecież z Jerozolimy do Jerycha, oddalał się od miasta Bożego. Nie jest to droga bezpieczna. Taka jest przecież logika naszej rzeczywistości, że prawdziwe bezpieczeństwo i pokój znaj­dujemy w cieniu Bożych skrzydeł, kto zaś się oddala od Boga, wchodzi w przestrzeń jakiegoś bezsensu i chaosu i niech się nie dziwi, kiedy zostanie ciężko poszkodowany. Taka już jest natura tej drogi, którą się odchodzi od miasta Bożego, że zmarnowała ona bardzo wielu ludzi.

Ale prawdziwa miłość nie pyta, czy bliźni znalazł się w nieszczęściu niesprawiedliwie, czy może z własnej winy. Samarytanin widzi ciężko poranionego człowieka, który potrzebuje szybkiej pomocy. Reszta w tej chwili nie jest ważna. Gdyby Samarytanin spotkał go pól godziny wcześniej, jego miłość bliźniego wyraziłaby się inaczej. Zapewne przekonywałby tego człowieka: człowiecze, opamiętaj się! Nie idź tą drogą, przy tej drodze grasują zbójcy, wracaj do miasta Bożego! Teraz, kiedy człowiek ten leży już poraniony, nie pora wypominać mu, że sam sobie zawinił. Trzeba mu po prostu pomóc. Po tym właśnie poznać prawdziwą miłość, że zwraca się ku człowiekowi w jego aktualnej sytuacji. Prawdziwa miłość nie czeka, aż bliźni zmieni się na lepsze i stanie się wart tego, żeby go kochać. Prawdziwa miłość kieruje się ku człowiekowi takiemu, jakim on jest dzisiaj i stara się pomóc mu zmienić się na lepsze.

Jeszcze jeden szczegół zauważmy w przypowieści o dobrym Samarytani­nie. Człowiek poraniony nieszczęściem, chorobą, samotnością, nieznajomoś­cią Boga, pychą, egoizmem - jeśli tylko znalazł się w przestrzeni mojego życia, jest moim bliźnim. Ale ja wobec niego będę albo bliźnim albo człowiekiem twardego serca. W zależności od tego, czy zachowam się jak dobry Samarytanin, czy jak ów kapłan i lewita, którzy przeszli obok potrzebujące­go i nie udzielili mu pomocy.

Zauważmy: Pan Jezus nie powiedział, że kapłan i lewita przeszli obok poranionego człowieka obojętnie. Nieszczęście tego człowieka mogło ich nawet bardzo poruszyć, rzecz jednak w tym, że oni mu nie pomogli. Zapewne mieli jakieś bardzo ważne powody, żeby się nie zatrzymywać - mogli mieć na głowie sto własnych kłopotów i sto pilnych zobowiązań. Ale, niestety, nic ich nie usprawiedliwia. Powinni zachować się jak bliźni, a zachowali się bezdusznie.

Bracia i Siostry, to jest wielkie i ustawiczne pytanie dla naszych rachunków sumienia. Bo jeśli komuś z nas wydaje się. że ja nigdy nie zachowuję się jak ów kapłan i lewita, znaczy to, że jestem człowiekiem zakłamanym i nie potrafię spojrzeć na siebie w prawdzie.

Na koniec warto wspomnieć, że w postaci dobrego Samarytanina Ojcowie Kościoła lubili dopatrywać się samego Jezusa Chrystusa. Nasz stosunek do Boga też czasem przypomina stosunek Żydów do Samarytan. Bywamy wobec Boga nieufni, czasem nawet oskarżamy Go, że źle urządził świat albo że postępuje z nami niesprawiedliwie. Nie chcemy zauważyć rzeczywistej przyczyny tego, że na świecie jest tyle cierpienia, goryczy, krzywdy, samotności, nieszczęścia. Nie chcemy zauważyć, że to wszystko bierze się z naszych grzechów, z naszego egoizmu, z naszego odejścia od Boga.

I oto dobry Bóg nie zważa na te wszystkie oszczerstwa, jakie Go od ludzi spotykają, lecz się po prostu ulitował nad nami, nad naszym zagubieniem i nad naszymi ranami. Syn Boży pochylił się nad nami serdecznie jako najlepszy Samarytanin. Pochylił się nad nami aż tak głęboko, że dla nas stal się człowiekiem, jednym z nas. Żeby nas uzdrowić, wlewa w nasze rany wino i oliwę. Wino jest z natury cierpkie. Winem, jakie On wlewa w nasze rany, jest Jego własna Krew, jaką za nas przelał na krzyżu. Aż tak bardzo nas ten Samarytanin kocha. Oliwą jest sam Duch Święty, który swoją boską obecnością potrafi uśmierzyć i ułagodzić każde cierpienie i każdą gorycz. Wielu z Was, Kochani Bracia i Siostry, którzy doświadczacie różnorakich udręk i cierpień, wiele mogłoby na ten temat powiedzieć. Bo czasem wręcz namacalnie doświadczacie tego miłosiernego działania Chrys­tusa, Dobrego Samarytanina.

Bracia i Siostry! Bardzo konkretnie starajmy się pamiętać o tym, że ten Dobry Samarytanin, Jezus Chrystus, jest Bogiem wszechmocnym. „W Nim - jak czytaliśmy w Liście do Kolosan - wszystko zostało stworzone: i to co w niebiosach i to co na ziemi, byty widzialne i niewidzialne". Jeśli tylko poddamy się leczeniu tego boskiego Samarytanina, jeśli będziemy przyjmować przygotowane przez Niego lekarstwa - On nie tylko uzdrowi nasze dusze, ale doprowadzi nas do ostatecznego zmartwychwstania. Zatem radośnie dziękujmy Bogu, że ze­chciał stać się dla nas, w Jezusie Chrystusie, Dobrym Samarytaninem! Amen.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

milosierny-samarytaninOd dzieciństwa znam tę przypowieść o miłosiernym Samarytaninie. Jest pięk­na, taka ludzka i miłosierna. Na niej wychowało się tyle chrze­ścijańskich pokoleń, wycisnęła ona swe piętno w tylu szlachet­nych duszach. W tej przypowieści Chrystus Pan daje nam dzisiaj lekcję prawdziwej miłości.

Miłość do drugiego człowieka jest sprawą trudną. Do miłości potrzeba czasami bardzo dużo odwagi. Odwagę tę wykazał miłosierny Samarytanin – jak to słyszeliśmy w dzisiejszej Ewangelii. Przyszedł on z pomocą napadniętemu człowiekowi, nie zwracając uwagi na to, czy jest on Żydem, czy też obcym człowiekiem. Miłosierny Samarytanin nie zastanawiał się nad tym, kto jest jego bliźnim, a kto nim nie jest; nie myślał o tym, czy miłość do drugiego człowieka obejmuje tylko przyjaciela, czy także wroga. Dla niego najważniejsze było to, że spotkał człowieka, który potrzebował pomocy. Nie wiadomo, czy cała ta historia z napadniętym przez zbójców człowiekiem jest prawdziwa, czy też wymyślona poprzez Jezusa, ale podobne historie zdarzały się na pustynnej drodze między Jerozolimą a Jerychem.

Informacje o takich wydarzeniach dochodziły często do Jezusa i wykorzystał je przy nadarzającej się sytuacji. Zamiast jasnej i wyraźnej odpowiedzi na pytanie: “Kto jest moim bliźnim?”, Jezus posłużył się przypowieścią, której sens wydaje się być jasny i zrozumiały. Przypowieść ta zmierza do wyciągnięcia z niej jednoznacznego wniosku, że moim bliźnim jest każdy człowiek; zatem, miłość bliźniego obowiązuje względem każdego człowieka.

Problem jest jasny, choć nie wszyscy go rozumieją. Nie rozumieli go również ludzie w czasach Chrystusa. Stąd też pytanie uczonego w Prawie: “Kto jest moim bliźnim?” Dla Izraelity bliźnim był członek jego rodziny, ktoś pochodzący z jego szczepu, a najogólniej mówiąc: ten, kto należał do Narodu Wybranego. Obcokrajowiec, człowiek obcy, nigdy nie był bliźnim, chyba że przez dłuższy czas mieszkał razem z Izraelitami, i stał się przez to jakby jednym z nich. Wrogiem dla Izraelitów byli Samarytanie – ich najbliżsi sąsiedzi – z tego względu chociażby, że sfałszowali religię izraelską, przyjęli inne zwyczaje, i zbudowali sobie odrębną świątynię. Dlatego Samarytanie nie zasługiwali na miano bliźnich. Z czasem wszystko ich dzieliło, a nie było nic takiego, co miałoby ich łączyć. Jezus zamiast odpowiedzi na pytanie: “Kto jest moim bliźnim?”, przytacza słyszaną przed chwilą przypowieść. Każdy nieuprzedzony człowiek może w tej przypowieści znaleźć odpowiedź, kto jest moim bliźnim, i ta odpowiedź jest jednoznaczna: bliźnim jest każdy człowiek, który potrzebuje naszej pomocy, kto jest biedny, nieszczęśliwy, kogo Pan Bóg postawi na naszej drodze życia. Bliźniego nie legitymujemy, nie sprawdzamy, kim on jest, gdy przychodzimy mu z pomocą, nie pytamy się jakiej jest narodowości. Jedyną racją, dla której udzielamy mu pomocy, jest to, że jest człowiekiem.

Ukochani Bracia i Siostry!

Jaka zatem powinna być nasza miłość? Przede wszystkim nasza miłość powinna obejmować wszystkich ludzi – tak, jak swoją miłością Chrystus wszystkich obejmował. To On tulił do siebie małe dzieci, i mówił że do nich należy królestwo niebieskie. Bogatego młodzieńca otoczył tkliwą miłością, mówiąc mu: “Sprzedaj wszystko, co masz, i chodź za Mną”. Dla wszystkich Jezus miał bogate, pełne miłości i miłosierdzia serce. Niczego tak Jezus nie pragnął, jak tego, abyśmy Go w tej postawie miłości naśladowali. Taka jest prośba Jezusa i takie jest Jego życzenie. Nasza miłość dla bliźnich wreszcie powinna być konkretna i czynna. Samarytanin nie składał człowiekowi, którego spotkał na drodze, wyrazów współczucia, nie deklarował jakiejś pomocy, ale – jak mówi Ewangelista, Łukasz – zatrzymał się nad nim, następnie: wzruszył i przede wszystkim okazał pomoc. Bo, jak wiemy, nie wystarczy się nad kimś wzruszyć, ale nasze słowa, nasze współczucie trzeba potwierdzić czynami, trzeba potwierdzić miłością.

Moi Drodzy!

Z tej przypowieści możemy też wyciągnąć wniosek, jak ważny jest człowiek i jego potrzeby. I można, a czasami trzeba, opuścić różne sprawy, może nawet mniej ważne, a przyjść z pomocą drugiemu człowiekowi, którego spotkamy na naszej drodze, a spotykamy często ludzi cierpiących, potrzebujących naszej pomocy.

Dzisiejsza Ewangelia poucza nas, jak ważnym jest przykazanie miłości Boga i bliźniego, i że to przykazanie należy wypełniać każdego dnia, każdej chwili naszego życia. AMEN.

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
milosc-trudna-prawdziwa20 stycznia 1961 roku zaprzysiężony na 35 prezydenta Stanów Zjednoczonych John Kennedy, wypowiedział słynne słowa: „nie pytaj, co twój kraj może zrobić dla Ciebie; zapytaj co ty możesz zrobić dla swojego kraju”. Czy inspiracją dla jedynego katolickiego prezydenta USA mogła być dzisiejsza ewangelia? Święty Łukasz przytaczając przypowieść Jezusa, przekazuje nam Jego pytanie: „Jak myślisz, który z tych trzech okazał się bliźnim dla tego, kto wpadł między zbójców?” na pytanie biegłego w prawie: „Kto jest moim bliźnim”, Jezus odpowiada pytaniem, które zmienia kierunek: nie pytaj kto jest bliźnim dla ciebie; zapytaj dla kogo ty możesz być bliźnim.
Moi drodzy
Być może jest do dla wielu z nas oczywiste: mam być dobry dla innych. To nie jest problem i chyba nie jest takie trudne wyrobić w sobie życzliwość dla innych ludzi. Możemy powiedzieć: kocham polaków, moje miasteczko, (wioskę), moją parafię. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ci inni ludzie stają się tym jednym konkretnym człowiekiem, niejednokrotnie będącym obok mnie, człowiekiem który potrzebuje pomocy. Miłość bliźniego to nie piękna idea, ale bardzo konkretna sytuacja. Wyraźnie pokazuje to przypowieść o miłosiernym samarytaninie. Staje on wobec konkretnej sytuacji i najpierw łamie prawo o czystości rytualnej, które stało się przeszkodą dla lewity i kapłana. Dla niech ważniejsza była poprawność religijna, niż człowiek który potrzebuje pomocy.
Miłość samarytanina to nie deklaracje, ale konkretna pomoc. Była ona możliwa dlatego, że ów podróżnik miał coś, czym mógł pomóc. W swoim bagażu miał apteczkę pierwszej pomocy, czyli wino i oliwę oraz bandaże, ambulansem stało się jego juczne zwierzę, oddziałem OIOM – gospoda. W czasach gdy nikomu nie śniło się o Narodowym Funduszu Zdrowia, musiał dysponować także gotówką, by poszkodowany mógł powrócić w dobrych warunkach do zdrowia.
By móc skutecznie pomagać bliźnim, muszę mieć to „coś”. Nie da się świadczyć miłości tylko przez modlitwę i życzliwe myślenie o innych. Czasami nie wystarczy powiedzieć „pomodlę się za ciebie”. Czasami trzeba zakasać rękawy i wziąć się do ciężkiej pracy. Wszystko, co mam – moje dobra materialne, inteligencja, siła, spryt, talenty – mogą stać się narzędziem miłości. Nie pomogę drugiemu, kiedy będę stale kalkulował: co ja z tego będę miał; czy za dużo nie stracę, czy zostanie coś dla mnie. I tu dochodzimy do ostatniej i najważniejszej sprawy, kiedy mówimy o miłości.
Wiemy już, że miłości to nie idea ani piękny uśmiech. Miłość to konkret – jest wiele sytuacji nagłaśnianych przez media, w których wszyscy bez względu na religię, światopogląd, ramię w ramię zbierają pieniądze na ofiary trzęsienia ziemi, budują wały przeciwpowodziowe, przynoszą jedzenie i odzież dla tych, którzy stracili wszystko.
Dlaczego to wezwanie do pomocy potrzebującym znalazło się w łukaszowej Ewangelii. Dlaczego stanowi część dobrej nowiny i zbawienia w Jezusie Chrystusie. Czy wystarczy powiedzieć, że ewangelista Łukasz, jako lekarz z wykształcenia, był szczególnie wrażliwy na tego typu sytuacje i patrzył nie okiem specjalisty?
Moi drodzy
Pamiętajmy, że człowiek, który stoi naprzeciwko mnie, jest moim bliźnim. Bliźnim jest każdy, bo każdy może znaleźć się na mojej drodze. „Bliźni (…) to podarek miłości Chrystusa”, nie zaś przykry obowiązek, ciężar, który trzeba szybko zrzucić, a najlepiej wcale nie brać go na swoje barki. Bo bliźni to dar, prezent (nawet jeśli czasami kłopotliwy), za który należy dziękować. Bliźni to nasza droga do nieba. To termometr mierzący temperaturę naszej miłości, to ten, wobec którego będziemy sądzeni. Obyśmy nie usłyszeli kiedyś gorzkich słów Pana Jezusa: „«(…) byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie. (…) Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili». I pójdą ci na mękę wieczną, sprawiedliwi zaś do życia wiecznego”. Obyśmy znaleźli się w gronie tych "sprawiedliwych", tych miłosiernych Samarytan, którzy w bliźnim dostrzegli Oblicze cierpiącego Chrystusa. AMEN.
Dział: OKRES ZWYKŁY