Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: listopad 2016
Artykuły filtrowane wg daty: listopad 2016
wtorek, 29 listopad 2016 16:23

Rozważania Adwentowe - Miejsce w sercu

dobry-pasterzWtorek II tygodnia Adwentu

LITURGIA SŁOWA

Doskonale znamy Jezusową przypowieść o zagubionej owcy. Ze wzruszeniem wyobrażamy sobie Dobrego Pasterza, który po­dejmuje niebezpieczną wędrówkę w poszukiwaniu tej jednej, odłączonej. Podziwiamy dobroć serca i ofiarność Pasterza, który nie kalkuluje, czy więcej warte są owe pozostałe posłuszne owieczki, lecz z bijącym, zatroskanym sercem szuka tej jednej odłączonej. Nie mamy wątpliwości, że Zbawiciel, opowiadając tę przypowieść, mówi o sobie samym.

Jednak dzisiaj, kiedy oczyma duszy wybiegamy ku Bożemu Narodzeniu, a w uszach słyszymy słowa proroka Izajasza „Przy­gotujcie na pustyni drogę dla Pana, wyrównajcie na pustkowiu gościniec naszemu Bogu" (Iz 40,3), spójrzmy na tę historię z in­nej strony. Zadajmy sobie pytanie: dlaczego owa owca odłączyła się od stada? Z jakiego powodu odeszła od wspólnoty, do której należała? Wszak Dobry Pasterz prowadzi swe stado na zielone pastwiska, do orzeźwiających potoków, zapewnia bezpieczeń­stwo, troszczy się i opiekuje. Przecież wszystko, co potrzebne do życia i rozwoju, dane jest właśnie w gromadzie tych owiec, które słuchają swego Opiekuna, gdyż wiedzą, że nigdzie nie będzie im lepiej. Dlaczego więc ta owca odeszła?

Dlaczego my odchodzimy od Boga? Dlaczego grzeszymy? Z jakiego powodu wykopujemy rów nieufności, a wręcz między­ludzkiej wrogości? Dlaczego człowiek potrafi dopuścić się zdrady miłości? Z jakiej przyczyny odwracamy się od Pana? Przecież Bóg daje nam wszystko, co potrzebne do życia. Jego miłość nie zna granic i niejednokrotnie się o tym przekonaliśmy. Mądrość Ewangelii była drogowskazem w życiu. Przykazania Boże poma­gały dokonywać roztropnych wyborów. Miłość małżeńska dała tak wiele szczęścia i satysfakcji. Pomoc przyjaciół była nieocenio­nym wsparciem w chwilach kłopotów. Troska rodziców prowa­dziła przez burzliwe dzieciństwo i zbudowała fundament, na któ­rym wznosimy budowlę swego życia. Dlaczego więc to wszystko porzucamy idąc za pokusą? Dlaczego depczemy miłość, niszczy­my przyjaźń? Skąd bierze się śmiałość, aby obrażać swych rodzi­ców? Z jakiego powodu stajemy się owymi zagubionymi owcami, które samodzielnie chcą szukać szczęścia, chociaż wiedzą dosko­nale, że nie znajdą niczego lepszego, niż to, co jest tu i teraz?

Grzeszymy, bo nasze serce chce wciąż czegoś nowego. Zdradzamy, gdyż nie doceniamy miłości do końca. Obrażamy ro­dziców, ponieważ brak nam wyobraźni, która pomogłaby uzmy­słowić sobie, ile im zawdzięczamy. Stajemy się zagubionymi owcami, gdyż jest w nas ciekawość świata. Odchodzimy od Bo­ga, gdyż za mało Go kochamy. Serce człowieka zawiera w sobie pustkę, przestrzeń, którą wciąż na nowo trzeba zapełniać. Do na­szej natury należy pragnienie doskonałości, prawdziwej miłości, akceptacji i szczęścia. Tę pustkę można próbować zaspokoić na różne sposoby. Te głody można sycić rozmaitymi pokarmami. Jednak tylko sam Bóg zaspokoi te pragnienia. Dopiero prawdziwa więź z Chrystusem ukoi pragnienie szczęścia, miłości i spełnienia.

Krzywdzimy innych ludzi, ponieważ nie zdajemy sobie spra­wy, ile im zawdzięczamy. Pozwalamy sobie na nieprawość względem bliźniego, gdyż nie pojmujemy, jak wiele zła w ten spo­sób czynimy. Opacznie rozumiemy swą wolność, godność i prawo do samostanowienia. Często uważamy, że bliscy chcą nas ograni­czyć, a oni się o nas troszczą. Szukamy przyjemności w zdradzie, nie zauważając daru z życia, które w nasze dłonie złożył małżo­nek. Zapominamy o rodzicach, gdyż egoizm nakazuje myśleć tyl­ko o sobie samym. Wszystko to czynimy, gdyż szukamy spełnie­nia, szczęścia i wolności. Jednak pełne szczęście jest we wspólno­cie zgody, wierności i szacunku. Prawdziwa wolność to umiejęt­ność opanowania pokus. Pokój serca zapewni nam tylko świado­mość, że nikogo nie krzywdzimy i nie zdradzamy.

Kiedy zatem prorok Izajasz nawołuje nas, byśmy prostowali drogi dla przychodzącego Boga, pomyślmy o naszej życiowej postawie. Zobaczmy, czy nie szukamy szczęścia gdzieś daleko, kiedy jest ono obok nas. Nie depczmy miłości, która nas uboga­ca, lecz ją pielęgnujmy i rozwijajmy. Nie szukajmy innych filo­zofii życia, nowych moralności i recept na szczęśliwe życie, kie­dy znamy Dobrą Nowinę. Nie odłączajmy się od wspólnoty Ko­ścioła, aby poznawać to, co egzotyczne i nieznane, gdyż tu bije jedyne źródło zbawienia. Wyciągnijmy wnioski z naszego postę­powania, opamiętajmy się, póki nie jest za późno.

Oczywiście, nie unikniemy grzechów. Będziemy błądzić i upadać. Jednak kiedy człowiek wie, jak wiele tarci przez grzech i zdradę, coraz częściej będzie zdolny do tego, aby się opanować i odeprzeć pokusę. Im więcej miejsca w naszym sercu będzie zaj­mowała miłość Boga, więź pogłębionej modlitwy oraz mądrość Ewangelii, tym mniej będzie przestrzeni na grzech i poszukiwanie życia bez Chrystusa. Im więcej będziemy doceniać miłość małżeńską, troskę rodziców, przyjaciół, tym więcej będzie w nas wierności oraz czynów miłości pochodzących z serca pełnego wdzięczności. Tak postępując, przygotujemy drogę dla Pana. Od­powiemy na adwentowe wezwanie. Pozwolimy, aby na nowo na­rodził się w nas Bóg, na nowo zakwitła miłość i braterska więź przyjaźni. Nasze serce napełni się pokarmem miłości i niczego więcej pragnąć nie będzie. Nastąpi prawdziwe Boże narodzenie.

Amen.

Dział: ADWENT
wtorek, 29 listopad 2016 16:09

Rozważania Adwentowe - Moc uzdrowienia

uzdrowieniePoniedziałek II tygodnia Adwentu

CZYTANIA MSZALNE

Wśród różnych lęków i obaw, które kryją się w naszych ser­cach, nie brakuje strachu przed chorobą. Jedni ludzie czynią wiele zabiegów, aby zachować zdrowie. Inni szafują tym bezcennym da­rem nie licząc się ze zgubnymi skutkami swej nieroztropności. Dla wszystkich chwila zetknięcia się z brutalną prawdą o kruchości swego zdrowia jest bolesna. Są choroby, których można uniknąć stosując się do wskazówek lekarzy. Jednak nie brakuje i takich, które przychodzą niespodziewanie i nie są owocem zaniedbań. Jedne można leczyć, operować, na inne nie znaleziono jeszcze le­karstwa. Boimy się chorób ciała, które niosą cierpienie, lecz jesz­cze gorszymi wydają się nam choroby psychiczne, które zabierają trzeźwość myślenia, pamięć, a nierzadko także świadomość.

Oprócz tych wszystkich przypadłości są jeszcze choroby duszy. Nienawiść, która pała rządzą odwetu. Zazdrość, która za­bija radość życia. Rozwiązłość niszcząca czystą miłość. Gniew, który depcze godność człowieka. Każdy grzech jest chorobą du­szy. Każda nieprawość odciska swe brutalne piętno w sercu krzywdzonego, jak i oprawcy. Każda zdrada Bożych przykazań jest zaburzeniem prawidłowego działania ludzkiego sumienia. Chorować bowiem może ciało, psychika i dusza człowieka. Nie zapominajmy o tym.

W ten świat ludzkich chorób wkracza dziś Chrystus Pan. Uzdrawia paralityka, lecz wcześniej odpuszcza mu wszystkie grzechy, czyli przywraca zdrowie jego duszy. Tym samym Syn Boży pokazuje, że nieszczęście i smutek człowieka polega nie tylko na fizycznym cierpieniu, lecz nade wszystko na zabijaniu życia Bożego w swym sercu. Zbawiciel przywraca prawidłowe, zdrowe funkcjonowanie ciała owego chorego, a jednocześnie do­konuje odrodzenia jego duszy. Normalnym bowiem jest stan zdrowia, kiedy prawidłowo funkcjonuje ciało i dusza człowieka. Normalnym jest także czyste sumienie, które nie jest obarczone grzechami i krzywdami wyrządzonymi drugiemu człowiekowi.

Adwent, który przeżywamy, jest radosnym oczekiwaniem na pamiątkę narodzin Jezusa Chrystusa. To czas wyciszenia i przyj­rzenia się swemu życiu. Jan Chrzciciel prosi o prostowanie swych życiowych dróg. Co zrobić natomiast, kiedy te nasze codzienne ścieżyny są zagmatwane? Co ma wpływ na zagubienie odpo­wiedniego kierunku do Boga i drugiego człowieka? Jakie wyda­rzenia, sytuacje prowadzą do porzucenia odpowiedniej życiowej drogi? Dlaczego błądzimy, skoro wiemy gdzie jest Chrystus i drugi człowiek?

Odpowiedź jest bardzo prosta, a jednocześnie smutna i wsty­dliwa. Błądzimy w życiu, tracimy odpowiedni kierunek i zrywa­my więzi miłości, braterstwa i przyjaźni, gdyż w nasze życie wkradł się grzech. Gubimy drogę do Boga, bo inne sprawy stały się dla nas ważniejsze. Grzech jest chorobą naszej duszy, która niszczy i odbiera radość życia. Może nawet dawać chwilową na­miastkę szczęścia, lecz wcześniej czy później odezwie się w nas głód prawdziwego szczęścia, którego źródłem jest przyjaźń z Bo­giem i czysta miłość drugiego człowieka.

Jezus, który w dzisiejszej Ewangelii uzdrawia duszę i ciało sparaliżowanego człowieka, może uzdrowić i nasze serca. Zbawi­ciel, który ukazuje swą boską moc, jest zdolny przywrócić pokój naszym sumieniom i odbudować nasze relacje przyjaźni, miłości i wierności z innymi. To wszystko dla Boga jest możliwe. Chry­stus może dokonać dzieł, o których nawet nie marzyliśmy. Pan może dać nam to, czego nie zapewni żaden człowiek. Wszak nikt z ludzi nie potrafił pomóc paralitykowi, a Jezus tego dokonał. On może uzdrowić to wszystko, co zniszczyliśmy przez upór, głupotę i grzech.

W tym Adwencie możliwe jest pojednanie pokłóconych przyjaciół. W tym czasie mogą do siebie wrócić zwaśnieni, zdra­dzeni małżonkowie. Serce nikogo z nas nie musi trwać w grze­chu. Żadne sumienie nie musi być zbrukane grzechem, nieprawo­ścią. Niczyje życie nie musi być zatopione w mroku rozpaczy, gniewu i żądzy odwetu. Naprawdę można wyprostować swe ży­cie. Możliwym jest odzyskanie zdrowia duszy. Na nowo może w nas zagościć pokój serca. Znów może rozwijać się i kwitnąć przyjaźń oraz miłość.

Trzeba tylko podjąć wysiłek i przyjść do Jezusa. Trzeba tylko wierzyć i ufać głęboko w boską moc Syna Bożego. Sparaliżowany wierzył w Jezusa. Wraz ze swymi przyjaciółmi podjął ryzyko. Po­zwolił się spuścić przez otwór w dachu. Ileż w nim musiało być determinacji i wiary w odzyskanie zdrowia. To wszystko zostało nagrodzone. Czy ja jestem zdolny do takiego wysiłku i poświęce­nia? Nie będzie cudu uzdrowienia naszej duszy, jeśli nie będzie wysiłku i ofiary. Nie można liczyć na boską interwencję Zbawicie­la, kiedy po ludzku nie czynimy wszystkiego, aby odbudować to, co zniszczył grzech. Nie da się wyprostować drogi do drugiego człowieka, jeśli nie przebaczysz i skruszony nie poprosisz o prze­baczenie. Nie wróci do ciebie pokój serca, jeśli nie chcesz rady­kalnie zerwać z grzechem i z pokorą wyznać go na spowiedzi. Nie będzie w nas radości Bożego Narodzenia, jeśli wcześniej nie bę­dzie wysiłku, aby w swym sercu przygotować miejsce dla Jezusa. Nie trzeba żyć w chorobie duszy. Nie trzeba żyć w nienawiści i złośliwości. Można odzyskać pokój sumienia. To wszystko da nam Jezus. Ale czy my tego tak naprawdę chcemy?

Amen.

Dział: ADWENT

jan-chrzcicielUkochani Bracia i Siostry! To już druga niedziela Adwentu. Co roku okres Adwentu przeżywamy w duchu nawrócenia: „Nawróćcie się, bo bliskie jest królestwo niebieskie” (Mt 3,2) – woła św. Jan Chrzciciel. Trzeba wrócić do Boga, który został zapomniany. Trzeba zmienić styl życia, zmienić kierunek drogi. Bóg tego chce, musimy więc spełnić Jego wolę, podjąć wysiłek nawrócenia.

Adwent jest czasem nowej ewangelizacji naszych rodzin - od­krywania na nowo prawdy o Bogu, o Jego działaniu w nas i przez nas w rodzinnej wspólnocie. Na potrzebę nowej ewangelizacji wskazał już Ojciec św. Jan Paweł II na zakończenie III Pielgrzymki do Polski: „Nie zapominaj­cie, że właśnie nasza polska Ojczyzna wciąż potrzebuje nowej ewangelizacji - podobnie jak cała Europa. Po setkach lat, tysiącach - wciąż na nowo! Cała Europa stała się kontynentem nowego wielkiego wyzwania dla Ewangelii. I Polska też!”. Powrót do ewangelicznych zasad, pogłębienie życia religijnego, zbliżenie się do Boga przez słuchanie Jego Słowa i służenie Mu dotyczy wszystkich w naszych rodzinach: dzieci, rodziców i dziadków, zdrowych i chorych, pełnych sił twórczych i niepełnosprawnych, unierucho­mionych w inwalidzkich wózkach, a także i tych, którzy na jakiś czas są odizolowani od rodzin w zakładach karnych czy domach poprawczych.

Każdy - moi drodzy - na swój sposób może włączyć się w dzieło ewangelizacji, świadczyć o Bogu, starać się coraz lepiej Go poznawać i coraz mocniej Mu zawierzyć. Jest jeszcze ciemno, a już małe dzieci z zapalonymi lampionami w ręku w towarzystwie mamy lub taty – idą na Roraty. Może powiesz: „Z naszego bloku tylko ja idę z mamą. Inne dzieci jeszcze śpią”. Idziesz jedynie ty z mamą. Ale i ze światłem, które przypomina Pana Jezusa. Od twojego światła można zapalić wiele świec. Im bliżej kościoła, tym więcej świateł. A potem... jakie to piękne, kiedy przed kapłanem idzie procesja z dziećmi, które oświetlają jeszcze ciemne wnętrze świątyni. Dopiero, gdy kapłan zaśpiewa „Chwała na wysokości Bogu”, dzieci gaszą światła w lampionach, a pan kościelny zapala wszystkie światła w kościele.

Nawróćcie się” (Mt 3,2) – woła św. Jan Chrzciciel. Trzeba wrócić do Boga, który został zapomniany. Trzeba zapalić zgasłe światła. Jedno od drugiego.

W niedzielę, w przerwie między jedną i drugą Mszą Św. idę do chorej osoby z Panem Jezusem. Mijają mnie ludzie spieszący do kościoła. Jedni klękają przed Bogiem Wszechmogącym, inni zdejmują czapkę, pan kapitan salutuje. Są też tacy, którzy się wstydzą wyznać wiarę i oddać hołd Panu Bogu. W pewnej chwili zauważam ojca z dwojgiem małych dzieci. Klęka i zachęca dzieci, aby uczyniły to samo. Myślę: „Szczęśliwe dzieci, które mają takiego ojca. Szczęśliwe te dzieci, które wraz z ojcem i matką uczestniczą w niedzielnej Mszy Św., a także wspólnie się modlą w swoim domu”. Przecież najpiękniejszym skarbem, który przekazujemy rodzinie i w rodzinie – jest wiara i umiłowanie Boga.

A może w naszych rodzinach panuje inna atmosfera, może - jak pisze Józefa Hennelowa – „coraz w nim ciaśniej, coraz mniej miejsca dla każdego. To nie jest tylko kwestia ilości butów na dwóch metrach kwadratowych przedpokoju, ani kolejki do łazienki, kiedy pięć osób wychodzi na tę samą godzinę do pracy i do szkoły. To sprawa zgrania... Kto może, ten znika z domu, na tak długo, jak tylko się da, wykształca się styl spędzania osobno niedziel, świąt, ferii...” (J. Hennelowa: „U nas w rodzinie”, 1989, s. 324-325).

A może - ukochani - w naszej rodzinie wszechwładnie panuje telewizor, który z koła rodzinnego czyni półkole, przesłania wszystkie problemy, nawet te najważniejsze. Wpatrzeni w srebrny ekran, niejednokrotnie za cenę niedzielnej Mszy Św., nie mamy czasu, aby sięgnąć po Pismo św. i zgłębić przynajmniej jeden jego fragment. Brak nam czasu, by odwiedzić swoich bliskich lub napisać do nich list, by dostrzec sąsiadów potrzebujących pomocy.

A może  - drodzy bracia i siostry - w naszej rodzinie trzeba by zwrocić baczniejszą uwagę na osobę w podeszłym wielku, na osobę, którą dotknął krzyż cierpienia. Los chorych i niepełnosprawnych w rodzinach także bywa różny. Szczęśliwi ci, którzy mimo choroby i kalectwa czują się w domu jak w rodzinie – najbliżsi, dzieci i wnuki otaczają ich szacunkiem, wysłuchują ich rad, korzystają z ich doświadczeń, są wobec nich wyrozumia­li. Ale bywa również inaczej - chora matka na próżno czeka na odwiedziny swoich dzieci, na dobre słowo, najmniejszy odruch ludzkiego serca. Przed­łużająca się. uciążliwa choroba wyczerpuje siły opiekujących się chorym, stają się oni nerwowi i zniechęceni. Cierpienie wpływa na stan psychiczny chorego, który popada w apatię, bywa nawet złośliwy wobec najbliższych. Czasem nam, ludziom sprawującym opiekę nad chorym w rodzinie, zabrak­nie cierpliwości. W takich chwilach pamiętajmy, że tam, gdzie człowiek już nie wytrzymuje, jest z nim Bóg. Źródłem naszego umocnienia niech będą słowa św. Pawła: „przygarniajcie siebie nawzajem, bo i Chrystus przygarnął was ku chwale Boga” (Rz 15,7).

Moi drodzy! Chrystus przyszedł do nas jako Zbawiciel. Prowadzi nas do ostatecznego celu – jednych drogą cierpienia, drugich – współcierpienia. Potwierdzenie swego powołania znajdujemy na kartach Ewangelii. Stwórzmy chorym godziwe warunki w naszych domach, swoim przykładem uczmy dzieci wrażliwości na potrzeby chorych: babci, dziadka, sąsiada, uczmy szacunku wobec nich. Starajmy się poświęcić czas nie tylko na pielęgnowanie chorego w rodzinie, ale także na wspólną modlitwę, lekturę Pisma Św., książek religijnych czy prasy katolickiej, na rozmowę o życiu parafii. Chciejmy chorej osobie umożliwić uczestniczenie w niedzielnej Mszy Św., niech to nie będzie tylko msza wysłuchana.

Nawróćcie się” (Mt 3,2) – woła św. Jan Chrzciciel. Surowy asceta, żyjący w prymitywnych warunkach, ale o dziwo, cieszący się ogromną popularnoś­cią. Występuje szczególnie ostro przeciwko ludziom, którzy uważają, że przynależność do Narodu Wybranego przez pochodzenie zapewnia im zbawienie. „Każde drzewo, które nie wydaje owoców, będzie wycięte i w ogień wrzucone” (Mt 3,10). Nic nie pomogą przywileje, liczy się tylko szczere nawrócenie. Niech nam, a zwłaszcza naszym rodzinom, dopomoże Maryja, łaski pełna – Niepokalana, którą czcić będziemy w najbliższy czwartek. To właśnie z Jej symbolem – świecą płonącą nad ołtarzem, odprawiamy roratną liturgię. Maryjo, wskaż naszym rodzinom właściwą drogę, abyśmy przyjęli przychodzącego Pana, abyśmy potrafili Go w każdym człowieku, który wśród nas żyje i cierpi, dostrzec.

Dział: ADWENT

jan-chrzcicielKościół św. Sylwestra w Rzymie (położony przy Placu o tej samej nazwie) słynie między innymi z relikwii Głowy św. Jana Chrzciciela. Złośliwi twierdzą, iż jest to jedna z dwóch auten­tycznych głów tego Świętego, podczas gdy liczba falsyfikatów jest do końca nie znana. W ten sposób ludzie, w sposób mniej czy bardziej świadomy, pozbawili relikwię jej historycznej wartości. Głowa św. Jana Chrzciciela, nie po raz pierwszy, straciła swoją wymowę. Pozostał znów tylko głos.

Centralną postacią 2 Niedzieli Adwentu jest bez wątpienia św. Jan Chrzciciel. Tydzień temu słyszeliśmy samego Chrystusa, dziś słyszymy Jego Poprzednika. Porządek hierarchiczny po­mieszał się z chronologicznym. „Jan jest głosem, ale «na początku było Słowo», czyli Pan. Jan był głosem tylko do czasu, Chrystus jest Słowem odwiecznym” (Św. Augustyn, Kazanie 293,3). Skoro św. Jan Chrzciciel jest Głosem, przemawia do nas całą swoją oso­bą. Przemawia poprzez to, kim jest, co posiada, poprzez to wszyst­ko, co czyni. Skoro jest Poprzednikiem Zbawiciela, zapowiada i odsłania przede wszystkim prawdy związane z tajemnicą zbawienia. Wsłuchajmy się więc dzisiaj w słowa Głosu, aby jeszcze wyraźniej zabrzmiał głos Słowa w naszym życiu.

Na pierwszym miejscu Prorok znad Jordanu mówi nam o powszechności zbawienia: „Powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi” (Mt 3,9b). Nawiązując do obietnicy, jaką Bóg u początku historii zbawienia złożył Abraha­mowi, Jan Chrzciciel napomina, że zbawienie nie jest zarezerwo­wane dla jakiegoś narodu, warstwy społecznej czy stanu kościelnego. Bóg nie tylko może, ale i rzeczywiście zbawia także tych, których nasze faryzejskie oczy już za życia widziałyby najchętniej w płomieniach piekła. Tę samą myśl podejmuje i rozwija św. Paweł w Liście do Rzymian ukazując Chrystusa, który „stał się sługą obrzezanych, dla okazania wierności Boga i potwierdzenia przez to obietnic danych ojcom oraz po to, żeby poganie za okazane sobie miłosierdzie uwielbiali Boga” (Rz 15,8-9).

Zbawienie, chociaż jest darem dostępnym dla każdego, nie dokonuje się jednak automatycznie. Wymaga wewnętrznego otwarcia się na nie i ciągłej współpracy. „Nawróćcie się [...] i wy­dajcie godny owoc nawrócenia” (Mt 3,2.8). O jaki owoc chodzi? Odpowiedź na to pytanie znajdujemy w pierwszym czytaniu z Księgi Izajasza. Prorok kreśli tu wspaniały obraz ery mesjańskiej, czyli czasu realizującego się zbawienia. Czasu, w którym najpierw łono matki, a potem dom rodzinny staną się bezpiecznym schro­nieniem dla każdego dziecka. Czasu, kiedy człowiek przestanie być człowiekowi wilkiem. Czasu, w którym ludzie przestaną żyć, aby jeść; być, aby mieć; zabijać, aby jeść i mieć więcej. Kiedy to nastąpi? Kiedy każdy z nas osobiście nawróci się, czyli otworzy się na ofiarowane mu zbawienie i zacznie je realizować w swoim ży­ciu.

Jakie środki zbawienia zapowiada i proponuje św. Jan Chrzciciel? Są to przede wszystkim środki bardzo proste. Słowo, które głosi; woda, którą chrzci; wyznawanie grzechów, których słucha; postawa życia, które prowadzi; obrona prawdy, za którą oddaje głowę. Św. Jan, chociaż był „więcej niż prorokiem” (Mt 11,9b), nie dokonał żadnego cudu, nie napisał żadnej księgi, nie pokonał nikogo ani mieczem, ani piórem. A jednak jego "ubogie" środki przynosiły skutek: „ciągnęły do niego Jerozolima oraz cała Judea i cała okolica nad Jordanem” (Mt 3,5). Również i Kościół, któremu Chrystus zlecił zbawczą posługę wobec wszystkich ludzi wszystkich czasów, nie dysponuje spektakularnym arsenałem nowoczesnych narzędzi i metod podboju ludzkich serc. Wychodzi do nas, także i w tym świętym czasie Adwentu, ze słowem Bożym, z sakramentami, z wzorowym życiem wielu swoich wiernych, z nieugiętą postawą obrony prawdy, nawet za cenę niepopularności, wyszydzenia i odejścia tych, których sumienie stało się „głosem wołającym na pustyni” (por. Mt 3,3) serca.

Czy to wystarczy współczesnemu człowiekowi? Na pewno nie, ale jest jeszcze Ktoś, kto już w łonie matki napełnił swoją mocą Proroka znad Jordanu i również od samego początku żyje i działa w Kościele. Tym Kimś jest oczywiście Duch Święty. Zapowiada Go prorok Izajasz jako źródło szczególnych darów w życiu mającego przyjść Mesjasza. Św. Jan Chrzciciel ogłasza natomiast, że „Ten, który idzie za mną [...] chrzcić was będzie Duchem Świętym i og­niem” (Mt 3,11). W ten sposób Prorok znad Jordanu staje się nie tylko głosem zapowiadającym i wskazującym Zbawiciela, ale również zwiastunem dobrej nowiny o Duchu Świętym jako „pier­wszym darze dla wierzących” (por. IV Modlitwa Eucharystyczna).

Niech ten Dar, który sprawił, że św. Jan Chrzciciel, stra­ciwszy głowę, nie przestał i nie przestanie nigdy przemawiać, napełni nas, zwłaszcza w tym zbawczym czasie Adwentu, darem cierpliwości i pociechy, byśmy nie tracąc głowy wobec przeciw­ności życia, „wzorem Chrystusa te same uczucia żywili do siebie i zgodnie jednymi ustami wielbili Boga i Ojca Pana naszego Jezusa Chrystusa” (Rz 15,5-6).

Dział: ADWENT
niedziela, 27 listopad 2016 15:16

Rozważania adwentowe – Jesteś potrzebny!

idzcie-gloscieSobota I tygodnia Adwentu

CZYTANIA MSZALNE

Nikt nie jest samoistną wyspą, każdy stanowi ułamek lądu, część kontynentu” - te słowa angielskiego poety Johna Donne'a są doskonale znane wielu z nas. W obrazowy sposób opisują one nasze wzajemne społeczne relacje. Żyjemy wśród życzliwych nam ludzi. Codziennie spotykamy różne osoby, w pracy, na uli­cy, w sąsiedztwie. Część z nich doskonale znamy, inne spotyka­my przelotnie, nie brakuje także rzeszy osób anonimowych, dla nas obojętnych. Bywają chwile, kiedy wolelibyśmy od wszyst­kich ludzi uciec. Bywają też sytuacje, kiedy mamy wszystkiego dość. Doznane krzywdy, niesprawiedliwość, kłamstwa i zdrady, obmowa i przekleństwo, wykorzystywanie naszej dobroci i nie­dotrzymywanie obietnic. To wszystko irytuje, wręcz denerwuje i zniechęca do zacieśniania wzajemnych więzi.

Jednak każdy z nas musi przyznać, że to, kim jesteśmy dziś, w dużej mierze zawdzięczmy ludziom, którzy są obok. To, jakie mamy poglądy, wiedzę i doświadczenie, jest owocem wspólnie przeżytych chwil. Znajomość ludzkich zachowań, wrażliwość na krzywdę, otwartość serca to nieocenione dobro, którego nauczyli­śmy się od innych. Przez całe życie coraz bardziej rozwija się na­sze człowieczeństwo. Każdego dnia coraz lepiej rozumiemy ta­jemnicę człowieka. Każdego dnia coraz więcej wiemy o innych. To wszystko zawdzięczamy tym, którzy z nami i dla nas żyją.

Adwentowe wezwanie, abyśmy prostowali drogi swych mię­dzyludzkich relacji, chciejmy dziś zobaczyć właśnie w pryzmacie wdzięczności za to wszystko, co w życiu otrzymaliśmy. Słowa Ja­na Chrzciciela o zasypywaniu dolin i równaniu pagórków odnie­śmy do własnego życia. Nie jestem samotną wyspą. Żyję z innymi ludźmi. Jestem człowiekiem dzięki nim i dla nich. Tyle im za­wdzięczam, tyle od nich otrzymałem. Każdy człowiek, który po­jawią się w moim życiu, nie jest przypadkiem, bezimiennym zda­rzeniem losu. Każda osoba, która znalazła się w orbicie mojej co­dzienności, jest darem Opatrzności. Bóg posyła do mnie konkretne osoby, aby mnie ubogacić oraz abym sam był darem dla innych.

Hasłem rozpoczynającego się roku liturgicznego są słowa: „Idźcie i głoście”. Jakże cudownie one korespondują z dzisiejszą Ewangelią. Dzisiejsza Ewangelia jest wyrazem troski Jezusa o każdego człowieka. Oto Boży Syn posyła uprzednio wybranych przez sie­bie uczniów, aby głosili Dobrą Nowinę, uzdrawiali chorych oraz wypędzali złe duchy. Apostołowie ruszyli, aby nieść miłość i po­moc strudzonym, zagubionym i znękanym. Jednak nie tylko apo­stołów wybiera i posyła Stwórca. Nie tylko rybacy znad Jeziora Galilejskiego i ich następcy, czyli wszyscy kapłani, powołani zo­stali do służenia potrzebującym. Do tej pracy zaproszony jest każdy człowiek. Zaszczyt stawania się sługą samego Boga może się stać udziałem każdego z nas. Bóg widzi twoje i moje życie. Pan dostrzega moje i twoje potrzeby, kłopoty i wątpliwości. Dla­tego do mnie i do ciebie nasz kochający Ojciec posyła konkret­nych ludzi, aby nam pomagali, uczyli, pocieszali, czasem upomi­nali i przestrzegali przed zgubnymi skutkami czynienia zła.

Każdy człowiek, którego spotykam, jest do mnie przysłany przez Opatrzność Bożą. Każda osoba, która staje na mojej życio­wej drodze, może mnie czegoś nauczyć. Nigdy nie stanę się ano­nimowym, nikomu niepotrzebnym człowiekiem. Bóg o mnie nig­dy nie zapomni. Nie ma ludzi niepotrzebnych. Nie ma osób zbęd­nych. Każdy z nas powinien zrozumieć, że przez Stwórcę jest chciany i kochany. Każdy z nas jest wezwany do tego, aby w imieniu Jezusa głosić Ewangelię swym życiem, okazywać mi­łosierdzie i nieść pomoc tym, którzy są w jakiejkolwiek potrzebie.

Dlatego tak ważne jest, aby usłyszeć i przyjąć otwartym ser­cem oraz trzeźwym umysłem adwentowe wezwanie do prosto­wania naszych relacji międzyludzkich. Dlatego trzeba nam spoj­rzeć na drugiego człowieka jako dar, który Opatrzność dała nam w pewnej intencji. Może to my się uczymy, korzystamy i uboga­camy drugą osobą. Może to ja jestem wezwany, aby upominać, pomagać, pocieszać i przyprowadzać do Boga. Może to do mnie

Bóg przysłał osobę, która wiele ode mnie wymaga, abym na­uczył się miłosierdzia. Może jest człowiek, który denerwuje, bym zobaczył, jak często sam wyprowadzam z równowagi innych. Może ktoś natarczywie wyciąga rękę po pomoc, bym sam doce­nił wsparcie, które otrzymałem. Ta krzywda, która mnie spotka­ła, winna mnie nauczyć, jak druzgoczące jest zło, które sam popełniam, a tak chętnie usprawiedliwiam.

Jezus posyła dziś apostołów do służby opatrzności Bożej. Każdego z nas zaprasza do służby jako narzędzie opatrzności Pa­na. Pomyślmy o tym. Wykorzystujmy każdą okazję do czynienia dobra. Dziękujmy za każdą okazję do niesienia pomocy i nie za­pomnijmy nigdy, że dla Boga nie ma ludzi niepotrzebnych, nie­ważnych i zapomnianych. Każdy z nas ma swą misję. W każdym z nas Opatrzność upatruje narzędzie, poprzez które zatroskanym, wątpiącym i błądzącym niesiona będzie Ewangelia oraz podawa­na pomocna dłoń miłości.

Amen.

Dział: ADWENT
niedziela, 27 listopad 2016 15:10

Rozważania adwentowe – Zobaczyć prawdę

zobaczyc-prawdePiątek I tygodnia Adwentu

CZYTANIA

Trwamy w adwentowym oczekiwaniu na radość narodzenia Pana naszego Jezusa Chrystusa. Oczyma duszy przenosimy się do Ziemi Świętej, gdzie brzemienna Maryja wraz z Józefem oczeku­ją na narodziny Syna Bożego. W uszach brzmią nam słowa ad­wentowego proroka - św. Jana Chrzciciela, który wzywa, abyśmy prostowali ścieżki naszego życia. Pamiętamy o jego upomnieniu, aby się opamiętać i odrzucić drogę zła, grzechu i niewierności, gdyż jak owa siekiera przystawiona do pnia, zbliża się chwila po­żegnania z tym światem, gdy trzeba będzie Bogu zdać sprawę ze swego życia.

W ten adwentowy kontekst wpisuje się dzisiejsze słowo Bo­że. Oto prorok Izajasz zapowiada dni, kiedy to niewidomi przej­rzą na oczy, głuchoniemi usłyszą, a sprawiedliwi zatriumfują. Te znaki dziać się będą, gdy przyjdzie Mesjasz, który da zbawienie światu. Ewangeliczny opis uzdrowienia niewidomych przez Chrystusa nie pozostawia złudzeń. To Pan Jezus jest zapowiada­nym przez proroków Zbawicielem. To syn Maryi Panny przynosi odkupienie. To Jezus z Nazaretu jest zapowiadanym Emmanuelem, Bogiem z nami.

Jednak cud uzdrowienia, którego świadkami jesteśmy dzi­siaj, nie mógłby się dokonać, gdyby nie wiara chorych, którzy nie wstydzili się publicznie wyznać swej wiary w boską moc Pa­na Jezusa. Ta ufność została nagrodzona i mogli zobaczyć świat własnymi oczyma. Mogli poznać prawdę o otaczającym ich świecie. Nie potrzebowali już opisów innych ludzi. Nie musieli opierać się na opiniach i słowach, które do nich były kierowane. Własnymi, zdrowymi już oczyma oglądali świat, analizowali rzeczywistość i mogli wyciągać własne wnioski.

Adwent, który przeżywamy, winien dla nas samych być cza­sem otwierania oczu na świat. Adwent to sposobność, aby odrzu­cić stereotypowe opinie na temat Boga, Kościoła oraz drugiego człowieka. Bóg daje nam łaskę trzeźwego osądu i czystego spoj­rzenia na otaczający nas świat. Jeśli nie zabraknie w nas dobrej woli, zobaczymy szczerą prawdę o naszych domownikach, oso­bach, z którymi się spotykamy. Jeśli będzie w nas pragnienie po­znania prawdy, zobaczymy, czym jest Kościół, kim jest Chrystus i komu tak bezinteresownie zależy na naszym dobru. Kiedy zaś przejrzymy na oczy i ujrzymy prawdę, łatwiej będzie nam pro­stować swe drogi i odbudowywać zerwane więzi miłości, brater­stwa, przyjaźni względem innych oraz wiary i miłości względem Boga i Kościoła.

Niewidomi z dzisiejszej Ewangelii w poznawaniu otaczają­cego ich świata musieli w dużej mierze opierać się na opinii in­nych ludzi. Jakże często podobnie jest z nami. Niewidomi nie mieli wyboru, gdyż ich oczy były chore. Nam zaś nie chce się po­konać lenistwa i podjąć trudu poznania prawdy. A często w ogóle nie chcemy poznawać prawdy, gdyż poglądy i przyzwyczajenia, jakie mamy, są dla nas wygodniejsze. W ten sposób sami czyni­my siebie ślepcami, zamkniętymi na piękno otaczającego nas świata. Adwent, który przeżywamy, jest zaś czasem danym po to, abyśmy przejrzeli na oczy, czyli naprawiali nasze relacje z naj­bliższymi, weryfikowali poglądy i opinie w oparciu o Ewangelię. Chciejmy zatem w świetle Jezusowego przykazania miłości do­strzec prawdę o Bogu, Kościele i ludziach, którzy nas otaczają.

Czyż nauka głoszona przez Kościół nie jest dana nam, aby­śmy osiągnęli zbawienie? Czy przykazania Boże, niezmienne i trwałe, nie są dane po to, byśmy się w życiu nie pogubili i nie za­tracili? Czy upomnienia, które słyszymy ze strony kapłana, nie są ciągłym wychowywaniem i zabieganiem o nasze dobro? Wiele słyszymy zarzutów wobec Kościoła i głoszonej w nim nauki. Lecz miejmy w sobie dobrą wolę, aby zobaczyć, że to właśnie w Ko­ściele trwa ciągła obrona godności każdego człowieka, świętości życia, zabiegania o czystość sumienia, a nade wszystko o zbawie­nie wieczne wiernych. Może trzeba przejrzeć na oczy. Może od­rzucić od siebie jadowite opinie, które próbują wbić klin między wiernych a Kościół i kapłanów. Może warto z otwartym sercem zadać sobie pytanie, kto tak naprawdę pragnie mojego dobra.

Potrzeba nam jeszcze bardziej otwartych oczu, aby wypro­stować ścieżki naszych wzajemnych relacji, znajomości i więzi. Jakże często nie chcemy szczerze i uczciwie spojrzeć na ludzi, któ­rzy są obok nas. Zamykamy uszy, kiedy przestrzegają nas przed zgubnymi skutkami ulegania pokusom i żądzom. Zamykamy oczy, kiedy ofiarnie nam służą i oczekują ludzkiej wdzięczności. Nie chcemy przyznać, że sami wykorzystujemy dobroć i wspania­łomyślność bliskich. W łatwy sposób usprawiedliwiamy swoje niecne czyny, zdrady oraz krzywdy. Trzeba przejrzeć na oczy. Trzeba dostrzec prawdę. Warto docenić wszelkie dobro, miłość, wsparcie oraz pomoc, które otrzymujemy od bliskich. Jak wyglą­dałoby nasze życie bez nich? Trzeba uderzyć się w pierś i zoba­czyć swoje niedociągnięcia, uszczypliwości oraz krzywdy, który­mi ranimy kochających nas ludzi. Trzeba w końcu zadać sobie py­tanie, czy samemu wychodzimy naprzeciw potrzebom bliźnich.

Dokonamy tego wszystkiego, kiedy nasze serce będzie otwar­te na prawdę. Wyrwiemy się z przekłamanych punktów widzenia, jeśli spojrzymy na drugiego człowieka w świetle Bożej nauki. Docenimy ogrom miłości Boga do człowieka, jeśli z otwartym ser­cem wsłuchamy się w naukę głoszoną nam przez Kościół. W ten sposób wyprostujemy nasze adwentowe ścieżki do Boga i drugie­go człowieka.

Amen.

Dział: ADWENT
niedziela, 27 listopad 2016 15:02

Rozważania adwentowe – Wola nieba

dom-na-skaleCzwartek I tygodnia Adwentu

CZYTANIA

Gromadzimy się wokół Chrystusowego ołtarza w tym szcze­gólnym czasie radosnego oczekiwania na Boże Narodzenie. Zo­stawiając za drzwiami świątyni nasze codzienne obowiązki, sku­piamy swą uwagę na słowie Bożym, pragniemy zatopić myśli w modlitwie, umocnić swą wiarę i wrócić do swych domostw z Bożym błogosławieństwem. Nasza tu obecność jest wyznaniem wiary, miłości oraz wdzięczności za wszystko, co Pan uczynił w naszym życiu.

Właśnie. Co Pan uczynił w naszym życiu? Co otrzymaliśmy od Boga? Jakie dary stały się naszym udziałem? Ile zawdzięcza­my Opatrzności? Te pytania winny cisnąć się nam na usta, kiedy słuchamy dzisiejszej Ewangelii. Chrystus Pan wzywa nas do peł­nienia woli Ojca Niebieskiego. Jezus zachęca, abyśmy swe życie budowali na trwałym fundamencie Ewangelii. To jest fundament, który pozwoli oprzeć się wszelkim życiowym burzom. Pełnienie woli Boga jest jedyną drogą do osiągnięcia zbawienia. Wszak „Nie każdy, który Mi mówi: «Panie, Panie!», wejdzie do króle­stwa niebieskiego, lecz ten, kto spełnia wolę mojego Ojca, który jest w niebie” (Mt 7,21).

Słuchając dzisiejszej Ewangelii, możemy zadać sobie pyta­nie: dlaczego mam żyć według nauki Jezusa? Dlaczego powinie­nem przestrzegać Bożych przykazań, modlić się, pomagać po­trzebującym, publicznie przyznawać się do Kościoła? Dlaczego nauka Ewangelii ma być prawem mojego postępowania? W koń­cu, dlaczego Boży Syn dopomina się, abym pełnił wolę Boga Oj­ca? Czy stawialiśmy sobie kiedyś takie pytania? Czas Adwentu, który przeżywamy, jest doskonałą okazją, aby sobie na nie od­powiedzieć.

Przede wszystkim trzeba spojrzeć na swoje życie, aby zoba­czyć, jak wiele zawdzięczamy Bogu. Św. Paweł pyta „Cóż masz, czego byś nie otrzymał? A jeśliś otrzymał, to czemu się chełpisz, tak jakbyś nie otrzymał” (1 Kor 4,7). Życie, zdrowie, talenty oraz zdolności są darem Stwórcy. Kochający ludzie, po­kój, dostatek i zgoda nie są tylko wynikiem naszych starań. To, co mamy i kim jesteśmy, zawdzięczamy przede wszystkim Bo­gu. To Pan troszczy się o nasze życie i powodzenie. To Bóg dał nam wszelkie środki, zdolności i sposobności do tego, abyśmy się rozwijali, bogacili i czynili sobie ziemię poddaną. To Bóg Ojciec posyła do nas swego Jednorodzonego Syna, aby światu, który odwrócił się od Bożego prawa, przynieść Dobrą Nowinę. Nie kto inny, lecz sam Chrystus Pan oddał swe życie na krzyżu, umarł i chwalebnie zmartwychwstał dla naszego zbawienia.

Stwórca ze swej nieskończonej miłości daje człowiekowi wszystkie środki potrzebne do tego, aby był szczęśliwy na ziemi oraz osiągnął chwałę zbawionych w niebie. Zamysłem Stwórcy nie są wojny, zbrodnie, kradzieże, zdrady czy zabójstwa. Pra­gnieniem Pana nie są łzy porzuconych, skrzywdzonych, bied­nych czy cierpiących. Pan pragnie naszego dobra. Wszelkie zło, cierpienie, choroba oraz groza śmierci są następstwem grzechu pierworodnego oraz zła, które sami czynimy.

Komu więc wierzyć i ufać, jak nie Bogu, któremu tak wiele zawdzięczamy? Na czyich słowach budować swą przyszłość, jak nie na nauce Chrystusa, który za nas oddał swe życie? Na jakim fundamencie wznosić budowlę swej codzienności, jeśli nie na słowach Ewangelii, która jest drogowskazem danym nam przez Boga? Jezus ma prawo wymagać i prosić, abyśmy postę­powali według Jego nauki, gdyż tak wiele nam dał. Jego Krew, przelana na krzyżu, domaga się wdzięczności oraz wierności słowom Ewangelii. Całe dobro, które otrzymaliśmy od Pana, jest wystarczającym powodem, by pełnić wolę naszego Ojca, który jest w niebie.

Jaka zaś jest ta wola Stwórcy? Czego oczekuje od nas Pan? Niczego więcej, jak tylko miłości wzajemnej i zgody. Niczego więcej, jak szacunku oraz należnej czci oddawanej Jego Majesta­towi. Niczego, poza wiernością przykazaniom Bożym, które prze­cież dane są dla naszego dobra. Bóg pragnie naszej świętości i zbawienia, abyśmy na ziemi byli szczęśliwi i się wzajemnie nie krzywdzili. Miłosierny Ojciec wciąż nam przebacza i oczekuje, że dla siebie wzajemnie będziemy wspaniałomyślni. Dlaczego? Bo Bóg nas kocha. W Jego oczach każdy z nas jest jedyny, wyjątko­wy i niepowtarzalny. Jak ojciec mający kilkoro dzieci każde kocha oddzielnie, wyjątkowo i niepowtarzalnie, ale to nie przeszkadza mu kochać pozostałe dzieci, tak Stwórca kocha każdego z nas.

Dlatego Jezus prosi dziś o pełnienie woli Boga. Dlatego gło­szona jest nam wciąż w Kościele Dobra Nowina. Dlatego Boży Syn przyszedł na świat i narodził się w Betlejem. Dlatego powo­ływane są kolejne pokolenia kapłanów, którzy wiernym głoszą Ewangelię. Dlatego warto postępować według nauki, którą głosi Kościół. To nauka o woli Ojca względem każdego nas. Wolą zaś Boga Ojca jest, abyśmy byli szczęśliwi na ziemi oraz osiągnęli niebo. Nie zapominajmy o tym.

Amen.

Dział: ADWENT
niedziela, 27 listopad 2016 14:44

Rozważania adwentowe – Pan czuwa i powołuje

Pojdzcie-za-Mna-a-staniecie-sie-rybakami-ludziŚroda I tygodnia Adwentu

CZYTANIA

W codziennym zabieganiu, spełnianiu swych obowiązków znaleźliśmy czas dla Chrystusa. Odłożyliśmy niedokończone rozmowy, wygospodarowaliśmy czas na tę Mszę św. Co nas przywiodło dziś, w dniu pracy, do świątyni? Jaki jest powód na­szej obecności na dzisiejszej Eucharystii? Jakie intencje nas tu dziś przywiodły?

Odpowiedź wydaje się oczywista. Przybyliśmy do świątyni, aby spotkać się z Chrystusem, wyznać naszą wiarę oraz przed­stawić Bożemu Majestatowi swoje intencje: troski i zmartwienia, wdzięczność oraz prośbę o Boże błogosławieństwo, pretensje za doznane krzywdy, jak i uwielbienie Pana za otrzymane dobro. Przywiodła nas dziś do świątyni miłość do Jezusa. Stajemy przed ołtarzem Pana w duchu wiary w prawdziwą oraz realną obecność Chrystusa Pana w Eucharystii.

Gromadzimy się na adwentowej Mszy Św., aby słuchać sło­wa Bożego, uczyć się mądrości z nieba, przedstawić Bogu nasze intencje oraz szukać pomocy w strapieniach. Podobni jesteśmy do wielkich tłumów, które gromadziły się wokół Syna Bożego nad Jeziorem Galilejskim. Dlaczego ludzie tak chętnie przychodzili do Jezusa z Nazaretu? Dlaczego z taką uwagą słuchali Jego nauki? Z jakiego powodu przynosili chorych, przyprowadzali opę­tanych? Jaka siła przyciągała Izraelitów do Syna Maryi Panny? Te nieprzebrane tłumy Galilejczyków cisnęły się do Jezusa z tego samego powodu, dla którego my przybywamy do świątyni. Słu­chali Dobrej Nowiny z tych samych przyczyn, dla których my wytężamy słuch. Prosili o ratunek dla chorych i cierpiących z tym samym przekonaniem serca, jakie jest w nas samych. Po prostu przed wiekami, jak i dziś w sercu człowieka zakorzenione jest przekonanie, że Chrystus nie pozostawi nas samymi. Ufamy głę­boko, że Bóg czuwa nad nami. Wierzymy mocno, że Chrystus nam dopomoże, tak jak przyszedł z pomocą wielkim tłumom nad Jeziorem Galilejskim.

Dzisiejsze słowo Boże przynosi nam obraz Boga, który w swej opatrzności wychodzi naprzeciw potrzebom drugiego człowieka. Oto prorok Izajasz ukazuje nam obraz wielkiej uczty przygotowanej przez Pana Zastępów, który troszczy się o swój lud. Te obficie zastawione stoły, pełne wybornego jadła oraz do­skonałych win to symbol wszelkich łask, które Stwórca dla nas w swej opatrzności przygotował. Zapowiedź otarcia łez z oczu smucących się oraz zatroskanych to wizja niebiańskiej szczęśli­wości bez cierpienia i zmartwień. Wierność Bogu zostanie na­grodzona. Za dzisiejsze wysiłki walki z pokusami, służby potrze­bującym, miłosierdzia oraz dochowania wiary Stwórca hojnie podziękuje. Bóg bowiem nigdy nie pozostawia swych wiernych. Pan nigdy nie zapomina o swych dzieciach. Stwórca nie porzuca swego stworzenia. Dlatego powołuchue tych, którzy w Jego imieniu będą się troszczyć o dobro każdego człowieka.  Otrzymaliśmy dar wolności. Możemy wybie­rać, komu warto wierzyć i kogo słuchać. Spotykają nas krzywdy, które są wynikiem złej woli drugiego człowieka. Nieobce są nam choroby, cierpienie. Nie zatrzymamy czasu, który odciska swe piętno na naszym ciele. Jednak nie jesteśmy sami. Bóg jest obok, ciągle czuwa, opiekuje się oraz udziela nam swej łaski.

I doskonałym przykładem troski Pana o swój lud jest dzisiejsza Ewangelia. Oto Pan Jezus przychodzi z pomocą wszystkim ludziom, którzy zwracają się do Niego ze swymi przeróżnymi strapieniami. Słyszymy u Mateusza Ewangelisty całą litanię cudownych interwencji Syna Bożego, który niesie pomoc potrzebu­jącym. Jednak to zbyt mało dla nieskończonej miłości Chrystusa do człowieka. Daje on przybyłym więcej niż oczekiwali. Nie tyl­ko spełnia ich prośby, lecz jeszcze hojnym sercem rozdaje chleb zgłodniałym. Bóg w swej łaskawości jest wspaniałomyślny. Wi­dzi nasze braki, kłopoty i strapienia. Nie pozostawia nas samymi sobie, lecz przychodzi z pomocą. Powołuje Apostołow i ich następców, aby byli przedłużeniem Jego rąk, Jego oczu, Jego serca.

To jest radosna wiadomość dla nas na dziś. Jezus wciąż czu­wa nad nami. Udziela swych łask wszystkim, którzy ufnie się do Niego zwracają. Jego słowo jest drogowskazem na codzienną wędrówkę do nieba. Jego mądrość pomaga dokonywać roztrop­nych wyborów. Jego hojna dłoń rozdziela nam łaski potrzebne w codziennym życiu. Czyż czas Adwentu, który właśnie przeży­wamy, nie jest świadectwem Bożej opieki nad nami? Wszak my­ślami wybiegamy już ku pamiątce narodzin Syna Bożego, który przyniósł zbawienie światu. Czyż stojące w świątyni konfesjonały nie są świadectwem nieskończonego miłosierdzia Bożego? Wszak tam Bóg przebacza nam wszystkie grzechy. Czyż ołtarz Pański nie jest świadectwem miłości Jezusa do każdego z nas? Wszak na nim podczas każdej Mszy św. dokonuje się cudowne rozmnożenie Chleba eucharystycznego. Czyż serce każdego z nas tu obecnych nie nosi w sobie historii działania łaski Bożej? Wszak wielokrotnie Pan wysłuchiwał naszych próśb i błagań.

Pan czuwa nad nami. Pan nam wciąż błogosławi. Bóg o nas nigdy nie zapomina. Niechaj ta radosna prawda będzie źródłem radości i otuchy w chwilach zwątpienia, kryzysu i smutku. Choć może czasem uważamy, że Pan o nas zapomina, to jest inaczej. Choć czasem nie ma natychmiastowej odpowiedzi na naszą mo­dlitwę, to niebo nie jest na nas głuche. Chociaż nie unikniemy cierpienia i choroby, to jednak nie zostaniemy w tych strapie­niach sami. Bóg nad nami czuwa. Nie zapomnijmy o tym.

Amen.

Dział: ADWENT
niedziela, 27 listopad 2016 14:15

Rozważania Adwentowe – Prostota wiary

pastuszkowie-z-fatimaWtorek I tygodnia Adwentu

CZYTANIA

Żyjemy w świecie nauki, wiedzy, informacji. Wciąż pod­nosimy swe kwalifikacje zawodowe. Zdobywamy wiedzę, która ułatwia nam życie. Jest w nas pragnienie poznawania praw rządzących życiem i przyrodą. Doskonale zdajemy sobie sprawę, że informacja jest bezcennym dobrem, które procentować bę­dzie w przyszłości. Pragniemy być ludźmi mądrymi, roztropnymi, którzy będą potrafili sami pokierować swym życiem. Czujemy się bezpiecznie, kiedy życiowe zdarzenia nas nie za­skakują, gdyż zdobyta wiedza oraz życiowa mądrość pomagają wyjść z największych nawet opresji.

Jakże więc dziwnie brzmią dla nas słowa Chrystusa z dzi­siejszej Ewangelii: „Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i zie­mi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a ob­jawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie” (Łk 10,21). Czyżby tymi słowami Boży Syn od­trącił wszelkie wysiłki ludzkiego intelektu? Albo przekreślił wolność myślenia, wnioskowania i analizowania otaczającego nas świata? Może ta wypowiedź Chrystusa jest zachętą do leni­stwa intelektualnego oraz braku roztropności? Lub w końcu jest odrzuceniem mądrości, która jest owocem doświadczenia oraz słuchania drugiego człowieka?

Nic bardziej mylnego. Chrystus, wypowiadając te słowa, wcale nie odrzuca roli intelektu w życiu człowieka. Wszak sło­wami „Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8,32) za­chęca do analizowania otaczającego nas świata, wydarzeń oraz nauki Ewangelii. Jezus w dniu dzisiejszym pochyla się nad wia­rą prostą, ufną i bezgraniczną. Boży Syn wychwala wiarę, która wbrew ludzkiej, ziemskiej wiedzy oraz mądrości na pierwszym miejscu w życiu stawia Boga. Ewangeliczny prostaczek to nie prostak, osoba odrzucająca wiedzę, lecz człowiek, który wierzy Bogu, tak jak dziecko wierzy swym rodzicom.

Niejednokrotnie spotkać się możemy z postawami ludzi o du­żej wiedzy, którzy uważają wiarę za zabobon, opium, które ma mącić w głowach osób mniej światłych. Nigdy nie brakowało tych, którzy zbyt wysoko cenili swą mądrość i roztropność, aby zgiąć kark przed słowami Ewangelii. Przez wieki trwa nieustanna walka z przykazaniami Bożymi, toczona przez osoby, które uwa­żają, że same wiedzą, co jest dobre, a co złe. Tak było w czasach Syna Bożego, gdy uczeni w Piśmie i faryzeusze odrzucili Dobrą Nowinę. Tak było w historii, kiedy ludzie niosący kaganek oświa­ty rugowali z przestrzeni publicznej Ewangelię. Tak dzieje się dziś, kiedy człowiek XXI wieku w swej pysze sam czyni się pra­wodawcą zasad moralnych i odrzuca odwieczną mądrość, której źródłem jest sam Bóg.

Aby przyjąć Słowo życia wiecznego, potrzeba prostoty ser­ca, które zdolne jest zmienić swój punkt widzenia. Aby postę­pować według nauki głoszonej przez Syna Bożego, trzeba poko­ry, która otworzy umysł na inną perspektywę życia. Aby uwie­rzyć w to, że wszechmocny Bóg przyjął ułomną ludzką naturę, narodził się z Panny Dziewicy, oddał swe życie za nasze zba­wienie oraz chwalebnie zmartwychwstał, trzeba poskromić umysł, który po ludzku tego nie potrafi wytłumaczyć. Potrzeba dobrej woli prostolinijnego człowieka, aby przyjąć słowa Ewan­gelii. Potrzeba prawdziwie otwartych oczu, umysłu i serca, aby zachwycić się Dobrą Nowiną.

Taką otwartość znalazł Boży Syn w gronie ciężko pracują­cych rybaków, których powołał na apostołów. Taką gotowość na przyjęcie słowa Bożego znalazł Chrystus wśród prostego ludu Galilei oraz Judei. Taka postawa ukorzenia intelektu przed od­wieczną prawdą Ewangelii pociągała przez wieki rzesze jakże wykształconych ludzi, którzy swe życie poświęcili Bogu. Takiej prostoty serca oczekuje od nas Zbawiciel dzisiaj. Czy znajdzie ją w moim sercu?

Przeżywamy czas Adwentu. Pragniemy odnowić swoją więź wiary i miłości z Synem Bożym. Chcemy prostować swe drogi do Boga oraz drugiego człowieka. Aby to osiągnąć, potrzebna jest prostota serca. Aby to się stało, potrzeba ufności w prawdzi­wość słów Ewangelii. Wiara domaga się ufności. Jednak ta uf­ność zostanie przez Boga nagrodzona. Nikt z nas nie może ocze­kiwać nagrody za to, że wierzy w prawa przyrody, których praw­dziwość można doświadczalnie udowodnić. To wiedza, którą każdy roztropny człowiek akceptuje. Wiara wymyka się do­świadczalnej argumentacji, nie przeczy rozumowi, lecz wykracza poza niego. Wiara domaga się ufności szczególnie wtedy, kiedy po ludzku nie potrafimy jej zrozumieć.

To jest wiara ewangelicznego prostaczka. To jest postawa, którą nagradza Bóg Ojciec. To jest jedyna droga do przyjęcia i re­alizacji słów Ewangelii. Czy moja wiara jest taka? Czy wierzę w te wszystkie prawdy wiary, których po ludzku nie można wytłuma­czyć? Czy ufam bezgranicznie nauce Kościoła, choć tak wiele osób wyśmiewa Ewangelię i każe ją dostosowywać do wymagań człowieka pełnego pychy i samouwielbienia?

Jezus rozradował się w Duchu Świętym prostą wiarą ludzi, którzy przyjmują Dobrą Nowinę. Oby Chrystus mógł się cieszyć moją wiarą. Oby Boży Syn mógł być dumny z mojej codziennej postawy. Oby moje serce ufało i wierzyło w całość nauki głoszo­nej przez Kościół Chrystusowy, bo ta nauka jest jedynym dro­gowskazem do osiągnięcia szczęścia wiecznego.

Amen.

Dział: ADWENT
niedziela, 27 listopad 2016 14:02

Rozważania Adwentowe – Jaka jest moja wiara?

Poniedziałek I tygodnia Adwentu

CZYTANIA

uzdrowienie.slugi.setnikaRozpoczęliśmy święty czas Adwentu. Codzienne obo­wiązki, praca, zajęcia wymuszają na nas koncentrację i skupie­nie. Jednak wśród tych wszystkich, jakże ważnych i angażują­cych naszą uwagę spraw, pragniemy odnaleźć inną, równie ważną rzeczywistość. Adwent przypomina nam, że nasze życie jest ciągłą drogą ku Bogu i wieczności. Adwent winien nam przypominać, że najważniejszym celem naszego istnienia jest osiągnięcie świętości. Adwent w końcu jest pytaniem o miejsce Chrystusa w naszym życiu.

Kim dla mnie jest Bóg? Jak silna jest moja wiara? Jak ważne jest dla mnie osiągnięcie zbawienia wiecznego? To pytania, które musimy postawić sobie na początku tego świętego czasu wyciszenia, oczekiwania i wsłuchiwania w swe serce. Adwent nie jest tylko formą przygotowania do uroczystości Bożego Narodzenia. To nie jest okres wzmożonych zakupów, sprzątania, porządko­wania i przygotowywania świątecznego stołu. Adwent w końcu to nie tylko sama tradycja Mszy św. roratnich, rekolekcji i pro­stowania naszych międzyludzkich relacji. Adwent to przede wszystkim czas zastanowienia się nad miejscem Boga w naszym życiu. To sposobność do ujrzenia właściwej perspektywy swych codziennych zmagań, zajęć, dróg i decyzji.

Tegoroczny Adwent właśnie się zaczął, lecz doskonale wiemy, że niebawem się skończy. Nasze ziemskie życie, które rozpoczęło się w momencie poczęcia, także się skończy. Co bę­dzie później? Dokąd doprowadzą mnie moje codzienne wybo­ry? Czego gwarantem jest głęboka wiara w Jezusa Chrystusa, poparta praktykami religijnymi oraz uczynkami miłosierdzia? Nad takimi zagadnieniami trzeba nam się pochylić w czasie te­gorocznego Adwentu.

Dzisiejsza Ewangelia przynosi świadectwo wielkiej wiary setnika. Jego sługa jest ciężko chory. Żaden lekarz nie potrafi mu pomóc. Po ludzku nie ma już nadziei na wyzdrowienie. Jednak serce setnika pełne jest ufnej wiary w boską moc Jezusa z Nazaretu. Prośba o pomoc i ratunek dla chorego jest wyra­zem wręcz pewności, że Chrystus może pomóc w tym strapie­niu. To jest wiara, która potrafi pokonać ludzkie uprzedzenia. To jest wiara, która zwycięża beznadzieję oraz porażkę wła­snych wysiłków. To jest wiara, która ufa i wierzy w to, co wy­daje się być niewykonalnym i nierealnym z ludzkiego punktu widzenia. Ta ufna wiara zostaje nagrodzona.

Setnik nie wymaga nawet, aby Jezus udał się do jego domu. „Panie, nie jestem godzien, abyś wszedł pod dach mój, ale po­wiedz tylko słowo, a mój sługa odzyska zdrowie” (Mt 8,8). On nie wątpi w to, że nawet na odległość Boży Syn może dokonać cudu uzdrowienia. Ta postawa zostaje nagrodzona. Ta bezgraniczna uf­ność w Chrystusa owocuje cudem przywrócenia zdrowia.

Skoro Jezus dokonał takiego cudu, nie ma dla Niego rzeczy niemożliwych. Swą nadprzyrodzoną interwencją pokazuje, że prawdziwie jest Bogiem. Powierzając swoje losy w ręce Syna Bo­żego, możemy być pewni, że jesteśmy bezpieczni. Wiara w Chry­stusa jest dla nas drogą do osiągnięcia zbawienia wiecznego. To jest najważniejszy argument i racja wierności Chrystusowi. Nie ma większej wartości w życiu człowieka, jak zbawić swoją duszę. Nie ma większego szczęścia, niż osiągnąć pełnię zjednoczenia ze Stwórcą w niebie. Nie ma zarazem większego nieszczęścia i życiowej przegranej, jak potępić się na wieki w otchłani piekła.

W tegorocznym Adwencie musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, czy moja wiara prowadzi mnie do zbawienia wiecznego. Czy moja codzienna postawa zaowocuje osiągnięciem nieba? Czy moje postępowanie jest realizacją słów Ewangelii? Jeśli tak, cieszmy się, gdyż dążymy ku świętości. Jeśli nie, opamiętajmy się, póki nie jest zbyt późno. Nie można oddzielać życia od wiary. Nie można rozgraniczać postępowania od deklarowanej wierności Ewangelii. Donikąd prowadzi takie rozdwojenie. Moja wiara mu­si być poparta czynami. Moja postawa musi być odzwierciedle­niem wierności Bogu, krzyżowi i Ewangelii. Nie można swego życia oddzielać od deklarowanej wiary. Nie można pamiętać o Chrystusie tylko w świątyni, a poza jej murami żyć jakby Boga nie było. Setnik nie wstydził się publicznie wyznać wiarę w Syna Bożego. Swą postawą potwierdził miłość do Boga, która rozwija­ła się w jego sercu. Tak samo powinno być z każdym z nas.

Niechaj tegoroczny Adwent będzie czasem przyjrzenia się własnej wierze. Niechaj stanie się sposobnością do uświadomie­nia sobie na nowo, że każdego dnia zbliżam się do progu wieczności, gdzie rozliczony będę z każdego dnia. Niechaj wciąż roz­brzmiewa w naszych uszach pytanie o cel naszego życia. Dokąd podążam? Jakie będą konsekwencje moich czynów, decyzji i po­staw? Dlaczego wierzę w Chrystusa i co mi daje ta wiara? Wiara setnika zadziwiła samego Syna Bożego i została nagrodzona. Czy Bóg zachwyci się moją wiarą? Czy Pan mógłby dać mnie za wzór do naśladowania? Czy sam jestem dumny z przynależności do Kościoła Chrystusowego?

Amen.

Dział: ADWENT

1.adwentuDlatego i wy bądźcie gotowi, bo Syn Człowieczy przyjdzie w takiej godzinie, w jakiej się Go nie spodziewacie...”

Ukochani bracia i siostry!

Znowu bliżej do Świąt, które trzeba duchowo przygotować. Znowu bliżej do progu wieczności. A te cztery tygodnie będą dla wierzących okazją wyznania więzi z Tym, Który ma przyjść. Dlatego rozważmy to bogactwo treści, jakie niesie nam w darze liturgia tej niedzieli.

Modlitwa niedzielnej Mszy Św., rozpoczynającej czas Adwentu zawiera te słowa: „Boże, spraw, abyśmy przez dobre uczynki przygotowali się na spotkanie przychodzącego Chrystusa, a w dniu sądu, zaliczeni do Jego wybranych, mogli posiąść królestwo niebieskie” (z Kolekty dnia).

Ta modlitwa mówi nam o przyjściu Jezusa. Słowo "przyjście", łacińskie aduentus, dało nazwę temu okresowi, który - chociaż jest na końcu roku kalendarzowego - rozpoczyna rok kościelny. W tym przyjściu głosi też znana pieśń adwentowa; jej tytuł Maranatha jest utworzony z dwóch słów aramejskich – „Przyjdź Panie”. Kolor szat liturgicznych, fiolet, wskazuje zaś na charakter pokutny tego okresu, zatrzymanie się, wyciszenie, ascezę.

W ten sposób Adwent kojarzy się z innym okresem w roku kościelnym, z Wielki Postem. Nie tylko kolor ornatu, ale brak śpiewu Chwała na wysokości Bogu”, zakaz urządzania zabaw hucznych, dodatkowe nabożeństwa, rekolekcje, spowiedź, wszystko to upodabnia do siebie te dwa okresy: Adwent i Wielki Post. Tak dzieje się w wymiarze kościelnym; nie inaczej jest na płaszczyźnie świeckiej. Dzieci czekają na ferie, powody do radości mają sprze­dawcy, zaś powody do zmartwień ci wszyscy, którzy muszą się liczyć z każdym groszem.

Takie podejście do Adwentu, podobnie jak i do Wielkiego Postu, pomieszanie świętego z powszednim, tego, co się podoba, z tym, co nam mniej odpowiada; wszystko to może uśpić naszą wrażliwość, tak, że potrzebne staje się wezwanie z listu św. Paw­ia: „Rozumiejcie chwilę obecną: teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu” (Rz 13,11). Dlatego też sens Adwentu może być zrozumiały tylko wtedy, kiedy przyjmiemy te słowa.

Jakie jest zwyczajne, dosłowne znaczenie słów o powstaniu ze snu? Jeśli nie widzi się światła nadchodzącego dnia, jeśli nie sły­szy się dzwonienia budzika, jeśli łóżko jest wygodne... noc trwa dalej. Jeśli nie widzi się Adwentu jako czasu przebudzenia, jeśli nie chce się otworzyć ani oczu, ani uszu, jeśli takie życie jest wy­godne... to noc trwa dalej. Ten, kto śpi, właściwie nie wie o tym. Dlatego na pytanie: "Czy śpisz?" - trudno oczekiwać odpowiedzi twierdzącej. Odpowiedzią twierdzącą może być brak odpowiedzi.

Sens słów św. Pawła z Listu do Rzymian staje się teraz ja­śniejszy. Faktycznie, dalej Apostoł pisze, o jaki sen mu chodzi: „Żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pija­tykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. [...] nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom” (Rz 13,13-14). Przyrównanie tych grzechów do ciemności nocy, do snu, jest celowe. Potrzeba obudzenia się, otwarcia oczu, aby nie spać dłu­żej. Potrzeba odwrócenia się od grzechów, a tych wymienionych i innych, aby przekonać się o tym, że życie bez nich jest możliwe, co więcej, takie życie staje się wartościowszym, pełniejszym.

Jak otworzyć oczy, aby zobaczyć takie życie; jak powstać ze snu, aby je rozpocząć? Te pytania znajdujemy na początku Ad­wentu, aby ten czas był dla nas sygnałem godziny powstania; aby podniósł nas z tego, co chwilowo przyjemne, co jest złudnym marzeniem, do tego, co jest prawdziwym szczęściem, co trwa wiecznie. Chrześcijanie czasów apostolskich potrzebowali takiego wezwania. A my nie jesteśmy od nich doskonalsi. Przyznajemy to sami, kiedy widzimy ich grzechy uobecniające się w naszych cza­sach. Niestety, widzimy je najłatwiej i najszybciej u naszych bliź­nich. Kiedy dostrzegamy, że inni śpią.

Niech ten czas Adwentu obudzi także nas, wyrwie z nocy na­szych kłótni, poddania się mrocznym pragnieniom ciała, zazdrości wzajemnej, zbytniego troszczenia się o to, co daje tylko chwilowe szczęście. Niech do powstania ze snu przynagla nas świadomość, że na każdego z nas przyjdzie inna noc, z której tylko Pan może obudzić. Niech do wykorzystania tego Adwentu, niezmarnowania go, zachęca nas przekonanie, że dla niektórych z nas jest on ostat­nią szansą na powstanie przed przyjściem Pana.

Próbujmy dobrze zrozumieć czas Adwentu, dobrze go prze­żyjmy, powstańmy do lepszego życia, aby to życie, które jest naj­lepsze, stało się naszym udziałem.

Niech niedziela będzie świętym dniem liturgii, dobroci wzajem­nej. Bardziej adwentowa.

Może modlitwa prywatna nabierze treści i nastroju. Może w naszych rodzinach zaproponujemy uważniejsze korzystanie z telewizji .

Może nastrój słów, delikatność, pokój, wybaczanie, życzli­wość staną się adwentowym darem dla rodziny. Może biedy świata, klęski, wojny, staną się częstszą treścią modlitwy...

Boże, przyjdź, bo dziwny jest ten wspaniały i tragiczny, nasz mały i wielki świat. Dlatego błagamy: przyjdź.

Zapisz

Zapisz

Dział: ADWENT

LITURGIA SŁOWA

1.niedziela.adwentu.AUkochani Bracia i Siostry! Adwent - to czas przygotowania na przyjście Jezusa Chrystusa. Czas bogaty w różnorakie przeżycia. Dla ludzi ducha to radosne oczekiwanie - codzienne wychodzenie na spotkanie Pana. Wychodzenie przed świtem, z lampą lub świecą rozjaśniającą ciemności adwentowej nocy - na Maryjne roraty. Adwent przypomina nam także przymierze zawarte między Bogiem a ludzkością. I to przymierze nie na drodze umowy, nie w formie traktatów, aktów, nie przez słowa, symbole, ale przez takie fakty, których nie da się odwołać, którym nie da się zaprzeczyć.

Traktat można anulować, przymierze można zerwać, papier można podrzeć, symbolowi można nadać treść, ale tego faktu, że Bóg należy do ludzi, a ludzie do Boga, nikt nie potrafi zmienić. Żyjemy więc w ciągłym przychodzeniu Boga, w ciągłym adwencie.

Nieraz można usłyszeć zdanie: że religia i religijność zjawiła się na świecie wówczas, gdy człowiek w swojej świadomości odnalazł Boga. Tymczasem pobieżny rzut oka na religię objawioną przedchrześcijańską i chrześcijańską mówi coś innego. Mianowicie religia jako taka powstaje nie wtedy, gdy człowiek zaczyna tęsknić za Bogiem, ale właśnie na odwrót. Zjawia się wtedy, gdy żywy i rzeczywisty Bóg zachodzi drogę człowiekowi nieraz bardzo niepożądany i wcale nie wytęskniony. Od pierwszej karty objawienia wraca ciągle ten Bóg przychodzący: idea Boga bliskiego, który nawiedza człowieka. Szuka człowieka.

Chrześcijaństwo też nie narodziło się z jakiejś zbiorowej tęsknoty i oczekiwania na Boga-Chrystusa. To co dziś wyśpiewujemy: "Spuście nam na ziemskie niwy" - to bądźmy szczerzy - nie jest tęsknotą za Bogiem. To jest tylko wyrażenie potrzeby Boga. I może właśnie dlatego tak potrzeba przyjścia Boga na świat jest tak wielka, że my już nawet za Nim nie tęsknimy. My tęsknimy czasem za Bogiem Wspomożycielem, kiedy nas nęka choroba, kiedy życiu najdroższych zagraża śmierć, kiedy chcemy dostać posadę, wyjść dobrze za mąż - tak, to wtedy tęsknimy - ale to tylko za darem.

A religia objawiona, ta autentyczna, nie jest wcale owocem tęsknot i pragnień, tylko jest następstwem faktów, że Bóg nie proszony i czasem nawet nie pożądany, przychodzi do człowieka i nieraz komplikuje mu życie.

A Kościół? Wcale nie zrodził się z tęsknoty. Nie stworzył go Piotr... Kościół zjawił się na świecie wtedy, kiedy po ciężkiej pracy przyszedł do Piotra Chrystus i powiedział: "Pójdź za mną". A potem: "Tobie dam klucze Królestwa niebieskiego". Piotr poszedł za Chrystusem, bo to wołanie było silniejsze niż wszystko to co go otaczało.

Tak przedstawia się również religijność całego świata chrześcijańskiego przez cały ciąg jego historii. Bóg ciągle wraca, przychodzi przez swoje człowieczeństwo i wiąże się z człowiekiem.

Św. Paweł woła dziś: "rozumiejcie chwilę obecną". A więc postępujcie rozważnie, zrozumcie, że każdy człowiek, że nasz świat potrzebuje Chrystusa, potrzebuje Jego przychodzenia, że nie wolno mu odrywać znaku od świętej rzeczywistości, którą ten znak wskazuje. Tam gdzie się w Kościele odprawia Msza Św., tam gdzie ludzie przystępują do Sakramentów Św.: od chrztu poprzez bierzmowanie aż do kapłaństwa... tam przychodzi Bóg i daje człowiekowi łaskę zbawienia. Tam, gdzie człowiek staje przed Bogiem i mówi: "Ojcze" - przeżywa swój osobisty adwent.

Na czym dzisiaj polega "niezrozumienie" chwili obecnej i brak mądrości Bożej?

Polega on przede wszystkim na takim sposobie myślenia i życia dzisiejszego świata, jakby Bóg był daleko, jakby Bóg był nieobecny, jakby Bóg nie miał nam nic do powiedzenia, jakbyśmy przed Bogiem nie musieli zdać sprawy z tego cośmy zrobili: dobra czy zła, światłości czy ciemności. Jest potrzebna świadomość między życiem z Bogiem, czy życiem bez Boga. Między tymi wartościami dobra i zła stoi człowiek i tylko człowiek, żadne inne stworzenie nie będzie poddane osądowi. I człowiek jest skazany na dokonanie wyboru na czym ma się oprzeć, na jakiej wartości. I ta Boża mądrość polega na uznaniu obecności Boga. I stąd to wezwanie dzisiejszej liturgii słowa: "wstąpimy do świątyni Boga i na Górę Pana". Z góry widać więcej i dalej.

W Adwencie pali się obok ołtarza wysoka świeca jako przypomnienie i jako wezwanie: czuwajcie! Przez cztery tygodnie: czuwajcie! Bo możemy się z Bogiem rozminąć. Możemy Jego przyjścia nie zauważyć. Mówi św. Augustyn: "Lękam się tego, że Chrystus będzie przechodził obok mnie, a ja Go nie zaproszę i On już nigdy do mnie nie wróci". Dlatego trzeba czuwać.

Czuwam - mówi Ojciec św. do młodzieży na Jasnej Górze - to znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia, że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. To bardzo ważne aby zło nazwać złem, a nie dobrem, - nazwać zło po imieniu".

Szczególnie dziwnie rozpoczyna nam się adwentowe czekanie. Dużo różnych niepokojów. Wiele niespełnionych nadziei. Zmęczenie, apatia, ludzie podzieleni, czasem aż do nienawiści. Już nam zabrakło cierpliwości, by słuchać ludzi. Do pasji doprowadziły nas różne skrajne i kontrowersyjne opinie. Już tak bardzo zapragnęliśmy spokoju i wyciszenia. Zmęczeni, zwracajmy się do naszego Pana, z resztkami nadziei na dobro.

Potrzebujemy dzisiaj szczególnie tego Boga, którego zapowiada prorok Izajasz: dającego Prawo, uczącego dróg swoich. Tu jest adwent człowieka.

Bo jeszcze i człowiek powinien do Chrystusa przychodzić. Powinien do Niego wielokrotnie wracać tymi ewangelicznymi adwentami, które przekazała nam historia Chrystusowego życia, zapisana w Ewangeliach. Bogaty jest język kazań ewangelicznych (dyskutowano o tym w Pałacu Staszica i na UW). Wraca człowiek adwentem niewiasty chorej, która przeciska się przez tłum ludzki i mówi sama do siebie: "Bylebym się tylko dotknęła, bylebym mogła dojść blisko i dotknąć, a będę zdrowa..." Czasem jest to adwent setnika, który zostawił w domu konające dziecko i poszedł szukać Chrystusa. Może to być również bardzo trudny adwent jakim szła do Chrystusa wielka grzesznica pomiędzy stołami ucztujących, przytłoczona wstydem. To co ją pociągało, było mocniejsze niż wszystkie względy świata tego i taką trudną drogą doszła do stóp Jezusa, znalazła to, czego szukała.

Różne są adwenty ludzkie. Może gdzieś w tym szerokim wachlarzu możliwości znajdzie się mój osobisty adwent, kiedy przytłoczony winami, i utrapiony słabościami pójdę szukać Chrystusa. Wymaga to nowej ewangelizacji - "aby być w tym świecie solą ziemi i światłością świata". W ten sposób można przenikać dziedziny naszego życia, zaangażować się do przepajania i przenikania zasad ewangelii wszystkich dziedzin kultury i życia. Życie polskich adwentów było zorganizowane wokół wydarzeń religijnych. Dzisiejszy chrześcijanin - Polak, winien działać w tym samym duchu. Trzeba zachować dla Boga miasta, wojsko (jak to czynią dzisiaj obecni oficerowie podchorążówki), fabryki, wsie - tak jak zachowane są dla Boga domy, rodziny i własne serca. Bo jest to czekanie na Boga. Pan przyszedł, przychodzi, przyjdzie. Czy do ciebie także?...

 

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Dział: ADWENT

jezus-milosierny-krol-i-panWielka rzesza ludzi zgromadziła się tu dziś w Bazylice Bożego Miłosierdzia i wokół niej, w imię Twoje. Wielka rzesza ludzi – nie mniej nas, niż wtedy, u początków Kościoła, w dniu Pięćdziesiątnicy, gdy wylałeś obficie Swego Ducha. Ześlij teraz na nas Swego Ducha.

Duchu Święty, napełnij nas Swoim światłem i miłością ku dobre-mu owocowaniu Bożego Słowa w naszych umysłach i sercach.

Eminencjo, Księże Kardynale,
Księże Prymasie,
Księże Arcybiskupie Stanisławie, Przewodniczący Konferencji Episkopatu Polski,
Drodzy Współbracia w biskupim posługiwaniu,
Szanowny Panie Prezydencie,
Panowie Marszałkowie Sejmu i Senatu,
Wszyscy przedstawiciele Rządu,
Posłowie i Senatorowie,
Przedstawiciele władz państwowych i samorządowych,
Drodzy Współbracia kapłani, osoby konsekrowane, wszyscy wierni świeccy,
Siostry i Bracia, zgromadzeni w tej Bazylice i tak licznie zgromadzeni wokół niej,
Drodzy telewidzowie i radiosłuchacze.

Zapis zawarty w pierwszym czytaniu, w Drugiej Księdze Samuela, mówi o bardzo ważnym wydarzeniu w dziejach Narodu Wybranego, o uznaniu Dawida Królem przez wszystkie pokolenia izraelskie. Jednak już wcześniej Pan Bóg namaścił Dawida na króla, rękoma Samuela. Jest więc Da-wid królem Izraela z Bożego postanowienia i przez Boga ustanowiony, a Naród reprezentowany w Hebronie przez starszyznę uznaje go swoim królem.

Podobny sens ma wydarzenie, w którym uczestniczymy. Zgromadzeni tu w Krakowie-Łagiewnikach, w sanktuarium Bożego Miłosierdzia, jesteśmy przedstawicielstwem Polskiego Narodu i Kościoła w Polsce, i przybyliśmy tu, by przyjąć Jezusa Chrystusa, na nowo, z wielką radykalnością swego postanowienia, za Króla i Pana. Trzeba bowiem, ażeby królował w naszym życiu Ten, o którym św. Paweł mówi w Liście do Kolosan, że „jest obrazem Boga niewidzialnego – Pierworodnym wobec każdego stworzenia”, który „jest przed wszystkim i wszystko w Nim ma istnienie”, „w którym mamy odkupienie – odpuszczenie grzechów”, który „jest Głową Ciała – Kościoła” i „pierworodnym spośród umarłych”. „Zechciał bowiem Bóg, aby w Nim zamieszkała cała Pełnia i aby przez Niego znów pojednać wszystko z sobą: […] i to, co na ziemi, i to, co w niebiosach, wprowadziwszy pokój przez krew Jego krzyża” (zob. Kol 1,14-20).

O Jezusie mówi też Matka-Kościół, słyszeliśmy te słowa w modlitwie dnia, że jest Królem z Bożego postanowienia. Bóg postanowił wszystko poddać umiłowanemu Synowi, Królowi Wszechświata i ten swój plan zrealizował. Jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni dla ocalenia Narodu Wybranego, tak Bóg wywyższył swego Syna na krzyżu dla naszego zbawienia i po zmartwychwstaniu posadził Go „na prawicę swoją jako Władcę i Zbawiciela” (Dz 5,31). Wywyższył Go ponad wszystko i „darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich i ziemskich, i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest Panem – ku chwale Boga Ojca” (Flp 2,9-11).

Dlatego, moi drodzy, nie jest naszym zadaniem ogłaszać Chrystusa Królem, lecz uznać Jego panowanie i poddać się Jego Prawu, Jego woli i zbawczej władzy, zawierzyć i poświęcić Mu naszą Ojczyznę i cały Naród, nas samych i nasze rodziny. Przybyliśmy więc, by ugiąć kolano i wyznać z wiarą, że Jezus jest naszym Królem, Panem i Zbawicielem, a nawet więcej, chcemy Go przyjąć za Króla i Pana. By tego dokonać, trzeba podjąć jakże ciągle aktualne wezwanie św. Jana Pawła II z homilii inaugurującej jego pontyfikat: „Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Dla Jego zbawczej władzy […]. Nie lękajcie się!”.

Umiłowani w Chrystusie Panu Siostry i Bracia, nie trzeba się bać, bo jak zapewnia papież senior Benedykt XVI, Jezus nie przychodzi, jak złodziej, nie zabiera, lecz daje, uzdrawia, przemienia, umacnia. Sam zapewnia nas: Oto stoję u drzwi i pukam. Ileż w tym delikatności i troski zarazem! I mówi dalej: Jeśli, ktoś usłyszy i drzwi otworzy, wtedy wejdę i będę z Nim ucztował, a on ze Mną (por. Ap 3,20). Nie czeka na nasze dary, lecz obdarowują łaską i prawdą. Jest naszym największym Dobrodziejem. Uświadamia nam to zapis kolędowy na odrzwiach naszych domów i mieszkań: C+M+B+ i dany rok, już niebawem: 2017. Otóż św. Augustyn tak tłumaczył sens zapisu: Christus est multorum Benefactor. Chrystus jest Dobroczyńcą wszystkich w tym mieszkaniu, w tym domu mieszkających. Tak właśnie jest! Jezus jest naszym Dobrodziejem, naszym Zbawcą!

Nie można więc postąpić, jak ludzie na Kalwarii. Mam na myśli zobojętnienie i szyderstwo, o których mówi św. Łukasz Ewangelista. A nie pomógł nawet napis: „To jest król żydowski” (Łk 23,38). Lud stał i patrzył – można powiedzieć: ślepy i nieporuszony miłością Pana. Członkowie Sanhedrynu i żołnierze szydzili z ukrzyżowanego Króla. A jeden ze złoczyńców wręcz urągał Mu: „Czyż Ty nie jesteś Mesjaszem? Wybaw więc siebie i nas” (Łk 23,39).

Zupełnie inaczej odniósł się do Jezusa drugi ze złoczyńców, ten, którego przyjęło się nazywać dobrym łotrem. Zganił towarzysza, a następnie wyznał swą wiarę w królewską godność Jezusa i Jego królestwo nie z tego świata: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa” (Łk 23,42). W odpowiedzi Jezus objawia swą Boską i królewską moc i chwałę: „Zaprawdę, powiadam ci: Dziś będziesz ze Mną w raju” (Łk 23,43). Pokazuje, że dysponuje mocą obdarowywania nowym życiem, rajskim życiem, że ten, który w Niego wierzy może liczyć na udział w Jego królestwie. Oto Król, który panuje nad grzechem, śmiercią, piekłem i szatanem, i darzy życiem wiecznym w swoim Królestwie. Trzeba jednak w Jezusa wierzyć i wyznać wiarę w Niego, uznać Go swoim Królem, czyli dać Mu posłuch i pierwsze miejsce w życiu, służyć Mu i żyć na Jego chwałę.

To znaczy, że trzeba jak Zacheusz przyjąć Pana rozradowany. Wówczas dzieje się zbawienie w nas i pośród nas. Zwierzchnik celników, bardzo bogaty, który wcześniej i myślał tylko o sobie, w obecności Pana wyznaje swą winę, zapowiada naprawienie krzywd i wspieranie ubogich. Dokonała się wielka przemiana, zrodziło nowe życie, na miarę Chrystusowej Ewangelii. To Boże życie jest też naszym udziałem od dnia chrztu. Tak często żeśmy w tym roku do tego wracali, że naszym udziałem – łaska naszego życia, łaska dziecięctwa Bożego. W tej łasce, jak w zalążku, jest niesamowity potencjał, może być jednak zmarnowany, sami bowiem nie jesteśmy w stanie tego życia Bożego w sobie rozwijać. Wystarczy jednak otworzyć drzwi, przyjąć Pana, dać Mu pierwsze miejsce we wszystkich sferach naszego życia: osobistej, rodzinnej, zawodowej i społecznej, a On je uporządkuje i rozwinie. To życie otrzymane w zalążku na chrzcie wprowadzi Boży ład, napełni swym Duchem i pokojem, którego świat dać nie umie, pokojem Zmartwychwstałego.

Bardzo nam dziś tego potrzeba: Bożego pokoju w naszych ser-cach, zgody i miłości między nami, Bożego Ducha, Ducha prawdy i jedności, i innych owoców Ducha: dobroci, uprzejmości, łagodności, opanowania, wierności i cierpliwości. Potrzeba też wyrazistego poszanowania Bożego Prawa, aby stanowione prawo ludzkie nie było ponad nim i nie dochodziło do łamania sumienia człowieka, lekceważenia tego, co etycznie i moralnie dobre.

Światowe Dni Młodzieży ujawniły wielki potencjał wiary i Bożego ducha w naszym Kościele. A jednak w codzienności nie za bardzo umiemy tym potencjałem żyć, ten potencjał obudzić. Przeżyliśmy pośród siebie tyle piękna, obecności działania Jezusa, bliskości Jego du-cha, ale w codzienności trudno nam tak żyć, jak wtedy.

Zamykając rok podwójnego jubileuszu: Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia i 1050-lecia Chrztu Polski musimy przyznać, że niestety coraz bardziej brakuje w naszym Kościele i Narodzie otwartej tożsamości, która warunkuje i znamionuje rozwój autentycznej wiary i egzystencji chrześcijańskiej. Nie możemy ani rozmazywać, czy zaprzedawać swej identyczności, ani widzieć w człowieku inaczej myślącym, czy inaczej wierzącym od razu przeciwnika, czy wręcz wroga.

U podstaw zdrowej tożsamości chrześcijańskiej jest wiara żywa i świadoma, reflektowana. Tam, gdzie jej brak, pojawiają się różne duchowe schorzenia w chrześcijańskiej egzystencji. Nieraz mamy do czynienia z infantylnością wiary, innym razem rozwija się fundamentalizm. Najczęściej Bóg spychany jest na margines naszego codziennego życia, ujawnia-ją się różne formy niedowiarstwa i zabobonu, a także dziwna duchowość, o której mówił nam, biskupom na Wawelu papież Franciszek – subiektywna, bez Chrystusa, sprowadzająca się do zaspokajania podstawowych pragnień ludzkiej natury: zdrowia, dobrobytu i szczęścia. Bez odniesienia do Boga. Trudno być wtedy obrońcą i świadkiem wiary, człowiekiem sumienia, człowiekiem wrażliwym i prawym, ponieważ duch ludzki nie unosi się wówczas na skrzydłach wiary i rozumu.

Równocześnie trzeba przyznać, że nie bardzo przejęliśmy się myślą przewodnią Nadzwyczajnego Jubileuszu Miłosierdzia: Miłosierni jak Ojciec. Nie zawsze umiemy czerpać z Bożego miłosierdzia, które Pan Bóg obficie rozlewa na nas w swoim słowie i świętych sakramentach. Jak wielu spośród nas nie przychodzi nawet w Dzień Pański do świątyni Jego. Ale jeszcze trudniej przychodzi nam okazywanie miłosierdzia naszym bliźnim. Coraz więcej w naszym społeczeństwie zobojętnienia i zamknięcia na innych. Wiele osądów pochopnych i krzywdzących, odniesień z pozycji arbitra i linczowania z podeptaniem prawa domniemanej niewinności. Zanim sprawa dostanie się do prokuratury, już nieraz w mediach ktoś jest osądzony. Coraz więcej nieprzejednanych i wręcz wrogich po-staw i zachowań, gorzkich owoców wyrastających z negatywnych emocji, które nie mają albo nic, albo niewiele wspólnego z Bożym Duchem: wzburzenie, niezgoda, rozłamy, bywa, że i nienawiść.

Moi Drodzy, to trzeba zmienić! Tak dalej być nie może. Proklamacja Jubileuszowego Aktu Przyjęcia Jezusa Chrystusa za Króla i Pana naprawdę zobowiązuje! Nie dopuśćmy do tego, by jedynym owocem podwójnego jubileuszu Miłosierdzia i Chrztu Polski był określony zapis w kronikach i annałach. Nie możemy dalej dryfować w tym kierunku, który oznacza oddalanie się od Boga! Zmiany nie dokona jednak sama proklamacja Jubileuszowego Aktu. Trzeba podjąć dzieło przemiany i uporządkowania życia po Bożemu, na miarę Jezusa i Jego Ewangelii.

Przed nami bardzo dogodny ku temu czas: Adwent i Boże Narodzenie. Niech tegoroczne Marana tha – Przyjdź Jezu Panie, będzie zaproszeniem naszego Króla i Pana w nasze życie osobiste i rodzinne. Ale nie bójmy się też zaprosić Jezusa w te miejsca, w których o jakości życia nie decydujemy sami. Zaprośmy i otwórzmy drzwi Jezusowi, a on już sam będzie działał. Dysponuje przecież zbawczą władzą, potęgą swej miłości miłosiernej i potrafić dokonywać rzeczy, których sami nie jesteśmy w stanie sprawić.
Trzeba jednak uklęknąć i – jak mówi św. Jan Paweł II w „Nuovo millenio ineunte” – wszystko zaczynać od kontemplacji oblicza Jezusa, zwłaszcza ukrzyżowanego.

Święta Bożego Narodzenia niech będą szczególnym czasem ugoszczenia Jezusa w naszych sercach i domach. Cenne wskazanie ku temu zawarte jest w relacji św. Mateusza o pokłonie Mędrców ze Wschodu. Ewangelista zapisał: „Weszli do domu i zobaczyli Dziecię z Matką Jego, Maryją; upadli na twarz i oddali Mu pokłon”. Niezależnie od tego, czy to była szopa czy grota, bez względu na to, jak bardzo było biednie i wiało chłodem, Ewangelista podpowiada, że Józef z Maryją stworzyli Jezusowi dom. W ten sposób nam przekazuje, że nie jest ważny stan po-siadania i pozycja społeczna, wystawność budynku i sprzętów. Przesłanie jest bardzo czytelne – dom jest tam, gdzie jest miejsce dla Boga i miłość wzajemna między nami, domownikami.

W nowym roku kościelnym, czyli od pierwszej Niedzieli Adwentu, towarzyszyć nam będą jako myśl przewodnia słowa: Idźcie i głoście. Są wezwaniem do tego, aby podjąć konkretny trud, wysiłek apostolski, ewangelizacyjny. Papież Franciszek dał nam jasno do zrozumienia, że trzeba zostawić kanapę, ubrać wyczynowe buty i ruszyć w drogę, na peryferie i bezdroża ludzkiego życia. Nie brakuje wokół nas ludzi w potrzebie, i tej materialnej, i duchowej. Przez cały rok wielokroć przypominaliśmy sobie uczynki miłosierdzia względem duszy i ciała. Podejmowaliśmy je, ale nie można tego dzieła kończyć wraz z zakończeniem Jubileuszowego Roku. Trzeba jednak większej wyobraźni miłosierdzia i dostrzegania zwłaszcza tych, którzy Jezusa nie poznali, o Nim zapomnieli, nie potrafią się do Niego zbliżyć i zaczerpnąć z Jego miłości miłosiernej. Trzeba ich poprowadzić do Jezusa i pomóc im otworzyć się na Niego.

Cały 2017 rok powinien nas mobilizować jeszcze od innej strony. To przecież rok przygotowania do obchodów 100-lecia odzyskania niepodległości. Wolność, ten wielki Boży dar, jest nam zadany, a kierunek pracy nad sobą dobrze wytyczają słowa Cypriana Kamila Norwida z utworu „Królestwo”: „Nie niewola ni wolność – są w stanie. Uszczęśliwić cię… nie! Tyś osobą: udziałem twym więcej!… panowanie. Nad wszystkim w świecie – i nad sobą”. Czy jednak jesteśmy w stanie zapanować nad wszystkim w naszym społeczeństwie, naszym Kościele i rodzinach, czy zapanujemy nad sobą, bez przyjęcia Jezusa za Króla i Pana, bez poddania się Jego Prawu, Jego woli i zbawczej władzy?

Św. Jan Paweł II, widząc naszą bezradność, gdy nie potrafiliśmy przezwyciężyć komunizmu zniewalającego naszą Ojczyznę i nasz naród, nie wzywał nas na Placu Zwycięstwa w Warszawie do pójścia na barykady, lecz zwrócił się do Boga. Wielu z nas pamięta to przejmujące wołanie: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi, tej ziemi!” Jeden zawołał, z taką jednak mocą wiary i ufności do Boga, że Duch Święty zstąpił i wyzwolił nie tylko nas. Padł także mur wrogości u sąsiada. I dziś, też musimy wszyscy razem, w jedności, co dnia wołać do Boga i przywoływać Bożego Ducha, aby otworzył nas na Jezusa, by pomógł nam Go stale przyjmować i Nim żyć, poddając się Jego Prawu i władzy, byśmy naszemu Królowi i Panu potrafili z oddaniem i wiernie służyć, na Jego chwałę żyć i Nim się z innymi dzielić.

Kochani moi, Jasnogórska Pani, nasza Matka i Królowa, trzymając na lewym ramieniu Jezusa, spogląda na nas i wskazując prawą ręką na niego, zdaje się mówić: „Weź Mojego Syna w swoje życie, ma dla ciebie słowo prawdy i błogosławieństwo, i cały daje ci Siebie. Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie”.

I weźmy też z sobą na drogę słowa papieża Franciszka wygłoszone w 2014 r., w uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata: „Zbawienie nie zaczyna się od wyznania królewskości Chrystusa, ale od naśladowania dzieł miłosierdzia, przez które On zrealizował królestwo. Kto spełnia dzieła miłosierdzia, pokazuje, że przyjął królowanie Jezusa, bo w swoim sercu uczynił miejsce dla miłosierdzia Boga”.

Niech więc nie brakuje w naszym życiu uczynków miłosierdzia. Pamiętajmy, że pod koniec życia będziemy sądzeni z miłości, bliskości i czułości okazywanej bliźnim. A będzie nas sprawiedliwie sądził Jezus Chrystus, nasz Król i Pan. Jemu chwała na wieki. Amen.

Zapisz

Dział: OKRES ZWYKŁY

chrystus-królJezus z Nazaretu zawieszony między niebem i ziemią udziela królewskiej audiencji.

Lud przyszedł, stał i patrzył. Członkowie Wysokiej Rady zadowoleni, że osiągnęli swoje, mogą teraz drwić z mesjasza-samozwańca. Żołnierze szydzą, złoczyńca urąga. Napis nad Jego głową też był szyderstwem: „Król Żydowski”.

Zaczęło się powolne konanie. Krzyż pozwalał je znakomicie przedłużyć. Trzeba tylko czekać. Śmierć przychodzi powoli. Ludzie dobijają Go słowami, które bolą bardziej, niż uderzenia.

Ukochani Bracia i Siostry!

Tak to przedstawił św. Łukasz, ten sam, który na początku swej Ewangelii opowiadając o zwiastowaniu notuje słowa Gabriela: „On będzie wielki i będzie nazwany Synem Najwyższego, a Pan Bóg da mu tron jego ojca Dawida. Będzie panował nad domem Jakuba na wieki, a jego panowaniu nie będzie końca” (Łk 1,32). Trzeba podziwiać Łukaszową odwagę i jego umiłowanie prawdy, że po takiej zapowiedzi, ukazał prawdziwy koniec.

Nędzny koniec. Ale początek też był taki. Realizm narodzin w grocie betlejemskiej przeraża swoim skrajnym ubóstwem. A przecież właśnie wtedy Anioł Pański zwiastuje pasterzom radość wielką, że się narodził Mesjasz-Król. I jako królowi przynieśli Nowonarodzonemu mędrcy ze Wschodu dar złota. A potem wszystko przycichło i Król żył jak syn cieśli aż do czasu, gdy po chrzcie w Jordanie i zwycięstwie nad kusicielem wrócił do Nazaretu, gdzie się wychował. A w szabat czytał proroka Izajasza. To nie przypadek, że wybrał te słowa:

Duch Pański spoczywa na mnie, ponieważ mnie namaścił i posłał mnie” (Łk 4,18). To była deklaracja, bardzo dobrze zrozumiana: Jestem Namasz­czony przez Boga, jestem Mesjaszem-Chrystusem-Królem.

Niewiele brakowało, aby to wyznanie nie zakończyło się samosądem. Chciano go strącić z góry, po prostu zabić. Za to, że on syn cieśli, jeden z nich, sąsiad, ma takie bluźniercze pretensje. On jednak przeszedłszy pośród nich oddalił się, nie wrócił do Nazaretu, przeniósł się do Kafarnaum, które uznał za miasto swoje. Ale swojej deklaracji nie odwołał. Ona będzie jego dominantą w działalności nauczycielskiej. Nie miał do końca żadnej rezydencji, ba własnego kąta, gdzie by mógł głowę skłonić. Zawsze jednak znajdą się ludzie, którzy udzielą mu gościny i otoczą gromadnie zasłuchani w to. co im mówił. A mówił tak, jak nikt do tej pory, mówił jako władzę mający, jak Król. Nie będzie powtarzał swej deklaracji nazaretańskiej, ale faktami będzie ją ciągle potwierdzał.

Rozkazuje duchom nieczystym i wychodzą. Rozkazuje gorączce i teściowa Szymona wstaje i usługuje. Poleca raz jeszcze zarzucić sieci i sieci zaczynają się rwać od obfitego połowu. Dotyka trędowatego i natychmiast trąd z niego ustępuje. Sparaliżowanemu mówi „Wstań”, a on natychmiast wstał wobec nich. Mówi do celnika Lewiego „Pójdź za mną”, a on zostawił wszystko, wstał i poszedł za nim. Mówi do zmarłego młodzieńca „Wstań”, a on usiadł i zaczął mówić. Rozkazał wichrowi i zburzonej fali: uspokoiły się i nastała cisza.

Ludzie to widzieli, przeżywali i pełni podziwu mówili: „KIM WŁAŚ­CIWIE ON JEST?” To powinno wywołać entuzjazm. Owszem, gdy nakar­mił wielotysięczny tłum, ludzie uznali, że „ten jest prawdziwie prorokiem, który miał przyjść i postanowili porwać go i obwołać Królem” - niech karmi naród, niech stanie na czele wojska ktoś tak potężny, że chleb się rozmnaża w jego rękach. Wyglądało to na polityczną decyzję, Jezus uniknął tej pokusy, sam usunął się znów na górę (J 6,15).

Jeszcze nie nadeszła Jego godzina, jeszcze ludzie nie byli zdolni przyjąć Jego nauki. Wypadki następnego dnia potwierdziły to.

Gdy Jezus zaczął im mówić o chlebie, który będzie jego Ciałem jako po­karm na życie wieczne, powstał bunt: „Trudna jest to mowa. Któż jej może słuchać?” Wielu uczniów odeszło. Sytuacja zrobiła się ponura, skoro także pod adresem Dwunastu padło pytanie: „Czyż i wy chcecie odejść?” Historia się powtórzyła przy wjeździe Jezusa do Jerozolimy. Znów entuzjazm, dywan z płaszczów na drodze, gałązki palmowe, wiwaty: hosanna, niech żyje... „Błogosławiony Król, który przychodzi w imię Pańskie”. I równocześnie kontestacja. Oto niektórzy farazeusze protestują: „Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom”.

Potem znów wszystko przycichło. Na krótko. Niebawem nastąpił wybuch. Zdrada ucznia, aresztowanie, sfingowany proces, wyrok śmierci wydany przez Sanhedryn. „Więc ty jesteś Synem Bożym?” „Tak, jestem nim”. Najwyższy wymiar kary musiał być zatwierdzony przez namiestnika cezara rzymskiego. Rzymian te żydowskie spory religijne nie interesowały, nie mogli nawet pojąć, o co im idzie. Trzeba było szukać oskarżenia politycznego. Znaleziono bez trudu: „Każdy, kto się czyni królem sprzeciwia się Cezarowi” (J 19,12).

Wokół tego zarzutu toczy się proces przed Piłatem. Oskarżony nie zaprzeczył: „Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na świat, aby dać świadectwo prawdzie”. Piłat stanął przed trudną decyzją. Od jego wyroku zależy życie lub śmierć Więźnia.

Cóż to za król? Samotny, opuszczony przez zwolenników, bez wojska, policji, roszczeń terytorialnych. Mówi o prawdzie. Cóż to jest prawda? Rozpaczliwe są próby Poncjusza Piłata, by Oskarżonego uwolnić. „Nie znajduję w nim żadnej winy” (J 19,4). „Króla waszego mam ukrzyżować?” (J 19,15). Tragedia człowieka, który układy koniunkturalne wybrał ponad przekonania osobiste i poczucie sprawiedliwości. Wydał wyrok wiedząc, że skazuje Niewinnego: „Pójdziesz na krzyż!”

I oto dziś w uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata cały Kościół wierzących zbiera się pod Jego krzyżem. Bo tu w swej niemocy umierający Chrystus okazał swą moc najskuteczniej: zapewnił życie wieczne i szczęśliwe współskazańcowi. To też jest wielka tajemnica wiary, skąd nagle u tego złoczyńcy taka ufność, takie przekonanie i taka odwaga, by prosić: „Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego Królestwa”. Może Go spotkał wcześniej, może słuchał jego nauk, może podziwiał. Teraz postawił na Niego.

Odpowiedź Jezusa jest wielką nadzieją dla wszystkich obciążonych grzechem. Wystarczy jedna prośba, jedna łza żalu, by się niebo otwarło. Jak potężny jest ten umierający Król, jak skuteczne jest jego słowo. Bo On jest Panem nieba i ziemi, który dla naszego zbawienia stał się człowiekiem i zgodził się umrzeć za nasze grzechy.

Potężny Król umiera otoczony tłumem ludzi obojętnych, wrogich, szyderczych. Napatrzą się i odejdą? Przyjaciół i bliskich policzyć można na palcach jednej ręki. Wielki Król samotny...

Wtedy przy zapowiedzi ustanowienia Eucharystii jeden Piotr uratował Dwunastu: „Panie, do kogo pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego”. Teraz pod krzyżem Piotra nie ma. Z dala opłakuje swoją potrójną zdradę.

Teraz tylko łotr staje w jego obronie, tylko on uznaje w Nim króla, prosi o przyjęcie do Jego królestwa. I słyszy obietnicę, której nikt dotąd nie usłyszał.

A dziś miliony wierzących stają pod krzyżem, by uczcić swego króla, Pana i Zbawiciela.

A my? O co będziemy Go prosić, co usłyszymy?

Jezus - Chrystus Król udziela nam dzisiaj wyjątkowego swego posłuchania. Bowiem dziś, w tę wyjątkową uroczystość Chrystusa Króla, po Komunii świętej wystawimy Ciało Chrystusa w monstrancji, celem dokonania Intronizacji naszego Pana na Króla naszych serc; klękniemy przed Nim i uroczyście ogłosimy, że On – Jezus Chrystus – jest Królem i Panem naszych serc, naszych rodzin, naszej Ojczyzny-Polski. Pełni żywej wiary wznamy: „Panie Jezu, wierzymy, że jesteś Królem i Panem. Wierzymy, że się na to narodziłeś i na to przyszedłeś na świat, aby być dla nas, być naszym Królem i Panem. Naucz nas czynić Twoją wolę, Królu nasz, Panie nasz, Zbawicielu nasz”. Amen

Zapisz

Dział: OKRES ZWYKŁY

koniec-swiataUkochani Bracia i Siostry! Nie ma wątpliwości. Dziś Biblia mówi o końcu świata. Nie będzie ucieczki od tego dnia. To jeden z tematów, których unikamy, których się boimy. Chociaż – to rzeczywistość, o której w gruncie rzeczy niewiele potrafimy powiedzieć.

Pewne jest jedno: świat miał początek, mieć także będzie swój koniec. I nie jest ważne teraz, jak się to stanie; czy unicestwimy się sami, czy dotknie nas kosmiczna katastrofa, czy też będzie to oczywista interwencja Boga, który powie – Dość. Koniec.

Nie to jest przedmiotem naszych rozważań. Nie tym się interesuje teologia.

Dzień, po którym nie będzie już następnego.

Niesamowite. Za bardzo przerasta to nasz sposób postrzegania świata. Tego doświadczenia nie zna jeszcze nikt.

Więc co będzie?

Odrzucamy nicość, pustkę, absurd totalnego rozpadu. Biblia mówi – Dzień Pański – dzień, w którym Bóg okaże swoją moc i chwałę. Dzień, w którym wiarę zastąpi pewność; tak, to On jest Panem wszystkiego. Dzień, w którym Chrystus będzie badał, co wnieśliśmy do historii przez nasze zwykłe życie, przez obowiązki wykonywane z wiary.

Niby dla nas, wierzących, nie powinno to być zaskoczeniem, szokiem. Wszak cała nasza wiara mówi o nowej rzeczywistości, o Królestwie nie z tego świata, o życiu, które trwa poza granicą śmierci.

No tak… Ale…

Ale może dla wielu z nas to już tylko konwencja religijnego języka, sposób mówienia, z którego nie musi wiele wynikać.

Prawdopodobnie będziemy bardzo zdziwieni, gdy wszystko zacznie się realizować, wypełniać.

Nie potrafimy się uwolnić od myśli, że koniec świata to sąd, to oskarżenie, to wyrok i potępienie. Trudno nam to pogodzić z wyobrażeniem o Bożej miłości. I pewnie dlatego będziemy krzyczeć – Nie! Panie, jeszcze nie, nie teraz!

Nie jesteśmy gotowi. Niech trwa ten świat, Twój świat. Niech toczy się życie. Tu, jak dotąd…

Za mało wierzymy Bogu, który przygotował wieczność, gdzie indziej, inaczej.

Jesteśmy dziećmi tego świata i tylko ten świat jest nam znany, toteż nawet o wieczności myślimy kategoriami tego świata.

To w końcu normalne; tu żyjemy, oddychamy tym powietrzem, chodzimy po tej ziemi… jakże moglibyśmy ją opuścić…

A jednak każdego czeka ten skok w nieznane.

Czy całkiem w nieznane? To już zależeć będzie od naszej wiary. Zależeć będzie od tego, czy wierząc w Boga boję się Go jedynie, czy też także Mu ufam, wiem, że chce On mnie zbawić, nie potępić.

Czy potrafiłbym przyłączyć się już teraz do wołania pierwszych chrześcijan: „Marana tha!” – „Przyjdź, Panie Jezu!”? Nie wiem. Naprawdę nie wiem.

Ale wiem jedno - pozostaje nam oczekiwanie w nadziei...

Oto nadchodzi dzień palący jak ogień, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień. A dla was, czczących moje imię, wzejdzie słońce sprawiedliwości i uzdrowienie w jego skrzydłach (Ml 3,19-20a).

Moi drodzy!

Ta rzedostatnia niedziela roku liturgicznego, jak zawsze, wywołuje temat Bożego sądu. Tradycja mówi o nim: Sąd ostateczny. Zapowiedzi proroków, a i słowa samego Jezusa nie zostawiają wątpliwości, że kiedyś – nie wiemy kiedy – takie ostateczne zakończenie walki o dobro przeciw złu będzie miało miejsce. Myśl o tym inspirowała i nadal inspiruje kaznodziejów, poetów, malarzy. Wystarczy przypomnieć słynne freski w kaplicy sykstyńskiej na Watykanie – ich treścią jest właśnie sąd ostateczny. W wielu kościołach śpiewa się pieśń W gniewu dzień, w tę pomsty chwilę świat w popielnym legnie pyle. Pieśń powstała przed wielu wiekami i jest wyrazem lęku przed Bożym sądem, a zarazem pełna tęsknoty i nadziei na ostateczne zwycięstwo dobra.

Jest to nadzieja i oczekiwanie wielu. Nawet tych, którzy zdają się wysługiwać złu. Bo tak naprawdę, w głębi każdego ludzkiego serca zapisana jest potrzeba dobra. Dlatego także w życiu człowieka uwikłanego w grzechy, zło, a nawet w zbrodnie są chwile, gdy zatęskni za dobrem i coś dobrego uczyni. Ta odwieczna potrzeba dobra dlatego jest tak silna, że każdy z nas stworzony został na Boży obraz. I dlatego wierzymy, że w ostatecznym rozrachunku świata zwycięży dobro. Tak właśnie odczytujemy zapowiedzi proroków i Jezusa.

Jednak Jezus nie obiecuje łatwego zwycięstwa. Czytaliśmy Jego słowa: Powstanie naród przeciw narodowi i królestwo przeciw królestwu – mówi. Podniosą na was ręce i będą was prześladować. Z powodu mojego imienia wlec was będą do królów i namiestników. Patrząc na bieg mijających miesięcy i lat, na historię minionych wieków i epok, widzimy, jak wiele niepokoju, zła, zakłamania, przemocy, okrucieństwa, zbrodni, wynaturzeń rujnuje nasz świat. O sprawiedliwości mówi się ciągle – a jakby jej nie było. O prawach człowieka trąbi się wszędzie – a mamy nieodparte wrażenie, że to tylko pozory. Prezydenci zabiegają o pokój – ale tocząc mordercze wojny i handlując bronią. Osądza się tylko przegranych – a zwycięzcy, choćby byli zbrodniarzami, mogą spać spokojnie. Skazuje się za seksualne nadużycia – a równocześnie nakręca się spiralę wszechobecnej pornografii. Walczy się z alkoholizmem i narkomanią – ale to właśnie uzależnieni przynoszą największe dochody. Dużo hałasu na temat polityki prorodzinnej – a tak naprawdę podkopuje się byt rodzin. Ochronę życia i zdrowia człowieka ogłasza się sprawą najważniejszą – gwarantując zarazem wolność uśmiercania nienarodzonych i starych.

Wystarczy tej wyliczanki. Niepełnej i uproszczonej. Ale już i ona prowokuje do dramatycznego pytania: Czyżby dobro było w odwrocie? Czyżby w świecie zwyciężało zło? W świecie? A w nas samych, we mnie, w tobie? Czy nie musimy się czasem wstydzić swoich słów, czynów, zaniedbań? A przecież pragniemy dobra. A przecież wiemy, że staniemy przed Bogiem. A przecież wierzymy, że dokona się nad światem ostateczny sąd, który będzie tryumfem dobra, prawdy, miłości. Dlaczego więc nie potrafimy, nie stać nas, a może nie chcemy być wierni dobru? Prorok przestrzega: Oto nadchodzi dzień palący jak ogień, a wszyscy pyszni i wszyscy wyrządzający krzywdę będą słomą, więc spali ich ten nadchodzący dzień. Jezus dodaje: Przyjdzie czas, kiedy z tego, na co patrzycie, nie zostanie kamień na kamieniu, który by nie był zwalony.

Dlaczego nie potrafimy być wierni dobru? Chyba dlatego, że nadzieja w nas maleńka, albo i wcale jej nie ma. Nadzieję traktujemy jako oczekiwanie na przyszłość. „Kiedy będzie lepiej?” – to takie standardowe pytanie, które zdaje się o nadzieję pytać. Albo inaczej: „Może mi się uda” – czasem z myślą o jakimś przedsięwzięciu, czasem o jakiejś wygranej. Albo jeszcze inaczej: „Coś z tego będę miał” – gdy trzeba zaryzykować własnym wysiłkiem, pracą, może i pieniądzem. Owszem, to wszystko są oznaki nadziei. Ale nie o taką nadzieję chodzi chrześcijaninowi. Tu trzeba wskazać na apostoła Pawła – tego z drugiego czytania. Człowieka czynu, wytężonej pracy. Tysiące kilometrów, dziesiątki odwiedzonych miast, ludzie do których szedł. Pracował, by mieć nie tylko z czego żyć, ale i z czego finansować misyjne wyprawy. To o tym pisze: U nikogo nie jedliśmy za darmo chleba, ale pracowaliśmy w trudzie i zmęczeniu, we dnie i w nocy, aby dla nikogo z was nie być ciężarem, aby dać wam samych siebie za przykład. Paweł był człowiekiem ogromnej, opartej na wierze nadziei.

Czas zapytać, czym jest nadzieja. Otóż nadzieja jest głębokim przeświadczeniem, że Bóg dostrzeże, zauważy i wbuduje w wielkie dzieło stworzenia każdy okruch dobra. Dlatego warto być dobrym już teraz, w tej chwili. Nawet, gdyby ludzie nie dostrzegli czynionego dobra, nawet gdyby je zmarnowali. Bo chrześcijańska nadzieja tylko w jakiejś części skierowana jest ku przyszłości. Nadzieja chrześcijanina jest osadzona w chwili obecnej, jest przekonaniem, że warto być dobrym dziś, teraz, zaraz. Bóg teraz potrzebuje mego wysiłku i trudu, by wielkie dzieło stworzenia i odkupienia do pełni doprowadzić. Potrzebuje, ale i siłę daje. Z tej pewności rodzi się energia, by iść w życie dalej. I choć wokoło tyle zła, choć we mnie samym grzech nieraz bierze górę – mówię: warto być dobrym. A sąd ostateczny? Sąd ostateczny będzie przypieczętowaniem dobra, które czynimy teraz. Nie pytaj więc, czy i kiedy będzie lepiej. Już dziś dorzuć do wielkiego skarbca choć trochę dobra od siebie...

 

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

homilia-32-niedziela-zwyklaUkochani Bracia i Siostry. Listopad jest miesiącem tylu wspomnień i wydarzeń. Wszystkie one zatrzymują uwagę człowieka i budzą refleksje. A dziś słyszę w kościele słowa Księgi Machabejskiej o dramatycznej i bohaterskiej śmierci matki i jej siedmiu synów. Z Ewangelii słyszę naiwne pytanie saduceuszów: którego z tych siedmiu mężów będzie żoną po zmartwychwstaniu? I przepię­kny fragment z Listu Pawłowego do Rzymian: Niech Pan skieruje wasze serca, ku miłości Bożej i cierpliwości Chrystusowej!

Takie jest nasze życie: bohaterskie, naiwne i piękne. Tak szybko ucieka mi życie. Budząc się nie wiem, czy to mój ostatni dzień? Kładąc się spać nie wiem, czy to moja ostatnia noc? A przecież tak pragnę żyć. Kocham cię życie! Wiem, że skoro się urodziłem, przyjdzie mi umrzeć. Z ziemi jestem wzięty, więc do ziemi wrócę.ale gdyby to wszystko miało się skończyć śmiercią, trumną i grobem, to nie warto byłoby żyć. Niech się nie trwoży wasze serce i niech się nie lęka.

Wierzycie w Boga? Więc i mnie wierzcie - mówi Pan. Idę przecież do Ojca, aby przygotować wam miejsce. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. A gdy przyjdę powtórnie, zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam gdzie ja jestem. Moim przeznaczeniem i powołaniem jest być tam, gdzie On JEST. To przeznaczenie jest wpisane w moją naturę - ja pragnę żyć i być szczęśliwy. Stąd moja tęsknota i nieustanne pragnienie, aby cieszyć się dobrem, prawdą i pięknem, a tym jest BÓG. Cierpieniem jest każde umieranie, ale nie ma innej drogi do wiecznej młodości. Przychodzi jesień, sen i przebudzenie. Nieszczęs­ny ja człowiek zanim się wyzwolę z niewoli tego ciała. Tylko marzeniem, wiarą i wyobraźnią pragnę przedrzeć się tam, gdzie jest niebo. Trzeba być muzykiem, aby wykraść niebu kilka współbrzmień. Trzeba być malarzem, aby zobaczyć światłość niedostrzegalną okiem. Ale trzeba też ogłuchnąć jak Beethoven, aby dobrze usłyszeć. Trzeba oślepnąć jak Bach, aby dobrze zobaczyć. Trzeba oszaleć jak Van Gogh, aby trochę zrozumieć. Trzeba pokochać jak święty Franciszek, aby mieć tylko jedną tęsknotę.

Wszystko to jest piękne dla medytacji, wyobraźni, poezji, ale jak przeżyć to życie? Nam brakuje chleba, ubrania, obuwia. Nam dokucza zimno, niepewność, wreszcie cierpienie i śmierć. Wprawdzie umarł już Antioch, który mordował najszlachetniejszych synów tego Narodu, za to, że wierni byli prawom Bożym i zwyczajom ojczystym. Wprawdzie możemy modlić się mową ojców naszych. Moglibyśmy już porządkować nasz dom z cmen­tarzysk podźwignięty, ale my chcemy chleba! Dlaczego ci z Zachodu jeszcze nam nie dają? Ile można czekać? Jest nowy rząd, może będzie lepiejj!

Mojżeszu, po coś nas wyprowadził z niewoli faraona? Tam mieliśmy pod dostatkiem melonów, cebuli i czosnku, a tu uprzykrzył się nam ten pokarm mizerny. Lepiej nam było żyć w niewoli niż będąc wolnymi przymierać z głodu. O głupi i leniwego serca ku wierzeniu w to wszystko, co powiedział Bóg.

Nie samym chlebem żyje człowiek, ale każdym słowem, które mówi Bóg. Wierzycie w to? Wierzymy. Nieprawda. Może teraz trzeba uwierzyć, że naprawdę: nie samym chlebem żyje człowiek. To komuniści i partyjni winni, że u nas jest głód. Prawda, więc co z nimi? Rzucić ich na pożarcie dzikim zwierzętom, uciąć język, wypalić oczy tak jak oni nam czynili? NIE.

Wierzycie w Boga? Więc błogosławcie tym, którzy was prześladowali. Błogosławcie, a nie złorzeczcie. Chcesz, aby nawrócił się Chilo-obrzydliwy, plugawy zdrajca? To trzeba z krzyża powiedzieć: w imię Chrystusa, przebaczam! Ale oni bezczelni, teraz i pod krzyżem staną. A wierzycie w to, że ja mam moc odpuszczania grzechów? Więc pozwólcie im się wyspowiadać. Większa jest radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięć­dziesięciu sprawiedliwych.

Zdradziłeś nas Chrystusie! Ty też chodzisz na przyjęcia do faryzeuszów i celników, jadasz i pijasz z nimi. Byłeś w ostatnią niedzielę u Zacheusza, celnika. Byłem. I zauważyliście co się stało? On się nawrócił. On się wyspowiadał. On teraz czyni zadośćuczynienie. Połowę majątku rozdał ubogim, a komu wyrządził krzywdę, zwraca w czwórnasób. Zacheuszowi darujemy, ale sam mówiłeś: nie wolno rzucać pereł przed wieprze. Ale też mówiłem wam: beze mnie nic uczynić nie możecie. Nie bójcie się komunistów, bójcie się bezbożnych. Wszystko, co czynicie i mówicie beze mnie - od diabła jest. I diabli swoje wezmą. I runęło stado świń ze zbocza góry do jeziora. Odejdź od nas i więcej tego nie rób. My zbudujemy nowe spichrze. Zgromadzimy chleb, mięso i masło i znów będziemy jeść, pić i ucztować. Głupcze! Zjełczeje wam masło, zczerstwieje wam chleb, zepsuje się mięso, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy. I będziesz pogrzebany w piekle. W piekło wszyscy wierzymy, bośmy je przeżyli.

A w niebo wierzycie? Nie! Prawdę mówicie. Budujecie sobie grobowce - bo nie wierzycie w zmartwychwstanie. Za dużo u was partii - a niebo jest bezpartyjne. Za dużo mówicie - a nie modlicie się. Założyliście Solidarność - a jesteście egoistami. Nazywacie się chrześcijanami - a nie jesteście Chrystusowi. Jeśli tak się rzeczy mają, to któż z nas może być zbawiony? Cisi, ubodzy, szukający sprawiedliwości, czyści, pokój czyniący. I wy też błogo­sławieni jesteście...

Dziwny jest ten świat: Wszyscy wołają o wolność, wszyscy chcą żyć, pracujący boją się bezrobocia, dolar tanieje, lud zubożał.

Nic z tego nie rozumiem. A mogło to być takie proste: Żeby na ołtarzach nie stawiali cielców, żeby bożkom nie składano ofiar, żeby człowiek był tylko człowiekiem, żeby wieczny był tylko Bóg, żeby niebo było tam, gdzie jest, a na ziemi nie stało nic na głowie, żeby Bóg drugi raz nie żałował, że stworzył człowieka!

Gdy słyszymy to wszystko, przychodzimy do Ciebie, Panie, jak słuchacze do Jana nad Jordanem i pytamy: co my urzędnicy, lekarze, nauczyciele, żołnierze i chłopi, co my mamy uczynić?

Zbliża się Królestwo Boże. Metanoeite - nawracajcie się, zmieńcie swój sposób myślenia, swój sposób życia, stańcie się nowymi ludźmi, wtedy wszystko stanie się nowe.

Co do mnie bracia moi i siostry, wesele i korono moja, modlę się nieustannie za was, abyście byli mocni w wierze. Sam Pan Jezus Chrystus, który nas umiłował, udzielił pocieszenia dobrej nadziei, niech pocieszy wasze serca i utwierdzi we wszelkim dobrym czynie. Poza tym, módlcie się bracia i siostry, abyście byli wybawieni od ludzi przewrotnych i złych. Niechaj Pan skieruje wasze serca ku miłości Bożej i cierpliwości Chrystusowej. Amen.

Dział: OKRES ZWYKŁY