Facebook
...............................................PRZEZ CHRYSTUSA, Z CHRYSTUSEM I W CHRYSTUSIE, PRZEZ WIARĘ I CHRZEST DO ŚWIADECTWA ......................................
........................"Powinno się być jak chleb, który dla wszystkich leży na stole z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się jeśli jest głodny." - "Patrzę na Jezusa w Jego Eucharystii. Czy jego miłość obmyśliła coś jeszcze piękniejszego? Skoro jest Chlebem i my bądźmy chlebem. Skąpy jest ten, kto nie jest jak On." - ŚW. BRAT ALBERT
.........................................................1917 - 2017
  • Start
  • Artykuły filtrowane wg daty: październik 2016
Artykuły filtrowane wg daty: październik 2016
niedziela, 30 październik 2016 07:29

31. Niedziela Zwykła (C) – Zacheusz

jezus-zacheuszZacheusz pragnie spotkania z Jezusem

Kolejny raz teksty dzisiejszej Mszy św. mówią o miło­sierdziu Bożym. To logiczne, że Kościół tak często przypo­mina nam o tej niewypowiedzianej rzeczywistości. Cóż może być ważniejsze od łaskawości Boga? Jest ona dla nas niewy­czerpanym źródłem nadziei, ponieważ bardzo potrzebujemy Bożego przebaczenia. Pan jest łaskawy i pełen miłosierdzia - musimy sobie o tym często przypominać.

Pierwsze czytanie z Księgi Mądrości (Mdr 11, 22 - 12, 2) przybliża nam dzisiaj dobroć i miłosną pieczę Boga nad całym stworzeniem, a zwłaszcza nad człowiekiem: Jak­żeby coś trwać mogło, gdybyś Ty tego nie chciał? Jak by się zachowało to, czego byś nie wezwał? Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Władco, miłujący życie. Bo we wszystkim jest Twoje nieśmiertelne tchnienie. Dlatego nieznacznie karzesz upadających i strofujesz, przypomi­nając, w czym grzeszą, by wyzbywszy się złości, w Ciebie, Panie, uwierzyli.

Ewangelia z dzisiejszej Mszy św. (Łk 19, 1-10) mówi o spot­kaniu miłosiernego Jezusa z Zacheuszem. W drodze do Jero­zolimy Pan przechodzi przez Jerycho. U bramy miasta Pan uzdrowił ślepego żebraka, który dzięki swojej wierze i upo­rowi docisnął się do Jezusa, choć otaczał Go tłum. Zapewne również teraz tłoczno było na ulicach, którymi szedł Nauczy­ciel. Był tam pewien człowiek, zwierzchnik celników, bar­dzo bogaty, znany w Jerychu z powodu swego stanowiska. Celnicy byli poborcami podatków; tego urzędu Rzym nie obsadzał własnymi funkcjonariuszami, lecz powierzał go określonym urzędnikom z danego kraju. Ci, jak Zacheusz, mogli mieć podwładnych. Wysokość podatku ustalała wła­dza rzymska, ale celnicy pobierali jeszcze dodatkowe opłaty, które zachowywali dla siebie. Wiązało się to z samowolą i rodziło wrogość ludności. W wypadku Palestyńczyków dochodziła jeszcze niesławna opinia, że celnicy ograbiają naród wybrany na korzyść pogan.

Św. Łukasz powiada, że Zacheusz chciał koniecznie zoba­czyć Jezusa, któż to jest, ale nie mógł z powodu tłumu, gdyż był niskiego wzrostu. Ale jego pragnienie było tak silne, że, aby osiągnąć swój cel, zmieszał się najpierw z tłumem, a następnie pobiegł naprzód i wspiął się na sykomorę, aby móc Go ujrzeć, tamtędy bowiem miał przechodzić. Nie przejmował się tym, co mogli pomyśleć ludzie na widok człowieka na takim stanowisku, który najpierw biegnie, a następnie wdrapuje się na drzewo. Jest to wspaniały przy­kład dla nas, którzy ponad wszystko inne chcemy widzieć Jezusa i przebywać z Nim. Lecz powinniśmy zastanowić się dzisiaj nad szczerością i siłą tych pragnień.

Czy chcę ujrzeć Jezusa? Czy czynię wszystko, co jest moż­liwe, aby móc Go ujrzeć? Problem ten po dwóch tysiącach lat pozostaje tak samo aktualny, jak wówczas, kiedy Jezus przemierzał miasta i wsie swojej ziemi. I jest on aktualny dla każdego osobiście: czy rzeczywiście chcę Go oglądać? A może unikam spotkania z Nim? Czy wolę nie widzieć Go i żeby On mnie nie widział? A jeśli już w jakiś sposób Go dostrzegam, czy wówczas nie wolę widzieć Go z daleka, nie podchodząc za blisko, nie stając przed Jego oczyma, żeby nie musieć przyjmować całej prawdy, która jest w Nim, która pochodzi od Niego, od Chrystusa?

Zdumiewająca odpowiedź Jezusa

Chrystus wynagradza obficie wszelki wysiłek, który czynimy, by zbliżyć się do Niego. Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do Niego: Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu. Jak wielka to radość! Ten, który zadowalał się oglądaniem Chrystusa z drzewa, słyszy, jak Jezus wzywa go po imieniu, jak starego przyjaciela i z taką samą poufałością wprasza się do jego domu. Nauczyciel, który odczytał w jego sercu szczerość pragnień, nie chce pominąć tej okazji. Zacheusz natychmiast chce znaleźć się przy Nauczycielu: Zszedł więc z pośpiechem i przyjął Go rozradowany. Doświadczył szcze­gólnej radości ze spotkania z Jezusem.

Zacheusz ma Nauczyciela, a wraz z Nim ma wszystko. Nie przeraża się tym, że przyjęcie Chrystusa we własnym domu może zagrażać na przykład karierze zawodowejalbo utrudnić wykonywanie obowiązków zwierzchnika celników. Przeciwnie, Zacheusz uczynkami potwierdził szczerość swego nawrócenia, stał się uczniem Nauczyciela: Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogoś w czymś skrzywdziłem, zwracam poczwórnie. Wykroczył poza to, co nakazywało Stare Prawo (por. Wj 5, 14-16; 20-26) w sprawie zwrotu, a nadto połowę swego majątku oddał ubogim! Spotkanie z Chrystusem czyni nas wielko­dusznymi wobec innych i pobudza do dzielenia się tym, co posiadamy, tym, czego sami bardzo potrzebujemy. Zache­usz zrozumiał, że aby iść za Chrystusem, potrzebne jest całkowite oderwanie się. Boże mój, widzę, że nie przyjmę Cię jako Zbawiciela mego, jeśli nie uznam Cię jednocześ­nie za Wzór. Więc skoro chciałeś być biedny, użycz mi umiłowania świętego ubóstwa. Postanowieniem moim jest żyć i umrzeć ubogim, z pomocą Twoją, choćbym miał do dyspozycji miliony.

Pan zawsze wychodzi naprzeciw naszym pragnieniom

Kiedy Jezus wszedł do domu Zacheusza, wielu zaczęło szemrać, że jest gościem w domu grzesznika. Wówczas Pan powiedział te pocieszające słowa, jedne z najpiękniejszych w całej Ewangelii: Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu, gdyż i on jest synem Abrahama. Albowiem Syn Człowieczy przyszedł odszukać i zbawić to, co zginęło. Jest to wezwanie do nadziei: jeśli czasem Pan dopuści, żebyśmy przeżywali pewien niedobry okres, jeśli czujemy, że cho­dzimy w ciemności, po omacku - powinniśmy wiedzieć, że Jezus, Dobry Pasterz, natychmiast wyjdzie nam naprzeciw.

Pan nigdy nie zapomina o swoich uczniach.

Również nam powinna pomóc postać Zacheusza, byśmy nikogo nie uważali za straconego dla Boga. Ewangelia pozwala się domyślać, że według mieszkańców Jerycha ten zwierzchnik celników był bardzo oddalony od Boga. Od momentu wejścia do miasta Jezus utkwił w nim swoje oczy. Pomimo pozorów Zacheusz serdecznie pragnął zobaczyć Nauczyciela i, jak pokazuje św. Łukasz, miał duszę gotową do skruchy, zadośćuczynienia i wielkoduszności. Również wokół nas jest wielu ludzi spragnionych widoku Jezusa. Oczekują, że ktoś przy nich się zatrzyma, spojrzy na nich z wyrozumiałością i zaprosi ich do nowego życia.

Nigdy nie powinniśmy tracić nadziei, nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone. Bóg jest wszechmocny, a Jego miłosierdzie jest nieskończone, przewyższa wszystkie nasze sądy. Opowiada się o pewnej bardzo świętej kobiecie, która szczególnie doświadczyła mocy Bożego miłosierdzia. Jej krewny targnął się na swoje życie, rzucając się z mostu do wody. Kobieta ta przeżywała tak wielką rozpacz i smutek, że nawet nie odważyła się za niego modlić. Pewnego dnia Pan zapytał ją, dlaczego nie wstawia się za krewnym, jak czyni to wobec innych. Zdumiały ją słowa Jezusa i odpowiedziała: „Dobrze wiesz, że rzucił się z mostu i odebrał sobie życie”. A Pan jej odpowiedział: „Nie zapominaj, że między mostem a wodą byłem Ja”.

Ta kobieta nigdy nie wątpiła w miłosierdzie Boże, ale od tego dnia Jej ufność w Panu nie znała granic. I modliła się za owego krewnego szczególnie żarliwie i z głęboką wiarą.

Z tych wydarzeń wypływa jeden wniosek: zdumiewa­jąca jest dobroć i miłosierdzie Boga wobec swoich dzieci!

Nigdy nie wątpmy w dobroć i miłość Pana do ludzi. Choćbyśmy się znajdowali w sytuacji skrajnej, starajmy się doprowadzić innych ludzi do Jezusa. Jego miłosierdzie jest większe, niż sobie w naszej ludzkiej ograniczoności wyobrażamy.

Dział: OKRES ZWYKŁY
zacheuszJerycho to miasto na szlaku komunikacyjnym, ważny punkt strategiczny rzymskiej administracji, gdzie z łatwością można było spotkać rzymskich żołnierzy, urzędników, celników.
„Był tam pewien człowiek” – Ewangelista charakteryzuje nam jego pozycję społeczną: „zwierzchnik celników” i „bardzo bogaty” (Łk 19,2). Interesujemy się nim jednak tylko dlatego, że 
wszyscy szemrali” (Łk 19,7) – w mentalności żydowskiej prorok powinien trzymać się z daleka od ludzi pokroju Zacheusza, których stawiano na równi z nierządnicami. Była to kwestia zasady. Bóg jest święty, czysty, nie może więc mieć nic wspólnego z grzesznikami. Tłum podziela tę opinię. Nikt nie pamięta słów Księgi Mądrości, że Bóg nad wszystkim ma litość, że zamyka oczy na grzechy ludzi, by się nawrócili, że miłuje wszystkie stworzenia i niczym się nie brzydzi.
Prawie wszyscy byli przekonani o grzeszności celników. Ściągali oni dla rzymskiego okupanta podatki, a że mieli w tym wielką swobodę, stąd też ulegając chciwości krzywdzili podatników. W sensie religijnym traktowano ich jako nieczystych. Zacheusz będąc przełożonym celników w Jerycho, jakby automatycznie stawał się największym grzesznikiem. Tłum, a szczególnie faryzeusze, nie brali pod uwagę tego, że może być on dobrym człowiekiem, wykonując znienawidzony zawód. Łatwiej było im zaszufladkować go do grzeszników i potępić.
Czytamy w dzisiejszej Ewangelii, że Zacheusz „chciał koniecznie zobaczyć Jezusa” (Łk 19,3). To wielkie pragnienie Zacheusza odkrywa jego wewnętrzny niepokój i sprawia, że nie zraża się trudnościami, nie zważa na to, iż mógł się narazić na drwiny, śmiech — wspina się na drzewo, „aby móc Go ujrzeć” (Łk 19,4).
Jezus dostrzega Zacheusza, dostrzega jego pragnienie spotkania z Nim: „Zacheuszu, zejdź prędko” – wysiłki Zacheusza zostają wynagrodzone, przerastają jego najśmielsze oczekiwania. Chrystus dziś musi się zatrzymać w jego domu. Nie jest to wizyta przypadkowa, grzecznościowa, ale wypływa z misji Jezusa, który „przyszedł szukać i zbawić to, co zginęło” (Łk 19,9).
Niepokój, który gościł w sercu Zacheusza, zamienia się w radość. Tak jak Maryja, pełna łaski, w scenie Zwiastowania została zaproszona przez anioła do radości, tak teraz, po spotkaniu z Jezusem, ta radość staje się udziałem nawracającego się grzesznika.
Wygląda na to, że Zacheusz nie był złym człowiekiem. Może i nadużywał swojej władzy, ale pragnął uczciwego życia, w tym celu wspiął się na sykomorę, aby ujrzeć i usłyszeć Nauczyciela, który z mocą, tak pięknie nauczał o Bogu. Chrystus, który wiedział co kryje się w sercu człowieka, zauważył go, kazał zejść z drzewa i ku zgorszeniu faryzeuszy zaszczycił go gościną. Zacheusz po tym spotkaniu stał się innym człowiekiem. Powiedział do Jezusa: „Panie, oto połowę mego majątku daję ubogim, a jeśli kogo w czym skrzywdziłem, zwracam poczwórnie”. A Jezus powiedział do niego: „Dziś zbawienie stało się udziałem tego domu”. Prawdopodobnie faryzeusze i wielu im podobnych nie zauważyli tej zmiany i do końca życia uważali Zacheusza za grzesznika. A przez taką postawę sami zgrzeszyli. Uważając się za gorliwych czcili miłosiernego Boga, stali się zaprzeczeniem Jego miłosierdzia.
Moi Drodzy, zwróćmy uwagę dziś na owo zaszufladkowanie człowieka, zaliczenie go do pewnej kategorii, bez uwzględnienia, że może się on zmienić, bywa krzywdzące. Dla ilustracji przytoczę poniższą historię. W czasie spotkania z nowo wyświęconym kapłanem, biskup zapytał go, czy ma jakieś sugestie odnośnie swej nominacji na pierwszą parafię, w jakiej parafii mógłby pracować najowocniej w pierwszym roku kapłaństwa. Młody ksiądz otrzymał kilka dni na zastanowienie. W rozmowie ze swoim przyjacielem również księdzem, zwierzył się, że zamierza poprosić biskupa, aby posłał go do swojej rodzinnej parafii. W czasie studiów otrzymywał wsparcia z tej parafii, a ponad to zna wszystkich parafian i uważa, że doskonale zrozumie ich potrzeby duchowe. Przyjaciel jednak odradzał mu to. Powiedział mu, że chociaż on również zna wszystkich w swojej rodzinnej parafii, to i parafianie znają go bardzo dobrze. Wiedzą, co robił w podstawowej szkole, pamiętają jego młodzieńcze wybryki, znają dziewczyny z którymi umawiał się na randki. Znają dobrze jego rodzinne historie. Swoje wywody przyjaciel zakończył słowami: „Zasadniczy problem jest w tym, że oni sądząc, że cię znają, będą osądzać cię teraz tak jak kiedyś. Zaszufladkują cię według ich wiedzy o tobie, i miną długie lata, aby wyrwać się z tego zaszufladkowania. Upłynie dużo czasu nim przekonają się, że jesteś innym człowiekiem. Wybierz parafię, gdzie nikt cię nie zna tam będziesz oceniany według tego kim teraz jesteś”.
Jakże często, gdy rozmowa zejdzie na temat osiągnięć naszego znajomego, pojawia się człowiek, który nie chce tego zauważyć, co więcej, z lubością wyciąga jego błędy, nawet sprzed kilkudziesięciu lat i przez ich pryzmat go ocenia. Przemiana znajomego, dzisiejsze dokonania, nie mają dla niego żadnego znaczenia. On go już wcześniej zaszufladkował do grzeszników i z tym czuje się dobrze. Źródłem takiej postawy może być zwykła ludzka głupota, zazdrość, chęć bezinteresownego szkodzenia lub pragnienie wywyższenia samego siebie, bo wydaje mu się, że jak bliźniego obrzuci błotem to sam staje się czystszy. Ale najczęstszym tego powodem jest brak autentycznej wiary w Boga, który jest Bogiem miłosierdzia. Mówią o tym dzisiejsze czytania mszalne. W Księdze Mądrości czytamy: „Panie, świat cały przy Tobie jak ziarnko na szali, kropla rosy porannej, co spadła na ziemię. Nad wszystkim masz litość, bo wszystko w Twej mocy, i oczy zamykasz na grzechy ludzi, by się nawrócili. Miłujesz bowiem wszystkie stworzenia, niczym się nie brzydzisz, co uczyniłeś, bo gdybyś miał coś w nienawiści, nie byłbyś tego uczynił”. W poetycki sposób autor biblijny pisze o potędze Pana. Dla Niego cały świat jest jak kropelka rosy porannej. I ten wszechpotężny Bóg miłuje wszystkie stworzenia, a szczególnie człowieka. Upomina człowieka, aby się nawrócił i żył. Daje człowiekowi szansę i raduje się jego przemianą.
Bóg dostrzega prawdziwą wartość człowieka, nawet gdy ten jest skalany grzechem. Pomaga mu odrzucić błoto grzechu i zajaśnieć blaskiem diamentu jak w poniższej przypowieści. Pobożny rabin poświęcał wiele czasu na pracę społeczną w dzielnicach biedy. Pomagał głodnym, bezdomnym, ludziom uzależnionym od alkoholu i narkotyków. Jeden z członków wspólnoty religijnej, bogaty właściciel sklepu z diamentami zwrócił uwagę, że rabin marnuje wiele czasu poświęcając go ludziom, którzy na to nie zasługują. Rabin w odpowiedzi na ten zarzut zapytał go, czy wyrzucił kiedykolwiek nieoszlifowany diament, który niczym nie różni się o zwykłego kamienia? „Nigdy.”- odpowiedział kupiec – Jestem ekspertem w tej dziedzinie i znam wartość, nawet nieoszlifowanego diamentu, który trzymam w ręku”. „Pozwól przyjacielu, że ja ci wyjawię mój sekret – spokojnie kontynuował rabin – ja także jestem ekspertem. Każdego dnia przechodzę ulicą i mijam najcenniejsze diamenty. Niektóre z nich nie są dostatecznie oszlifowane, trzeba je wyciągnąć z rynsztoku i oczyścić. I wtedy zadziwiają one swoim blaskiem. Każdy z nas powinien wiedzieć, że wszyscy, w pewnym sensie jesteśmy diamentami, które, aby zajaśnieć kolorami tęczy potrzebują zauważenia i oczyszczenia” (Na podstawie opowieści rabina Roberta N. Levine pt. „There Is No Messiah and You’re It”).
A na zakończenie warto sobie uświadomić, że każdy z nas ma coś z celnika i potrzebuje nawrócenia. Ta świadomość jest nam szczególnie potrzebna, gdy mamy pokusę bezlitosnego osądzenia bliźniego. Jesteśmy grzesznikami i nie jeden raz ogarnia nas żądza posiadania, nie lecząca się ani z Bogiem, ani krzywdą bliźniego. Ale i wtedy Bóg daje nam szansę jak Zacheuszowi. Staje na drodze naszego życia, pod naszym drzewem i woła nas po imieniu, abyśmy zeszli z drzewa swoich nałogów, grzesznych przyzwyczajeń, zapędzenia za dobrami materialnymi…, abyśmy zeszli i oparli swoje życie na fundamencie wiary. Jeśli to uczynimy wtedy On wchodzi do świątyni naszego wnętrza jak do domu celnika, aby zbawienie stało się naszym udziałem. Masza św. jest najważniejszym miejscem i czasem spotkania z Chrystusem. Spotykamy naszego Zbawiciela w liturgii słowa, gdy słuchamy jego nauki, w liturgii eucharystycznej, kiedy mówi On: „Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim”. I w praktykowaniu na co dzień nauki wyniesionej z tego świętego spotkania: „Zaprawdę powiadam wam, cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych moich braci, mnie uczyniliście”. Dziś, jak w każdą niedzielę, przyszliśmy do naszej parafialnej świątyni, aby spotkać się z Panem. Pamiętajmy - ilekroć przychodzimy do kościoła na modlitwę, ożywieni duchem Zacheusza, zawsze odchodzimy ubogaceni. (Nie ma innej Ziemi Obiecanej) I niech się tak stanie.!

Zapisz

Zapisz

Dział: OKRES ZWYKŁY

szczucin-swiatyniaRocznica poświęcenia świątyni. Rocznica konsekracji tego kościoła, w którym obecnie się gromadzimy na modlitwę: na słuchanie słowa Bożego i uczestniczenie w Eucharystii.

Razem z Salomonem stawiamy pytanie: Czy Bóg naprawdę zamieszka na ziemi? Czy może Go objąć ta świątynia, którą Jemu zbudowaliśmy? (1 Krl 8, 27). W każdej świątyni, w każdym parafialnym kościele skupia się jak w soczewce życie człowieka. Rocznica konsekracji przypomina nam o tym. W jakimś kościele Bóg wezwał ciebie po imieniu, zawarł z tobą przymierze przez chrzest święty. Papież Jan Paweł II tak mówił o wydarzeniu, które miało miejsce w 1920 r. w świątyni w Wadowicach. „Kiedy pa­trzę wstecz, widzę, jak droga mojego życia... prowadzi mnie do jedynego miejsca, do chrzcielnicy w wadowickim kościele parafial­nym. Przy tej chrzcielnicy zostałem przyjęty do łaski Synostwa Bożego i wiary Odkupiciela mojego, do wspólnoty Jego Kościoła” (Wadowice dn. 7 czerwca 1979 r.). Dziś, gdy wspominamy dzień po­święcenia świątyni, ze wzruszeniem biegniemy myślą do kościoła naszego chrztu, do kościołanaszej pierwszej komunii św. i bierz­mowania; do kościoła, w którym przy ołtarzu, w sakramencie mał­żeństwa bierze początek rodzina. Nawet pożegnania z bliskimi zmarłymi – przez to, że dokonują się wobec Chrystusa, w Jego do­mu – są przepełnione nadzieją życia wiecznego, a nie rozpaczą. Każdy zwykły tydzień naszego życia rozpoczynamy i każdy ty­dzień kończymy w świątyni, przed ołtarzem. Bogu z Jego darów składamy ofiarę czystą. Ilekroć na tym miejscu lud Boży gromadzi się na modlitwę, Pan jest obecny wśród zgromadzonych nie tylko po to, aby ich wysłuchać, ale również po to, aby przebaczać.

W naszym kościele parafialnym jest zapisana historia naszej społeczności, naszej wsi, miasta... Burzone i odbudowywane koś­cioły noszą w swych czcigodnych murach dzieje narodu – historię jego zrywów i upadków. Najważniejsze wydarzenia mojego życia, i szara codzienność mijających tygodni jest tak mocno związana z tą budowlą, że nic są to dla mnie jedynie kamienne mury. W tych ścianach jest zapisana historia mojego życia: wydarzenia radosne, wydarzenia tragiczne; nadzieje przepełnione optymizmem, go­rycz upadków, chwile cichej modlitwy i pokój Bożego prz/ Racze­nia. Razem z Salomonem stawiamy pytanie: Czy Bóg naprawdę zamieszka na ziemi? Przecież niebiosa najwyższe nie mogą Go objąć, a tym mniej ta świątynia, którą wznieśli ludzie (1 Krl 8, 27). „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu” (Łk 19, 5). Bóg stał się naprawdę człowiekiem, za­trzymał się w domu wzniesionym ludzką ręką!

Jesteśmy zaszczuci przez życie. Rozglądamy się za miejscem, w którym można by odnaleźć równowagę ducha, umocnić się wewnętrznie. Chcemy w Bogu odnaleźć siły do dalszego życia, w Nim odnaleźć odpoczynek. Ale czy szukamy Go tam, gdzie On na nas czeka? Zacheusza zawołał po imieniu. Spojrzał w górę i rzekł „zejdź prędko”! Wprawdzie ten niski wzrostem człowiek pobiegł naprzód, wspiął się na drzewo, bo koniecznie chciał Jezusa zobaczyć. Ale to Pan się zatrzymał, Pan zobaczył i Pan zawołał po imieniu. Pan przyjął gościnę w domu grzesznika. Wydarzenie z ulicy Jerycha dotyczy dziś mnie, dotyczy ciebie... Bóg mnie, ciebie, wezwał po imieniu, przyszedł do ciebie w gościnę, jest w twoim domu! A może ty jeszcze siedzisz na drzewie i bezradnie rozglądasa się... albo wydaje ci się, że jesteś za mały i nie zobaczysz przecho­dzącego Zbawiciela. Człowiek jest istotą, która w sobie nosi ta­jemnicę przerastającą go. Jest tabernakulum wokół świętej ta­jemnicy obecności Boga Żywego.

Co mają mówić nam te mury, w których zabliźniły się już rany ostatniej wojny, mury, które dźwigają na sobie znamiona naszej historii? Co mają mówić ściany, które słyszały szept modlitw wielu pokoleń? Co ma powiedzieć tobie dziś to wnętrze, w którym wy­znajemy, że Słowo Ciałem się stało i zamieszkało wśród nas? Wiel­ki trud budowania i wznoszenia świątyń, podejmowany przez pokolenia ludzi jest wyznaniem radosnej prawdy, że prawdziwą świątynią Boga jest człowiek. Jesteś istotą, która nosi w sobie tajemnicę przerastającą ciebie. Jesteś tabernakulum wokół świę­tej tajemnicy obecności Boga Żywego.

Gdy biskup konsekrował świątynię, to poświęconym olejem namaszczał jej ściany, aby ten dom nie był tylko mniej lub bar­dziej udanym dziełem architektury, czcigodnym zabytkiem, czy po­mnikiem historii narodu. „Jest to miejsce, o którym Pan powie­dział: Tam będzie moje Imię” (1 Krl 8, 29). Gdy ksiądz ciebie ochrzcił, to poświęconym olejem nakreślił krzyż na twej głowie, abyś był nie tylko mniej lub bardziej ważnym obywatelem tej ziemi. Ten obrzęd ma tobie przypomnieć prawdę wiary głoszoną przez św. Pawła Apostoła: „Czyż nie wiecie, że jesteście świąty­nią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Świątynia Boża jest świę­ta, a wy nią jesteście” (1 Kor 3, 16–17). Bóg zechciał zamieszkać w nas, w najtajniejszej głębi duszy człowieka. Nawet u grzesznika jest to świątynia, tylko tyle, że pusta, zapomniana i pogrzebana, która stała się, być może, „jaskinią zbójców”; potrzeba tylko wysiłku, aby Bóg mógł w niej zagościć. Nie potrzeba jej budować; ona istnieje od dawna, jest w samym centrum człowieka.

Co roku obchodzimy rocznicę konsekracji kościoła. To święto ma nam przypomnieć jak wielkie znaczenie ma w życiu społecznoś­ci i jednostek dom Boży. Każde osiedle zamieszkałe przez ludzi powinno mieć ten gmach, który przypomina, że Bóg stał się czło­wiekiem i przebywa wśród nas. Co roku obchodzimy rocznicę kon­sekracji kościoła, aby sobie przypomnieć, że świątynią Boga jest człowiek. To do nas woła Apostoł: Czyż nie wiecie, żeście świąty­nią Boga i że Duch Boży mieszka w was? Jeżeli ktoś zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Świątynia Boga jest święta, a wy nią jesteście (1 Kor 3, 16–17). Czy rzeczywiście moje serce jest świątynią Boga? Czy w moim sercu zamieszkuje Bóg?

Dział: OKRES ZWYKŁY
rok-milosierdziaChrystus w dzisiejszej Ewangelii kreśli sylwetki dwóch ludzi: faryzeusza i celnika, którzy wchodzą do świątyni, aby się modlić. Taki obrazek religijny powtarza się i w naszych czasach, szczególnie w niedziele i święta, kiedy w Eucharystii uczestniczą grupy różne pod względem wykształcenia, zaangażowania religijnego i partyjnego. Wszyscy oni uważają się za dzieci jednego Boga, a wezwanie Boże realizują na swój sposób z różnym skutkiem.
Spróbujmy spojrzeć bliżej na postawy duchowe faryzeusza i celnika z czasów Zbawiciela i porównać je z kategoriami ludzi z 2016 roku po narodzeniu Chrystusa.
Św. Mateusz pisze, że „dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik” (Łk 18, 10). Obydwaj stanęli przed okiem Bożym aby się modlić.
Faryzeusz należy do grupy, która charakteryzowała się skrupulatnym wypełnianiem prawa zawartego w Pięcioksięgu Mojżesza, które nie zostało zniesione przez Jezusa. On tłumaczy je poprawnie, bez przesady i błędów, jakie zakradły się do ustnego tłumaczenia niektórych rabinów. Tę przesadę widać w postach. Prawo żądało postu dwa dni w roku, ale pobożni Żydzi pościli również w poniedziałki i czwartki całego roku. Prawo żądało dziesięciny tylko z niektórych rzeczy kupowanych, ale faryzeusze płacili przy każdej kupionej przez siebie rzeczy. Faryzeusz uważałwięc, że nie jest zdziercą i oszustem, jak celnik. Wobec tej chwalby samego siebie dusza jego pozostawała pusta, bo nie było w niej uczynków miłosierdzia co do duszy i ciała. Wprawdzie faryzeusze rozdawali ubogim różne rzeczy, ale czynili to po zwołaniu ich trąbą i na oczach ludzi, aby byli chwaleni przez lud izraelski. Gdyby ubogi zgłosiłsię prywatnie do mieszkania faryzeusza, byłby poszczuty psem. Dlatego Jezus wołał do Żydów: Miłosierdzia chcę, a nie krwawej ofiary. Taka zewnętrzna religijność budziła u ludu odrazę i zawołanie: „Faryzeusz to obłudnik!”. „Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” – wołał Jezus wobec faryzeuszów.
Za faryzeuszem wszedłdo świątyni na modlitwę celnik. Był to Żyd, któremu okupacyjne władze rzymskie powierzały ściąganie podatków. Pieniądze szły do kasy Heroda Antypasa, a stamtąd do kasy znienawidzonego okupanta rzymskiego. Chytry celnik bez skrupułów starał się korzystać z każdej możliwości wyrwania ludziom pieniędzy, przy okazji i dla swojej kieszeni. Nic więc dziwnego, że wszyscy poborcy cełi podatków w ówczesnej Palestynie byli znienawidzeni przez rodaków i uważani za nieczystych, oszustów i współpracowników wroga. Chrystus nie odrzucałich, przyjmowałzaproszenie i gościnę, a nawet jednego z nich, Lewiego-Mateusza, powołał do grona Apostołów. Dlaczego tak czynił? Chyba obok ich błędów i potknięć moralnych widział u nich dobrą wolę, chęć poprawy i szczery żal za swe grzechy. „Sercem skruszonym i uniżonym nie wzgardzisz, Panie” – modlił się psalmista Dawid. Wewnętrzną prawdę celnika stanowiła pokora, którą aprobuje Boski Nauczyciel.
W naszych warunkach społeczno-religijnych, w kościele faryzeusze są zmieszani z celnikami. Wśród jednych i drugich można zauważyć pewne cechy, na podstawie których można ich zaliczyć do grupy faryzeuszów bądź celników. W jednej parafii znany byłurzędnik, alkoholik, który w czasie agitacji przedwyborczej codziennie zjawiał się w kościele, w czasie Mszy św. przystępował do Komunii świętej i na pozór wyglądał na dobrego burmistrza swej miejscowości, bo o tej posadzie marzył. Po wyborach dla niego niepomyślnych, już nie widziano go w kościele. Jego gest chwilowej pobożności został rozszyfrowany przez społeczność parafialną i uznany za zwykłe udawanie uczciwego obywatela. Oto obłuda.
Teraz inny, ale pozytywny przykład. W 1960 roku Amerykanin z Michigan otworzył skromną restaurację i z niej czerpał tygodniowo 90 dolarów dochodu. Nie zrażał się tym, pracował, wymyślił i przyrządził smaczny pokarm zwany pizzą. Po dwudziestu pięciu latach miał już 2600 restauracji w pięćdziesięciu stanach Ameryki Płn. i w sześciu innych krajach, które przynosiły mu trzy i pół miliarda dolarów dochodu. Ale ten Amerykanin, Tomasz Monagham, nie skąpił grosza, nie wydawał pieniędzy na luksusowe budowle, modne samochody, ale przeznaczałje na służbę Bogu i ludziom. Z tego dochodu założył prawniczą szkołę „Ave Maria” w Ann Arbor, a także szkołę podstawową prowadzoną przez zakonnice. Powołał równieżdo życia fundację i katolickie radio „Ave Maria”, wspierając organizacje katolickie, które broniążycia dzieci nie narodzonych. Jeszcze planował otwarcie uniwersytetu na Florydzie.
Przy tym bogactwie znalazł czas dla Pana Boga i własnej duszy. Codziennie czytał i rozważał Pismo Święte, codziennie odmawiał różaniec i przystępował do Komunii św. On pamiętał o słowach Chrystusa: „Czyńcie sobie przyjaciół z mamony… aby was przyjęli do wiecznych przybytków… Kto ma, temu będzie dodane”. Można by o nim powiedzieć: Oto prawdziwy uczeń Jezusa, w którym nie ma zdrady.
Są w Kościele Chrystusowym i ludzie odważni, z przekonaniami religijnymi, którzy potrafią publicznie przyznać się do wiary i jej przykazań, choćby ze stratą pewnych dochodów. Dziś niektóre media zajmują się nieustannie propagandą antykościelną i domagają się aborcji, eutanazji, wolnej miłości bez ograniczeń oraz usunięcia krzyża. Głoszą, że zasady moralne Kościoła katolickiego są już przestarzałe i nieżyciowe. Na tym tle katolicki polityk Rocco Buttiglione został publicznie ośmieszony przez przedstawicieli Parlamentu Europejskiego, dlatego że ośmielił się wyznać publicznie, że popiera katolicką naukę o małżeństwie jako związku mężczyzny i kobiety, a homoseksualizm nazwał grzechem. Za to wyznanie nie dopuszczono go do ważnego stanowiska w strukturach Unii Europejskiej. Obyśmy mieli więcej takich wyznawców, którzy nie są chorągiewkami na wietrze polityki i gospodarki, u których prawda stoi wyżej, aniżeli chwilowa korzyść. Ci, którzy decydująsię, pod szyldem praworządności, na łapownictwo, pranie „brudnych pieniędzy”, kończą na aferach i nazwie: faryzeusz.
Módlmy się o ludzi z charakterem, bez obłudy udawania dobrego człowieka i takich wychowujmy w naszych rodzinach. Świat zdobywa się prawdą, a nie obłudą i kłamstwem. W kończącym się Jubileuszowym Roku Miłosierdzia pod hasłem: „Miłosierni jak Ojciec” potrzeba wyławiać nowych świadków, czyli głosicieli Boga, który jest Miłosierdziem i miłować swego bliźniego, stworzonego na obraz i podobieństwo Boże. Pamiętajmy o słowach Jezusa: „Kto się wywyższa, będzie poniżony, a kto się uniża, będzie wywyższony” (Łk 18, 14). I jeszcze o słowach: „Nie zdejmę krzyża z mojej ściany, za żadne skarby świata, bo nam nim Jezus ukochany grzeszników z niebem brata” – brata z niebem celników i faryzeuszów. AMEN
Dział: OKRES ZWYKŁY
czwartek, 13 październik 2016 09:00

FATIMA – ZNAK PRZESTROGI I NADZIEI DLA ŚWIATA

fatima.znakKilka słów o historii

     Któż znał dolinę Cova da Iria przed rokiem 1917? A jednak w planach Bożych to niepozorne miejsce w dalekiej i ubogiej Portugalii stanęło nagle pod koniec I wojny światowej w centrum uwagi wielu ludzi na świecie. Zaledwie po kilku miesiącach, w dniu ostatniego objawienia, za sprawą trójki dzieci mówiących o zjawieniach się Pani, zgromadziło się na tym miejscu przeszło 70 tys. osób. Niektórzy twierdzą, że mogło ich być nawet 100 tysięcy. Dziś Fatima coraz bardziej przyciąga wzrok tych, którzy spragnieni są odnowy świata i Kościoła: zapowiedzianego w Fatimie tryumfu Niepokalanego Serca Maryi i Najświętszego Serca Jezusa. Z Fatimy – dzięki trwającemu od lat pielgrzymowaniu figury Matki Bożej – rozbłyska i rozszerza się światło matczynej obecności Maryi docierającej do najdalszych zakątków świata. Po 80 latach pokonała nawet niedostępne granice Rosji, nawiedzając łaskawie udręczone dzieci, niosąc im pociechę Swej miłości i nadzieję na lepsze życie w jedności z Bogiem. Łucja, Hiacynta i Franciszek doświadczyli sześciu objawień Matki Bożej od maja do października 1917 r. Otrzymali w czasie ich trwania pouczenia, które przekazali światu, doświadczyli wizji, które – lękając się je ujawnić i chcąc uniknąć wypytywania – nazwali tajemnicą. Ujawnili dwie części, trzecią przekazując jedynie Papieżowi. Ponieważ poznało ją jak dotąd zaledwie kilka osób, nie słabną spekulacje na temat jej treści. Tymczasem każde słowo Matki Bożej ujawnione przez troje małych pastuszków jest ważne, bo ukazuje nam drogę uniknięcia cierpienia i Bożej kary, ku której świat zmierza konsekwentnie w swym zaślepieniu. Jak czytamy w orędziach otrzymywanych przez ks. Gobbiego to właśnie ogromnego cierpienia, którego ludzkość już doświadcza i przed którym jeszcze stoi, dotyczy trzecia część tajemnicy fatimskiej.
 
O czym powiadomiła nas Matka Boża w Fatimie?
     Orędzie fatimskie wezwało i nadal wzywa nas do nawrócenia, modlitwy, pokuty i ofiarowania się Niepokalanemu Sercu Maryi oraz otaczania miłością Ojca Świętego. To jest prosta droga prowadząca do spotkania w wieczności z Bogiem i uniknięcia kary już za życia, tu na ziemi, bo ludzkość – jak wielokrotnie powtórzyła Maryja – już zbyt mocno obraziła Boga.
«Pierwsza tajemnica» – to wizja piekła…
     Dlaczego Matka Boża ukazała małym dzieciom tak straszną wizję? Dlaczego widziały piekło dzieci w Medziugorju? Dlaczego dało o nim świadectwo tak wielu mistyków na przestrzeni wszystkich wieków chrześcijaństwa? Dlatego, że brak nawrócenia, o które prosiła świat Matka Boża w Fatimie, powtarzając jedynie ewangeliczne nawoływanie Jezusa, stawia człowieka w sytuacji zagrożenia wiecznym potępieniem, przed którym Bóg i Maryja pragną nas obronić. Maryja chciała nas ostrzec przed tymi, którzy mówią nam dziś: „Piekła nie ma” lub, „Piekło nie jest wieczne”. W człowieku bowiem istnieje odwieczna przekora, każąca mu żywić bezsensowną nadzieję pierwszych rodziców, że przeciwstawienie się Bogu i przekroczenie Jego nakazów, doprowadzi do bycia równym Bogu (por. Rdz 3,5). Tymczasem droga taka prowadzi zawsze do upadku, nigdy – do wyniesienia. S. Łucja tak pisze w swoich wspomnieniach: «A więc tajemnica składa się z trzech odmiennych części. Z tych dwie teraz wyjawię.
     Pierwszą więc była wizja piekła. Pani nasza pokazała nam morze ognia, które wydawało się znajdować w głębi ziemi, widzieliśmy w tym morzu demony i dusze jakby były przezroczystymi czartami lub brunatnymi żarzącymi się węgielkami w ludzkiej postaci. Unosiły się w pożarze, unoszone przez płomienie, które z nich wydobywały się wraz z kłębami dymu. Padały na wszystkie strony jak iskry w czasie wielkich pożarów, bez wagi, w stanie nieważkości, wśród bolesnego wycia i rozpaczliwego krzyku. Na ich widok można by ogłupieć i umrzeć ze strachu. Demony miały straszne i obrzydliwe kształty wstrętnych, nieznanych zwierząt. Lecz i one były przejrzyste i czarne. Ten widok trwał tylko chwilę. Dzięki niech będą Matce Najświętszej, która nas przedtem uspokoiła obietnicą, że nas zabierze do nieba (w pierwszym widzeniu). Bo gdyby tak nie było, sądzę, że bylibyśmy umarli z lęku i przerażenia. Następnie podnieśliśmy oczy ku naszej Pani, która nam powiedziała z dobrocią i ze smutkiem: «Widzieliście piekło, dokąd idą dusze biednych grzeszników. Aby ich ratować, Bóg chce ustanowić na świecie nabożeństwo do mego Niepokalanego Serca. Jeśli zrobi się to, co ja wam mówię, wiele dusz zostanie uratowanych, nastanie pokój na świecie. Wojna się skończy. Ale jeżeli się nie przestanie obrażać Boga, to za pontyfikatu Piusa XI rozpocznie się druga, gorsza. Kiedy ujrzycie noc oświetloną przez nieznane światło, wiedzcie, że to jest wielki znak, który wam Bóg daje, że ukarze świat za jego zbrodnie przez wojnę, głód i prześladowania Kościoła i Ojca św. Żeby temu zapobiec, przyjdę, by żądać poświęcenia Rosji memu Niepokalanemu Sercu i ofiarowania Komunii św. w pierwsze soboty na zadośćuczynienie. Jeżeli ludzie me życzenia spełnią, Rosja nawróci się i zapanuje pokój, jeżeli nie, Rosja rozszerzy swoje błędne nauki po świecie wywołując wojny i prześladowania Kościoła. Sprawiedliwi będą męczeni, Ojciec św. będzie bardzo cierpieć, wiele narodów zostanie zniszczonych, na koniec zatryumfuje moje Niepokalane Serce. Ojciec św. poświęci mi Rosję, która się nawróci, a dla świata nastanie okres pokoju.»
 
«Druga tajemnica»: Niepokalane Serce Maryi
     Ukazując się w Fatimie Matka Boża wskazała na Swe Niepokalane Serce jako na pewną drogę ocalenia i uniknięcia zapowiedzianej kary. We wspomnieniach s. Łucji czytamy: «Druga tajemnica odnosi się o nabożeństwa Niepokalanego Serca Maryi. Jak już poprzednio mówiłam, Nasza Pani 13 czerwca 1917 r. zapewniła mnie, że nigdy mnie nie opuści i że Jej Niepokalane Serce będzie zawsze moją ucieczką i drogą, która mnie będzie prowadziła do Boga. Mówiąc te słowa, rozłożyła swe ręce i przeszyła nasze serca światłością, która z nich płynęła. Wydaje mi się, że tego dnia to światło miało przede wszystkim utwierdzić w nas poznanie i miłość szczególną do Niepokalanego Serca Maryi, tak jak to było w dwóch innych wypadkach odnośnie do Boga i do tajemnicy Trójcy Przenajświętszej. Od tego dnia odczuliśmy w sercu bardziej płomienną miłość do Niepokalanego Serca Maryi. Hiacynta mówiła mi nieraz: «Ta Pani powiedziała, że jej Niepokalane Serce będzie twoją ucieczką i drogą, która cię zaprowadzi do Boga. Kochasz ją bardzo? Ja kocham jej Serce bardzo. Ono jest tak dobre!» Po 10 latach Maryja, objawiając się przebywającej już w klasztorze s. Łucji, powróciła do prośby o rozpowszechnienie nabożeństwa do Swego Niepokalanego Serca. Prosiła o czczenie Go szczególnie w pierwsze soboty miesiąca i obiecała specjalne łaski tym, którzy będą mu wierni (zob. Vox Domini nr 13, str. 1). Poza dwoma tajemnicami troje pastuszków otrzymało jeszcze trzecią tajemnicę, którą poznał Ojciec Święty. Hiacynta zaś otrzymywała szczególne wizje odnoszące się do jego osoby.
 
Wizje Ojca Świętego
     Oprócz danej dzieciom zapowiedzi cierpienia Papieża – o ile ludzkość nie przyjmie i nie zrealizuje próśb Matki Bożej zawartych w Jej orędziu fatimskim – szczególnie Hiacynta otrzymała kilka dodatkowych wizji, mówiących o przyszłości. «Pewnego dnia – wspomina Łucja – w czasie godzin odpoczynku, gdy byliśmy koło studni moich rodziców, Hiacynta usiadła na kamieniach przy studni, a Franciszek poszedł ze mną szukać w pobliskich zaroślach dzikiego miodu na tamtejszym zboczu. Po chwili Hiacynta woła: „Widzieliście Ojca św.?” „Nie”. „Nie wiem, jak to było. Ja zobaczyłam Ojca św. w bardzo dużym domu. Klęczał przy stoliku, miał twarz ukrytą w dłoniach i płakał. Na zewnątrz było dużo ludzi, niektórzy rzucali nań kamieniami, inni wykrzykiwali i wymawiali brzydkie słowa. biedny Ojciec św., musimy się bardzo za niego modlić.” Przy innej okazji poszliśmy do groty przy Cabeço. Przyszedłszy uklękliśmy i pochyliliśmy się do samej ziemi, powtarzając modlitwę anioła. Trochę później Hiacynta podniosła się i zawołała do mnie: „Czy nie widzisz dróg, ścieżek i pól, pełnych ludzi, którzy płaczą z głodu, nie mając nic do jedzenia. A Ojciec św. modli się w kościele przed Niepokalanym Sercem Maryi, i razem z nim bardzo dużo ludzi się modli”.»
     Niewątpliwie w sposób szczególny związany jest z orędziem fatimskim, a przede wszystkim z zapowiedziami cierpienia i tragicznymi wizjami Hiacynty – Jan Paweł II. To papież, któremu u progu pontyfikatu chciano odebrać życie. Zawdzięcza je z pewnością szczególnej opiece Maryi, która ocaliła go cudownie z zamachu w rocznicę Swego pierwszego objawienia w Fatimie: 13 maja 1981.
Czy świat zna trzecią tajemnicę fatimską?
     Co jakiś czas obiegają świat artykuły, rozpowszechnia się ulotki, których treść ma przedstawiać trzecią tajemnicę fatimską. W orędziach danych ks. Gobbiemu – założycielowi Ruchu mającemu źródło w orędziu fatimskim i swój początek właśnie w tym miejscu, cechującemu się doskonałą realizacją orędzia fatimskiego przez jego członków – otrzymujemy jedną odpowiedź: Świat przeżywa właśnie realizację trzeciej tajemnicy. Nie trzeba jej już ujawniać, bo same wydarzenia ukazują jej treść. Maryja nawiązuje do niej przy wielu okazjach, wyjaśniając jej znaczenie i wskazując, jak powinniśmy się zachować w tych czasach.
       


              
Ze wspomnień Siostry Łucji spisanych na prośbę Biskupa Leirii:
«Ofiara, która przynosi obfity owoc»
     Nawrócenie grzeszników
     Hiacynta tak wzięła sobie do serca ofiary za nawrócenie grzeszników, że nie opuszczała żadnej okazji, jaka się nadarzała. Były dzieci dwóch rodzin mieszkających w Moita, które chodziły po prośbie. Spotkaliśmy je kiedyś idąc na pastwisko z naszą trzodą. Hiacynta spostrzegłszy je powiedziała: „Dajmy tym biedakom nasz posiłek za nawrócenie grzeszników”. I pobiegła im go zanieść. Po południu powiedziała mi, że jest głodna. Było tam kilka drzew oliwkowych i dęby. Oliwki były jeszcze niedojrzałe. Mimo to powiedziałam jej, że możemy je jeść. Franciszek wspiął się na drzewo, aby napełnić kieszenie, ale Hiacyncie przyszło do głowy, że moglibyśmy jeść żołędzie dębowe i aby ponieść ofiary, jeść je gorzkie. I tak skosztowaliśmy tego popołudnia tej smacznej potrawy. Hiacynta uważała to za jedną ze swych normalnych ofiar. Zbierała żołędzie dębowe lub oliwki. Powiedziałam jej któregoś dnia: „Hiacynta, nie jedz tego, to bardzo gorzkie”. „Jem właśnie dlatego, że gorzkie. A tę ofiarę ponoszę za nawrócenie grzeszników”. To nie były nasze jedyne ofiary postne. Umówiliśmy się, że ile razy spotkamy te biedne dzieci, damy im nasze jedzenie. A biedne dzieci, zadowolone z naszej jałmużny, starały się spotkać nas i czekały na nas na drodze. Skoro je tylko zobaczyliśmy, Hiacynta biegła zanieść im nasz cały posiłek dzienny. I to z taką radością, jak gdyby nie odczuwała jego braku.
     W te dni naszym pokarmem były orzeszki pinii, korzonki z kwiatów dzwonkowych, mające w korzeniu małą cebulkę wielkości oliwki, morwy, grzyby i coś, co zrywaliśmy z korzeni, nie pamiętam, jak to się nazywa, lub owoce, jeżeli były w pobliżu na polach naszych rodziców. Hiacynta była niestrudzona w wynajdywaniu ofiar. Któregoś dnia sąsiad nasz zaofiarował mojej matce pastwisko dla naszej trzody. Ale było to daleko i byliśmy w pełni lata. Moja matka tę hojną ofertę przyjęła i posłała mnie tam. Ponieważ był tam niedaleko staw, gdzie trzoda mogła się napić, więc powiedziała, że byłoby dobrze, abyśmy tam w cieniu drzew spędzili naszą przerwę obiadową. Po drodze spotkaliśmy naszych kochanych biedaków. Hiacynta pobiegła, aby dać jałmużnę. Dzień był piękny, ale słońce bardzo prażyło i wydawało się, że na tej wyschniętej ziemi wszystko się spali. Pragnienie dawało się we znaki, a nie było ani kropelki wody do picia. Początkowo ponosiliśmy wspaniałomyślnie tę ofiarę za nawrócenie grzeszników. Ale jak minęło południe, nie mogliśmy więcej wytrzymać. Zaproponowałam wtedy moim towarzyszom, aby pójść do pobliskiej miejscowości i poprosić o trochę wody. Zgodzili się na moją propozycję i poszłam zastukać do drzwi pewnej staruszki, która mi wręczyła dzbanek wody, a także kawałek chleba, który przyjęłam z wdzięcznością i pobiegłam podzielić się z moimi towarzyszami. Dałam od razu dzbanek Franciszkowi i powiedziałam, żeby się napił. „Nie chcę”, odpowiedział. „Dlaczego?” „Chcę cierpieć za nawrócenie grzeszników”. „Hiacynta, napij się ty”. „Ja też chcę złożyć ofiarę za nawrócenie grzeszników”.
     
Uwięzienie w Ourém
     Tymczasem zaświtał poranek 13 sierpnia. Już poprzedniego wieczora przychodzili ludzie ze wszystkich stron. Wszyscy chcieli nas zobaczyć, wypytać i powierzyć nam swe prośby, abyśmy je przekazali Najświętszej Panience. Byliśmy w rękach tych ludzi jak piłka w rękach dzieci. Każdy ciągnął nas w swoją stronę i stawiał pytania, nie pozostawiając czasu na jakąkolwiek odpowiedź. W tym tłoku otrzymał mój ojciec rozkaz, aby mnie przyprowadził do mojej ciotki, gdzie na mnie czekał naczelnik. Mój ojciec zaprowadził mnie tam. Gdy przyszłam, naczelnik znajdował się w izbie razem z Hiacyntą i Franciszkiem. Tam nas przesłuchiwał i robił nowe wysiłki, aby nas zmusić do zdradzenia tajemnicy oraz wymusić obietnicę, że już więcej nie pójdziemy do Cova da Iria. Skoro nic nie wskórał, polecił memu ojcu i memu wujowi zaprowadzić nas na plebanię. Nie zatrzymuję się tu więcej, aby opowiedzieć, co się działo w tym więzieniu, ponieważ Ekscelencja wszystko to już zna. Jak już mówiłam Ekscelencji, co mnie najbardziej dotknęło i nad czym najbardziej cierpiałam, jak i moi kuzyni, to całkowite opuszczenie nas przez rodzinę. Po powrocie z tej podróży czy z tego więzienia, nie wiem, jak to mam nazywać (było to, o ile się nie mylę, 15 VIII), kazano mi – z radości z powodu mego powrotu do domu – zaraz wypuścić trzodę i iść z nią na pastwisko. Moi wujostwo chcieli zostać w domu ze swymi dziećmi i dlatego na ich miejsce posłali ich brata Jana. Ponieważ było już późno, zatrzymaliśmy się w pobliżu naszej małej wioski w Valinhos. Jaki przebieg miało następne wydarzenie, Ekscelencja też już wie. Więc i nad tym nie będę się zatrzymywała. Najświętsza Panienka poleciła nam znowu praktykować umartwienia i na koniec powiedziała: „Módlcie się, módlcie się bardzo i ponoście ofiary za grzeszników, bo wiele dusz idzie do piekła, gdyż nie ma nikogo, kto by się poświęcał za nie i modlił się”.
     
Męczarnie i cierpienia
     Po kilku dniach szliśmy z naszymi owieczkami po drodze, na której znalazłam kawałek sznura od wozu. Podniosłam go i dla żartu owinęłam sobie ramię. Zauważyłam, że ten sznur sprawia mi dotkliwy ból. Powiedziałam wtedy do moich kuzynów: „Słuchajcie, to boli, moglibyśmy się nim wiązać i nosić na sobie jako umartwienie z miłości do Jezusa”. Biedne dzieci przytaknęły memu pomysłowi i każdy z nas po przecięciu na trzy części owiązał go sobie wokół bioder. Czy to grubość i szorstkość sznura była temu winna, a może dlatego, że za mocno go związaliśmy, w każdym razie ten rodzaj pokuty sprawiał nam okropny ból. Hiacynta często nie mogła się powstrzymać od łez. Gdy mówiłam, by go zdjęła, odpowiadała przecząco: „Nie, ja nie chcę go zdjąć. Ja chcę złożyć tę ofiarę Panu Jezusowi na zadośćuczynienie i za nawrócenie grzeszników”.
     Innym razem bawiliśmy się zbierając po murach chwasty, które gdy się je ściska w rękach, wydają trzask. Hiacynta zbierając te chwasty, urwała niechcąco kilka pokrzyw, którymi się poparzyła, czując ból ścisnęła je jeszcze bardziej w rękach i powiedziała do nas: „Patrzcie, znowu coś, aby czynić pokutę”. Od tej pory przyzwyczajaliśmy się do tego, by chłostać się czasem po nogach pokrzywami, aby Bogu jeszcze jedną złożyć ofiarę. Jeżeli się nie mylę, w czasie tego miesiąca rozpoczęliśmy oddawać nasz posiłek naszym małym biedakom. O czym już opowiedziałam Ekscelencji we wspomnieniach o Hiacyncie. Moja matka też się w ciągu tego miesiąca nieco uspokoiła. Częściej mawiała: „Gdyby była choć jeszcze jedna osoba, która też coś widziała, to może bym i ja uwierzyła. Ale między tyloma ludźmi tylko oni widzieli”. W tym miesiącu różni ludzie mówili mi, że widzieli rozmaite rzeczy. Jedni, że widzieli Matkę Boską, inni dziwne znaki na słońcu itd. Moja matka mówiła wtedy: „Przedtem wydawało mi się, że gdyby była jeszcze jakaś osoba, co widziała, to bym uwierzyła, a teraz tyle ich mówi, że widziało, a ja mimo to nie mogę uwierzyć”. Mój ojciec w tym czasie też zaczął stawać w mojej obronie nakazując milczenie, jak tylko ktoś zaczął na mnie krzyczeć. Mawiał zwykle: „Nie wiem, czy to prawda, ale także nie wiem, czy to kłamstwo”.

     W tym czasie mój wujek zmęczony natręctwem obcych ludzi, którzy nieustannie przychodzili, aby nas zobaczyć i rozmawiać z nami, począł wysyłać swego syna Jana, aby pasł trzodę, a Hiacyntę i Franciszka zostawiał w domu. Wkrótce potem sprzedał trzodę, a ja, ponieważ nie lubiłam innego towarzystwa, zaczęłam chodzić sama z moją trzodą. Jak już opowiadałam Ekscelencji, Hiacynta i jej braciszek szli ze mną, gdy pasłam blisko, a jeżeli pastwisko było oddalone, czekali na mnie na drodze. Muszę przyznać, że te dni były dla mnie naprawdę szczęśliwe, kiedy sama wśród mych owieczek ze szczytu góry czy z głębin doliny mogłam podziwiać piękno nieba i dziękować Bogu za łaski, jakie mi zsyłał. Kiedy głos jednej z moich sióstr przerwał moją samotność wołając mnie, abym przyszła do domu porozmawiać z tą lub ową osobą, która mnie szukała, czułam głęboką niechęć i pocieszałam się tylko tym, że mogę i z tego złożyć ofiarę Bogu. Pewnego dnia przyszło trzech panów rozmawiać z nami. Po bardzo nieprzyjemnym przesłuchaniu żegnając się powiedzieli: „Naradźcie się, w jaki sposób powinniście tę tajemnicę wyjawić, bo jeżeli nie, to starosta jest zdecydowany was zlikwidować”. Hiacynta z rozpromienioną twarzą powiedziała: „Ach, jak to dobrze. Ja tak kocham Pana Jezusa i Matkę Boską, a wtedy wkrótce Ich ujrzymy”. Chodziły pogłoski, że starosta istotnie chciał nas zabić. Jedna z moich ciotek, zamężna i mieszkająca w Casais, przyszła z zamiarem zabrania nas do siebie. Mówiła: „Mieszkam w innym powiecie, ten starosta nie może was stamtąd zabrać”. Ale jej zamiar nie został urzeczywistniony, bo myśmy nie chcieli pójść i odpowiedzieliśmy: „Jeżeli nas zabiją, nie szkodzi, pójdziemy do nieba”.

13 października 1917 - szóste objawienie się Matki Bożej

13 października 1917. Wyszliśmy z domu bardzo wcześnie, bo liczyliśmy się z opóźnieniem w drodze. Ludzie przyszli masami. Deszcz padał ulewny. Moja matka w obawie, że jest to ostatni dzień mojego życia, z sercem rozdartym z powodu niepewności tego, co mogło się stać, chciała mi towarzyszyć. Na drodze sceny jak w poprzednim miesiącu, ale liczniejsze i bardziej wzruszające. Nawet błoto nie przeszkadzało tym ludziom, aby klękać w postawie pokornej i błagalnej.
Gdyśmy przybyli do Cova da Iria koło skalnego dębu, pod wpływem wewnętrznego natchnienia prosiłam ludzi o zamknięcie parasoli, aby móc odmówić różaniec. Niedługo potem zobaczyliśmy odblask światła, a następnie Naszą Panią nad dębem skalnym.
- „Czego Pani sobie ode mnie życzy?"
- „Chcę ci powiedzieć, żeby zbudowano tu na moją cześć kaplicę. Jestem Matką Boską Różańcową. Trzeba w dalszym ciągu codziennie odmawiać różaniec. Wojna się skończy i żołnierze powrócą wkrótce do domu".
- „Ja miałam Panią prosić o wiele rzeczy: czy zechciałaby Pani uzdrowić kilku chorych i nawrócić kilku grzeszników i wiele więcej".
- „Jednych tak, innych nie. Muszą się poprawić i niech proszą o przebaczenie swoich grzechów".

I ze smutnym wyrazem twarzy dodała:
- „Niech ludzie już dłużej nie obrażają Boga grzechami, już i tak został bardzo obrażony".

Znowu rozchyliła szeroko ręce promieniejące w blasku słonecznym. Gdy się unosiła, Jej własny blask odbijał się od słońca. Oto, Ekscelencjo, powód dlaczego zawołałam, aby ludzie spojrzeli na słońce. Zamiarem moim nie było zwrócenie uwagi ludzi w tym kierunku, gdyż nie zdawałam sobie sprawy z ich obecności. Zrobiłam to jedynie pod wpływem impulsu wewnętrznego, który mnie do tego zmusił.

Kiedy Nasza Pani znikła w nieskończonej odległości firmamentu, zobaczyliśmy po stronie słońca św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus i Naszą Dobrą Panią ubraną w bieli, w płaszczu niebieskim. Zdawało się, że św. Józef z Dzieciątkiem błogosławi świat ruchami ręki na kształt krzyża.

Krótko potem ta wizja znikła i zobaczyliśmy Pana Jezusa z Matką Najświętszą. Miałam wrażenie, że jest to Matka Boska Bolesna.
Pan Jezus wydawał się błogosławić świat w ten sposób jak św. Józef. Znikło i to widzenie i zdaje się, że jeszcze widziałam Matkę Boską Karmelitańską.


Uwagi końcowe

Oto, Ekscelencjo, historia objawień Matki Boskiej w Cova da Iria w 1917 roku.
Zawsze, gdy z jakiegoś powodu musiałam mówić o nich, starałam się uczynić to jak najzwięźlej z pominięciem intymnych spraw osobistych, bo by mnie to bardzo wiele kosztowało. Ale ponieważ są one Boże, a nie moje, i ponieważ Bóg teraz Waszą Ekscelencję o nie pyta, oddaję je niniejszym. Świadomie nie zatrzymuję niczego, co do mnie nie należy. Wydaje mi się, że brak tylko kilku małych szczegółów odnoszących się do próśb, które przedstawiłam. Ponieważ były to sprawy bardziej materialne, nie miały dla mnie specjalnego znaczenia i być może nie utkwiły mi tak żywo w pamięci. A poza tym było ich tak wiele! Miałam i z tym tyle roboty, aby sobie przypomnieć niezliczone łaski, o które miałam Matkę Bożą prosić, że może tu i tam wślizgnęła się jakaś pomyłka, kiedy np. powiedziałam, że wojna skończy się w tym samym dniu, tj. 13 (Prawdę mówiąc, Łucja nie powiedziała wprost że wojna skończy się w tym samym dniu. Nakłoniona została do tego przez wiele naglących pytań, które jej stawiano).
Wiele ludzi było zdumionych pamięcią, którą Bóg mi raczył dać. Dzięki nieskończonej dobroci Bożej jest to pod każdym względem naprawdę wielki dar. Jednak w nadprzyrodzonych sprawach nie trzeba się dziwić, że tak głęboko odciskają się w pamięci, że po prostu nie można ich zapomnieć. W każdym razie sensu spraw, które one oznaczają, nigdy się nie zapomina, jeżeli Bóg sam nie sprawi, że się je zapomni.

* * *

Hymn do Madonny Dobrej Przemiany
ROMAN BRANDSTAETTER
(fragment)

Spójrz, Madonno.
Jest wieczór wieku.
Słońce zachodzi,
Klękają słoneczne zegary.
Dwudziesty wiek, Madonno,
Nie jest złotym wiekiem.
To jest zły wiek.
Już go niewiele.
Już go coraz mniej.
Jeszcze kilka westchnień
I nastąpi koniec pokolenia,
Które widziało
Wszystko.
A my wciąż jesteśmy
Tacy sami,
Jak wczoraj,
Jak przedwczoraj,
Jak przez całą przeszłość.
Wciąż stoimy pod ścianą –
Dzbany wypełnione
Wodą.
Dzbany spragnione.
Dzbany czekające.
Gliniani żebracy.
O, Panno galilejska,
O, Panno godowa,
Uczyń, aby nasze chrześcijaństwo
Przemieniło się w chrześcijaństwo
Chwil powszednich,
Albowiem z chwil powszednich
Zbudowana jest wieczność.
Ten, kto nie myśli
Wymiarami chwili,
Nigdy nie zdoła
Zrozumieć wieczności.
 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

moja-modlitwa-wytrwalaMyślę, że wszystkim nam tu obecnym znane jest stworzonko ze świata przyrody, które fruwa sobie radośnie nad naszymi łąkami. Owo stworzonko nie wie, że według praw fizycznych nie powinno się unieść w górę. Chodzi o stosunek rozpiętości skrzydeł do masy ciała. Inny słowy: małe skrzydełka, a za dużo ciała. Co to za stworzonko? To trzmiel. Według stosownych obliczeń nie powinien się unieść w powietrze. Tymczasem unosi się i nieźle fruwa. Wprawdzie na krótkich dystansach, ale fruwa. Jak to jest możliwe? Ano zapewne jest tak, że ów trzmiel nie wie, że to, co niemożliwe, jest możliwe.

Przenosząc ten obraz w nasze życie, możemy wymienić całą litanię różnych spraw i problemów, które są niemożliwe z mnóstwa powodów. Niemożliwa jest codzienna modlitwa, uczestniczenie w każdej niedzielnej mszy świętej, wytrwanie w czystości przedmałżeńskiej, całkowita abstynencja, niemożliwa jest wierność w małżeństwie, wytrwanie do śmierci z jedną żoną i jednym mężem, niemożliwa jest prawdziwa przyjaźń, domowe życie bez kłótni i wiele, wiele innych spraw. Każda teza o rzekomej niemożliwości zostaje poparta masą argumentów, najczęściej według nas niepodważalnych – a często zakończonych zdaniem: cóż, takie jest życie...

Jaką prawdę możemy wydobyć z prostego przykładu, który obserwujemy w przyrodzie, patrząc na trzmiela? Bo według obliczeń nie powinien latać, a jednak lata; tam, gdzie chce i kiedy chce.

Myślę, że pierwszą przyczyną tego, że coś uważamy za niemożliwe jest nasza kalkulacja, nasze obliczenia. Rzecz stara jak świat. W Starym Testamencie w Księdze Wyjścia czytamy o kalkulacjach faraona: „Oto lud synów Izraela jest liczniejszy i potężniejszy od nas. Roztropnie przeciw niemu wystąpmy, ażeby się przestał rozmnażać. W przypadku bowiem wojny mógłby się połączyć z naszymi wrogami w walce przeciw nam, aby mógł wyjść z kraju” (1, 9-10). Ludzką kalkulacją można uzasadnić każdą niemożność czy nawet każdą nikczemność.

Z punktu widzenia człowieka wspomniane wyżej niemożliwe sprawy są rzeczywiście niemożliwe. Są niemożliwe, jeśli człowiek będzie szukał rozwiązań tylko w sobie czy w drugim człowieku.

Przypomnijmy sobie teraz dzisiejsze słowo Boże. Z ludzkiego punktu widzenia Amalekici powinni wygrać bitwę w Izraelitami. A jednak nie wygrali, bo Izraelici mieli wsparcie od Boga poprzez wzniesione ręce Mojżesza. One były gwarancją zwycięstwa. Kiedy zaś te ręce zdrętwiały – bo jak długo można trzymać je w powietrzu – to dwóch Izraelitów podtrzymywało je. I tak to, co niemożliwe, stało się możliwe. Dlaczego? Bo Izraelici nie ograniczyli się tylko do ludzkich kalkulacji, ale uwierzyli Bogu.

W Ewangelii Jezus opowiada o wdowie, która przychodziła do sędziego z prośbą, by ją obronił przed jakimś złym człowiekiem. Sędzia nie chciał jej pomóc, ale w końcu jej uległ – pewnie dla świętego spokoju – widząc jej natrętne przychodzenie. I znów według ludzkiej kalkulacji sprawa była nie do załatwienia – bo na domiar złego ów sędzia – jak zaznacza św. Łukasz – „Boga się nie bał i nie liczył się z ludźmi”. Owa wdowa jednak znalazła sposób na niego.

Czego chce nas nauczyć Pan Jezus? Otóż myślę, że chce nas nauczyć, abyśmy zbyt szybko nie rezygnowali z tego, co wydaje się niemożliwe. Chce nam powiedzieć, żebyśmy obok ludzkich kalkulacji zrobili miejsce dla Boga. A wtedy może okazać się, że to, co według wielu jest niewykonalne, jest proste, choć może czasem i trudne. Ks. Jan Twardowski mawiał, że nie ma sytuacji bez wyjścia – jeśli wydaje się nam, że mamy zamknięte drzwi, to Bóg jeszcze otwiera okno. Ludzka logika kończy się na drzwiach – a warto pomyśleć i o oknie, czyli zrobić miejsce dla Boga. Bo jak przykład trzmiela uczy: nie powinien fruwać, a fruwa.

Gdzieś wyczytałem opowieść o trzech drzewach. Jedno z nich marzyło, aby zrobiono z niego kiedyś szkatułę na klejnoty; drugie, aby zbudowano z niego żaglowiec dla króla, a trzecie, żeby rosnąć jak najwyżej, aby być blisko Boga. I wszystkie trzy zostają ścięte. Niestety, z pierwszego drzewa robią żłób dla zwierząt, z drugiego – zwykłą łódkę do przewozu cuchnących ryb, a trzecie zostaje pocięte na belki. Wszystkie są przekonane – patrząc z ludzkiego punktu widzenia – że nic nie miało sensu, aż tu nagle po latach do pierwszego drzewa wkładają Dzieciątko, największy skarb świata, do drugiego drzewa wsiada Jezus, który ucisza burzę – Władca świata. A z trzeciego drzewa robią krzyż. I gdy Jezus umiera, to drzewo rozumie, że nigdy nie mogłoby być bliżej Boga. To prosta bajka, ale, jak każda, ma przesłanie. Że często to, co wydaje się niemożliwe, spełnia się; nie zawsze tak, jak my chcemy – ale na pewno tak, jak dla nas jest najlepiej – a o tym najlepiej wie nasz Ojciec, który jest w niebie.

Pan Jezus dorzuca dzisiaj jeszcze jedną radę. Abyśmy w tych naszych wysiłkach zamieniania rzeczy niemożliwych w możliwe byli wytrwali. Bez wytrwałości nic w naszym życiu nie zmienimy, podobnie jak bez wytrwałości żaden sportowiec nie osiągnie sukcesu.

Trwajmy zatem przy Bogu, trwajmy w naszych praktykach religijnych; trwajmy w realizowaniu naszych zadań, które wynikają z naszych różnych powołań; nie ustawajmy w pracy nad sobą, w ciągłym doskonaleniu siebie; nie rezygnujmy tak łatwo, gdy nam coś nie wychodzi – ale wytrwale podejmujmy wysiłek w kierunku realizacji. Bądźmy w tych wysiłkach podobni do trzmiela, który nie powinien fruwać, a fruwa. I niech nas unosi świadomość, że Bóg jest przy nas, we dnie i w nocy – i zawsze bierze nas w obronę. Stawia nam jednak warunek, który wypowiedział dzisiaj w ostatnim zdaniu Ewangelii: „Czy jednak Syn Człowieczy znajdzie wiarę na ziemi, gdy przyjdzie?”. Tym warunkiem jest wiara. Bo tylko jeśli wierzymy, rzeczy niemożliwe stają się możliwe.

Zatem módlmy się w czasie tej Mszy świętej o mocną wiarę – z całego serca, ze wszystkich myśli i ze wszystkich sił. Amen.

Zapisz

Dział: OKRES ZWYKŁY
wtorek, 11 październik 2016 09:24

29. Niedziela Zwykła (Rok C) – Modlitwa

moja-modlitwaUkochani Bracia i Siostry, dziś Chrystus Pan uczy nas modlitwy. Mówi do swoich ucz­niów, że „zawsze powinni się modlić i nie ustawać” (Łk 18, 1).

Zauważyliśmy zapewne to: zawsze. Jeśli poważnie traktujemy Ewangelię, to słowo „zawsze” musi nas zaniepokoić. Na tle na­szych doświadczeń, umęczenia zajęciami i ciągłego braku czasu wezwanie do nieustannej modlitwy brzmi jakoś nieprawdopodob­nie. Nawet gdyby dotyczyło tylko codziennego pacierza, modlitwy porannej i wieczornej, dla niejednego z dzisiejszych uczniów Je­zusa byłoby czymś bardzo trudnym. A przecież tych kilka minut rano i wieczorem nie można nazwać słowem „zawsze”. Jezus Chrystus mówi: „trzeba zawsze się modlić i nie ustawać” (Łk 18, 1). Jak to jest możliwe?

Jest możliwe dla tego, w kim mieszka Duch Święty, dla czło­wieka uświęconego łaską Bożą, skierowanego wiarą i miłością ku Bogu i Jego królestwu. Choćbyś był ciągle zajęty zwykłymi spra­wami, które bardzo często wymagają dużego skupienia, uwagi, (a tak wygląda nasze życie na co dzień), Duch Święty jednoczy cię z Bogiem, wprowadza w życie wewnętrzne Boga, w miłość łą­czącą Trzy Osoby Boskie. Taki człowiek żyje w stanie modlitwy.

Nie o tym jednak mówi Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. Jezus mówi o określonej formie modlitwy, o prośbie. Mówi, że zawsze trzeba prosić, dniem i nocą wołać do Boga, żyć niejako w stanie prośby. Wyłania się jakaś trudność – wołam do Boga; trwa jakaś kłopotliwa sytuacja – proszę przez cały czas o pomoc Bożą; zna­lazłem się w niebezpieczeństwie – proszę o ratunek; coś mi się nie wiedzie – proszę Boga o światło; popełniłem grzech – proszę o miłosierdzie.

A tymczasem pycha ludzka sprzeciwia się takiej postawie. Nazywa to żebraniną, chociaż nie o żebranie tu chodzi, tylko o dziecięcą prośbę. Nie jesteśmy niewolnikami, lecz synami Bożymi. Jednakże pycha, zwłaszcza podrażniona tym, że jak twierdzi, Bóg tyle razy nie spełnił przedstawianych Mu życzeń i próśb, powiada: „Nie będę prosić, nie będę więcej prosić”. A Chrystus Pan mówi, że trzeba prosić i nie ustawać. Oczywiście nie dlatego, by informować wszechwiedzącego Boga o swoich potrzebach. W Psalmie 139 mówi Autor natchniony przez Ducha Świętego: „Przenikasz i znasz mnie, Panie... z daleka spostrzegasz moje myśli... znasz wszyst­kie moje drogi. Zanim słowo znajdzie się na moim języku, Ty, Panie, już znasz je w całości”. Bóg jest ponad czasem i ogarnia jednym, nieskończenie przenikliwym spojrzeniem całość dziejów świata i ludzkości, całe moje życie.

Nie prosimy Boga o to, by skłonić Go do działania, a zwła­szcza by zmienił swoją wolę. Bóg jest miłością i to, czego pra­gnie, jest zawsze dla człowieka najwyższym dobrem; chce dla nas tego, co najlepsze. Bóg jest Ojcem i całą swoją istotą jest ku nam zwrócony, by pomagać, wyzwalać ze zła i grzechu, zbawiać. Jest Bogiem pokoju i Ojcem nieskończenie miłosiernym.

Jeśli tak jest, to po co prosić i to zawsze? W modlitwie bła­galnej wypowiadamy naszą wiarę, że wszystko mamy od Boga; uznajemy, że On jest źródłem naszego istnienia, życia idziałania. Bez Jego woli po prostu by nas nie było. Sytuacja, w jakiej żyjemy na tej ziemi, ciągłe potrzeby i braki, stawia nas wobec prawdy, żejesteśmy zależni. Prosząc Boga o pomoc w zaspoka­janiu potrzeb, w przezwyciężaniu zła igrzechów, o siłę do czy­nienia dobrze, uznajemy, że Bóg jest Panem iźródłem wszelkie­go dobra, żejest nam potrzebna Jego łaska i bez Niego nie da­my sobie rady w naszej drodze do królestwa niebieskiego. Czy my naprawdę wiemy, co jest nam potrzebne, co jest rzeczywiście dobre i pożyteczne? Zdani na siebie, popełniamy błąd za błędem, dziś może jeszcze niewidoczny. Lecz zapytajmy starszych ludzi, czy nam nie powiedzą: gdybym miał żyć jeszcze raz, inaczej bym sobą pokierował. Oczywiście – inaczej – to też nie znaczy – lepiej.

Gdy prosimy – żyjemy w prawdzie. Uznając przed Bogiem nasze ograniczenia, biedę, nieporadność i grzeszność (a jest to ważny składnik modlitwy – to przedstawianie siebie Bogu) żyje­my w prawdzie. W modlitwie błagalnej ukazujemy swoje myśli, udręki i pragnienia w poczuciu, że Bóg wie lepiej niż ja, co mi potrzebne. Tak czyniąc staję przed Bogiem w prawdzie i pozwalam Mu działać. Do tego bowiem dąży prośba: dać Bogu swobodę działania. Bóg sam ograniczył swoją wszechmoc, dając nam wol­ność. Bóg nie będzie działał w naszym życiu, naprawiał, prosto­wał, stwarzał na nowo, prowadził i dodawał sił, jeśli Mu na to nie pozwolimy.

Wyzwolenie potęgi Boga – to jest owoc naszej modlitwy bła­galnej. Kiedy mówię w konkretnej sytuacji: Boże, patrz, jak mi ciężko, nie umiem sobie poradzić, nie wiem, co jest teraz dobre; Ty weź mnie w obronę, wyprowadź z ciemności, pozwól dobrze wybrać według Twojej woli – mówię prawdę, mówię jak dziecko do Ojca, jestem pokorny. „A Bóg pokornym daje łaskę” (1 P 5, 5). Jeśli tylko zechcemy, udzieli jej nam na każdą chwilę, w każdej sytuacji życiowej.

Moi drodzy, przeżywamy miesiąc modlitwy – modlitwy różańcowej, modlitwy do Matki Jezusa i naszej Matki. Ona, jako nasza Matka, dała nam wzrór modlitwy. Widzimy Ją razem z Apostołami w Wieczerniku – tam trwają na modlitwie. Maryja nie tylko daje nam wzór modlitwy, ale także i piękny sposób modlitwy, jakim jest różaniec. Ks. Tomasz Jaklewicz pisząc o różańcu, w artykule zatytułowanym "Modlitwa o zwycięstwo", stwierdza że:

Chrześcijaństwo nie jest religią dezerterów z tego świata. Uczniowie Jezusa są wezwani, aby kształtować oblicze ziemi, na której żyją. Czasem oznacza to obowiązek obrony własnego domu. Kiedy w XVI wieku tureckie imperium przygotowywało się do podbicia Europy, niebezpieczeństwo było realne. Sto lat wcześniej Turcy zdobyli Konstantynopol, kładąc kres istnieniu ponad 1000-letniego chrześcijańskiego cesarstwa na Wschodzie.

Świątynia Hagia Sophia, największa chluba Bizancjum, została zamieniona w meczet. „Z bazyliki Piotrowej uczynię stajnię dla moich koni!” – odgrażał się tym razem sułtan Selim II. Papież Pius V, dominikanin, mobilizował Europejczyków do obrony. Chrześcijańska flota starła się z turecką w Zatoce Korynckiej w pobliżu Lepanto 7 października 1571 roku. To była jedna z największy morskich bitew w dziejach. Po obu stronach walczyło po ok. 200 okrętów. Turcy zostali pokonani.

Co to ma wspólnego z Różańcem? Pius V organizując obronę Europy, zachęcał do odmawiania modlitwy różańcowej z prośbą o zwycięstwo. On sam nie miał wątpliwości, że wygrana bitwa była dziełem Maryi. Na pamiątkę ocalenia chrześcijaństwa ogłosił 7 października świętem Matki Bożej Zwycięskiej, które później przemianowano na święto Matki Bożej Różańcowej. Wenecjanie, którzy stanowili trzon chrześcijańskiej floty, w kaplicy ku czci Matki Bożej Różańcowej napisali: „Nie odwaga, nie broń, nie dowódcy, ale Maryja różańcowa uczyniła nas zwycięzcami”. Zwiedzając kiedyś Wenecję, trafiłem do benedyktyńskiego klasztoru. Zakonnik oprowadzający po refektarzu pokazał z dumą solidny drewniany sufit: – Zrobiono go ze statków zdobytych w bitwie pod Lepanto.

Chrześcijanin musi stoczyć w życiu wiele bitew. Najpierw w sobie samym – z pokusą, słabością, zniechęceniem, ociężałością, zwątpieniem. Ale musi także walczyć o innych. Każdy ma swoje Westerplatte – mówił św. Jan Paweł II. W tych zmaganiach modlitwa różańcowa jest jedną z najbardziej skutecznych duchowych broni. Modlitwa nie oznacza rezygnacji z działania, ona towarzyszy ludzkim wysiłkom. Modlitwa przypomina, że nasze życie jest w ręku Boga. Ale choć wszystko od Niego zależy, to jednak nie jest tak, że od nas nic nie zależy. Bóg po to dał nam wolność, byśmy podejmowali wyzwania i stawiali im czoło. Mądrze, odważnie, z ufnością. Różaniec wskazuje na Maryję. Podpowiada: wybieraj jak Ona, z Nią nie przegrasz.

Bracie, siostro – zachęcony przez Chrystusa, za przykładem wielu świętych, zacznij się wreszcie modlić. Niech całe twoje życie, twoja codzienność stanie się jedną wielką, ale jakże piękną modlitwą. AMEN.

 

Zapisz

Dział: OKRES ZWYKŁY

sw.jan.pawel„Jezusie - Mistrzu - ulituj się nad nami” - wołali trędowaci. Naturalnie to jest zjawisko, że człowiek chce być zdrowy, że osłabiony chorobą szuka pomocy. Tak było za czasów Pana Jezusa, tak jest dzisiaj.

Chrystus utożsamia się z człowiekiem chorym. Za jego czasów byli trędowaci, sparaliżowani, chromi... Dobrze wiemy, że wśród nas jest coraz więcej ludzi nieuleczalnie chorych (choroby raka, aids, narkomania...) Ciężko chorzy, chorzy nieuleczalnie tak samo jak i ci, którzy trwają przy nich, potrzebują pomocy, do ostatniej chwili życia... Ludzie chorzy i cier­piący zawsze zajmowali znaczące miejsce w sercu Kościoła. Taka również jest najpiękniejsza polska tradycja wspólnotowego „czuwania” przy umierają­cych i chorych nieuleczalnie. W naszej historii wiele jest dowodów na to, że Polacy dzielili swój ból i swoje troski z troskami opuszczonych i biednych. Jedną z pierwszych, która utrwalała w polskiej obyczajowości tytuły „matka”, „siostra”, na oznaczenie opiekujących się chorymi, była w XIII wieku Bł. Kinga. Pisał o niej ks. Jan Długosz, chroniąc się wraz z synami Kazimierza Jagiellończyka w Starym Sączu - „że Kinga ułomnym, niedołęż­nym, ślepym i jakąkolwiek chorobą złożonym w imię bogomyślności usługiwała”.

Mówi się, że każdy ma swoją własną śmierć. Wciąż wzrasta ilość wypadków śmiertelnych, wciąż umierają ludzie - po ludzku sądząc - zupełnie niespodziewający się śmierci. Wciąż choroby terminalne zaskakują ludzi w pełni sił. Wciąż patrzymy na ludzi, żyjemy wśród tych, którym towarzyszy świadomość, iż ktoś bliski jest nieuleczalnie chory...

Dziwne to, bo żyjemy w epoce, w której kult zdrowia, sportu i kultury fizycznej narzucają styl życia i myślenia kategoriami „cywilizacji zdrowego człowieka”. Mimo to, człowiek współczesny, nawet wierzący, nie zawsze umie zaakceptować cierpienie, starość, choroby, śmierć i nie potrafi odnaleźć w nich religijnych wartości.

O chorobie pisze się łatwo. Jest ona jednak poważnym życiowym doświadczeniem. Przez chorobę zaatakowany zostaje człowiek w swoim istnieniu, w swej rzeczywistości cielesnej, psychicznej i fizycznej (moralnej i religijnej). Choroba odbiera niezauważalną (a może nie docenianą) dotąd wolność i uzależnia człowieka od otoczenia. Następuje wstrząs. Człowiek chory staje się nieaktywny, jest ciężarem dla otoczenia, jest nieproduktywny, samotny, czasami odizolowany od środowiska, w którym żyje. Każda choroba wyrywa człowieka z jego życiowego rytmu, z życia rodzinnego. To jest prawda.

Tylko, że na cierpienie, chorobę i śmierć trzeba popatrzeć jeszcze inaczej. Mają one bowiem również wymiar duchowy, wewnętrzny. Ból, cierpienie, domagają się także odpowiedzi wiary. Mogą one być czasami „próbą wiary”, ponieważ stawiają nas często przed dramatyczny nu pytaniami. Te pytania, to czasem krzyk rozpaczy: dlaczego taka choroba, a nie inna? Dlaczego teraz, a nie później? Dlaczego właśnie mnie dotknęła, a nie kogo innego?

Dla człowieka wierzącego choroba ma wymiar religijny. Choroba, cierpienie, śmierć pozostaje w swych wymiarach ostatecznych tajemnicą.

Kościół proponuje choremu i wierzącemu człowiekowi specjalną pomoc w postaci sakramentalnegonamaszczeniachorych - aby mógł po chrześcijańsku przeżywać chorobę. Trzeba pamiętać, że to nie choroba zbawia, lecz Chrystus z którym człowiek w duchu wiary spotyka się poprzez sakramentalne namaszczenie. Jakże wymowne były słowa Pana Jezusa do trędowatych zaraz po uzdrowieniu: „idźcie, ukażcie się kap­łanom”. Z tego wszystkiego zapomnieli podziękować Chrystusowi za uzdrowienie. Tylko jeden z nich zdobył się na wdzięczność, by podziękować. A dobrego człowieka można poznać po tym. że potrafi dziękować.

Drodzy chorzy! Ta pomoc sakramentalna jest wyrazem troski o chorego. „Być dla chorego” - w tych prostych słowach - zawiera się cała religijna i pozareligijna opieka wspólnoty przy łóżku chorego. Ale na to spotkanie chorego z łaską sakramentalną trzeba po prostu wyjść. Nie czekać aż umrze. Trzeba zerwać ze spotykaną niestety jeszcze praktyką udzielania namaszczenia chorych osobom zmarłym, po to, aby potem na klepsydrze napisać: „zaopatrzony Sakramentami Św.”.

Przecież Sakrament Chorych to spotkanie z Chrystusem Ukrzy­żowanym i Zmartwychwstałym. Zbawienie nie zatrzymało się na Golgocie. Sens cierpień manifestuje się w fakcie życia, a obrzędy Sakramentu Chorych pełne są tekstów zapowiadających zmartwychwstanie człowieka. Choroba nie może być widziana jako ślepe przeznaczenie. Krzyż choroby, nawet kiedy ciąży ciału, niesiony w łączności z krzyżem Chrystusa, staje się źródłem zbawienia.

W takiej sytuacji wszyscy chorzy pragną, by lekarze, pielęgniarki i odwiedzający bardziej „ich rozumieli". Nie trzeba chorym fałszywego pociesze­nia - tylko więcej zrozumienia, poważnego podejścia do ich trosk i niepokojów.

Za trzy dni uroczystość św. Łukasza, Patrona Służby Zdrowia. Może warto zastanowić się nad słowem „służba”, odnoszącym się do osób sprawujących opiekę; lekarzy i pielęgniarek. Siostra i lekarz -służą. Pojęcie służby jest bardzo silnie związane nie tylko z etyką chrześcijańską, ale z życiem ludzkim w ogóle. Słowo służba stało się dziś pojęciem bardzo niepopularnym - w wielu kręgach jednak, czy chcemy czy nie chcemy - doświadczamy wartości służby każdego dnia jako ci, którzy służą i korzystają z posługi innych. Jak bowiem inaczej, jeśli nie służbą ro­dzinie, nazwać chociażby pracę matek, czy żon sprzątających, gotujących i wystających w kolejkach? Albo pracę lekarzy i pielęgniarek, maszynistów pociągów, motorniczych, rzemieślników i urzędników, nauczycieli i lis­tonoszy?

Każda ludzka praca ma i powinna mieć charakter służebny, bo jest przeznaczona dla drugiego człowieka. I jeśli dziś przeżywamy regres w tej dziedzinie, to dlatego, że praca została z różnych przyczyn odhumanizowa­na. Dzisiejszy pracownik na służbie - częściej niestety myśli o tym, ile korzyści wyciągnąć z wykonywanych zajęć, niż jak pomóc drugiemu człowiekowi. - Owszem, ważne jest przywrócenie pracy właściwej jej wartości,- zapewnienie godziwej zapłaty, - stworzenie warunków, by praca mogła służyć człowiekowi. To ważne... Ale to, co nas bulwersuje w sklepach, biurach, urzędach, w szpitalach - to fakt, że nie traktuje się nas należycie, bo nie widzi się w nas człowieka, że zostały odwrócone proporcje. Jak gdyby petent był dla urzędnika, pacjent dla personelu szpitalnego, a kupujący dla ekspedienta.

Nie myślę biadolić - jak to dzisiaj wielu robi, tylko że u nas zatraciło się pojęcie służby. Nikomu nie jest łatwo. Jednak, za cenę wolnego myślenia i poszanowania człowieczeństwa - wolę walczyć o to, by człowiek mógł godnie żyć.

Trzeba nam pamiętać - że większość współczesnych rodaków zaczyna i kończy życie w szpitalu. Potrzebny jest ten drugi człowiek, nie z urzędu, ale z powołania - siostra, lekarz właśnie na służbie.

Wielu również chorych pozostaje w domach - i dlatego powstaje potrzeba rozwoju służb opiekuńczych, parafialnych i ponadparafialnych, zdolnych do niesienia skutecznej pomocy takim chorym.

Opieka nad chorymi sprawowana w duchu wiary chrześcijańskiej jest nie tylko przejawem miłosierdzia, ale także obowiązkiem płynącym ze sprawiedliwości. Cierpiący korzysta w sposób niepodzielny zarówno z wiedzy lekarza, jak i wiary, bowiem Chrystus stał się w pełni człowiekiem i pełnego człowieka pragnie zbawić („Świeccy w świecie cierpienia i zdrowia” - dokument Kom. Pap. 1987 r. n. 29). Pierwszym i najważniejszym obowiązkiem każdej formy opieki nad chorymi - jest służenie choremu, a nie posługiwanie się chorym.

Drodzy moi,

Z dzisiejszej Ewangelii dowiadujemy się, że z dziesięciu trędowatych, tylko jeden się wrócił i podziękował za łaskę uzdrowienia.

Spróbujmy i my czasem zatrzymać się na naszej drodze życia i zastanowić się - ile dobra otrzymaliśmy od Boga: życie, zdrowie i rozum, którym mogę podziwiać piękno świata. I oczy - którymi mogę patrzeć na ludzi kochanych.

A obok nas są ludzie, którzy mają chore serce, niesprawne nogi, sparaliżowane ciało, a mimo to, są radośniejsi od nas, bo nauczyli się dziękować Bogu za wszystko. Także za chorobę i cierpienie.

Chodzi jeszcze o to, abyśmy potrafili wszyscy: chorzy i zdrowi, chwalić Boga i dziękować Mu za wszystko, czego nam użyczył. Amen

 

Dział: OKRES ZWYKŁY

sw.jan.pawelUkochani Bracia i Siostry! Bliska nam wszystkim i przekonywująca jest scena z dzisiejszej Ewangelii św. Bliska swoim tak bardzo ludzkim, naszym wymia­rem i przekonywująca w swoim autentyzmie. Nie ma tu wyszuka­nych konstrukcji literackich, nie ma sztucznie stworzonej atmo­sfery, poprzez którą ktoś miałby zamiar szczególnie zadziałać na wyobraźnię czytelnika czy słuchacza. Jest natomiast konkret i prostota, które znamionują zresztą całą Ewangelię i właśnie przez to tak bardzo mocno przemawia ona do nas.

Na drodze Jezusa, wielkiego Nauczyciela z Nazaretu, o którym wieść niosła się „po całej okolicznej krainie” (Łk 7, 17), zdążające­go po raz ostatni w kierunku Jerozolimy, gdzie wkrótce złoży w ofierze samego siebie, w przygranicznej wiosce między Samarią i Galileą, stanęło dziesięciu trędowatych. I do nich, odłączonych i wyrzuconych ze społeczności, będących dla współziomków, a na­wet i własnych rodzin znakiem Bożego przekleństwa, jako dotknię­tych „chorobą nieczystą” dotarła wieść o zbliżającym się do wioski Cudotwórcy z Galilei. Słyszeli już o tym, że tylu biednych, nie­szczęśliwych i pokrzywdzonych znalazło u Niego zrozumienie i po­moc. A może i dla nas – myśleli z ufnością, ale i bojaźnią – właś­nie dziś nadchodzi jedyna szansa, by móc wrócić do swoich, by na nowo poczuć się kimś kochanym, przywróconym do udziału we wspólnocie. To jednak niemożliwe – mówił im rozsądek, prze­cież nawet zbliżenie się do Niego może spowodować nowe cier­pienie poprzez lawinę kamieni, obelg i złowieszczych spojrzeń ze strony tych, którzy skazali ich na przymusową izolację. Może lepiej pozostać w ukryciu i cierpieć w beznadziejności; może nie warto zwracać na siebie uwagi, gdyż tamci mogą pozbawić nas nawet tego kawałka chleba, który dotychczas rzucano nam z da­leka – jak zwierzętom. Ale jeśli Jezus nie pojawi się już więcej w tych stronach? Jeśli nic nie zrobimy, by nadzieja budząca się w sercu mogła stać się rzeczywistością, do kogóż wtedy będziemy mieć żal? Trzeba podjąć decyzję, niech nawet kosztuje nas to wiele, byle tylko On nas dostrzegł, a wtedy... będzie szansa. Idą Mu więc na spotkanie i przezornie, trzymając się z daleka od in­nych, próbują pełnym głosem na jaki ich stać wołać do nadchodzą­cego Pana: „Jezusie, Mistrzu, ulituj się nad nami!” (Łk 17, 13).

Wydawałoby się, że to trędowaci wyszli na spotkanie Chrys­tusa, a tymczasem to On szedł, aby spotkać się z nimi. Tak było zawsze, takie było Jego posłannictwo, aby iść i szukać zagubio­nych i cierpiących owiec, aby wypełnić, co o Nim napisano: „ślepi widzą, kulawi chodzą, trędowaci bywają oczyszczeni” (Łk 7, 22). Nie mógł więc pozostać nieczuły, nie zareagować, nie spotkać się z tymi nieszczęśliwcami. Chciał spotkać się z nimi nie tylko w sensie przestrzennym, ale – i to w znacznie większym stop­niu – na płaszczyźnie ducha, tam gdzie cierpienie wyzwalało w nich wiarę w moc Jezusa i ufność w potęgę Jego Miłości. Nie dokonał uzdrowienia od razu, nie zadziwił innych swą mocą, nie postąpił tak, jak może wszyscy się spodziewali; kazał im dopełnić formalności, wymaganej już po oczyszczeniu z trądu: „Idźcie, po­każcie się kapłanom” (Łk 17, 14). Trzeba było mieć wiarę i ufać wbrew oczywistości, trzeba było zawierzyć do końca Mistrzowi, by zdecydować się na pójście do kapłanów, mimo iż rany nadal cuchnęły, nogi i stopy piekły, a każdy krok zdawał się krzyczeć, że Jezus chyba z nich zadrwił; ale poszli bez szemrania. Nawet nie trzeba było ich namawiać, jak to czynili słudzy trędowatego Naamana, by mimo wszystko wykonał oburzające go zlecenie Eli­zeusza – obmycia się siedem razy w wodach Jordanu. „A gdy szli, zostali oczyszczeni” (Łk 17, 14).

Odpowiedzi Boga na ludzkie wołanie są zdumiewające, zaskaku­jące, nigdy nie kierują się do nas w taki sposób, jakbyśmy tego oczekiwali. On sam bowiem najlepiej wie, w którym momencie ma zadziałać Jego zbawcza moc, mająca na względzie nie tylko uzdrowienie ciała, ale prowadząca do pełnego wyznania wiary, do zapomnienia tak dalece o sobie, nawet o własnym szczęściu i ra­dości, by po uzyskanej łasce wysławiać całym głosem Boga, upaść na twarz do Jego nóg i dziękować Mu – jak Samarytanin z dzi­siejszej Ewangelii. Jeden z dziesięciu, ale przynajmniej on sam w pełni pociągnięty miłością Chrystusa i zdający sobie sprawę z tego, że wszystko co otrzymał było dziełem łaski, że stał się od­biorcą zmiłowania, na które nie zasłużył. Dlatego upadł na twarz do nóg Jezusa i dziękował Mu (Łk 17, 16).

Tam, gdzie jest miłość, jest podziękowanie, bo dziękuje tylko ten, kto prawdziwie kocha. Po okrutnym doświadczeniu bólu i cier­pienia, po przeżyciu gehenny upokorzeń i niemiłosiernego trakto­wania ze strony innych, ten skazany na margines społeczny czło­wiek, w spotkaniu z Chrystusem odnajduje radość swego życia, a zniewolony Bożą dobrocią nie potrafi się oprzeć potrzebie ser­ca, by za tę dobroć wyrazić wdzięczność. Klęcząc i wielbiąc Pana zaczyna rozumieć najgłębszą prawdę cudu własnego uzdrowienia, którą wyraził Chrystus zwracając się do niego: „Wstań i idź, wiara twoja cię uzdrowiła” (Łk 17, 19).

Drodzy bracia i siostry! Ewangelia nie jest tylko i wyłącznie historią. Nie przekazuje nam jedynie faktów z dalekiej przeszłoś­ci. Jest księgą objawienia się Boga. Opowiada nam dzieje spotkań Jezusa z ludźmi tamtych i dzisiejszych czasów. Wszystko powtarza się od nowa. Każdego dnia Chrystus jest ten sam. Ludzie są zawsze ci sami. Ich problemy, choroby, cierpienia zmieniają może tylko nazwę, ale w istocie są takie same. Gazety codziennie prze­pełnione są informacjami o ludzkich nieszczęściach: katastrofa za katastrofą, niepowodzenia, choroby, wypadki i śmierć. Klęska gło­du i wojny... Któż zdoła zbadać ile za tym kryje się cierpień? Kto wypowie choćby te zwykłe, codzienne cierpienia zatrwożonych, zrozpaczonych i zawiedzionych serc, cierpienia rodzin i samot­nych osób, starszych i młodych ludzi; cierpienia ukrytych udręk i zawstydzonej nędzy, cierpienia ciała i duszy, cierpienia wypły­wające z obrazy, niezrozumienia, niewdzięczności, braku poszano­wania godności i wolności osobistej drugiego człowieka, tych spowodowanych złością i brakiem miłości. Ileż w tych naszych ludz­kich sytuacjach szczerej i rozrywającej serce modlitwy: Panie, ulituj się nad nami! Pozostanie to tajemnicą każdego z nas, bo któż może coś powiedzieć o twoim i moim cierpieniu jakie nosimy w sercu, bolejąc nad tym bez słów, i na ile to możliwe, z twarzą spokojną, a nawet pogodną. Przede wszystkim jednak pozostanie tajemnicą ten moment, ta jedynie nam znana chwila spotkania z nieustannie obecnym Chrystusem, który usłyszawszy nasze: „ulituj się nad nami!”, może nie zadziałał tak, jakbyśmy się spo­dziewali i pragnęli, ale z pewnością dodał nam mocy i odwagi, by spojrzeć oczyma wiary nawet wśród bezdennego morza cierpień i trosk, dręczącego zmęczenia i przesytu, całkowitej bezradności i zwątpienia, wśród łez wylanych w samotności i opuszczeniu... i usłyszeć kojące słowa naszego Zbawiciela: „Idź, wiara twoja cię uzdrowiła” (Łk 17, 19).

Uzdrawiająca moc tej wiary nie zawsze dotyczyć będzie tego, co wyraża się bólem i cierpieniem fizycznym, ale zawsze jest w stanie doprowadzić w nas do przemiany wewnętrznej, dzięki której dostrzegłszy w Chrystusie sens zarówno tego, co trudne i bo­lesne, jak i tego, co radosne i miłe, będziemy zdolni za wszystko dzięki składać Bogu. A to jest już coś więcej niż wiara, to jest wyrazem miłości. Tylko ten bowiem, kto prawdziwie miłuje, po­trafi dziękować. Tak czynił zawsze Chrystus. Płynąca kiedyś z głębi Jego serca modlitwa nad grobem Łazarza: „Ojcze, dzięku­ję Ci, żeś mnie wysłuchał” (J 11, 41) jest jednym z przejawów te­go nieustannego trwania w postawie dziękczynienia, jaka znamio­nowała Go od momentu „Oto idę”, aż do bolesnego „Wykonało się” na drzewie krzyża. Więcej nawet, uwielbienie Ojca przenosi On poza granice swego ziemskiego życia pozostawiając nam Eucharystię – wieczyste dziękczynienie. To właśnie tu, we Mszy Św., możemy zło­żyć Bogu najwspanialszą daninę wdzięczności, ofiarując „przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie” wszystko to, czego sta­liśmy się uczestnikami z łaski i dobroci kochającego nas Ojca. Przynieść tu możemy i winniśmy te zwyczajne, proste sprawy na­szego szarego życia, a także to wszystko, co w szczególny sposób głosi chwałę i miłosierdzie Boga.

Tym szczególnym motywem dziękczynienia pragniemy uczynić cały pontyfikat św. Jana Pawła II, wszak to dziś przeżywamy tzw. Dzień Papieski. Św. Jan Paweł II: obrońca godności człowieka, orędownik prawdy, papież wolności, itp. Postawmy sobie w tym konekście pytanie: Jak wyglądałaby nasza epoka, gdyby z Bożej Opatrzności nie było by go wśród nas wówczas, gdy Naród Polski i inne narody tej części Europy odzyskiwały wolność? Na ile w nas, w naszym codziennym życiu pozostało z tego, co on głosił, czego z takim entuzjazmem słuchaliśmy? Istotą Dnia Papieskiego jest modlitwa i zaduma nad godnością człowieka, nad jego życiem, nad podejmowanymi zadaniami, które nam towarzyszyły wtedy, kiedy posród nas św. Jan Paweł II przebywał i i wciąż towarzyszą.

Prośmy Boga, za wstawiennictwem św. Jana Pawła II, abyśmy jako Naród żyli w prawdzie, wolności, w klimacie wzajemnego szacunku. Ten wzajemny szacunek niech się wyraża w naszych konkretnych postawach codziennego życia osobistego, społecznego, zawodowego. I bądźmy wdzięczni za wszystko, co każdego dnia Opatrzność Boża nam daje. AMEN.

 

 

Dział: OKRES ZWYKŁY
sobota, 01 październik 2016 09:18

27. Niedziela Zwykła (Rok C) – Moc wiary

wiara„Gdybyście mieli wiarę, jak ziarnko gorczycy” (Łk 17, 5). Wiara, która góry przenosi, która każe drzewu rzucić się w morze.

Uważamy się za ludzi wierzących. Modlimy się, uczestniczymy we mszy św. Przyznajmy jednak, że wobec usłyszanych przed chwilą żądań Chrystusa stajemy nieco zakłopotani. Chętnie byśmy te słowa o wierze pominęli, albo odnieśli do życia wielkich świętych. Ich życiorysy są pełne cudów zdziałanych dzięki głębokiej wierze. Tymczasem słowa Zbawiciela są skierowane do nas. Pan Jezus nam stawia te żądania … Dlatego trzeba dziś zapytać siebie: jaka jest moc mojej wiary?
Czytelne i zrozumiałe są dla nas, słyszane przed chwilą, słowa proroka Habakuka. Zwięźle opisują one złożone problemy życiowe człowieka żyjącego w różnych epokach. Jest to ból stworzenia wyrażony w okrzyku: „Krzywda mi się dzieje”…, „Czemu każesz mi patrzeć na nieprawość i zło?” „Oto ucisk i przemoc przede mną…” (Ha 1, 2—3). Wobec trudów życia codziennego, wobec złej woli ludzi, wobec morza cierpień i własnej nieudolności czujemy się zupełnie bezradni. Pytamy z niepokojem: gdzie jest nasza wiara, jej siła i moc, gdzie jest ta wiara, która „przenosi góry?”
Przeczytany dziś fragment Listu św. Pawła do Tymoteusza był pisany w więzieniu. Jego autorem jest człowiek, który był w życiu narażony na wiele przeciwności. Przeszedł przez trudy, przez więzienia, przez chłosty, przez niebezpieczeństwa śmierci. Był, jak sam pisał, często w niebezpieczeństwach od zbójców, od własnego narodu, od pogan i fałszywych braci (2 Kor 11, 24). A jednak ten człowiek pisze do Tymoteusza: „Bóg nie dał nam ducha bojaźni, ale ducha mocy i miłości” (2 Tm 1, 6). Tak pisał człowiek uwięziony, liczący się z perspektywą kary śmierci, człowiek, który wiele wycierpiał w życiu. Jego wiara wyrażała się w duchu mocy i miłości. Była to wiara, której nie załamały trudy i cierpienia. Wiara, która miała moc nadawania sensu codzienności, nawet tej najzwyczajniejszej. Była to wiara, która „góry przenosi”, która kształtuje ludzkie życie, nadaje mu sens.
Jest to wiara Pawła i tylu innych uczniów Chrystusa na przestrzeni wieków. Aby ją zrozumieć sięgnijmy do porównania bliskiego sercu i powszechnie zrozumiałego. Zapytajmy o tajemnicę mocy ducha naszej matki. Zapytajmy, dlaczego umiała znieść tyle przeciwności, tyle wycierpieć, podjąć tyle trudów. Skąd czerpała siły do tylu nieprzespanych nocy, niespokojnych dni. Dlaczego stała się prawdziwym bohaterem codzienności, bohaterem, którego zasług nikt nie jest w stanie wyliczyć. Odpowiedź jest zaskakująco prosta: dziecko. Miłość do dziecka mobilizuje, czyni cuda. Nie ma tu abstrakcyjnych teorii działania. Jest konkretny żywy człowiek i to człowiek tak bliski sercu. Miłość do niego znajduje swój wyraz w codzienności, w codziennej służbie. Tak — nie lękajmy się tego słowa: w służbie. Jest to zjawisko tak naturalne, że przechodzimy obok niego nie dostrzegając jego wielkości. Jesteśmy gotowi mówić, że matka „wykonała to, co powinna wykonać”.
Wiara świętych też nie pozostawała w sferze teoretycznych dociekań — była czynem, była pewnym stylem życia. Gdy pytamy o tajemnicę siły tej wiary — otrzymujemy odpowiedź podobną do tej, danej przed chwilą: oni w pewnym zwrotnym momencie swego życia dostrzegli, że Chrystus dla nich stał się Dzieckiem, Bóg dla nich stał się człowiekiem. W tym tygodniu będziemy wspominać w liturgii św. Franciszka z Asyżu. Do dziś stajemy urzeczeni wielkością człowieka, który żył siedemset lat temu — wielkością, która przecież wyraziła się w zwyczajności, w prostocie i ubóstwie. Franciszek żył z pełną świadomością tego, że ubogo Narodzony w Betlejem, Ogołocony ze wszystkiego i Ukrzyżowany nie jest tylko historią, ale obecny w jego życiu czeka na odpowiedź. Odpowiedzią była codzienność życia Biedaczyny z Asyżu. Była to odpowiedź wspaniała, a jednak mieszcząca się w słowach z dzisiejszej Ewangelii: „Słudzy nieużyteczni, wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17, 10). W świetle tych porównań popatrzmy na naszą wiarę. Czy jest ona tylko przyjęciem prawd zawartych w katechizmie? Czy jest zgodą na pewne zasady postępowania? Czy jest uznaniem, że Bóg istnieje?
Św. Jan pisze: „Myśmy uwierzyli miłości, jaką Bóg ma ku nam” (1 J 4, 16). Chrystus jest objawieniem tej Bożej miłości do człowieka. Inaczej mówiąc, Bóg stał się człowiekiem, aby w życiu każdego człowieka być kimś ważnym, kimś liczącym się, wreszcie — kimś najbliższym. Wszystko więc zależy od odpowiedzi na pytanie: kim dla mnie, w moim życiu codziennym, jest Chrystus? Przypomnijmy słowa wypowiedziane tu w Warszawie przez Ojca Św.: „Dzieje każdego człowieka toczą się w Chrystusie”. Więc i moje życie jest najściślej związane z Chrystusem. Trzeba odkrywać we własnym życiu tę zasadniczą zależność między odnajdywaniem Chrystusa w codzienności a odkrywaniem sensu każdego powszedniego dnia. Inaczej mówiąc jeśli będę pamiętał, że Chrystus jest dla mnie konkretną żywą osobą i to osobą najbliższą, będę umiał nieść ciężar codzienności wiedząc dla kogo to czynię. Miłość do Chrystusa będzie się ujawniać w sposób najbardziej naturalny, w codziennej służbie Jemu. Potrafimy przecież z zapałem podejmować zadania bardzo trudne, gdy wiemy dla kogo je spełniamy. Dodajmy jeszcze tę ważną dla człowieka świadomość, że Pan dostrzega każde, zdawałoby się, niedostrzegalne poruszenie naszego serca, każdy najzwyklejszy ludzki czyn. Musi w naszym życiu zaistnieć związek wiary z codziennością. Wiara ma otwierać nam oczy. na obecność Chrystusa w każdym dniu. Nie jest ona teorią, ale przekonaniem, że jest ktoś dla kogo warto pięknie żyć. Dlatego i nasza wiara powinna się wypowiadać słowami dzisiejszej Ewangelii: „Jesteśmy, Panie, sługami nieużytecznymi: wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać” (Łk 17, 10).
W niedzielny poranek Chrystus gromadzi nas na mszy św. wokół tajemnicy swej bezgranicznej miłości. Jeszcze raz poznajemy miłość Boga do człowieka, aby umocnić swą wiarę. Pragniemy, aby była ona siłą czyniącą ten największy cud: aby nas przemieniała, aby nadawała sens naszym codziennym zmaganiom, aby napełniała nas duchem mocy i miłości.
Dlatego wraz z apostołami prosimy Pana: „Przymnóż nam wiary” (Łk 17, 5). Amen.
 
Dział: OKRES ZWYKŁY